środa, 16 października 2013

Gdybym do pisania bloga...

...zabierał się tak jak do biegania to miałbym już dużo fajnych postów, dużo fanów, fanek, wyświetleń i pisaliby o mnie na pudelku. W ogóle to mam wrażenie, że piszę na ten lub podobny temat już któryś raz, ale w sumie nie ma to dla mnie znaczenia.

Bo piszę tak samo jak biegam. To znaczy traktuję tę czynność autotelicznie. Użyłem tego trudnego słowa (zresztą nie wiem czy poprawnie) aby powiedzieć, że robię to wszystko dla samego robienia. Nie mam jakiegoś specjalnie postawionego celu, chociaż w przypadku biegania takim celem jest w zasadzie maraton. Ale debiut mam już za sobą, jak w przyszłym roku nie uda się wystartować tragedii robić nie będę. 

Biegam dla siebie. Biegam, bo to pozwala na wyładowanie złych emocji i naładowanie się pozytywną energią. Biegam, żeby być zdrowszym i żeby troszkę zniwelować skutki moich niezdrowych zajęć (chociaż tych nie ma już dzisiaj wiele). Biegam, żeby pooddychać powietrzem, może niezbyt świeżym w mieście, ale na pewno przyjemniejszym niż to domowe. Biegam, żeby pozwiedzać, bo zaglądam w miejsca, których na co dzień nie odwiedzam. Biegam, bo po mieście chodzą ładne dziewczyny i niektóre ładnie się uśmiechają. Biegam, bo chociaż czasem robię to na siłę, to czuję się od tego zwyczajnie uzależniony. 

A piszę? Bo mam czasem coś do powiedzenia. Bo po prostu to lubię. Czasem piszę bo muszę się czymś podzielić, czasem mnie coś wkurza, a czasem piszę ze szczęścia. Piszę bo chcę, żeby ktoś w tych wszystkich mniej lub bardziej udanych tekstach znajdował chociaż po jednym wartościowym zdaniu. Może kiedyś zbiorę się do tego, żeby pisać w ramach polemiki z kimś. Czasem przez dwa tygodnie nie mogę się zebrać żeby skleić kilka słów, a czasem słowa same lecą z klawiatury jak woda w wodospadzie. Ale jakie to ma znaczenie jak często i ile? 

Żadne. Znaczenie ma tylko, żeby w każdej chwili robić to na co ma się ochotę. 

W związku z tym pobiegałem, popisałem i za jakieś 45 minut pójdę znów biegać, tym razem z Love. 

Najłatwiej się zebrać, kiedy nie myślimy o tym jak mamy to zrobić, tylko po prostu zaczynamy coś robić. Daruj sobie mówienie, że za 10 minut to już na pewno zaczniesz coś tam. O 18.07 zaczyna się biegać tak samo fajnie jak o 18.30. I 23 minuty zastanawiania się tego nie zmienią.

I właśnie dlatego możesz to teraz czytać - napisałem to z marszu, bez zastanowienia. 

Jak już zaczniesz, to już na pewno nie odpuścisz.

poniedziałek, 30 września 2013

Nic nas nie zabije

Tak, tak. Początkowo tytuł miał brzmieć "Nic mnie nie zabije". Jednak okazało się, że ktoś oprócz mnie złapał o co chodzi w bieganiu.

Ale od początku.

Wróciłem do biegania. Tym już zdążyłem się pochwalić. Nie zdążyłem się jednak pochwalić tym, co sprawia, że uwielbiam ten sport. Gdy biegnę czuję się jakby całe moje ciało i cała dusza wypełniały się nieprzebranymi ilościami pozytywnej energii. W moment na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Czuję jak endorfiny pulsująco rozpływają się po wszystkich zakamarkach do jakich się mogą tylko dostać. A przede wszystkim czuję się niezniszczalny.

Czuję się absolutnie szczęśliwy. Nie zważam na nic i na nikogo. Nie obchodzi mnie, że ktoś się na mnie patrzy, ja się tylko spoglądam i szeroko uśmiecham. Nie obchodzi mnie, że pada, w końcu pod prysznicem czy na basenie też moknę i jakoś mi to nie przeszkadza. Nie obchodzi mnie, że wieje mi w twarz - jestem za chudy i mam zbyt małą powierzchnię nośną żeby mnie zwiało ;). Jestem absolutnie nietykalny i niezniszczalny. Czuję się królem życia i świata.

I chyba właśnie na tym polega szczęście. Taka właśnie jest moja rada - jeśli czegoś Ci w życiu brakuje, potrzebujesz czegoś co doda tej radosnej iskry do szarej codzienności - zacznij szukać. Próbuj, smakuj, testuj, eksperymentuj, tak do skutku. A skutkiem niech będzie to coś dzięki czemu będziesz czuć tę samą nieśmiertelność jaką czuję ja, czy artysta, który spełnia się stojąc na scenie przed tłumną publicznością.

Nie, nie, nie zapomniałem, że miało być o nas. Dzisiaj moja Love zdecydowała się zacząć biegać ze mną. To znaczy w sumie ja zacząłem biegać z nią, ale mniejsza o to ;). Zaczęliśmy od delikatnego marszobiegu i przy tym pewnie zostaniemy jeszcze przez trochę czasu.

Love dała radę, wiadomo jak to na początku, nogi nie te, serducho i płuca też nie bardzo. Sam jeszcze tydzień temu czułem się zatkany. To się poprawi z czasem. Najbardziej budujące było jednak to, że już pod koniec mówiła, że może biec w nieskończoność, że takie szybkie przemieszczanie się (ale nie pośpiech!) sprawia jej mega przyjemność. Teraz, w domku, jeszcze dodała, że rozumie już co czuję. Wcześniej nie rozumiała, bo bieganie kojarzyło jej się z przymusem z czasów szkoły. Tymczasem okazuje się, że bieganie, jeśli odpowiednio się do niego podejdzie, może sprawiać przyjemność. Pozwala poczuć się nieśmiertelnym.

Do tego jest jeszcze druga strona medalu. Dzięki bieganiu, jeśli uda nam się je pociągnąć na dłużej (a myślę, że się uda), możemy stać się nieśmiertelni jako para. Może to być pasja, która jeszcze bardziej scementuje nas, nasz związek. Bo chociaż różnimy się czym się tylko da jeśli chodzi o charaktery, to potrafimy wiele fajnych rzeczy robić razem. Być może bieganie będzie tym, co w nawet najtrudniejsze dni pozwoli nam przełamać wszelkie niesnaski, wspólnie rozładować napięcie.

Sport jest niesamowity, niech ktoś mi spróbuje powiedzieć, że tak nie jest...!

środa, 25 września 2013

Smak porażki

Jaki jest? Tak sądzę, że zależy od tego jak jest doprawiona.

Porażka może być słodka. To wtedy, kiedy porażka przynosi jakąś korzyść (czasem się i tak zdarza), albo kiedy obserwujemy porażkę wroga/przeciwnika. Czasem jakiś detal może osłodzić porażkę, chociaż wtedy słodycz jest tylko dodatkiem do innego smaku.

Porażka może być słona. Jest to smak niby przyjemny, ale źle dawkowany psuje wszystko. Porażka raz na jakiś czas stawia na nogi, dodaje charakteru i smakowitości. Wzmaga rywalizację, dodaje emocji na koniec ligi czy turnieju, pozwala lepiej posmakować w zwycięstwie. Niestety w nadmiarze staje się obrzydliwa i psuje każdą potrawę. Poza tym sól jest niezdrowa...

Porażka może być kwaśna. Wykrzywia usta, czasem całą twarz, ale ma swoich amatorów. Czasem pijemy sok z cytryny tak po prostu dla zabawy. Tak samo czasem przegrywamy dla zabawy, a czasem obserwujemy zabawne porażki. Drużyny, które szczycą się bycia najgorszymi (Odlew Poznań) czy zawodnicy, którzy nie mają szans ale biorą udział w zawodach (typu czarnoskórzy na nartach). Generalnie nawet taka porażka nie jest przyjemna, ale jest w niej coś urokliwego. No i sok z cytryny pijemy na wzmocnienie odporności.

Porażka bywa też gorzka. Taka zdarza się najczęściej, taka boli najbardziej. Porażka w meczu o najwyższą stawkę, z najważniejszym przeciwnikiem czy kolejna porażka z rzędu (tutaj jeszcze pojawia się sporo słonego smaku) - taka właśnie jest gorzka porażka. Zostawia po sobie duży niesmak i niezadowolenie. Długo nie daje o sobie zapomnieć. Mnie cały czas boli wczorajsza klęska siatkarzy, a boli podwójnie, że zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Boli mnie też porażka Widzewa - kolejna. Remisy z Jagiellonią i Podbeskidziem traktuję jak porażki. Katastrofa. Splot fatalnych, beznadziejnych w skutkach sytuacji doprowadził do tego co jest dzisiaj. Gorycz z meczu na mecz jest coraz mocniejsza.

Jednak staram się nie zapomnieć, że jako dzieci w większości nie lubiliśmy gorzkiego smaku. Z czasem jednak zaczęliśmy lubić piwo, wytrawne wino czy oryginalnie przyprawione potrawy z lekkim posmakiem goryczy. Goryczka dodaje wartości. Goryczka jest oznaką dojrzałości. Poniekąd goryczka jest wyznacznikiem osiągnięcia pewnego poziomu dorosłości. Przełknięcie gorzkiego kęsa pozwala pokonać własną słabość, a czasem wynagradza to ciekawym smakowym doznaniem (jak z mocno chmielonym piwem).

Liczę, że w końcu seria porażek Widzewa czy siatkarzy skończy się, niczym długie i nieco żmudne gotowanie. Cierpliwość w mieszaniu wszystkich smaków w końcu zaowocuje smakiem uniwersalnym, smakiem najdoskonalszym.

Smakiem zwycięstwa.

poniedziałek, 23 września 2013

Nie ma się co szczypać

Troszkę czasu to trwało, troszkę dojrzewało samoistnie, troszkę dojrzewało przez kopniaki w tyłek i liszaje na ogarnięcie, ale w końcu dojrzało. No dobra, póki co kiełkuje, ale pewnie w końcu wyrośnie z tego pięknie kwitnący kwiat.

Bo jak tak patrzę to do tej pory hodowałem bonsai - tylko przycinałem gałązki. W ramach poprawiania swojego samopoczucia postanowiłem zastosować metodę ograniczania wszelkich możliwości jakie daje mi świat.

Przestałem biegać po maratonie - bo zmęczony. Przestałem spacerować - bo powinienem być w domu, z Love. Odpuściłem temat przewodnictwa - bo i tak pewnie nie miałbym czasu. Bla, bla, bla, bla.

Szukanie wymówek jako nowe hobby.

Koniec z tym. Koniec z jojczeniem, marudzeniem, tłumaczeniem i życiem byleby przetrwać kolejny dzień po najmniejszej linii oporu. Żeby tylko się nie zmęczyć, pobrudzić i żeby nikt nie miał pretensji.

Znów biegam! Po 5 miesiącach udało się zaatakować temat, ubrać buty i wyjść podeptać chodniki. Generalnie to niewiele się zmieniło - buty te same, dresy te same, mp3 rozładowana. Szkoda, że forma nie ta. Nogi dają radę, ale oddechowo - krążeniowo czuję się zatkany. Dlatego na początek 24 minutki. Bardziej żeby od czegoś zacząć niż żeby coś osiągnąć. Póki co. Kto wie, może te 24 minutki to znak, żeby wrócić do planu treningowego - na 24 tygodnie? Tak czy siak cel taki jak rok temu o tej porze - w kwietniu przebiec maraton.

Tylko, że dzisiaj już wiem jak to smakuje, z czym to się je. Mam nadzieję, że tym razem na starcie stanie dwóch Bajasów i dwóch Bajasów zamelduje się na mecie. Za siebie już nie muszę trzymać kciuków, bo wiem, że dam radę mając ubiegłoroczne doświadczenie. Teraz trzymam kciuki za tatę, oby wystarczyło mu wytrwałości!

A po czym poznać, że znów czujesz się na siłach, żeby wrócić do szykowania się na maraton? Na dworze pada, wieje, zimno, dzień był ciężki (nawet bardzo), ale i tak wychodzisz z domu. I jakie to piękne uczucie, znów mieć tę energię, siłę  taką, że "zamiast hantla mógłbym użyć całego bloku".

Fajnie móc spojrzeć na swoje życie i powiedzieć "dobrze jest, oby tak dalej".

Miłego wieczorka!

czwartek, 20 czerwca 2013

Wakacje bez wakacji

Ósma czydzieści. Czy dni wolnego, a ja piszę notatkę na blogu o ósmej czydzieści. W zasadzie to mógłbym wcześniej bo nie śpię od godziny. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że bynajmniej nie poszedłem spać specjalnie wcześnie, bo chyba było koło 1. Nie wiem, nie pamiętam, gadało mi się równie fajnie co przedwczoraj, więc nawet nie bardzo ogarniałem, która jest godzina.

W końcu chyba docieram do tego czegoś czego szukałem od baaaaaardzo dawna. Luzu na co dzień. Nigdzie się nie spieszę, nic nie muszę, wszystko co jest konieczne do załatwienia załatwiam z pełnym luzikiem, przecież i tak tego nie uniknę. 3 dni w pracy? Spoko, im ja bardziej podchodzę do tego na luzie tym szybciej mi czas zlatuje, a ludzie są sympatyczniejsi. Zresztą inaczej czeka się na 21, kiedy wiesz, że wrócisz do domu, zjesz coś i idziesz na piwko w plener.

Bo kto powiedział, że w te wakacje nie będę miał wakacji? Trzeba przepracować to co trzeba, a każdą wolną chwilę wykorzystać w pełni, żeby smakowała jak piwko w Czeskim Filmie, do którego się dzisiaj wybieramy ze świeżo upieczoną bracią przewodnicką. Będzie dobrze, a już mi się śmiać chce na myśl o naszej grupie zwiedzającej od rana łódzkie lotnisko ;).

Zaraz zjem sobie coś smakowitego, spakuję w kieszeń mp3 i polecę gdzieś w plener, odziany w świeżą koszulkę i jakieś luźne spodenki. Białe buty to także obowiązek. Dziewczyny - oglądajcie się! Mam nadzieję poczytać coś fajnego, albo pozwiedzać miasto, albo beztrosko popróżnować, albo najlepiej połączyć wszystkie te czynności w całość.

Nikt nie powiedział, że mając urlop dopiero we wrześniu nie można mieć wakacji. Wakacje bez wakacji? Kupuję w ciemno i na bank poproszę o dokładkę ;).

PS Zapomniałem jeszcze dodać, że jeśli ktoś ma problem jak swego czasu ja - ciągle coś przeszkadza w sympatycznym ogarnięciu życia polecam klip do kawałka, który mnie ostatnio nakręca na najwyższe obroty. Rudimental feat. Ella Eyre - Waiting all night, to jest to!

sobota, 15 czerwca 2013

Instynkt przetrwania

Oj jak fajnie, fajnie, fajnie. W końcu, w zasadzie pierwszy raz w tym roku, miałem okazję się przejechać gdzieś na rowerku, ot tak. Bez ograniczeń czasowych, przestrzennych i żadnych innych. Mam nadzieję, że okazja jest pełnoletnia, bo wykorzystałem ją tak bardzo jak tylko się da.

Zjechałem pół Łodzi. W zasadzie to dosłownie. Zacząłem na południu, znaczy się na Chojnach, dotarłem w pewnym momencie na Olechów i to taki już graniczny Olechów, a z Olechowa to już prosta droga na Radogoszcz prawda? Oczywiście wrócić z tego ostatniego też jakoś trzeba było ;).

Dałem sobie w kość ale było warto. Nawet już nie jestem tak zły na siebie jak wcześniej za wyjęcie z plecaka batoników, które nie wiem czemu mi tam przeszkadzały. Kombinowanie drogą do sukcesu nie jest. Sił mi brakowało, wracałem tempem żółwim, ale w końcu wróciłem i to się dla mnie liczy najbardziej. Dodatkowy plus - mam kilka ciekawych spostrzeżeń na tematy różne.

Po pierwsze. Park Źródła Olechówki jest totalnym nieporozumieniem. Ostatnio dowiedziałem się o jego istnieniu i postanowiłem go wytestować. Miejsce fajne być musi, źródełko rzeki fajna rzecz. Tym bardziej, że portal Zielona Łódź rozpływa się nad tym jaki to on nie jest super. Nie jest super ani jako park, ani jako Źródła Olechówki. Miasto jak zwykle zaszalało. Zagospodarowanie terenu zielonego jako park po łódzku - walnąć tabliczkę "Park" i postawić dosłownie trzy ławki (albo dwie, nie pamiętam, szału nie ma). Żadnych alejek, jedynie wydeptane ścieżynki. Po prostu miasto wpisało teren zielony, na który przychodzili mieszkańcy pić piwko i wyprowadzać dzieci oraz pieski, na listę parków i stwierdziło, że jest super. No nie jest. Miło byłoby jednak coś zrobić, a jak szkoda kasy, to już lepiej sobie darować temat w całości. Przynajmniej wstydu nie ma.

No ale nic. Źródło Olechówki zrekompensuje wszelkie niedogodności. W końcu, cytując "Zieloną Łódź" Teren parku obejmuje swoim zasięgiem inicjalny fragment doliny Olechówki wraz z czynnymi źródliskami rzeki. Supcio. Lubię takie klimaty. Myślałem głupi, że skoro to główna atrakcja parku to będzie jakaś tabliczka informująca, gdzie to jest. Niestety. Po dwóch wjechaniach w krzaki, bo ktoś tak wydeptał ścieżkę, dotarłem do ścieżki, która prowadziła wzdłuż Olechówki. Bomba, teraz prosto do źródeł! Niestety, za jakiś czas zobaczyłem kanał z którego śmiało wywiera sobie woda. Pomyślałem, że tak nie może być. Pojechałem dalej, w kolejne krzaki. Niestety, okazało się, że dalej już sucho, jedyne co płynie to asfalt pobliskiej ulicy. Stwierdziłem, że skoro już się z tego parku wydostałem dalej dociekać nie będę, bo i po co? Najgorsze jest to, że nie wiem do teraz czy to co widziałem, to źródło Olechówki czy tylko kanał, którym rzeczka płynie. Można było postawić tabliczkę "TO TU", ale pewnie szkoda było kasy, a jak szkoda kasy...

Lekko zawiedziony udałem się dalej w miasto. Traf chciał, że jednocześnie mogłem stestować najnowszą ścieżkę rowerową w Łodzi, tę "widzewską". Jest świetna, to fakt. Póki co równa, ładnie oznakowana i w ogóle daje radę. 

Niestety, ścieżka rowerowa nie nauczy jeździć po niej rowerzystów. Ciągle boleję nad edukacją, bo przez różnych takich "wynalazków", potem jest opinia, że rowerzyści zachowują się jak debile. Niestety opinia wydaje się być po sporej części słuszna. Jak można tłumaczyć na przykład kolegę na rowerze, przekraczającego ścieżkę rowerową, który rozejrzał się ale tylko w jedną stronę? Bo jeszcze to, że para dziadków wymusiła na mnie pierwszeństwo, nie wiedząc zapewne, że jadąc z prawej mam pierwszeństwo przeboleję. Jednak nie przeboleję tego, że owa para nawet się nie spojrzała w moją stronę... A gdyby ktoś gnał 40 na godzinę, co wbrew pozorom tak trudne na rowerze nie jest? Kolizja gwarantowana. Dalej kolejne fajne numery - wyprzedzanie na skrzyżowaniach i zakrętach, jazda całą szerokością ścieżki w kilka osób (trzeba sobie pogadać, rozumiem, ale trzeba też zostawić miejsce tym co jadą sami i z naprzeciwka) czy rodzice nakazujący ruszać dzieciom w momencie, kiedy z naprzeciwka ktoś nadjeżdża. 

Mało mamy problemów z kierowcami (o nich mógłbym kolejną litanię napisać) i pieszymi? Nie przeszkadzajmy sobie sami, drodzy rowerzyści. Bo ja rozumiem braki w edukacji, często nikt was poprawnej jazdy nie uczy. Wybaczam. Ale braku myślenia i chyba jakiegokolwiek instynktu przetrwania już nie zdzierżę. Często ci jadący szybciej wiedzą lepiej jak się jeździ, przez co widzą więcej i są w stanie przewidzieć ewentualne zagrożenia. Niestety nie sprawdza się to w 100% przypadków. Wypadek dwóch rowerzystów śmierci raczej nie spowoduje, ale złamać już cosik łatwo. Dlatego po prostu jeździjmy uważnie, rozglądajmy się i szanujmy uczestników ruchu drogowego. Ku naszemu i innych bezpieczeństwu.

Z umoralniającym pozdrowieniem.

Ja.

piątek, 14 czerwca 2013

Nowy dzień

Dwa miesiące temu o tej porze padałem na twarz po maratonie. Dzisiaj też jestem w zasadzie na mecie maratonu. Skończyłem maraton pod tytułem "kurs przewodnika miejskiego po Łodzi".

Oj było ciężko i w trakcie i pod koniec. Właśnie ze mnie spływają resztki emocji i całe zmęczenie. 

Było warto. Miałem ochotę się rozpisać, że w końcu poznałem miasto, zajrzałem w miejsca w które bym nie zajrzał i w ogóle jestem mądrzejszy, ale nie mam siły. Najlepsze jest to, że postanowiłem sobie nic o Łodzi nie czytać przez najbliższy czas. Ta, mhm. To miasto tak wciąga, że niestety, ale pewnie jutro wsiądę na rower i skoczę gdzieś do parku, poczytać o Wielkiej Łodzi Przemysłowej. 

Ważne, że przypomniałem sobie, że skoro mam internet pod ręką to mogę coś tu popisać. Obiecuję odpocząć i wypocić coś więcej.

Nie podołam więcej na dzisiaj...

Pewnie śnić mi się będzie i tak Łódź. 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Na dzień po

I to już. Jestem po pierwszym w życiu maratonie. Wczoraj nastąpiła kwintesencja moich długich przygotowań, z kulminacyjnym punktem w Atlas Arenie.

Dopiero dzisiaj zaczyna do mnie docierać czego dokonałem. Zresztą nie tylko ja. Wszystkie pozostałe osoby, którym udało się zameldować na mecie, a nawet te, które z różnych względów biegu nie ukończyły to moim zdaniem wielcy ludzie. Sam fakt podjęcia przygotowań do tego biegu i zrealizowania jakiegoś planu przygotowań to już powód do ogromnej dumy.

Przede wszystkim z samego siebie. Prawdą jest, że wiele osób poświęca swój wysiłek dla kogoś czy dla jakiejś szczytnej idei. Jednak sam bieg, sam trud, ból, wysiłek, cierpienie przeżywa się osobiście. Nikt nie jest w stanie poczuć za nas tego bólu, tego zniechęcenia. Musimy to przeżyć w sobie i nawet biegnąc w grupie - w samotności.

Nie jestem w stanie odtworzyć w pamięci uczuć, które dominowały we mnie, szczególnie po 30 kilometrze. Umysł od razu kasuje takie myśli, jako te skrajnie najgorsze. Nie przypomnę sobie bólu kolan i kostek, nie jestem w stanie. Pamiętam tylko obrazy, przewijający się widok trasy i to co podczas biegu robiłem.

Nie da się napisać relacji z maratonu, ot tak, kilometr po kilometrze. Można co najwyżej rzucać jakimiś hasłami, robić plamy, w których przekażemy cząstkę tego co się w nas i wokół nas działo.

Można odnieść wrażenie, że w związku z tym wszystkim po maratonie nie zostało we mnie nic poza zdjęciami schowanymi w pamięci. Nic bardziej mylnego. Pozostała radość. Pozostało uczucie braterstwa z każdym innym biegnącym. Chwile kiedy dostawałem wsparcie od kibiców, kiedy nawet Hiszpanie krzyczeli do mnie dopingując mnie tuż przed metą. Nie zapomnę mety, tej euforii, spływającej czystej, białej radości kiedy przekroczyłem tę magiczną linię. Nie zapomnę bicia piątek z obcymi ludźmi, z którymi jednak dane mi było zjednoczyć się w tym największym trudzie. Nie zapomnę łez kiedy leżałem za metą i schodziło ze mnie całe napięcie, całe zło uciekało pod wpływem wypierającego go wszechmocnego dobra i pozytywnej siły.

Nie zapomnę szczęścia.

Cytując pewne wersy, które uważam za kwintesencję życia: "Szukamy drogi do szczęścia, a szczęście jest drogą".

W sobotę się wahałem, dziś już w zasadzie nie mam wątpliwości. Jeśli Bóg pozwoli, to przebiegnę w życiu jeszcze niejeden maraton.

Dlaczego?

Nie mam pojęcia.

sobota, 13 kwietnia 2013

Na dzień przed

Niniejszy blog powstał głównie w celu zapisywania moich wrażeń i wspominek w przygotowaniach do maratonu. W dużej mierze udało mi się to zamierzenie zrealizować. Jednak ostatnie półtora miesiąca to czas totalnego zastoju w pisaniu tutaj. Powodów jest kilka, przez pracę i brak czasu, po przeprowadzki i inne temu podobne wydarzenia. Tak prawdę powiedziawszy to po części straciłem wenę na pisanie kolejny raz o tym jak to mi się biegało. Rzeczy, które mi się przytrafiały zaczęły się powtarzać, a ile można dłubać na ten sam temat?

Tak to sobie ucichło, ale nie zamilkło do końca. Podobnie zresztą jak moje treningi. Spadła ich częstotliwość, regularność też pozostawiała dużo do życzenia, ale wszystko toczyło się swoim tempem. Coś co zacząłem w lipcu zeszłego roku docelowo zmierzało do 14 kwietnia 2013 i biegu maratońskiego w mojej rodzinnej Łodzi. Wtedy jeszcze siedziałem przy oknie w kamienicy przy wrocławskim Rynku i nie miałem pojęcia co będzie dalej.

Dziś już jestem dużo mądrzejszy, jak to zwykle bywa po czasie. Wróciłem do Łodzi, pracowałem tam, przestałem pracować tam, zacząłem się kursować przewodnicko, łapałem doły, pogoda nie rozpieszczała, w końcu dostałem pracę tu i znów zmieniłem miejsce zamieszkania. Sporo tego. Co by się jednak nie działo wspólny mianownik pozostawał - bieganie. Z uporem maniaka wychodziłem biegać, kiedy miałem to zaplanowane, a od marca kiedy mogłem sobie na to pozwolić. Czasem doprowadzało mnie to do szaleństwa, czasem dawało mega oddech od codzienności, czasem wyładowanie, a czasem nakręcało energetycznie. Wszystko, żeby spełnić marzenie i przebiec 42 kilometry 195 metrów.

To już jutro. Rano odebrałem zestaw startowy, praktycznie wiem już w co się ubiorę i jak planuję przebiec ten królewski dystans. Nie kłopocze mnie już pytanie - czy dam radę. Wiem, że dam, jestem świadom swojej formy fizycznej i psychicznej, do tej ogromnej bramy z napisem "MARATON" podchodzę z pokorą, ale nie pochyloną głową. Nie zatrzymały mnie śniegi, kace, prace, braki czasu i inne zjawiska. Jedyne co może mnie teraz zatrzymać to ja sam i to co siedzi w mojej głowie. Wiem jednak, że siedzi tam mnóstwo pozytywnej wiary i energii i wrodzona chęć walki. Nigdy się nie poddawałem, jakby źle nie było i jutro też nie zamierzam.

Teraz martwi mnie coś innego. Pytanie, które w końcu musiałem sobie zadać. Co dalej? Chcę dalej biegać? Jeśli tak, to chcę to robić dla siebie czy znów pod konkretne zawody? Według planu czy "jak wyjdzie"? Może wolę zająć się teraz czymś innym?

Będę miał dużo czasu do namysłu jutro, stawiam, że około 3 godzin i 15 minut, może nieco mniej, może nieco więcej. Potem na pewno robię sobie przerwę w bieganiu, od 2 do 4 tygodni. Kiedy już podejmę decyzję, pochwalę się nią tutaj.

Swoją drogą polecam każdemu znaleźć jedno marzenie, takie z czasów jak najwcześniejszych i po prostu zrobić wszystko by je zrealizować. Wiem, że jeśli jutro złapie mnie kryzys to w głowie zapali mi się lampka z myślą - "chciałeś zrobić to od małego, podświadomie przygotowywałeś się do tego dnia od kiedy ta myśl zakiełkowała w tobie, nie możesz przecież zawieść samego siebie?".

Jestem szczęśliwy.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Toczy się...

...człowieczy los. Dawno nie pisałem, takiej przerwy to już nawet najstarsi Górale nie pamiętają, podobnie zresztą jak zimy. W ogóle odnoszę wrażenie, jakby wszystko co dzieje się wokół mnie było nie takie jak być powinno. Żeby było zabawniej - nie rozumiem przez to jakichkolwiek kwestii negatywnych.

O cóż więc mi chodzi? O pogodę - wiadomo. Pierwszy kwietnia, a ja rowerem w pracy byłem, cholera jasna, 4 razy! Love też cierpi na tę samą przypadłość, jednak z pewnymi kwestiami trzeba się, nomen omen, pogodzić.

Bezprecedensowe jest jednak moje obecne położenie w życiowej sytuacji. Daleki jestem od hurraoptymizmu, a także od stwierdzania, że jest już super i mogę sobie usiąść na laurach. Ba, dziś już wiem, że do końca mojego żywota ciągle będę miał nad czym pracować i co ulepszać. Daje mi to nawet pewną satysfakcję i motywację. Jeszcze nie tak dawno czułem się jak nie posiadający perspektyw młokos, z jakąś tam mglistą koncepcją na życie, jednak bez konkretnego planu, odpowiednich podstaw i pełen obaw. W zeszłym roku o tej porze kończyłem studia, zaczynałem planować wyprowadzkę do Wrocławia, ale poza tym nie wiedziałem nic.

Postanowiłem mocno wziąć się za siebie, złapać w końcu za lejce. Nie umiałem brać na siebie odpowiedzialności, dziś wiem, że nie jest to zbyt ciężki ładunek, a częstokroć wart dźwigania. Dziś wiem, że praca nie gryzie, chociaż nie każda. Jednak pewnie gdyby nie pierwsza nie byłoby drugiej. Z tej obecnej jestem bardzo zadowolony i mam nadzieję, że tak pozostanie. Ze swojej strony robię wszystko, aby pracownikiem być jak najlepszym i, przede wszystkim, w końcu mam ku temu motywację. Jestem dobrej myśli.

Kończę przygotowania do maratonu. W życiu nie powiedziałbym, że będę w stanie kiedyś zmotywować się do 24 tygodni treningu. Wolny duch ze mnie i często po kilku dniach mi się nudziło. Tymczasem nauczyłem się wytrwałości. Zrozumiałem, że czasem na efekty trzeba poczekać i tylko systematyczność przynosi zamierzony skutek. Za dwa tygodnie o tej porze będę pisał jak moje ponad pół roku wyrzeczeń przełożyło się na start moich marzeń. Kurczę, fajnie zrobić w życiu coś, o czym marzyło się od dzieciństwa. Nawet jeśli w 23 tygodniu treningu na myśl o założeniu butów dostaję szału ;).

Nauczyłem się uczyć. To był jeden z powodów rezygnacji ze studiów na rok. Chciałem poszerzyć swoją wiedzę w dziedzinach, które mnie interesują, a nie w takich, które muszę zgłębić. Przeczytałem kilka niezłych tomiszczy, wziąłem się za naukę języków, zacząłem słuchać osób, które wiedzą więcej ode mnie. Wiedza to potężna sprawa i nie zamierzam poprzestać na tym co już wiem, to byłoby samobójstwo. Chciałbym wiedzieć jak najwięcej, ale bez popadania w jakąś chorobliwą ambicję i stawianie sobie za cel "wszystkowiedzenia". Nie na tym rzecz polega.

Skąd u mnie takie refleksyjno - podsumowywujące nastawienie? No cóż, od dawna mnie to gryzie - to raz. Natomiast dwa brzmi - robię kolejny krok w swoim życiu w stronę w którą chcę zdążać. Niektórym może się wydawać, że idę do tyłu. Może tak jest, może to i nawet lepiej. Czasem trzeba się nieco cofnąć, żeby nabrać rozpędu i zdobić dwa kroki w przód. Co z tego wyjdzie - czas pokaże. Ja nie wiem, kiedy dam radę tu znów zajrzeć, ale nie zamierzam zapomnieć o tym blogu. Za dużo daje mi satysfakcji, a może kiedyś doprowadzę jego i jego tajemniczego brata do takiego poziomu jaki chciałbym, żeby reprezentowały. Wszystko pomału, po kolei.

PS Miałem się pochwalić, to się chwalę póki pamiętam. Wygrałem z komputerem w szachy i to chyba ze trzy razy.

sobota, 16 marca 2013

Zima czyma

Tęgi mróz nie tylko zamraża wodę na ulicach, ułatwiając efektowne "fajt", ale także moją wenę. Generalnie, abstrahując od wszelkich innych aspektów, o których jeszcze napomknę, po prostu nie chce mi się pisać. No bo o czym niby? O tym białym cholerstwie za oknem? O mroźnych nocach, które ni w ząb nie zachęcają do spacerów? Dużo bym dał, żeby, niczym Włóczykij, siąść sobie pod drzewkiem, na przyjemnie pachnącej ziemi i porozmyślać. Marzec w tym roku zawodzi, ale co poradzę, reklamacji nie napiszę, mogę troszkę ponarzekać i liczyć, że Góra mnie wysłucha ;).

Jak na złość te trzy dni ciepełka, już się we mnie zakiełkowało na zielono. Proszę się nie dziwić, że taki zmrożon jestem.

Poza tym - emocji sportowych brak. Bieganie już troszkę zaczyna mnie nużyć, tzn. nie samo bieganie, ale ten przymus treningu, chętnie bym pohasał, ale może bardziej frywolnie i wtedy kiedy mam na to ochotę, a nie kiedy bieganie ma ochotę na mnie. Dobrze, że obciążenia już coraz mniejsze, a start coraz bliżej. Ciężko mi uwierzyć, że 20 tygodni zleciało Bóg wie kiedy. Nie wspominając o wcześniejszych treningach! Coraz bardziej zbliża się dzień przymusowej odpowiedzi na pytanie - co dalej? Póki co zaplanowałem relaksik co najmniej do końca kwietnia. Mam czas...

Widzew robi swoje, znaczy się nie robi nic w zasadzie. Przestał przegrywać co cieszy. Zapomniał niestety, że oprócz nie tracenia bramek, trzeba jeszcze zacząć jakieś strzelać. Oj, zapowiadało się tak ładnie w sparingach, a póki co mamy niewypał. Mam nadzieję, że to chwilowa niedyspozycja, zrzucam ją na karb braku doświadczenia. Nie zamierzam zmieniać zdania, że od dawna nie mieliśmy drużyny z takim potencjałem, jak ta obecna. Skreślanie ich przedwcześnie to najgorsze co można zrobić!

Tenisiści nasi też nie dają mi powodów do radości. Żaden nie przekracza progu "warto nie spać, bo X gra w ćwierćfinale". Oczekiwania lubią róść, forma nie zawsze. Póki co sezon kiepściutki, ale to dopiero marzec. Może coś się ruszy jak zima w kraju odpuści ;).

Niech odpuszcza jak najszybciej, bo mi nawet cholera wymroziła umiejętności przewodnickie. Dzisiejszy spacer okazał się być wyjątkowo niezadowalający mnie. Pośpiech wywołany mrozem nie był dobrym doradcą. Mam nadzieję się poprawić następnym razem, bo póki co to żenua!

Także to by było na tyle. Szkoda, że pogoda nie daje mi cieszyć się w pełni wolnością jaka przychodzi wraz ze wzrostem dni pracujących w moim życiu ;). Jakaś wyprawa rowerkiem na Zdrowie, albo wokół Łodzi z pewnością skutecznie poprawiłaby mi morale. No nic, koniec marudzenia! Może, jak zachowam taki odstęp w pisaniu postów jak obecnie to następny będzie już bardziej wiosenny? Marcu, wiosno - wiecie co z nią zrobić!

Z zimą oczywiście :).

niedziela, 3 marca 2013

Dwadzieścia jeden

Oczko. Wyjątkowo ciekawa liczba. Rzekomo ciężar duszy wynosi 21 gramów. Taki zresztą tytuł nosi jedna z moich ulubionych płyt. Jak się dzisiaj okazało był to także moja lokata z dzisiejszego GP. Mogę być z siebie w pełni zadowolony. Przeskoczyłem 13 miejsc (znowu ciekawa liczba) od pierwszych zawodów. Czas poprawiłem o prawie półtorej minuty. Chyba nie jest tak źle.

Dzisiejsze błotne bieganie miało jakiś wyjątkowy urok. Przebijające momentami słońce, uśmiechnięci ludzie, a ja z dobrym samopoczuciem. Czułem generalnie zamulenie ostatnim bieganiem i rowerem, ale mimo to po złapaniu rytmu dawałem radę. Dziarsko trzymaliśmy się w grupie w zasadzie od samego początku, co też mi na pewno pomogło. Generalnie kończę przygodę z tegorocznym GP tak jak zacząłem - z ogromną satysfakcją.

Pozostaje mi pytanie - co dalej? Niedługo maraton, raptem 5 tygodni. Nie wiem czy będę chciał biegać dalej, ale z drugiej strony wsiąkłem w to na tyle, żeby po pewnym czasie zatęsknić. Zobaczymy co przyniesie czas, będę miał dużo do myślenia podczas ponad 42 kilometrów biegu ;).

To by było na tyle jeśli chodzi o dzisiaj. Od jutra zaczynam pracę, też jestem bardzo dobrej myśli. Pewnie, że mam nieco pietra, bo wszystko nowe i w ogóle, ale wiem, że dam sobie radę i będę zadowolony. Zresztą pora zacząć realizować pewne bardzo istotne plany, a praca jest ku temu niezbędna.

Dziś wyjątkowo nie mam ochoty na długie rozpisywanie się. Mam nadzieję, że kolejne wpisy będą nieść ze sobą równie dużą dawkę optymizmu co ten. Dlaczego miałoby nie być dobrze? Przecież to zależy tylko i wyłącznie ode mnie :).

sobota, 2 marca 2013

Skutecznie

No to mogę być z siebie dumny. Ostatnimi czasy nic mi tak dobrze nie idzie jak skuteczne przewidywanie wyników Ekstraklasy. Nie wiem czy to wina tego, że ta liga jest taka dziwna, czy ja jestem po prostu taki cienki w uszach. Widzew przerżnął 3:0, chociaż szedłem w zaparte z teorią, że z Ruchem to wygramy my w takim samym stosunku. Nie, nie przez walkower.

W związku z takim obrotem sprawy cieszę się, że inne zajęcia uniemożliwiły mi obejrzenie tego spotkania. Czuję, że oszczędziłem sobie dzisiaj jakieś 5 lat życia. 2,5 mniej dzięki nerwom, 2,5 więcej dzięki temu, że biegałem i spacerowałem w tym czasie. W przyszłym tygodniu już na pewno nie zobaczę nawet sekundy meczu, więc niech dzieje się wola niebios!

Skuteczny jestem także w moim nowym zajęciu. Gram w szachy. Z komputerem, a co. Od kilku dni próbuję skutecznie roztrzaskać mojego laptopa na poziomie średnim. Miło widzieć w statystyce słodziutkie zero zwycięstw. Mam nadzieję wygrać chociaż raz do końca marca! Ambitnym trza być i kropka.

Za to 100% skuteczność osiągnąłem w innych aspektach. Całkowicie udaje mi się zdominować Love moją wolą, dzięki czemu jeździmy na rowerze codziennie od środy. Jestem z niej bardzo dumny, bo prawdę mówiąc moja wola bez wsparcia jej woli zdziałałaby niewiele. Oby tak dalej!

Także 100% skuteczności wyłapaliśmy dzisiaj w natykaniu się na nawalonych przechodniów. Polacy poczuli wiosnę, takiej ilości nabombionych kamratów to już dawno nie widziałem. Dla rowerzysty to czysta przyjemność wymijanie takich zawodników. Tak samo jak odpowiadanie na sympatyczne zaczepki. Przynajmniej zabawnie było z biednym chłopakiem, który przy Przybyszewskiego został przeze mnie uświadomiony, że do Piłsudskiego to w drugą stronę. Trzeba iść, przyjacielu prosto, jak w mordę strzelił. Co zrobił? Skręcił przy pierwszej okazji w prawo ;). Ciekawe czy dotarł, bo azymut łapał ujemny, a jego kompas niezmiennie wskazywał północne południe. Przynajmniej kulturalnie podziękował ;).

Jutro zawody, ostatnie dla mnie GP w tym roku. Ciekawe, ciekawe, nie spodziewam się szału bo podejrzewam, że dodatkowy wysiłek w postaci roweru zrobił swoje. Co ma być to będzie. Zdam relację jutro, w ostatni dzień przymusowych wakacji ;).

piątek, 1 marca 2013

Dziwne...

Cały ten dzisiejszy dzień jakiś dziwny. Spało mi się dziwnie, wstawało też. Potem załatwianie badań do pracy, czyli od lekarza do lekarza, a wystarczyło od razu pojechać na Zgierską i miałbym dziś 2 godziny więcej dla siebie i dużo więcej sił pod wieczór. Najeździłem się rowerkiem sporo jak na 3 dzień w sezonie. Nawet Love była dziwna, bo naszykowała się bez oporów i gdyby nie zagubione nauszniki zacząłbym podejrzewać, że ktoś mi ją podmienił ;). Potem dwie bardzo przyjemne przejażdżki i rzekłbym, że dziwność tego dnia odeszła w niepamięć.

Chcesz jednak człecze czegoś dziwnego zaznać? Obejrzyj mecz Ekstraklasy! Absolutnie niezrozumiałe sytuacje dają za darmo!

No bo jak wyjaśnić fakt, że Polonia Warszawa, TA Polonia Warszawa, wygrywa z Lechem na wyjeździe. Tak, dokładnie ta Polonia, prowizorycznie pozszywana niczym piłka afrykańskiego dziecka (bez oskarżeń o rasizm proszę, odsyłam do najnowszego National Geographic) przez trenera Stokowca. Drużyna, która według wszystkich logicznych reguł powinna ledwo co ciułać piłkę i rozpaczliwie bronić się przed katastrofą.

Dobra, mogę przyznać, że gdyby nie szybko strzelona bramka, to mecz ułożyłby się inaczej. Jednak sami sobie Lechici winni, że dali sobie taką bramkę wbić. Gol urody przepięknej, ale tyle miejsca ile Piątek dostał przed polem karnym, to nawet w Sejmie się nie znajdzie. Zresztą, po stracie bramki Kolejorz nie rzucił się do odrabiania strat. Nie wiem na co czekali piłkarze z Poznania, chociaż wyjaśnienie "na przerwę" zdaje się być równie głupim i prostym, co słusznym.

Żeby było dalej śmiesznie, to w drugiej połowie okazało się, że jednak moszna! Absolutna dominacja Lecha, poza kilkoma fatalnie rozegranymi kontratakami Polonii. Tak teraz sobie myślę, że pretensje można mieć do bramki od strony nieczynnego dziś Kotła. Chyba tak się zauroczyła golem Piątka, że postanowiła nie wpuścić już żadnej innej piłki w swoje progi. Wierna kobieta. Nie zaglądałem do statystyk meczowych, ale gołym okiem było widać, że Lechici bombardują Czarne Koszule niczym Alianci Drezno. Niestety, proporcje okazały się być fatalne w skutkach dla Kolejorza. Bomby były może głośne i duże, ale malutko w nich prochu. Niewybuchami jeszcze nikt wojny nie wygrał.

I w ten oto przezabawny sposób drużyna z długami, osłabiona jak tylko się da, nawet niespecjalnie lubiana w rodzinnym mieście zainkasowała trzy punkty. Jedno trzeba im oddać - organizacja w defensywie nie zawodzi. Podobnie jak z Lechią nie dawali rywalom szans wykreować czegoś rzeczywiście klarownego. Nawet sytuacje Trałki, Hamalainena czy Ślusarskiego tak w stu procentach czyste nie były. Naoglądali się chyba Milanu z Barceloną i teraz kozaczą ;). Trener Stokowiec robi kawał dobrej roboty. Niestety przy tym stanie finansów Polonii za szybko się złotego pomnika nie doczeka...

Jutro gra Widzew, stawiam na zwycięstwo. Kogo jak kogo, ale Ruch to powinniśmy ograć. Wystarczy, że zagramy jak ze Śląskiem, a na mecz nie dojedzie rodzina błędów. Napisałbym z dużego B, ale wiem, że są piłkarze o tym nazwisku i jeszcze by się obrazili ;). Ja i tak większości meczu nie obejrzę, więc niech się dzieje wola niebios!

czwartek, 28 lutego 2013

One love

Mimo, że momentami jest ciężko, lubię biegać. Szczególnie teraz, kiedy już mam na tyle zadowalającą mnie kondycję, że nie jest to dla mnie jakieś mega wyzwanie. Dawno nie byłem na basenie, ale chętnie bym popływał. Zresztą nie po to robiłem kurs instruktorski, po którym nie odebrałem legitymacji, żeby teraz nie lubić pływać. Ogromną radochę dają mi spacery, i te wolne i te szybsze. Mam trochę do siebie wyrzut, że nie robię już sobie takich 10 kilometrowych wycieczek jak to kiedyś zwykłem. Trzeba do tego wrócić. Mam ogromną ochotę pograć w piłkę nożną. Szkoda, że brak ekipy do grania nieco wiąże mi ręce. Nie masz z kim zagrać w siatkówkę? Mimo zabójczego wzrostu chętnie poodbijam, możemy nawet zagrać o jakąś stawkę. Tenis to moja kolejna nie spełniona miłość. Może jeszcze kiedyś wrócę do regularnego trenowania dwa razy w tygodniu? I to może na własnym korcie? ;) Pan Trener Zych sprawił, że nawet na mecz kosza dałbym się namówić, chociaż tutaj nie zabłysnąłbym raczej umiejętnościami... Spływ kajakowy? Proszę bardzo. Narty? Tej zimy będzie już ciężko, ale w następnym sezonie - why not? Jak się uprę to nawet na wspinaczkę skałkową dam się namówić, a co mi tam!

Kocham aktywność. Mentalne owsiki nie pozwalają mi usiedzieć w miejscu, kiedy się nie ruszam mam nadmiar energii, z którą nie mam pojęcia co zrobić. Każda forma aktywności fizycznej jest super. Są tacy, którzy są wierni jednej dyscyplinie. Są też tacy jak ja, że jak będzie okazja, to dadzą się namówić na wszystko. Chociaż muszę przyznać się do czegoś. Możesz mi proponować co Ci tylko do głowy przyjdzie. Możesz mnie prosić, błagać na kolanach, zanosić na rękach. Wiedz jedno. Co by to nie było - jeśli alternatywą będzie rower - nie ma szans, żebym dał się namówić.

Tak jest, rozpocząłem kolejny sezon. Owszem, mógłbym jeździć cały rok, także zimą, ale nie chcę, żeby niektóre osoby martwiły się o mnie. Zostałem o to ładnie poproszony. Zresztą - gdyby nie ta trzymiesięczna przerwa, nie smakowałoby to tak samo. Kurczę, głód rowerowy miałem już od miesiąca co najmniej. Codziennie sprawdzałem pogodę, kiedy się poprawi na tyle, żeby powiedzieć sobie i innym - koniec zimy, zaczynam jeździć. Poza tym, w tym roku chciałem poczekać ze startem na Love. Zabieg motywacyjny ;).

Doczekałem się wczoraj. To jest to co uwielbiam, damn! Szybkość, niezależność, istota wolności. Jadę jak chcę, gdzie chcę i kiedy chcę. Nie stoję w korkach, ciągle poruszam się do przodu. Nie wlekę się tak, jakbym szedł pieszo czy nawet biegał. Uwielbiam to, dzięki temu czuję, że żyję! Ten entuzjazm na początku każdego sezonu jest nie do porównania z niczym innym! Wiadomo, że raz jest lepiej, raz gorzej. Niejednokrotnie przemęczyłem się, bo musiałem udowodnić, że będę jeździł zawsze i wszędzie, trudno. Szybko się regeneruję.

Ważne jest to, że mogę żyć po swojemu, a taką wolność daje mi rower. Teraz jeszcze troszkę będzie mnie ograniczać trenowanie do maratonu i kurs w weekendy. Jednak, kiedy już będę po jednym i drugim... No, to wtedy każda wolna chwila to będzie chwila z rowerem. Co roku moja miłość dojrzewa coraz pełniej, mam coraz ciekawsze plany. W tym roku nie ma odpuszczania, pora zacząć je realizować!

Tak dla informacji - biegałem wczoraj. 60 minut. Luzik pełen. W niedzielę zawody, dla mnie ostatnie przed maratonem. Mam nadzieję, że zleci, bo już chciałbym być po. Sorry bieganie, rower wygrywa ;).

niedziela, 24 lutego 2013

To o to w tym chodzi!

Wiedza bywa bolesna. Zarówno jej, nazwijmy to, treść, jak i sposoby jej zdobywania. Jak to bywa w moich cierpiętniczych przeżyciach dziś doświadczyłem połączenia obu wersji. Było ciekawie...

120 minut. Drugi pod względem długości trwania trening w moim planie. Zadziwiająco korzystny układ wydarzeń spowodował, że wylądowałem dzisiaj w drugim końcu miasta i mogłem sobie wesoło dohasać do domku. Niestety, okazało się to być moim przekleństwem. Kłopoty zaczęły się na etapie planowania dnia. Zanim dotarłem na wymieniony już drugi koniec miasta, musiałem doczłapać się na zajęcia, na godzinkę 10 i przez następne 8 godzin przebywać we wrogim środowisku świata poza domem. Zaliczał się do tego także obiad. Wybraliśmy się z siostrą na pizzę...

Tak, gdyby ktoś poczytał moje wcześniejsze wspominki, dowiedziałby się, że postanowiłem nie jeść pizzy przed treningiem. Fakt faktem, ta była zjedzona w dobrej knajpce i nie taka napompowana, ale to cały czas pizza. Pal sześć gdybym zjadł jej w miarę. Nie, ja musiałem się tradycyjnie nawtykać... Troszkę liczyłem, że przetrawię swoje kłopoty, w końcu 3 godzinki, z czego większość spacerując.

Nie umiem liczyć... Generalnie pierwsze pół godzinki było bardzo przyjemne, chociaż czułem zamulenie całym tygodniem. Kłopoty zaczęły się około 50 minuty. Miałem kryzys woli, a ciężki brzuch zaczął dawać o sobie znać. Walczyłem, udało mi się rozbiegać kryzysowy moment. Było nieźle, chociaż czułem się coraz bardziej ciężko w nogach. Kolejny kryzys przyszedł w okolicach domu. Po pierwsze - zostało mi jeszcze pół godziny biegania, a podświadomość była już myślami na klatce schodowej. Po drugie - moja wieś nie jest odśnieżana i w najtrudniejszym momencie miałem najtrudniejsze warunki. Po trzecie - brzuch bolał coraz mocniej. Zacząłem człapać zamiast biec. Chciałem już tylko dotrzeć do mojej dzisiejszej mety.

Ostatnie 15 minut to już walka o każdy krok, chociaż im bliżej końca udawało mi się nieco rozluźniać i sama końcówka nie była specjalnie tragiczna. Koniec! Podołałem. Krokomierz wskazuje - ponad 24 kilometry. Znaczy się jeszcze 18 będę miał przed sobą 14.04. Miło ;). Chociaż na pewno nie będę wtedy tak bardzo najedzony, będę mógł się posilić (dzisiaj, chociaż chciałem, nie chciałem jeszcze dokładać wysiłku żołądkowi), a przede wszystkim będę dużo świeższy.

Teraz dwa tygodnie względnego luzu - po 3 treningi i to takie niezbyt ambitne. W niedzielę zawody, a potem już z górki do maratonu. Już chyba wiem jakie cierpienie na mnie czeka. Czy mnie to zniechęca? Wręcz przeciwnie. Nie mogę się już doczekać!

Wczorajszy dzień w kwestiach sportowych pozwolę jedynie wspomnieć. Przewidziałem porażki polskich "zimowców" (nie pamiętam czy tu, czy w rozmowie z kimś, nie chce mi się sprawdzać ;)), porażka Widzewa zabolała tym bardziej, że na porażkę nijak nie zasłużyliśmy, patrząc na poziom gry. Moją "kibolską" część połechtało przynajmniej zwycięstwo Korony z Legią. Jednak marne to pocieszenie...

Za tydzień będzie lepiej :).

piątek, 22 lutego 2013

Bądź człowieku mądry...

Wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie. Tej wspaniałej ligi nie da się ot tak rozgryźć. Pozory mogą się schować, tutaj rządzą zasady, których sensu nawet najstarsi Indianie nie są w stanie odkryć.

Wolny wieczór, wszystko cacy, obejrzę sobie Lechię z Polonią, a co mi szkodzi. Spodziewałem się nudy i troszkę zawodów kurczaków z obciętymi głowami, że użyję takiej subtelnej paraboli. Obie drużyny kulturalnie pozbyły się kluczowych piłkarzy i obie ewidentnie nie miały pomysłu co z tym fantem począć. Brak pomysłu to jedno, ale brak chęci i umiejętności to już coś innego. Obserwując pierwszą połowę i większą część drugiej nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że obie drużyny najchętniej schowałyby się za sukienką mamy wołając "ja nie chcę, ja nie wiem jak, nie umiem!". Kiedy się nie próbuje to i efektów nie ma się co spodziewać.

W związku z tym postanowiłem przenieść swoje zainteresowanie na komentarze Kazia Węgrzyna - niekwestionowanego króla kabin komentatorskich w tym kraju. Nie mogę więc powiedzieć, że brakowało mi dziś wieczorem rozrywki.

Tymczasem, kiedy już co mniej wytrwali kibice poszli do domu (nie dziwię im się) zadziało się coś, co chyba tylko w naszej lidze mogłoby się wydarzyć. Bo nie chodzi o to, że się ruszyło. Nie chodzi o to, że padły dwie bramki, że pojawiły się emocje. Najbardziej szokujący był sposób zdobycia obu goli. Przez osiemdziesiąt-kilka minut dało się zaobserwować pokazy polskiej myśli szkolenia technicznego - te poetycko nietrafione podania, zabawne fikołki na piłce, przyjęcia do nogi, tylko że nie mojej itepe itede. I wtem! Lechia strzela bramkę po przewybornej akcji. Majstersztyk klasy najwyższej, kompletne zaprzeczenie wszystkiego co działo się do tej pory. Miód, malinka, bez nawet odrobinki dziegciu.

Co za dużo to niezdrowo, pomyślałem i zabrałem się do zastanawiania, czym w sumie zasłużyła sobie Polonia, żeby przegrać ten mecz. Ano niczym. W związku z tak ogromną niesprawiedliwością Kiełb postanowił w przepiękny sposób obsłużyć (uwielbiam to określenie!) Przybeckiego, a temu nie zostało zbyt wiele możliwości do wyboru. W końcu nie ma na nazwisko Ślusarski ;).

W ten oto sposób zrobił się remis, sprawiedliwy, zasłużony, szkoda tylko tych 80 minut czekania... Taka to już jest ta nasza liga i za to ją wszyscy kochamy.

Nie kochamy za to porażek. Kowalczyk przegrała szansę na medal przez kompletny pech, jaki omijał ją całkowicie przez calusieńki sezon. To było podejrzane, więc w najlepszym momencie wszystko wróciło do normy. Szkoda, ale co poradzić?

Agnieszka Radwańska postanowiła pójść w ślady koleżanki i również przegrała. Szczególnie dominującym elementem jej gry w spotkaniu z Kvitową był gen "łojezu jak mi się nie chce, nic mi nie idzie, a ona tak mocno odbija". Grymas niezadowolenia i maska marudy z każdą sekundą rysowały się głębiej na twarzy Iśki. Z drugiej strony - mogła odpuścić jak Azarenka i Williams. Przynajmniej wyjdzie finansowo na plus po turnieju ;).

Dzisiaj odpadł też Janowicz, specjalista od tie-breaków do 0 jak się okazuje. Widziałem tylko fragment meczu z Berdychem. Bardziej od tego kto wygra zaczęło mnie zastanawiać odwieczne tenisowe pytanie - czy wolimy tenis szybki, siłowy z milionem asów i winnerów, czy też może lepsze jest długotrwałe "pykanie", taktyczne zawiłości i wielogodzinne bitwy pełne emocjonujących wymian? Bezpośrednio nie odpowiem, ale chyba nie trudno zgadnąć, którą wersję wolę?

Na koniec smaczek biegający, czyli powrót yeti. Niechże ten śnieg się w końcu rozpuści, bo przecież kurczę blade. Po oczach mnie smaga, za kurtkę wpada, męczy jak sto pięćdziesiąt, a do tego najpewniej przez tę białą cholerę naciągnąłem sobie plecy. Trochę zaczynam mieć już kryzys z gatunku "to nie mogłoby być już?". Na szczęście zostało troszkę ponad 1,5 miesiąca. Wytrzymam. Pomarudzę, ale wytrzymam.

czwartek, 21 lutego 2013

...że tobie się chce, czyli wraca Ekstraklasa

Na świecie wiele jest lig piłkarskich, każda z pewnością warta zainteresowania. Jednak tylko nasza, rodzima, ma w sobie to coś co przyciąga i elektryzuje mój umysł niczym gigantyczny magnes w kształcie futbolowej piłki (z odpadającymi łatami swoją drogą). Po długich trudach zimy, kiedy piłkarze pracować musieli ciężko, a kibice musieli ciężko wzdychać karmiąc się jedynie miernymi sparingami liga powraca! W związku z tym, wpisując się w mało oryginalny nurt, postanowiłem spisać swe proroctwa na nadchodzące kilka miesięcy, do czasu ostatecznego wyboru drużyny, która w tym roku dostąpi zaszczytu odpadnięcia z el. Ligi Mistrzów!

Obserwacja dołu tabeli wykazuje ogromny potencjał nudy i wczesnych rozstrzygnięć. Dorobek punktowy po rundzie jesiennej każe ślepo wierzyć, że drużyny z Bełchatowa i Bielska - Białej pożegnają się w tym roku z Ekstraklasą. Czy ktoś będzie tęsknił, żałował? Wątpię. Szczególnie, że działacze i piłkarze obydwu drużyn zdają się być pogodzeni z faktem przywitania w przyszłym roku 1. ligi. Ba, chyba nawet są zadowoleni, bo to kłopot mniejszy i wstyd tak nie idzie w całą Polskę. Podbeskidzie może kiedyś sobie pozwoli na powrót w najwyższe progi, w końcu po coś ten stadion się buduje. GKS niech może lepiej nie wraca, bo i po co? Swoje 5 minut mieli, wykorzystali, szkoda miejsca na drużynę, na której meczach pojawia się po 1,5 tysiąca widzów.

Radują się więc zacnie w Kielcach i Chorzowie, bo w ten sposób mogą spokojnie przewegetować wiosnę, grając "swoje", bez paniki i konieczności robienia nie daj Bóg jakiś poważnych transferów. Pomału ku kolejnemu sezonowi, może znów szczęście dopisze i nawet pomimo straty takiego Piecha, Ruch będzie w stanie się bezstresowo utrzymać? I tak dalej i tak dalej...

Kolejne trzy pozycje w tabeli to drużyny z grupy "chcem, ale nie umiem". Znaczy się Wisła, Zagłębie i Jaga, czyli ambicje są spore (szczególnie w Krakowie), ale jakoś tak czegoś brakuje. Czy po zimie należy się którejś z tych drużyn specjalnie bardziej obawiać? Zagłębia na pewno - przykład zeszłoroczny nakazuje przynajmniej mieć się na baczności, nigdy nie wiadomo co im do głowy strzeli i zaczną grać na poziomie mistrzowskim. Szczególnie, że kasa pełna, brzuszki też, stadion ładny, czym się tu stresować? Jeno grać! Wisła się w ostatnim czasie nieco skisła (ha ha ha) i podstarzała. Powrót Kamila Kosowskiego to zaiste wspaniałe posunięcie, dające nadzieję na taką samą bryndzę jaką obserwowaliśmy do tej pory. Potrzeba zmian, oj potrzeba, ten rok to już na pewno katastrofa, przyszły przeznaczyłbym na "zmianę pokoleniową". Szansa na jakąś poważniejszą walkę? Za dwa lata, przy dobrym gospodarowaniu piłkarzami. Na deser Jaga, czyli pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz czym zaskoczy Cię trener Hajto i jego wesoła kompania. Niby szału nie robią, niby środek tabeli, od groma remisów, ale jak trzeba to potrafią zaskoczyć i opędzlować czołówkę. Drużyna z potencjałem, ale co z tego wyjdzie to nawet sam Pan Trener Hajto nie wie.

Kolejne trzy drużyny i już w ogóle nikt nic nie wie, nie ma pojęcia i o co generalnie chodzi? Widzew pozostawię na deser, najpierw Piast i Pogoń. Beniaminkowie. A jak beniaminkowie to nie mają nic do stracenia w tym sezonie i grają swoje. Grają póki co całkiem nieźle chociaż jedni i drudzy nierówno. Spokój w utrzymaniu mają, więc mogą już pomału martwić się o przyszły sezon, który dla beniaminków zawsze jest gorszy. Ja trzymam kciuki za jednych i drugich, bo grać fajnie i przyjemnie dla oka potrafią, wstydu lidze nie przynoszą. Póki co drużyny środka, ale chętne do zaskoczenia czołóweczki, oj chętne nad wyraz. Mogą namieszać w planach niejednemu.

No i Widzew. Czyli ta najbardziej obiektywna zapowiedź ;). Polityka transferowa, nieco wymuszona biedą w kasie okazuje się być strzałem w 10. Młodzi piłkarze grają bardzo ładnie, chociaż także dość nierówno - ale taki jest urok futbolowej młodzieży. Z każdym meczem krzepną coraz bardziej i zwiększają swoje szanse wraz ze wzrostem doświadczenia. Półroczne kontrakty przynoszą owoce, w postaci możliwości wywalenia tych, którzy się nie sprawdzili, bez obciążania budżetu. W ich miejsce przychodzą nowi, tacy zapowiadający się sympatycznie. Dla mnie, szczególnie w kontekście osłabienia się w zasadzie wszystkich "z góry" to będzie czarny koń rundy wiosennej. Szansa jest ogromna, trener zacny, drużyna pokazała że radzi sobie z lepszymi (Copa del Sol!), a jeszcze doping ma wrócić i zamiast przykrych porażek i remisów u siebie mogą pojawić się zwycięstwa... Wiem, wiem, marzyć jest pięknie, ale te marzenia wydają mi się w tym roku wyjątkowo rzeczywiste ;).

No i co, został "czub". Sześć najlepszych drużyn, z których dwie się wzmocniły, trzy się osłabiły, a jedna utrzymała co ma (w większości), ale za to ma dużo problemów "dookoła". Ta ostatnia to oczywiście Śląsk, z którym kompletnie nie wiadomo o co chodzi. Solorz ma odejść, mają przyjść Niemcy, Szejkowie, Marsjanie, mówiło się też o Eskimosach, ale okazało się to plotkami. Zostanie pewnie klasycznie - miasto. Czyli z imperialistycznych planów nici, zamiast pełnej kasy - puste trybuny. Chyba potencjał jaki przyniosło mistrzostwo i nowy stadion zostanie zmarnowany, niestety...

Lechia i Górnik - czyli niby to samo, ale jednak coś się nie zgadza. Rewolucji kadrowych nie było, w sumie odeszło po jednym istotnym piłkarzu. Tylko właśnie - czy nie okaże się, że po odejściu kluczowych snajperów gra padnie? Obawiam się, że tak właśnie może się to skończyć i z pięknych marzeń zostaną tylko ładne stadiony... Chyba, że ktoś uważa, że Zahorski = Milik, a Traore = Buzała?

Polonia Warszawa, czyli rozbiory w wersji "początek XXI wieku". Powiedziałbym, że teraz to już katastrofa. Pieniędzy brak, piłkarzy brak, szans brak. Tylko jesienią też tak miało być, a skończyło się tak jak się skończyło. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, na ciężkie bęcki zbierane przez Czarne Koszule, też skłaniałbym się ku tej opinii. Jednak co życie i trener Stokowiec przyniosą, nigdy nie wiadomo...

Na koniec cudowne zjawisko Ekstraklasy, czyli wzmocnione drużyny. Może Lech nie tak bardzo jak Legia, ale jednak. Jeśli nie dojdzie do jakiejś dziwnej sytuacji, jak z zeszłego roku, jeśli nie okaże się, że czołową drużyną ligi stanie się Jagiellonia i jeśli zdrowy rozsądek ma jeszcze jakąś rację bytu w Ekstraklasie, to pomiędzy tymi dwiema drużynami rozstrzygnie się sprawa mistrzostwa. Ze wskazaniem na Legię, która idąc tą drogą, ma ogromną szansę na wejście w progi Ligi Mistrzów. Chyba, że zimowa wyprzedaż okaże się być odroczona do lata, ale to byłby chyba strzał w stopę? Do tego jeszcze na Żyletę wraca doping, co powinno dodatkowo pomóc piłkarzom. No cóż, bardzo nie lubię jednych i drugich, ale chyba w tym roku muszę się pogodzić z faktem, że są po prostu najmocniejsi i równych sobie mieć nie będą.

Chociaż zapewne kompletnie nie mam racji i 2. czerwca, westchnę sobie wesoło - ach jak słodko było pomarzyć w ten zaśnieżony, lutowy dzień...

środa, 20 lutego 2013

Żordi Albiego

Dzisiejszy dzień sportowy niemalże na wskroś. Dziwne, że na śniadanie nie jadłem gotowanych piłeczek do tenisa, albo kanapek z murawą stadionową. Chociaż kiełki wyglądają (i smakują?) dość podobnie...

Dobra, koniec żartów, teraz na poważnie. Radwańska Agnieszka jako pierwsza do tablicy. Któż z nas nie spodziewał się dzisiaj spacerku, wesołej przejażdżki po biednej nastoletniej obywatelce Kazachstanu? Nic nie wskazywało na kłopoty jakie miały nastąpić... No cóż minus młodych, nastoletnich zawodniczek z końca pierwszej setki rankingu jest taki że są młode, nastoletnie i z końca pierwszej setki rankingu. Nie mają nic do stracenia, to raz, a dwa - mało kto wie jak grają i jak je "ugryźć".

Agnieszka nie była w grupie "mało kto wie". Wyglądała na ewidentnie zaskoczoną (i niezadowoloną) ofensywną grą rywalki. Putintsjewa (ale fajne spolszczenie, hihi) grała bez kompleksów, chętnie dawała się wciągać w długie wymiany i ku zaskoczeniu Isi - nie popełniała błędów. Zamiast tego atakowała całkiem ładnie, zgrabnie i skutecznie. Passing shoty jakimi bombardowała Polkę raz po raz chyżo hasającą do siatki zasługują na najwyższe uznanie. Ostatecznie uległa, jednak doświadczenie robi swoje, a i 4. numer w rankingu do czegoś Radwańską zobowiązuje. Jutro mecz z Kvitową, którego zwycięstwo najpewniej zagwarantuje Agnieszce obronę tytułu. Chyba Serenie z Wiktorią zrobiło się szkoda Iśki i postanowiły zwiększyć jej szanse na wygranie jakiegoś turnieju. Prawdę mówiąc póki co szans na pokonanie numerów 1. i 2. za wielkich nikt nie ma. Znaczy się komuś pewnie się uda (jak Sloane Stephens) pokonać jedną z nich - ale obu naraz? Trzeba poczekać na spadek formy.

Tyle tenisa, ile można na jeden temat. Teraz o czymś czego dawno nie było - o bieganiu! Postanowiłem zaryzykować i podmienić plan z tego tygodnia z tym z przyszłego, tak żeby skuteczniej wystartować w zawodach. Pytanie brzmi - czy podołam 2 tygodnie po 4 treningi? Okaże się w niedzielę. Za to perspektywa bonusu w postaci 2 tygodni po 3 treningi brzmi bardzo kusząco ;).

Dzisiaj krótkie (he he, 60 minut) rozbieganie, śnieg bardzo sprzyja, szczególnie jak napitala po oczach. Albo jak stara się żebym skręcił sobie coś nie coś. Ja się jednak nie daję, śniegi mi nie groźne! Tylko potem narzekam, że jestem zatkany i mam watę zamiast nóg...

Na koniec wisienka na torcie - Liga Mistrzów! Znowu zostałem wytypowany do obejrzenia meczu Barcelony... Tzn. los mnie wytypował, więc nie śmiałem oponować. Przynajmniej Milan lubię. Zresztą najważniejsze dla mnie było, że grał Żordi Albiego, a reszta jest nieważna.

Pierwsza połowa wyraźnie wskazywała na to, że mecz oglądam ja. W końcu skoro oglądam Ligę Mistrzów raz na 3 miesiące, to chyba mam prawo obejrzeć coś absolutnie nudnego? Emocje zostawiam innym, taka to moja martyrologia! Wracając do tematu - Milan wyszedł na mecz przestraszony, co było widać od początku. Trener o tym wiedział, więc kazał im się w miarę skutecznie bronić. Barcelona jest Barceloną, więc zdecydowała się na poczekanie jak mecz wygra się sam - z respektu przed Dumą Katalonii. Tak to leniwie upłynęło pierwsze 45 minut. Należy podkreślić występ Żordi Albiego, świetny piłkarz, bez dwóch zdań!

Druga połowa miała prawo wnosić, że będzie ciekawsza. Już pod koniec pierwszej tak jakby strach coraz bardziej opuszczał Milan i udawał się na przeczekanie. W przerwie schował się w bliżej nie określonym miejscu stadionu i czekał na rozwój wydarzeń. Milan wziął się do roboty. Do świetnej dyscypliny taktycznej, która w zasadzie związała ręce piłkarzom Barcelony, dołożyli coraz śmielsze ataki. Nie była to może jakaś poezja ofensywy, ale coś zaczęło się dziać. W końcu czyn nastąpił! Po nieprawidłowo zdobytej bramce Milan wyszedł na prowadzenie! Pragnę jednak zauważyć, że nieprawidłowo nie znaczy niezasłużenie. Opieszałość FCB w ataku wymagała szybkiego skarcenia, co też uczyniono.

Nie wiadomo skąd, na boisko wbiegł strach. Zrobił coś czego nikt się nie spodziewał - zajrzał w oczy piłkarzom Barcelony. Wszyscy zgromadzeni, łącznie z Redaktorem Szpakowskim i Żordi Albiego uznali, że teraz to się zacznie. Rozjuszona niczym osa Barcelona rzuci się do szaleńczego ataku i wdepcze biednych chłoptasiów w czarno - czerwonych strojach. Niestety, nikt nie poinformował tych drugich o planowanych wydarzeniach. Kompletny brak szacunku. Zamiast się rozstąpić, ci jeszcze bardziej zwarli szyki w drugiej linii dając jeszcze mniej pola do popisu Barcelonie. I tak sobie trwała ta druga połowa - Barcelona czekająca jak należne jej zwycięstwo przyjdzie samo i Milan po prostu robiący swoje.

Druga bramka to piękna, tłuściutka i okrąglutka kropka nad i. Popis bezradności Barcelony i pewności siebie zmiksowanej ze spokojem piłkarzy Milanu. W zasadzie można odnieść wrażenie, że obie drużyny byłby pewne zwycięstwa od początku. Tylko Milan zajął się sprawą osobiście, podczas gdy Barcelona chciała załatwić sprawę zaocznie.

I tak to mamy potencjał na piękną sensacyjkę, a także pożywkę dla psychofanów Realu Madryt. Oby więcej takich spotkań!

Szkoda tylko Żodi Albiego...

niedziela, 17 lutego 2013

Renesans

To było to czego potrzebował mój organizm najbardziej. Robienia swojego, uspokojenia się, złapania równowagi. Niesamowite jak kondycja psychiczna przekłada się na kondycję fizyczną. Tak właśnie sobie zleciał weekend - raz lepiej, raz gorzej, ale z ogromną satysfakcją siedzę teraz w fotelu, przyjemnie zmęczony, ale także spokojny i wyluzowany. Mówią, że w sporcie większa część sukcesu to głowa a nie mięśnie. Zgadzam się z tym całkowicie.

Po filozoficznym wstępie pora zejść na ziemię. W końcu grunt to ziemia, a bieganie jest solą ziemi, czy jakoś tak. Zeszły tydzień był ulgowy, ten wręcz przeciwnie. Dawno nie byłem tak zadowolony ze swojego podejścia do treningów, równo przez cały tydzień. Fakt faktem - dzisiejszy interwał był mega ciężki i czułem w nogach trzy wcześniejsze biegania, ale ogólnie rzecz biorąc - malinka.

Zauważam, chociaż nie jestem w stanie tego potwierdzić dokładniejszymi badaniami, że chyba zwiększyłem tempo rozbiegania. Wydaje mi się, że biegam szybciej przy tym samym poziomie zmęczenia i, najprawdopodobniej, pulsu. Kiedyś się dorobię pulsomierza to będę w stanie dokładniej ocenić te moje samopoczuciowe teorie.

W związku z tym rozbiegania dają mi coraz większą radochę, tak jak chociażby to wczorajsze, krótkie, ale jakże przyjemne. Pogoda też mi sprzyja, okolice "zera" są moim zdaniem idealne do aktywności typu bieganie. Postanowiłem także walczyć ze swoimi nerwami na widok wszelkich, jak ja to nazywam, psiarzy. Próbuję wmówić mojemu umysłowi, że naprawdę nie każde z tych biednych zwierzątek ma zamiar mnie zjeść. Póki co jest chyba remis, ale nie zamierzam się poddawać ;).

Jak już wspomniałem - dzisiejszy interwał był trudny. Miałem nogi ciężkie niczym z platyny, trzeba było może pomyśleć nad sprzedaniem tego gdzieś, w końcu bym się dorobił! Taki to jednak moment treningu, że trzeba zaciskać zęby, bo praca wykonywana teraz najbardziej zaprocentuje w połowie kwietnia. Wakacje - dopiero po maratonie.

Na koniec jeszcze żaluzja tenisowa. Kompleks Wyjca u Agnieszki Radwańskiej trwa. Cały czas bidulka nie może się dobrać do skóry silniejszym od siebie zawodniczkom, chyba sama musi jeszcze bardziej przycisnąć kwestie siłowe, bo niestety sztuczki techniczne na niewiele się zdają w grze z nr 1 (obecną i byłą ;)).

Chociaż trzeba przyznać, że będące w takiej formie zarówno Azarenka, jak i Williams są póki co poza zasięgiem reszty. Dzisiejszy finał to była prawdziwa uczta tenisowa i sądzę, że nawet największe marudy z gatunku "męski tenis > damski tenis" powinny przyznać, że poziom jest naprawdę wysoki. Zresztą we wczorajszym półfinale z udziałem Agnieszki też biedy nie było. Trzeba się tylko cieszyć i mieć nadzieję, że tak pozostanie jeszcze dłuuuugo.

Tak to zleciał kolejny tydzień, 16 już od momentu rozpoczęcia moich przygotowań do maratonu. Kiedy to minęło? 2/3 za mną, jestem coraz bliżej mety, ale na lekki finisz nie mam co liczyć.

I wraca liga, hihihi. Żegnajcie leniwe weekendy! Mecz za meczem, poganiać mecz będzie!

czwartek, 14 lutego 2013

Brzuszek

Planowany ostatnio przypływ weny okazał się pięknym i okazałym planem. Realia okazały się być zgoła inne.  Żeby nie było troszkę jestem usprawiedliwion, więc prędko zdążam z wyjaśnieniami, co, jak i dlaczego.

Otóż w dzień po zawodach zaobserwowałem pogorszenie mojego samopoczucia, w okolicach tych blisko związanych z jedzeniem i... piciem. Nie było fajnie, ale zrzuciłem temat na karb poprzedniopiątkowego no, sami wiecie. Potem w sobotę było jak było, w niedzielę były zawody, więc organizm nie mógł odpocząć i wyszło szydło z worka w poniedziałek. Tak sobie przynajmniej tłumaczę. Szczególnie, że wtorek przyniósł poprawę, chociaż w skali Bajasa przydzieliłbym ocenę "szału brak". No ale co zrobi w takiej sytuacji pan ja?  Zrobi kilka piw z kolegą. 

Chyba to nie był najlepszy pomysł. Środa - oj, ból egzystencjonalny, o dziwo nie związany z głową jak to u mnie bywa, ale z tą resztą, również narażoną na skutki dnia następnego. Biegałem to tu, to tam, bynajmniej nie załatwiając spraw w urzędzie. Jednak jakoś się w miarę ogarłem byłem i z pomocą minerałki dotrwałem do wieczora. Poszedłem biegać, było super. Przebiegłem 17 kilometrów i poza krótką zgagą, to nawet wyjątkowo mi się siku nie chciało.

Później dało o sobie znać ponownie. Ja, głupi, myślał że pobiegam i już, jest fajnie. No nie było. Nie pospałem zbytnio, a tu dziś trzeba iść na hiszpański, do muzeum i jeszcze biegać potem. Łojejciujejciu, nie dam rady! Ja nie dam? No pewnie, że dałem. Większym problemem okazało się być walentynkowy szał i setki aut na ulicach, pełnych zamulających polskich kierowców. Grrrr. Mówiłem już kiedyś, że nie lubię komercji i innych kierowców?

Generalnie po okresie trochę gorszego samopoczucia biegowego widzę dużą poprawę. Mam nadzieję utrzymać ten stan jak najdłużej, gdyż fajnie jak bieganie jednak sprawia mi przyjemność. Chociaż prawdę mówiąc odliczam dni do maratonu, głównie ze względu na możliwość nieco wylajtowania z treningiem. Jednak póki co - gaz w opór!

Dodam jeszcze, że ku uprzejmości TVP (co to się porobiło...) obejrzałem sobie Iśkę i Ulkę Radwańskie. Ba, tę pierwszą to nawet dwa razy! Wnioski, wrażenia, impresje? Chciałbym w końcu zobaczyć Agnieszkę w meczu z Azarenką, Szarapową albo Sare... Serenką. Póki co regularnie obija wszystkie zawodniczki, które nie nazywają się Li Na i można nawet zauważyć poprawę jej siły fizycznej, co u chuchra takiego jak ja (śmieszna sprawa, pierwszy sportowiec jakiego znam o takich samych "parametrach" wagi i wzrostu jak ja. Jest się z czego cieszyć, że to akurat kobieta :)). Karolinkę W. także pewnie ogra, bo wątpię, żeby tamta wykazała się większą regularnością niż Agnieszka w obecnej formie.

Zaskoczyła mnie natomiast Ula. Szkoda, że nie dane mi było zobaczyć wczorajszego meczu, chociaż może w końcu przełamała troszkę swoje kompleksy i zacznie regularnie dochodzić dalej niż do 2. rundy? Dzisiaj z Williamsówną szans raczej nie miała, Amerykanka formę ma całkiem tęgą, więc to nie dziwota ("hłe hłe" pomyślała teraz Sloane Stephens). Jednak gra Polki raczej nie przyniosła jej wstydu. Kiedy mogła atakowała, starała się rozrzucać rywalkę po korcie i nawet jej się to udawało. Może jeszcze nie czas na pokonywanie Williams, ale mam nadzieję, że w końcu "ta młodsza Radwańska" wyjdzie z cienia siostry, bo potencjał moim zdaniem ma.

Na koniec tenisowa dygresja. Brak netów przy serwisie. Że co, proszę? Korzyści na pewno będą gigantyczne, aż strach się bać jak drastycznie skrócą się mecze, a jednocześnie wzrośnie ich atrakcyjność. Już nie mogę się doczekać akcji po jakiś kuriozalnym odbiciu piłki. W trakcie spotkania też wygląda to nader wspaniale i interesująco... Wprowadzają challenge, żeby wyeliminować przypadki, po czym taki klops. Może kiedyś te mądre głowy zajmą się czymś co mądrym głowom przystoi?

niedziela, 10 lutego 2013

Masz babo placek

Lubię się mylić. Tzn. lubię jak nie mam racji, kiedy tego oczekuję, tudzież się tego spodziewam. W poprzednim poście napisałem, ze pewnie napiszę na następny dzień, na złość sobie. Nie napisałem. Mogę być z siebie dumny ;).

Czemu nie pisałem tyle czasu? Nie kciało mnie się po prostu. Pochłonęły mnie inne czynności, na które miałem zdecydowanie większą ochotę. Płodność twórcza zanikła na pewien czas i nie zamierzam jej nigdy wskrzeszać na siłę. Póki co chyba wróciła, a przynajmniej wróciła ochota na napisanie paru słówek o moich katorgach. I siły umysłowe wróciły, gdyż pochłaniało je całkowicie wybitne dzieło literatury fantasy, czytane przeze mnie w oryginale. Przeczytałem, jestem wolny ;).

Co się wydarzyło od ostatniego czasu? Przebiegłem półmaraton. W ramach treningu, więc na pełnym luzie. Mimo to pod koniec ratowałem się kosteczkami czekolady przemyślanie zabranej do mojej kieszeni. Generalnie, mimo ogólnego uczucia, że wcale nie jest tak lekko jakbym chciał, żeby było to odczuwam regularny postęp.

Muszę się jednak przyznać, że wczoraj oszukałem nieco plan treningowy i odpuściłem sprinty. Sądzę jednak, że trening siłowy po bieganiu w śniegu po kostki, a miejscami po kolana, nie jest aż tak konieczny. Poza tym byłem nieco, hm, niedysponowany po piątku, a poza tym dzisiaj startowałem w zawodach.

GP Łodzi - IV edycja, chociaż dla mnie III. Pogoda - niezła, choć było ślisko. Forma? No cóż... Czułem się fatalnie, na co podejrzewam ogromny wpływ miały piątkowe szaleństwa. Miałem kolki, po raz pierwszy od bardzo dawna, a do tego czułem się paskudnie zatkany. Jednak, mimo tego udało mi się osiągnąć taką samą pozycją jak 2 tygodnie temu. Jako bonus - nowa życiówka na 5 km - 20.17. Jestem zadowolony, ale ciągle czuję, że stać mnie na więcej. Jak po maratonie przerzucę się na treningi nieco bardziej mi odpowiadające - szybsze, ale krótsze - to będę mógł się pobawić w jakąś rywalizację na 5 i 10.

Tyle w temacie moich katorg ;). Coś jeszcze w kwestiach sportowych, co warto wspomnieć? Oglądałem naszych piłkarskich orłów z Irlandią! Jakież to było fascynujące widowisko. Porównałbym je do National Geographic, albo celniej do Animal Planet. I sceny walki bezbronnej antylopy z lwem czy innym pożeraczem antylop. Dodajmy, że antylopa starała się udawać groźną, natomiast lew był raczej wychudły. Antylopa rzucała się, miotała, próbowała czasami nawet zaatakować, ale w ogólnym wymiarze motała się bez ładu i składu. Lew, nie angażując zbytnio swoich wątłych sił, dwukrotnie potraktował antylopę celnym ciosem z pazura i mógł ją z pełną satysfakcją konsumować.

Koniec przedstawienia. Nie chcę do tego więcej wracać...

sobota, 2 lutego 2013

Tydzień kreatywny inaczej

Czyli znaczy się szukam wytłumaczenia przed samym sobą, że w zasadzie to od tygodnia nic nie napisałem. Ba, dołożę sobie więcej - nawet pisząc to co teraz piszę nie jestem do końca przekonany i chętny do dalszego pisania. Cóż, prawdę mówiąc czasem tak bywa, że nie ma się ochoty pisać i już. Nic na siłę.

W tak zwanym międzyczasie zdarzyło się względnie niewiele. Wystartowałem w kolejnym biegu z cyklu GP Łodzi - dystans 5 km - miejsce 29. Lepiej niż ostatnio co mnie bardzo zadowala. W trakcie biegu myślałem, że tylko ja czuję się tak beznadziejnie, bez żadnej świeżości i dobrego samopoczucia. Okazało się, że większość startujących została "zdeptana" przez śnieg. Tak czy siak - ogólna impresja na plus.

Dochodziłem do siebie aż do środy i chyba nie dojszłem byłem do końca bo biegało mi się średnio. Niby fajnie, bo równa i wygodna droga, ale z drugiej strony było bardzo mokro i jakoś tak bez przekonania. W czwartek już dużo lepiej, ale i tak odczuwałem wcześniejsze śniegowe przegięcia. Ciekawe co przyniesie późniejsze dzisiaj, bo powinno być przyjemnie, ale zawsze jak tak pomyślę to tak nie jest.

Co poza tym? Djoković wygrał męskie AO co mnie równie nie dziwi co cieszy. Widzew awansował do finału Copa del Sol, co mnie równie dziwi co cieszy, a poza tym to sezon ogórkowy pełną parą. Nawet ja, szukający sportu nawet tam gdzie nie ma go prawa być nie mam specjalnej potrzeby polować na transmisje w tv.

Sportowe wakacje. Dobrze mi z tym bardzo, bo weny do twórczości nie mam ani odrobinkę. Toteż kończę moje wypociny i nie wiem kiedy znów coś napiszę.

Czyli pewnie jutro, jak na złość sobie samemu...

niedziela, 27 stycznia 2013

Ostatni taki poranek (w tym roku)

Oglądam sobie spokojnie przerwę medyczną, a tu nagle w tenisa zaczynają grać...

Dobrze już dobrze, postaram się być tak mało złośliwy jak to jest tylko możliwe. Cóż jednak począć kiedy mój ostatni poranek z tegorocznym Australian Open okazał się być, cóż, kiepską kropką nad i.

Jak nakazuje odwieczne prawo - zacznijmy od początku. Zanim doszło do spotkania finałowego, mieliśmy półfinały. Co tam znaleźliśmy? Kontrowersje. Nie pierwszy raz zresztą tajemniczo powiązane z pewną Białorusinką. Trudno się zatem dziwić, że publiczność zebrana na Rod Laver Arena kibicowała przeciwniczce - Li Na z Chin. Dodatkowym argumentem był fakt, że patrząc na wcześniejsze dokonania w tym turnieju, to zawodniczka rozstawiona z 6. zdawała się być faworytką. Przynajmniej dla mnie ;).

Pierwszy set, kiedy już przekopaliśmy się przez stertę nerwów, okazał się potwierdzać tę tezę. Chinka grała w sposób do jakiego nas przyzwyczaiła na tegorocznym AO - prowadząc grę, atakując, starając się "wyjść na swoje", a nie czekając na to aż rywalka przegra mecz. Popełniała błędy, to fakt, ale można jej było to wybaczyć - w końcu to ona prowadziła w finale 1:0. Tym bardziej, że na tle Azarenki wyglądała jak bogini tenisa.

Jednak jak to bywa w kobiecym sporcie, na zmianę toku wydarzeń nie trzeba było czekać długo. Białorusinka wzięła się do roboty, skutkiem czego wygrała 3 pierwsze gemy w drugim secie. Potem zaczęły się fajerwerki (takie prawdziwe też). Chinka złapała kontuzję kostki i musiała skorzystać z pomocy medycznej. W kontekście półfinałowych wydarzeń nad stadionem zaczęła unosić się ogromna chmura niosąca tajemniczy związek chemiczny "ironię". Tym bardziej, że po przerwie Chinka wróciła do gry. Osobiście byłem pewien, że jest pozamiatane. Okazało się inaczej - ilość błędów popełnianych przez Li poszła w ciężki hurt i przegrała seta.

Podobnie jak trzeciego, przedzielonego jednak kolejnymi przerwami. Najpierw absurdalną sytuacją z pokazem fajerwerków. Czy nikt nie ogarniał tematu, że jednocześnie odbywał się finał jednego z najważniejszych turniejów tenisowych na świecie? Rozumiem święto narodowe, ale kurczę, nie można było przed meczem, albo po? Paranoja. Jak przerwa wpłynęła na zawodniczki okazało się już po chwili. Lekko ostudzona Li Na ratowała się przed przeciążeniem kontuzjowanej kostki i... ała. Swoją drogą nikt jej nie uczył, że jak się upada to się główkę do góry podnosi a nie daje swobodnie atakować grunt? ;) Tak czy siak kolejna przerwa. W końcu udało się dograć mecz w trakcie którego zapewne nie tylko ja modliłem się o koniec. Po cyrkach w trzecim secie przestałem specjalnie baczyć czy spotkanie wygra Wyjec czy jednak Chinka. Wygrała Jęcząca, stety czy niestety.

Nie można mieć pretensji do Chinki za kontuzje, ale generalny obraz meczu budzi we mnie duży niesmak. Poziom sportowy, no cóż, mizerny. Szkoda, szczególnie, że było nie było grały ze sobą rakieta nr. 1 i bardzo ładnie prezentująca się zawodniczka. Chyba nerwy zjadły obie panie, stąd taka ilość błędów (Li) i brak odwagi aby przejąć inicjatywę (Azarenka). Osobiście wolę zapamiętać półfinał Federera z Murray'em. Szkoda, że męskiego finału nie obejrzę, pewnie zatarłby całkowicie moje zniesmaczenie.

A najlepszą metodą na kiepski mecz jest oczywiście bieganie! Dzisiaj spokojniutko, bo jutro zawody, nawet w tym samym terminie kiedy mam to wyznaczone w planie ;). Toteż obszerniejsze sprawozdanie z moich cierpień jutro, a w zasadzie to dziś, bacząc na zegarek.

I niech wygra Djok... lepszy!

piątek, 25 stycznia 2013

Coś się zaczyna, coś się kończy

Na przykład poranki z Australian Open. Dla mnie jutrzejszy będzie ostatnim, niestety. Ja, jak to ja, lubię obejrzeć co się da w całym turnieju, a potem darować sobie finał ;). Przynajmniej mam porządne wytłumaczenie - startuję w zawodach. Uznałem, że moja kariera jako wielce utalentowanego biegacza jest ważniejsza od jakiegoś tam finału jakiegoś tam Wielkiego Szlema... No dobra, cały czas mi szkoda, ale nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.

Toteż dzisiejszy mecz Federera z Murray'em smakował mi podwójnie. Trzeba przyznać, że panowie postarali się by było się czym raczyć. Kawał fajnego meczu, pełnego zwrotów akcji i ciekawych zagrań mogłem obejrzeć na prawie koniec mojej przygody z AO.

Od początku stawiałem na szkocką kratę, bardziej niż na szwajcarską precyzję. Pomijając moje osobiste sympatie już po meczu z Jo Wilfredem Tsongą dało się zauważyć, że chociaż Roger prezentuje wciąż wysoki poziom, to już nie jest to co pokazał 24 godziny później niejaki pan Djoković.

Mnie brakowało takiego szaleńczego błysku w grze Szwajcara, który potrzebny jest chyba każdemu tenisiście chcącego osiągnąć sukces. Jak z dobrym bramkarzem piłkarskim - tu trzeba być troszkę ekscentrykiem. Oczywiście może to przyjmować różne formy - od szaleńczej walki o każdą piłkę po niekoniecznie konwencjonalne zagrania, na które nikt inny by nie wpadł. Tego właśnie nie widziałem w grze Federera w środę i wiele się do dzisiaj nie zmieniło. To był ciągle wysoki poziom, zbyt wysoki dla kogoś spoza Wielkiej Czwórki, ale patrząc na Rogera nie widziałem szaleństwa, jedynie rzemiosło.

Miałem bardzo silne przeczucie, że w półfinale właśnie tego "czegoś" Federerowi zabraknie. Nie myliłem się zbytnio.

Szkot przejął inicjatywę od samego początku. Znakomicie serwował, walczył i zagrywał wbrew przewidywaniom. Jednocześnie trzymał nerwy na wodzy. Po pierwszym secie byłem gotów pogodzić się z szybkim rozstrzygnięciem na korzyść Murray'a, bo jego dominacja na korcie była widoczna gołym okiem.

Roger Federer zbyt wielkim zawodnikiem jest jednak, żeby przegrać ot tak, bez historii. Nie przejął inicjatywy, ale konsekwentnie robił swoje. Doprowadził do tie-breaka. W nim okazał się lepszy głównie dzięki chłodniejszej głowie. Murray pokazał swoje niespokojne "ja" grając fatalnego smecza z wyskoku. Sam skazał się na porażkę.

Najlepszym rozwiązaniem na przegranie seta jest wygranie kolejnego, co oczywiście Szkot poczynił. "Teraz to już na pewno już po Federerze" pomyślałem, lekko śmiejąc się w duszy. Wydawało się, że 2 set był w wykonaniu Murray'a jeno wypadkiem przy pracy.

Przyszła pora na 4 set. Andy musiał jedynie postawić kropkę nad i. Po szalonej rozgrywce miał w końcu szansę - wyciągnął wynik na 6:5 i pozostało mu wygrać gem serwisowy. Nie podołał. Dał Szwajcarowi szansę o jakiej tamten mógł tylko pomarzyć. Federer postanowił spełnić marzenie i wygrał tie-breaka (jak zresztą wszystkie pozostałe w turnieju) i został w grze.

Ostatni set zapowiadał się smakowicie. Niesiony powrotem do gry Federer powinien był doprowadzić chociaż do kolejnego tie-breaka, grając "swoje" przy własnym podaniu. W tym momencie Murray postanowił skończyć zabawę. Dwukrotnie przełamał Szwajcara i awansował do finału po równo czterech godzinach gry.

Stało się to co przewidywałem, ze sportowego punktu widzenia. Bo z "człowieczego" chyba coś drgnęło. Mam wrażenie, że oto pomału zaczyna następować koniec złotej ery Federera. Nie będę specjalnie zaskoczony, jeśli okaże się, że coraz częściej zacznie przegrywać w półfinałach, albo być może wcześniej. Czy to źle? Cóż, ma facet swój wiek, coraz ciężej będzie mu dorównać młodym, wydolniejszym. Mnie pozostało trzymać kciuki za moich rówieśników, żeby kiedyś dosięgli poziomu wielkiego Szwajcara.

Mój typ na finał? Djoko wydaje się być do nie ruszenia, szczególnie po horrorze z Wawrinką. Murray na pewno postawi poprzeczkę wysoko, ale stawiam na zemstę za US Open 2012 i zwycięstwo Serba po pięciu emocjonujących setach.

Chociaż nie obraziłbym się gdyby grali krótko - łatwiej mi będzie obejrzeć retransmisję ;).

A u Pań? Li Naucz Białorusinkę jak się wygrywa umiejętnościami, a nie kunktatorstwem, ok?

czwartek, 24 stycznia 2013

Wysyp

Tylko właśnie wysyp czego? Śnieg jedynie pozostał, gdyż emocje sportowe pomału udają się na ciąg dalszy swoich zimowych ferii. Ręcznych już nie ma w grze, chociaż Szaranowicz jeszcze o nich mówi w klipie TVP, tenisistom (i -tkom) zostały do zagrania trzy mecze, szkoda, oj wielka szkoda.

Nie zmienia to faktu, że bardzo się cieszę, że jednak obejrzałem wczorajszy mecz Tsongi z Federerem. Wynik może nie okazał się być najbardziej zadowalającym dla mnie, ale nie mam prawa narzekać. Kilka godzin tenisa na najwyższym poziomie, a do tego rozstrzygnięcie pozostające zagadką do samego końca. To nawet w kinie bym nie miał takich atrakcji! 

W przeciwieństwie do tego co obejrzałem dzisiaj, a w zasadzie resztek tego co mi się udało jeszcze załapać. Spodziewałem się, że skoro na kort wyjdzie Ferrer to mecz potrwa dłuuuugo i może nie będzie tak emocjonujący, ale chociaż obfitujący w długie akcje. No cóż. Novak chyba stwierdził, że on już się nabiegał na tym turnieju i teraz będzie tylko skromnie miażdżył rywali. Z Hiszpanem mu się udało, aż żal było patrzeć na biedaka, ciekawe co pokaże w finale (nie zmieniam zdania, że jego rywalem będzie Murray)? No cóż, widać jednak, że różnica między czołową trójką (póki co trójką ;)), a resztą  jest gigantyczna.

Jednak nie samym tenisem człowiek żyje w styczniu. Jest jeszcze bieganie! Wczorajszy dzień okazał się być jednym z najtrudniejszych do tej pory. Zasługa oczywiście pogody, ale wbrew pozorom nie mrozu czy śniegu, a cholernej wilgotności. Łomatko, wszechogarniająca para wodna/woda tak skutecznie blokowała mi drogi oddechowe, że aż mostek mnie robolał! Paskudne uczucie! W związku z tym zrezygnowałem 5 minut wcześniej niż powinienem - mam nadzieję, że będę pamiętał, żeby odrobić to przy lepszej pogodzie ;).

To by było na tyle na dzisiaj, zobaczymy co przyniesie weekend, bo zapowiada się może nie elektryzująco, ale co najmniej ciekawie.

środa, 23 stycznia 2013

Święty spokój

Bardzo ładnie zachowują się w ostatnim czasie nasi sportowcy. Wiedzą, że potrzebuję luzik w środę wieczorem i w nocy, więc kulturalnie odpadają z zawodów i mogę z czystym sumieniem robić co do mnie należy.

O ręcznych już pisałem, o Rawdańskiej jeszcze nie. Generalnie to nie wiem czy chcę o tym pisać, no ale już. Niech stracę.

Zły po meczu ręcznych Bajas postanowił wysiedzieć do 1 i poprawić sobie humor dawką dobrego tenisa. Wysiedział, ba, dostał to co chciał. Trzeba przyznać, że Li Na pokazała kawał dobrej gry w tym spotkaniu. Była regularna, dokładna, grała z zimną głową, a przede wszystkim nie bała się zaatakować. W przeciwieństwie do naszej krajanki, która z uporem maniaka trzymała się taktyki "gram swoje, a Chinka w końcu będzie chrzanić wszystko". No niestety nie chrzaniła. Zabrakło zęba i agresji. Ja w pewnym momencie widziałem na korcie Radwańską sprzed mniej więcej dwóch lat. Marudzącą, krzywiącą się, potrafiącą zagrać fantastycznie, ale tak jakby bojącą się przeciwniczki. Iśka przegrała ten mecz w głowie, kolejny Szlem się oddalił, a szkoda, bo potencjał ciągle ma.

W związku z odpadnięciem naszej reprezentantki pozostało mi trzymanie kciuki za Novaka Djokovicia. Szykuje się bardzo ciekawy półfinał z Ferrerem, szkoda, że go nie obejrzę ;). Tymczasem spoglądam na bardzo wyrównany pojedynek Tsongi z Federerem. Nie żebym kogoś nie lubił, ale półfinał Murray - Tsonga byłby świetną sprawą na czwartkową noc/poranek! Póki co Federer prowadzi, ale Jo-Wilfred jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, tak sądzę ;).

O, właśnie, przełamanie w drugim secie!

Chociaż i tak przewiduję finał Murray - Djoković.

Także ogromne brawa dla Sloane Stephens! Jakże miło, że chociaż jedna duża niespodzianka nam się w tym roku przytrafiła! Chociaż wyczuwam, że to koniec niespodzianek i po bardzo głośnym finale Szarapowa - Azarenka wygra ta pierwsza. Mówiłem kiedyś, że czasami lubię się mylić?

Jak wspaniale, że dzisiaj tylko 60 minut rozbiegania, wybitnie nie chce mi się wystawiać nosa z domu ;).

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Balonik

Taki to już z nas strasznie pompujący naród. Lubimy dużo oczekiwać, aby móc się po czasie we wspaniały sposób rozczarować. Nie będę ukrywał, że często dam się temu ponieść. Skutkiem tego efektu jest oczywiście nie dostrzeganie oczywistości jaką niesie za sobą rzeczywistość.

Przegraliśmy z Węgrami.

Zasłużenie. Niestety, z taką grą nie mielibyśmy czego szukać w meczu chociażby z Duńczykami. Nie ten level. Toteż dobrze, że stało się jak się stało. Trzeba przestać żyć sukcesami sprzed X lat i spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy. Potęgą nie jesteśmy i koniec. Tak czy siak wielkie dzięki dla chłopaków za kolejne kilka przyjemnych chwil przy ich zmaganiach!

Tymczasem, po drugiej stronie globu, tam gdzie nawet kangury mają ostatnio jaskrawożółty kolor dzieje się coraz więcej. Dzisiaj pozwoliłem sobie na odrobinę nonszalancji i wstałem o 6.30, dzięki czemu popatrzyłem na Tsongę sympatycznie, acz skutecznie udowadniającego swoją wyższość nad Richardem Gasquetem. Mecz w sam raz na pobudkę - bez jakiś gigantycznych emocji i szaleńczej walki, ale też nie na tyle nudny, żeby zasnąć z powrotem.

Chociaż w zasadzie kolejny poranny mecz dużo ciekawszy wcale nie był. W zasadzie to w ogóle nie był ciekawy. Od początku było wiadomo, że Murray wygra gładko, że Simon będzie robił wszystko, żeby się godnie pożegnać z turniejem, a nie z Murray'em i że zbliża się pora na śniadanie. Cenię sobie bardzo takich sportowców jak Gilles Simon, takich dla których ważne jest to żeby, nawet gdy jest nie najlepiej, dać z siebie wszystko. To jest sport!

Natomiast panowie Raonić oraz Federer mają pełne prawo czuć się przegranymi. Przegrali z nie byle kim, mianowicie z niejakim J.R.R. Tolkien'em. W końcu przełamałem barierę językową, która skutecznie ograniczała moje czytanie Jego największego dzieła i gnam ku Mordorowi, po drodze pijąc herbatkę at 5 o'clock.

Słowa spisane w oczekiwaniu na mecz Radwańskiej. Nic nie pompuję, wszystkie baloniki ze złości popękałem po meczu ręcznych.

Iśka, sorry, pompuj sama - ja tylko popatrzę.

niedziela, 20 stycznia 2013

Ani poranek, ani z Australian Open


Łojoj, ładnie się porobiło! Od środy nic, nawet podwieczorku z Australian Open, ani nawet z Bajas Running Team, ani NAWET z Tłumaczę Się Czemu Mnie Nie Było.

Pusto.

Toteż dziś klasyczne, niedzielne nadrabianko.

We czwartek biegawszy. Byłoby fajnie, bo pogoda nie doskwierała, chęci też były i czas nawet bez problemu znaleziony. Tylko sił zabrakło. Okazało się, że 70 minut rozbiegania to jednak kawałek ciężkiego chleba, gdy biega się po sypkim śniegu. Zupełnie inny wysiłek. Prawdę powiedziawszy troszku już bym pobiegał po suchym gruncie i w słoneczku, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi biegać zimą.

Wieczorem się ukulturalniałem w teatrze. Najprawdopodobniej oszczędziło mi to około 15 lat życia, ponieważ alternatywą był mecz Polaków z Serbią. Taki horror plus moje nerwy to bankowo trzęsące się łapy, głośne przekleństwa i dużo skakania po mieszkaniu. Sztuka była znakomita i na tym poprzestańmy.

Obejrzałem za to wczorajsze spotkanie z Koreą. Takie mecze są dla mnie - generalnie spokojne, pod kontrolą, bez niespodziewanych wypadków. Fajnie byłoby gdyby tak zostało do końca. Czy tak będzie? Podejrzewam, że już jutro mecz z Węgrami odpowie mi kulturalnie wykrzyczanym w twarz NIE.

Justyny nie oglądałem bo nie mogłem. Kolejne kilka lat mojego życia na plus. Co ja się będę stresował? Na Mistrzostwach wygra wszystko w cuglach i nie będzie żadnego stresu, ani nic takiego. Prawda?

Za to biegałem sobie. Rozbieganko 60 min w tym 20 minut szybciej. Sympatycznie, relaksująco, jakby nie łażące... może bez epitetu z psami to byłoby fajnie. Czy ciężko jest zrozumieć, że jak biegnę i widzę Twojego ogromnego psiura spuszczonego ze smyczy hasającego wesoło po okolicy, to nie wiem, że Reksio jest spokojny, nie gryzie nikogo, a to że za Tobą biegnie i szczeka to tylko dlatego, że za głośno tupiesz. Że się piesio musi wybiegać? No musi. Tylko po co w takim razie kupiłeś sobie do domu buldoga pokaźnych rozmiarów?

Tenisa nie oglądałem w zasadzie od środy. Tzn miałem krótkie epizody z Ferrerem i Azarenką, ale poza tym kaszanka. Iśka mi wycięła numer i jak mogłem na luzie posiedzeć w nocy to zagrała rano, a dzisiaj walczę ze samym sobą. Zostać w nocy czy wstać wcześniej? Najlepiej byłoby albo nie spać w ogóle, albo wstać koło 5-6. Zobaczymy co mój szczwany móżdżek wymyśli ;).

Na deserek dzisiejsze bieganie, czyli kolejny interwał. Uwielbiam ten trening, żaden inny nie daje mi tak dobrego samopoczucia po, a przede wszystkim ogromnej radochy w trakcie. Lubię czuć, że jestem bliski granicy przy wysiłku, a tu mam możliwość się wykazania. Gdyby jeszcze nie ten obiadek u babci i troszkę "ciężki" początek...

Tymczasem - połowa treningu za mną!

Oby druga połowa zleciała równie szybko i przyjemnie!

środa, 16 stycznia 2013

Poranek, ale inny niż wszystkie, z Australian Open

Czemu inny niż wszystkie? Gdyż po pierwsze, jak na poranek to zaczął się dość wcześnie, mianowicie troszkę po 1. Później natomiast, gdy poranek stał się porankiem w pełnym tego słowa znaczeniu Australian Open stanowiło tło do pozostałych czynności, a nie na odwrót. Zaskakująca, prawdę powiedziawszy, sytuacja.

Przesuńmy się w czasie do momentu gdy poranek jeszcze był ponockiem, a ja myślałem, że się wyśpię. Grała Iśka i grał Jerzyk. Podołałem obejrzeć Iśkę, zresztą nie wiedziałem czy doczekam się gdzieś transmisji z Jerzyka, a jakoś nie miałem ochoty ryzykować.

Obejrzałem Iśkę i co? I nico, hłe hłe. Nie chciało jej się grać za bardzo, czego nawet specjalnie nie ukrywała, uznała, że mecz sam się wygra. W większości przypadków w tym momencie powinna nastąpić opowieść o tym jak to sport jest wspaniały, że maluczki umie wykorzystać słabość większego i awansuje do III rundy. Ku zdziwieniu gawiedzi mecz jednak wygrał się sam. Agnieszka skupiła się na odbijaniu piłek, resztę zostawiając przeciwniczce. Ta skwapliwie korzystała z okazji i sama kreowała dramaturgię spotkania. Kiedy było dobrze - zadziwiała wspaniałymi uderzeniami, kiedy miała ochotę jednak nieco poprzegrywać - psuła co się dało. Przedziwny to mecz był, ja podziwiam Rumunkę, że jednak zdecydowała się tak poprowadzić spotkanie żeby przegrać 3:6, 3:6. Osobiście wolałbym wygrać ;).

O zwycięstwie Jerzyka dowiedziałem się już rano, poszedłem spać tuż po tym jak przegrał pierwszego seta. Gratulacje za waleczność i charakter! Almagro jest do ogrania, po cichu liczę na niespodziankę.

Niespodziankę, której nie było w porannych oglądanych przeze mnie meczach. Chociaż raczej podglądanych, bo musiałem się bardziej skupiać na cebuli i papryce niż na grze. Conieco jednak wyłuskałem a mianowicie:

- Venus Williams to nie Serena Williams
- Poważnie, zorientowałem się dopiero po jakimś czasie, gdy przez głowę przeleciała mi myśl "jakaś dziwna ta Williamsówa".
- Innym też się nie chce grać tak samo bardzo jak Agnieszce Radwańskiej
- Jednakże trzeba przyznać, że jest to grono dość elitarne, bo leniem jest także, jak się okazało, Novak Djoković.
- Serb, nawet jak mu się nie chce, potrafi zmasakrować przeciwnika
- To by było na tyle.

Po tenisie przyszedł czas na coś przyjemniejszego - na bieganie! Oj nie chciało mi się bardzo dzisiaj, szczególnie, że to aż 70 minut. Jednak doceniłem - w końcu nie na codzień mam okazję biegać przy świetle słonecznym. W związku z tym było mi całkiem przyjemnie i zleciało mi całkiem szybko. Gdyby nie mój śliczny ślizg na kolanach po upadku, byłby to bieg bez historii ;).

Jutro - detoks! Nie będę miał niestety jak i kiedy oglądać AO, ale spoko spoko przed nami jeszcze dużo okazji, żeby się nie wyspać albo zerwać z samego rana!

Wdech - wydech

Tak najlepiej ze sto razy, albo i dwieście dla pewności. Teraz już ochłonąłem, ale nie było lekko. W końcu to Mistrzostwa Świata w ręczną, a nie jakieś tam pierdzielenie o Jedynym Takim Euro Ever. Tu są emocje od pierwszej do ostatniej minuty, zawsze. Dobrze, że to tylko tak raz do roku, bo jakby grali częściej, to taki poziom nerwów w końcu wprawiłby mnie w jakąś psychozę.

Może i dobrze, że jednak nie obejrzę meczu z Serbią? Zawsze jeden mecz stresu mniej...

Przegraliśmy. Jak to my, Polacy. Jedną bramką, po nerwowej końcówce, ale jednak. Jedną, kurczę, bramką! Niestety, sami sobie jesteśmy winni...

Pierwsza połowa była obiecująca. Kompletnie kontrolowaliśmy grę, spisywaliśmy się w obronie, w ataku robiliśmy swoje. Nawet nieskuteczność Lijewskiego była do przyjęcia z pobłażliwym uśmiechem "w końcu się odblokujesz i tak mamy przewagę". Byłem pod wrażeniem, sprawdzaliśmy się z mocnym przeciwnikiem.

Pierwsza łyżeczka dziegciu wpadła do beczki naszej słodkiej gry pod koniec pierwszej połowy. Nie straciliśmy przewagi, ale jakoś tak coś przestało grać. Oczywiście nie da się ukryć, że rezerwowy bramkarz Słoweńców Primoz Prost miał przysłowiowy dzień konia. Z lekkim niesmakiem, ale mimo to zadowolony jadłem szybką kolację w przerwie. Nie wiedziałem, że to ostatnia smaczna rzecz jaka mnie spotka.

Bardzo gorzko zrobiło się w zasadzie momentalnie. Nie dość, że straciliśmy całą przewagę, to jeszcze daliśmy Słoweńcom odskoczyć na kilka punktów. Pocieszałem się, że będzie spoko, nasi lubią takie opcje. Jednak moja wiara w końcowy sukces byłaby większa gdybym nie widział czemu wynik tak drastycznie się zmieniał. Nie byla to zasługa wybitnego progresu w grze Słowaków. To my zaczęliśmy im pozwalać na więcej. Czar prysł, w beczce z miodu nie zostało prawie nic. Gorzką wisienką na torcie była nasza okrutna nieskuteczność. Gdyby sam Krzysiek Lijewski wykorzystał chociaż dwie (z 10!) akcji więcej, pisałbym o sukcesie naszej reprezentacji.

Walczyliśmy do końca, ale niestety, przegraliśmy ten mecz na własne życzenie. Te poprzeczki na koniec stanowiły gorzką pointę. Tym razem zabrakło nam czasu na cudowne odrobienie strat, niestety. Z drugiej strony, lepiej teraz niż w fazie pucharowej...

Jestem rozczarowany, chociaż nie tracę wiary. Pierwsze połowa meczu pokazała, że ciągle dajemy radę. Ja w chłopaków wierzę bardzo mocno i liczę na jeszcze kilka słodszych chwil na tym turnieju!

Tymczasem - długi wdech - liczę, że Iśka i Jerzyk poprawią mi nastrój przed snem - długi wydech.

wtorek, 15 stycznia 2013

Poranek z Australian Open cz. 2

...i tak jeszcze przez prawie dwa tygodnie <mniam>.

Dzisiaj śniadanie dwudaniowe. Miałem co prawda drobną ochotę na tenisową kolację wczoraj, ale uznałem, że jednak wolę wstać wcześniej rano niż siedzieć po nocy.

W zasadzie to nie oglądałbym pewnie nic od 7.45 gdybym się nie przebudził na tzw. porannego sika. Mówię sobie - a, jak już wstałem, to mogę sobie spojrzeć co tam Panie w Eurosporcie. Zaspane me oczęta dostrzegły wynik na ekranie - zaczynał się drugi set. Kto gra? Haas z Nieminenem. Łeee, to idę spać, tylko doglądnę do końca gema.

Jak się okazało trafiłem na jeden z najciekawszych fragmentów tego meczu, a mianowicie przełamianie Nieminena (znaczy się on przełamał Haasa ;)). Noooo, to co ten pan wyprawiał sprawiło, że senność opuściła mnie i udała się na urlop. Zdążyłem się wciągnąć zanim się zorientowałem. Trzeba przyznać, że mecz był bardzo nierówny, ale to dodawało dodatkowego smaczku spotkaniu. Grający panowie raczej starszej sportowej daty, toteż gra nie była może zbyt finezyjna, za to emocji, zwrotów akcji i długich wymian nie zabrakło. Wygrał spokojniejnszy Fin, Niemiec jest sam sobie winien skrócenia pobytu w słonecznej Australii. Jedna z ostatnich akcji tego meczu - dająca szansę na meczbola dla Niemca - to wizytówka dla hasła "w sporcie gra głowa, a nie ciało".

Po rozwiązaniu się sytuacji pomiędzy Niemieckim, a Fińskim tenisem, przyszedł czas na konflikt Francusko - Ukraiński. Co to oznacza? Kompletne przeciwieństwo poprzedniego spotkania. Dwóch zawodników grających, nazwijmy to, bajerancki tenis, szybki i efektowny. O ile w poprzednim meczu było miejsce na dużą ilość tenisowego rzemiosła tutaj nie brakowało fajerwerków. Jednak czego innego spodziewać się po meczu w którym gra Gael Monflis? Wracając do hasła pod koniec ostatniego akapitu - tutaj to dopiero główki pograły. Zabawne było patrzeć jak często chęć efekciarskiego wykończenia akcji kończyła się totalnym klopsem. Jednak tym bardziej wartościowe było doglądanie akcji, w których wariactwo okazywało się skuteczną receptą na sukces. Trzymam kciuki za Gaela w dalszych rozgrywkach!

Na dzisiaj to w zasadzie tyle, większe smaczki czekają już w drugiej rundzie, podczas jutrzejszej nocy. Można by jeszcze wspomnieć o porażce młodszej Radwańskiej, ale jakoś mnie nie zdziwił ten wynik. Wolę zostawić trzymanie kciuków za Iśkę i Jerzyka! I Djoko gra jutro w sesji popołudniowej, co tym bardziej mnie cieszy, bo jak dobrze się ogarnę to obejrzę i Radwańską i Serba!

niedziela, 13 stycznia 2013

Się działo

Zbieżność z dzisiejszym finałem WOŚP niezamierzona. Poważnie, działo się od ostatniego wpisu, a jak wiadomo panuje prosta zasada - mało się dzieje - dużo piszę, dużo się dzieje - mało piszę. W związku z tym kolejny elaborat z gatunku nadrabiam to czego nie ogarnąłem wcześniej.

Nie wiem od czego zacząć ;).

Może najpierw o bieganiu, ponieważ o tym najmniej mam w sumie do powiedzenia. Prę systematycznie ku przodowi, niejeden komunista byłby dumny z realizacji planu! Bieganie w śniegu jest urocze, a dodatkowo wyciąga z ulic zbędne ogniwa jakimi są piesi oraz samochody, a także, co należy wyróżnić, najmniej ulubiony przeze mnie rodzaj pieszych - tych z psami. Tym razem mogę gnać sobie swobodnie gdzie tylko dusza zapragnie, co skwapliwie czynię.

Dalej - Justyna Kowalczyk (chociaż już nie on tour). Niesamowite, że udało mi się ją obejrzeć w jakiś zawodach w sprincie częściej niż raz - w ćwierćfinale ;). Nie żebym miał jej za złe w tym się akurat nie specjalizuje, więc jestem spokojny. Co nie zmienia faktu, że na MŚ w sprincie klasykiem mogą dziać się  bardzo różne i bardzo przyjemne rzeczy. Ja już się nie mogę doczekać, tak po prawdzie mówiąc. Jednak czekać łatwiej gdy...

...rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej! Przyznaję się bez bicia - poza wielkimi imprezami nie śledzę poczynań naszych zawodników. Nie odczuwam takiej potrzeby. Co nie zmienia faktu, że fanatyzm z jakim oglądam naszych na przeróżnych rozgrywkach dużo bardziej przekracza poziom bliski mi z siatkówki czy (tfu!) piłki nożnej. Uwielbiam oglądać naszą reprezentację w ręczną i basta! Czy grają znakomicie, czy niekoniecznie, realizują wszystkie moje postulaty sportowca idealnego. Zostawiają na boisku mnóstwo zdrowia, serca i zaangażowania. Każdy, każdy ich mecz to gwarancja ogromnej dawki emocji, jakiej nie ma nigdzie indziej. Tu nie ma miejsca na oddech jak w siatkówce, tu trzeba być skoncentrowanym non stop. Czy uda nam się coś osiągnąć tym razem? Oby. Chociaż, prawdę mówiąc, co by się nie działo stoję murem za ręcznymi i basta. Zresztą zapytajcie Love, jak dobrze się ze mną umawia kiedy wiem, że wieczorem grają ręczni ;).

Póki co mamy prawo być zadowoleni - wygraliśmy i to się liczy. Przestój był, trochę nerwów było, ale to dobrze, dodaje to tylko pikanterii całej sprawie. Najciekawsze jeszcze się szykuje przed nami, ja osobiście czekam na mecz z Serbami, może być ładny kociołek ;).

Na koniec wisienka na torcie, którą mam nadzieję skonsumować w jak największej ilości. Australian Open. To jest turniej tenisowy. Nie wiem co jest w nim takiego, ale żaden inny nie budzi we mnie takich pozytywnych emocji jak ten. Zamierzam nie przespać kilku nocy, jeśli siła woli pozwoli oczywiście, a co się uda - spisać na kartach tych oto owych. Może już dzisiaj cosik uda mi się zobaczyć, chociaż po takim dniu liczę się z ryzykiem odpłynięcia w objęcia Morfeusza, zanim chociaż ćwierć tenisisty pojawi się na korcie. Jednak spoko - od czego sesja popołudniowa, będąca dla nas poranną? ;)

Działo się do tej pory? Oj nie - dopiero będzie się działo!

Na koniec małe post scriptum. Miło wiedzieć, że komuś podoba się to co tu tworzę, a jeszcze milej kiedy słyszy się to od najbliższych, których, prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tutaj "spotkać". Motywacja jest, trzeba się jeszcze mocniej brać do roboty!