niedziela, 20 stycznia 2013

Ani poranek, ani z Australian Open


Łojoj, ładnie się porobiło! Od środy nic, nawet podwieczorku z Australian Open, ani nawet z Bajas Running Team, ani NAWET z Tłumaczę Się Czemu Mnie Nie Było.

Pusto.

Toteż dziś klasyczne, niedzielne nadrabianko.

We czwartek biegawszy. Byłoby fajnie, bo pogoda nie doskwierała, chęci też były i czas nawet bez problemu znaleziony. Tylko sił zabrakło. Okazało się, że 70 minut rozbiegania to jednak kawałek ciężkiego chleba, gdy biega się po sypkim śniegu. Zupełnie inny wysiłek. Prawdę powiedziawszy troszku już bym pobiegał po suchym gruncie i w słoneczku, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi biegać zimą.

Wieczorem się ukulturalniałem w teatrze. Najprawdopodobniej oszczędziło mi to około 15 lat życia, ponieważ alternatywą był mecz Polaków z Serbią. Taki horror plus moje nerwy to bankowo trzęsące się łapy, głośne przekleństwa i dużo skakania po mieszkaniu. Sztuka była znakomita i na tym poprzestańmy.

Obejrzałem za to wczorajsze spotkanie z Koreą. Takie mecze są dla mnie - generalnie spokojne, pod kontrolą, bez niespodziewanych wypadków. Fajnie byłoby gdyby tak zostało do końca. Czy tak będzie? Podejrzewam, że już jutro mecz z Węgrami odpowie mi kulturalnie wykrzyczanym w twarz NIE.

Justyny nie oglądałem bo nie mogłem. Kolejne kilka lat mojego życia na plus. Co ja się będę stresował? Na Mistrzostwach wygra wszystko w cuglach i nie będzie żadnego stresu, ani nic takiego. Prawda?

Za to biegałem sobie. Rozbieganko 60 min w tym 20 minut szybciej. Sympatycznie, relaksująco, jakby nie łażące... może bez epitetu z psami to byłoby fajnie. Czy ciężko jest zrozumieć, że jak biegnę i widzę Twojego ogromnego psiura spuszczonego ze smyczy hasającego wesoło po okolicy, to nie wiem, że Reksio jest spokojny, nie gryzie nikogo, a to że za Tobą biegnie i szczeka to tylko dlatego, że za głośno tupiesz. Że się piesio musi wybiegać? No musi. Tylko po co w takim razie kupiłeś sobie do domu buldoga pokaźnych rozmiarów?

Tenisa nie oglądałem w zasadzie od środy. Tzn miałem krótkie epizody z Ferrerem i Azarenką, ale poza tym kaszanka. Iśka mi wycięła numer i jak mogłem na luzie posiedzeć w nocy to zagrała rano, a dzisiaj walczę ze samym sobą. Zostać w nocy czy wstać wcześniej? Najlepiej byłoby albo nie spać w ogóle, albo wstać koło 5-6. Zobaczymy co mój szczwany móżdżek wymyśli ;).

Na deserek dzisiejsze bieganie, czyli kolejny interwał. Uwielbiam ten trening, żaden inny nie daje mi tak dobrego samopoczucia po, a przede wszystkim ogromnej radochy w trakcie. Lubię czuć, że jestem bliski granicy przy wysiłku, a tu mam możliwość się wykazania. Gdyby jeszcze nie ten obiadek u babci i troszkę "ciężki" początek...

Tymczasem - połowa treningu za mną!

Oby druga połowa zleciała równie szybko i przyjemnie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz