Dziś był bardzo przyjemny dzień. Ciężki, ale przyjemny. Takie są, moim zdaniem, najlepsze.
Pobudka. Bardzo wczesna jak na niedzielny poranek, dodając do tego jeszcze brak obowiązkowych zajęć. Dzisiaj nie w tym rzecz. Dzisiaj mój debiut. Zawody z cyklu GP Łodzi, na 5 kilometrów, w parku 3. maja. Śniadanko w półśnie, szybki refresh, ubranie się i lecimy za autobus. Zimno, ale miał sypać śnieg - póki co nie sypie. Czasem wystarczy przejechać się autobusem i się dzieją czary. Zaczęło padać. Na szczęście sympatycznie, poczciwie sypać leniwymi płatkami, a nie nawalać burzą śniegową. Zimowa sielanka.
Przed wszystkim oczywiście panika. Na pewno coś pójdzie nie tak, nie będzie mnie na liście, nie ogarnę czegoś na czas. Ach, ten mój optymizm organizacyjny. Wszystko poszło jak z, nomen omen, płatka. Przebieranie, wkasanie numeru startowego i chipa do mierzenia czasu. Pozostało czekać. Przespacerowaliśmy się z Love nieco i jakoś zleciało chociaż chłód doskwierał. Poszedłem na rozgrzewkę. Do startu coraz mniej. Nerwy? Raczej podniecenie, że to już, że to w końcu i w ogóle. Kilka zdanek z Love i ustawienie na starcie.
Dużo ludzi wokół. Troszkę stresu, bo chaos, a ja sam pośród tego. W końcu słyszę odliczanie. Szykujemy się.
Strzał. Start.
Poleciałem do przodu, ale dałem się mocno powyprzedzać na dzień dobry. Chciałem nie forsować się, bo nie miałem pojęcia na co mnie stać. Niepotrzebnie. Żałuję trochę tego odpuszczonego początku, bo podejrzewam, że miałbym jeszcze lepszy wynik. Tak czy siak, po odmuleniu się zacząłem wyprzedzać i troszkę bardziej cisnąć. Było całkiem ładnie, na półmetku dobiegłem jako bodajże 45 albo 47. Całkiem sympatycznie.
Drugie kółko. Tu już nie dostałem wyboru, ci biegnący przede mną po prostu zaczęli puchnąć. Ja się ciągle trzymałem świetnie, chociaż czułem już w nogach cały tydzień i poprzednie kilka kilometrów. Tak czy siak systematycznie przesuwałem się do przodu. Na ostatnim kilometrze przycisnąłem i zarobiłem jeszcze kilka pozycji. Finisz pocisnąłem ostro, jednak okazało się, że inni potrafią do lepiej i dałem się wyprzedzić o sekundkę. Wynik? 34. miejsce i czas 21.28. Moja pierwsza życiówka w życiu ;).
Całkiem sympatycznie jak na debiut, chociaż uważam, że mogło być jeszcze troszkę lepiej. Skaszaniłem początek, ale to wina braku doświadczenia. Początkowo byłem nie do końca zadowolony z siebie, chociaż Love mi powtarzała, że jest ze mnie dumna i ja także powinienem być z siebie dumny.
I już myśląc na chłodno - jestem. Kurczę przyjemny wynik, przyjemny bieg, a przede wszystkim to co się mieści w ramach "idei olimpijskiej". Nie, nie chodzi mi o zarabianie pieniędzy ;). Cieszę się, że w ogóle wystartowałem. Zebrałem się w sobie, przełamałem i wziąłem udział w zawodach. Wrażenia? Superowe! Mega sympatyczna atmosfera, wspaniali ludzie, których łączy pasja, zdrowa, sportowa rywalizacja. Jestem dumny z siebie i wszystkich pozostałych obecnych - zawodników, kibiców, organizatorów. Dzieje się i o to chodzi!
Rozpisałem się o sobie, ale jest ktoś z kogo powinniśmy być dumni najbardziej. Justyna Kowalczyk. Będę się powtarzał, ale pokazała co znaczy twarda, ciężka praca, ból i pot na treningu, a potem wspaniałe efekty. Nie potrzeba bajecznej techniki, super warunków, żeby zwyciężać na najwyższym poziomie. Wierzę, że na MŚ pokaże jeszcze raz, że zasługuje na miano najlepszej biegaczki świata (powiedzane przez Norweżkę!). Jestem ogromnie dumny, jedynie żałuję, że nie udało mi się obejrzeć wszyskich zawodów. Może na Mistrzostwach będzie lepiej :).
Jeszcze raz gratuluję!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz