Nie zmienia to faktu, że bardzo się cieszę, że jednak obejrzałem wczorajszy mecz Tsongi z Federerem. Wynik może nie okazał się być najbardziej zadowalającym dla mnie, ale nie mam prawa narzekać. Kilka godzin tenisa na najwyższym poziomie, a do tego rozstrzygnięcie pozostające zagadką do samego końca. To nawet w kinie bym nie miał takich atrakcji!
W przeciwieństwie do tego co obejrzałem dzisiaj, a w zasadzie resztek tego co mi się udało jeszcze załapać. Spodziewałem się, że skoro na kort wyjdzie Ferrer to mecz potrwa dłuuuugo i może nie będzie tak emocjonujący, ale chociaż obfitujący w długie akcje. No cóż. Novak chyba stwierdził, że on już się nabiegał na tym turnieju i teraz będzie tylko skromnie miażdżył rywali. Z Hiszpanem mu się udało, aż żal było patrzeć na biedaka, ciekawe co pokaże w finale (nie zmieniam zdania, że jego rywalem będzie Murray)? No cóż, widać jednak, że różnica między czołową trójką (póki co trójką ;)), a resztą jest gigantyczna.
Jednak nie samym tenisem człowiek żyje w styczniu. Jest jeszcze bieganie! Wczorajszy dzień okazał się być jednym z najtrudniejszych do tej pory. Zasługa oczywiście pogody, ale wbrew pozorom nie mrozu czy śniegu, a cholernej wilgotności. Łomatko, wszechogarniająca para wodna/woda tak skutecznie blokowała mi drogi oddechowe, że aż mostek mnie robolał! Paskudne uczucie! W związku z tym zrezygnowałem 5 minut wcześniej niż powinienem - mam nadzieję, że będę pamiętał, żeby odrobić to przy lepszej pogodzie ;).
To by było na tyle na dzisiaj, zobaczymy co przyniesie weekend, bo zapowiada się może nie elektryzująco, ale co najmniej ciekawie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz