Często mawia się, że "mecz był godny finału". Dlaczego? Bo były bramki, emocje, zwroty akcji, walka, czasem po prostu maestria w dziedzinie danego sportu.
Dzisiejszy (dla mnie), a w zasadzie wczorajszy (de facto) finał męskiego Australian Open w zasadzie zawierał wszystko to co wymieniłem, ale nie do końca. To był finał, w którym oprócz wymienionych elementów, najistotniejszy był, przede wszystkim, dramat. Określenie o pejoratywnym wydźwięku raczej nie pasuje do wizji finału idealnego, a jednak mieliśmy okazję zobaczyć, że to jaki wydźwięk ma "dramat" zależy w ogromnej mierze od aktorów. Tym bardziej, że nawet w najbardziej zawiłej greckiej tragedii nie zdarzało się, żeby obaj główni bohaterowie byli na wskroś tragiczni. Bohaterowie - aktorzy, a nie role, które przyjmowali.
Tym właśnie różni się sport od teatru.
Mecz zapowiadał się wyjątkowo romantycznie. Niezniszczalny, zdaje się, mistrz, który po drodze przejeżdża się po dawnym czempionie w stylu wyjątkowym, przeciwko utalentowanemu i walecznemu młokosowi, dla którego osiągnięcie finału zdaje się być szczytem możliwości. Mimo, że nikt nie daje temu drugiemu szans, obaj, raczej bez cienia kurtuazji, odnoszą się do siebie z wielkim szacunkiem. Mistrz, wbrew utartym schematom, nie emanuje pewnością siebie i arogancją, a raczej pokorą i szacunkiem. Wie, że nie ma króla, którego nie można obalić.
Kiedy stają do walki okazuje się, że wcześniejsze przemyślenia zaczynają odzwierciedlać się w rzeczywistości. Młokos wspina się na wyżyny swoich możliwości, które wydawały się być już dawno osiągnięte i wyłącznie dzięki swojej znakomitej dyspozycji doprowadza do zwycięstwa w pierwszej rozgrywce.
Druga rozpoczyna się w podobnym tonie. Widzowie obserwują elektryzujące widowisko, jestem przekonany, że wielu wyobrażając sobie ten pojedynek, widziało oczami wyobraźni właśnie coś takiego.
Wtedy uderza piorun.
Mistrz doznaje kontuzji. Wbrew pozorom nie chodzi o dłoń, która doskwierała mu już wcześniej. W porządku zdają się być także kolana, które były swego czasu jego przekleństwem. Tym razem dzieje się coś złego z jego kręgosłupem. Z wyraźnym grymasem bólu wytrzymuje do chwili, kiedy może skorzystać z pomocy medycznej, kiedy tylko pojawia się taka możliwość, znika w szatni walcząc ze swoją dolegliwością. Pikanterii dodaje fakt, że młokos jest wściekły, nie znając przyczyn tej sytuacji.
Mistrz po kilku chwilach wychodzi z tunelu i decyduje się kontynuować grę. Właśnie w tym momencie, chociaż chyba nie do końca są tego świadomi, obaj aktorzy zaczynają odgrywać tragedię. Mistrz wygląda na zdruzgotanego psychicznie i fizycznie. W kilku momentach zdaje się płakać, trudno powiedzieć czy bardziej z bólu czy z poczucia beznadziei całej sytuacji. Zaczyna wystawiać się rywalowi, skazując się w zasadzie na pożarcie.
Tragedia? Tak, ale po drugiej stronie. Młokos kompletnie nie ma pojęcia jak powinien zareagować. Logika nakazuje dobić kulejącą ofiarę, ale w grę zaczyna wkraczać sumienie. Wyraźnie widać jak targają nim wątpliwości jak w zasadzie powinien zareagować. Zamiast kąśliwych ukłuć pojawiają się chybione uderzenia, zamiast wyrachowania, drżenie i nerwy. Obaj doczłapują do końca drugiej partii.
W trzeciej zdarza się coś w zasadzie niemożliwego. Mistrz powoli, acz sukcesywnie, wraca do dobrej dyspozycji. Doskonale dostosowywuje się do niesprzyjających warunków, zmienia styl gry, na co rywal nie potrafi znaleźć odpowiedzi. A im bardziej sobie nie radzi, tym bardziej wścieka się i popełnia jeszcze więcej błędów. Znika jego spokój i waleczność, pojawia się frustracja, która wydaje się pożerać go od środka bardziej niż ból mistrza. Ostatecznie trzecią rozgrywkę wygrywa mistrz, a sprawa ostatecznego rozstrzygnięcia wydaje się być nadal otwarta.
Niestety, do sukcesu potrzebna jest równowaga ciała i ducha. Mimo wszystko dużo łatwiej wrócić młokosowi do równowagi psychicznej, niż mistrzowi do fizycznej. Mecz zaczyna coraz bardziej przypominać pierwszą potyczkę, ale w zasadzie do samego końca nie wiadomo, kto lepiej poradzi sobie z tą kuriozalną sytuacją. Ostatecznie młokosowi udaje się opanować nerwy i zadać kończący cios.
Na tym widowisko się nie kończy. Świadomi tego jak przebiegał ich pojedynek, obaj reagują w wyjątkowy jak na taką sytuację sposób. Młokos, od teraz będący już mistrzem, nie okazuje radości. Zdaje się chcieć okazać w ten sposób rywalowi szacunek dla walki, jakiej mimo wszystko się podjął. Kiedy zbliżają się do siebie podziękować sobie za walkę, mistrz chyli czoła przed zwycięzcą pokazując ogromną pokorę. Tym gestem zdaje się mówić "wybacz przyjacielu, że tyle kazałem ci na to czekać". Następuje krótka wymiana zdań.
Nie mam pojęcia co obaj mówili do siebie. Być może, już komuś udało się odszyfrować słowa i ich wydźwięk jest kompletnie inny, niż ten, który ja wymyśliłem. Mimo wszystko mam wrażenie, że w trakcie tej rozmowy młokos Stanislas powiedział mistrzowi Rafaelowi "Dziękuję, że dałeś wygrać mi to trofeum na boisku, a nie poza nim".
Mam wrażenie, że Nadal nie poddał meczu w drugim secie, tylko dlatego, żeby nikt nie powiedział "Wawrinka dostał tytuł za darmo". Mając ogromny szacunek dla rywala zdecydował się grać, chociaż, moim zdaniem, ani przez chwilę trwania meczu po przerwie medycznej nie wyglądał na wierzącego w końcowe zwycięstwo, a mimo tego grał. Może to zbyt idealistyczne i romantyczne myślenie, ale ja widzę zachowanie Nadala właśnie w taki sposób.
Dlatego właśnie to był mecz wart finału. Były emocje, momentami skrajne, była piękna gra, było ogromne cierpienie, ale przede wszystkim był sport. Sport, w którym naprzeciwko siebie stają ludzie. Nie maszyny, jak często ich widzimy, ale zwykłe postacie, które czują i reagują jak my wszyscy. Bohaterowie, którzy nie zmagają się z problemami "czy mój rywal gra lepszy serwis po prostej czy odchodzący?" tylko z pytaniami "jak przezwyciężyć ból, jak przezwyciężyć wątpliwości?". Bohaterowie, którzy uczą nas, że wygrać można w różny sposób i różnymi metodami.
Dla mnie ten finał wygrali obaj. Ten, który przezwyciężył Wyjątkowy Stan i Stan, który okazał się być w tym roku tym Wyjątkowym.
I oby Nadal (taki sport) trzymał się w dobrym zdrowiu.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
piątek, 24 stycznia 2014
Wakacje we Włoszech
Korzystając z dłuższego wolnego postanowiłem wybrać się do Włoch. To znaczy w zasadzie nie wiedziałem gdzie dokładnie wyląduję, wiedziałem jedynie, że "wybywam". Żeby nie być specjalnie stratnym tak zaplanowałem dzień, żeby jeszcze zdążyć obejrzeć od rana pojedynek Rafy Nadala z Rogerem Federerem.
W związku z tym, zanim zagłębię się w szczegóły mojego wojażu, kilka zdań na temat meczu. Przed spotkaniem stawiałem na Szwajcara. Formę we wcześniejszych meczach miał zaiste wysoką, widać było, że zmiany jakie wprowadził do swojej gry po poprzednim, kiepściutkim dla niego, sezonie wyszły mu zdecydowanie na plus. Co najważniejsze - wraz ze zmianami wróciła pewność siebie Rogera. Widać było, że czuje się mocny, a to, przy ofensywnej grze jaką zaczął prezentować, to podstawa.
Z drugiej strony Nadal... W zeszłym sezonie wrócił po kontuzji w wybornej formie, którą wyraźnie udało mu się utrzymać także na początku nowego. Chociaż Grigor Dimitrow uszczknął mu seta i troszkę postraszył w pozostałych, to nie oszukujmy się - nr 1 rankingu zobowiązuje. W męskim tenisie oczywiście ;).
Co zatem przemawiało na korzyść starszego Federera? Lewa ręka Nadala. Słynna, obrastająca pomału w legendę (czego to te kretyńskie media nie wymyślą?!), kontuzja - przetarcie wewnętrznej części dłoni. Kto grał kiedykolwiek w tenisa wie, że utrzymać poprawnie rakietę przy mocniejszym uderzeniu jest czasem ciężko. Jak jeszcze dłoń się poci, to już w ogóle jesteśmy ugotowani. Co dopiero mówić o sytuacji, w której mamy przetarty spory kawał skóry. Stąd mój wniosek - nawet najlepiej grający Nadal może nie podołać znakomicie dysponowanemu Federerowi mając taki paskudny uraz.
No właśnie... dla mnie właśnie po tym poznaje się klasę prawdziwego sportowca. Umieć zagrać na wysokim poziomie z kontuzją/zmęczeniem/w złych warunkach itp. potrafią tylko najlepsi. Tu mamy jednocześnie odpowiedź na pytanie "co sądzisz o występie Radwańskiej na AO?", ale to temat na inne opowiadanie ;). W każdym razie to co pokazał Nadal w tym półfinale było obłędne. Nie widziałem dawno takiej gry. Bezbłędny w kluczowych momentach, szybki, przewidujący, wręcz frustrująco skuteczny i wytrzymały psychicznie. Poezja tenisa.
Pragnę dodać, że osobiście nie przepadam za Hiszpanem, ale umiejętności jakie pokazał w tym meczu zasługują na najwyższe uznanie. Pozwolę sobie zacytować samego siebie z dzisiaj (cóż za egocentryczne zboczenie...): był w takiej dyspozycji, że gdyby grał z samym sobą, to pewnie też by wygrał. Trzymam kciuki za Wawrinkę w finale, bo gościa strasznie lubię za charakter i styl gry, ale to może się okazać za mało na genialnego Rafaela.
To tyle mojego, krótkiego przerywnika ;). Wróćmy do tych wakacji! Zaraz po meczu ubrałem się i spakowałem co potrzeba i wyruszyłem. Jak było? Doskonale. Słońce mocno przygrzewało, ale skwar nie doskwierał, dzięki wiatrowi, który delikatnie chłodził moje rozgrzane ciało. Wokół mnie kręciło się mnóstwo ładnych kobiet z ciekawskimi oczami, zawadiacko wpatrującymi się we mnie. Udało mi się zwiedzić bardzo dużo. Jednak najlepsze zostało na koniec - miałem okazję zjeść przepyszny sorbet pomarańczowy. Rewelacja, coś doskonale chłodzącego w gorące dni. Czysta przyjemność, jak oglądanie zagrań Nadala w dzisiejszym meczu. Polecam wszystkim wypad do Włoch!
A teraz poważnie. Biegałem. Świeciło Słońce, i dzięki Bogu, bo bym zamarzł na początku. Biegnąc na wschód i północ wiał mi tak mroźny wmordęwind, że zacząłem się obawiać czy doniosę do domu wszystkie przednie elementy mojego ciała. Dziewczyny, owszem, były ładne, ale z ich oczu wyczytywałem raczej "matko, co za po***". Przeleciałem 3/4 okolicy, bo miałem do przebiegnięcia 80.
No i ten sorbet... postanowiłem na biegi dłuższe niż godzina zabierać ze sobą picie. Żeby nie żłopać samej wody, wymieszałem ją sobie z sokiem ze świeżo wyciśniętej pomarańczy. Samo zdrowie i smak. Szkoda, że nie wziąłem pod uwagę tego, że zarówno korek z płynem w środku, jak i sam płyn w reszcie butelki po prostu, ordynarnie, zamarzną. W ten sposób, po ponad godzinie biegu mogłem sobie pochrupać lodowe kawałeczki mojego świetnie poprawiającego mi komfort termiczny napoju...
Tak właśnie rzeczywistość boleśnie bije długim, twardym kijem nasze wyobrażenia.
Forma jest, także ta psychiczna. Byle to utrzymać!
Miałem o tym nie pisać, ale może jak napiszę, to poczuję się zobowiązany. Zamierzam powrzucać trochę publicystyki i tego typu pierdółek, które ostatnio mi powłaziły do głowy i muszę je gdzieś wypuścić na wolność. Oby czasu, chęci i sił starczyło.
Z błogosławieństwem na sobotę, szczególnie dla zmrożonych biegaczy.
W związku z tym, zanim zagłębię się w szczegóły mojego wojażu, kilka zdań na temat meczu. Przed spotkaniem stawiałem na Szwajcara. Formę we wcześniejszych meczach miał zaiste wysoką, widać było, że zmiany jakie wprowadził do swojej gry po poprzednim, kiepściutkim dla niego, sezonie wyszły mu zdecydowanie na plus. Co najważniejsze - wraz ze zmianami wróciła pewność siebie Rogera. Widać było, że czuje się mocny, a to, przy ofensywnej grze jaką zaczął prezentować, to podstawa.
Z drugiej strony Nadal... W zeszłym sezonie wrócił po kontuzji w wybornej formie, którą wyraźnie udało mu się utrzymać także na początku nowego. Chociaż Grigor Dimitrow uszczknął mu seta i troszkę postraszył w pozostałych, to nie oszukujmy się - nr 1 rankingu zobowiązuje. W męskim tenisie oczywiście ;).
Co zatem przemawiało na korzyść starszego Federera? Lewa ręka Nadala. Słynna, obrastająca pomału w legendę (czego to te kretyńskie media nie wymyślą?!), kontuzja - przetarcie wewnętrznej części dłoni. Kto grał kiedykolwiek w tenisa wie, że utrzymać poprawnie rakietę przy mocniejszym uderzeniu jest czasem ciężko. Jak jeszcze dłoń się poci, to już w ogóle jesteśmy ugotowani. Co dopiero mówić o sytuacji, w której mamy przetarty spory kawał skóry. Stąd mój wniosek - nawet najlepiej grający Nadal może nie podołać znakomicie dysponowanemu Federerowi mając taki paskudny uraz.
No właśnie... dla mnie właśnie po tym poznaje się klasę prawdziwego sportowca. Umieć zagrać na wysokim poziomie z kontuzją/zmęczeniem/w złych warunkach itp. potrafią tylko najlepsi. Tu mamy jednocześnie odpowiedź na pytanie "co sądzisz o występie Radwańskiej na AO?", ale to temat na inne opowiadanie ;). W każdym razie to co pokazał Nadal w tym półfinale było obłędne. Nie widziałem dawno takiej gry. Bezbłędny w kluczowych momentach, szybki, przewidujący, wręcz frustrująco skuteczny i wytrzymały psychicznie. Poezja tenisa.
Pragnę dodać, że osobiście nie przepadam za Hiszpanem, ale umiejętności jakie pokazał w tym meczu zasługują na najwyższe uznanie. Pozwolę sobie zacytować samego siebie z dzisiaj (cóż za egocentryczne zboczenie...): był w takiej dyspozycji, że gdyby grał z samym sobą, to pewnie też by wygrał. Trzymam kciuki za Wawrinkę w finale, bo gościa strasznie lubię za charakter i styl gry, ale to może się okazać za mało na genialnego Rafaela.
To tyle mojego, krótkiego przerywnika ;). Wróćmy do tych wakacji! Zaraz po meczu ubrałem się i spakowałem co potrzeba i wyruszyłem. Jak było? Doskonale. Słońce mocno przygrzewało, ale skwar nie doskwierał, dzięki wiatrowi, który delikatnie chłodził moje rozgrzane ciało. Wokół mnie kręciło się mnóstwo ładnych kobiet z ciekawskimi oczami, zawadiacko wpatrującymi się we mnie. Udało mi się zwiedzić bardzo dużo. Jednak najlepsze zostało na koniec - miałem okazję zjeść przepyszny sorbet pomarańczowy. Rewelacja, coś doskonale chłodzącego w gorące dni. Czysta przyjemność, jak oglądanie zagrań Nadala w dzisiejszym meczu. Polecam wszystkim wypad do Włoch!
A teraz poważnie. Biegałem. Świeciło Słońce, i dzięki Bogu, bo bym zamarzł na początku. Biegnąc na wschód i północ wiał mi tak mroźny wmordęwind, że zacząłem się obawiać czy doniosę do domu wszystkie przednie elementy mojego ciała. Dziewczyny, owszem, były ładne, ale z ich oczu wyczytywałem raczej "matko, co za po***". Przeleciałem 3/4 okolicy, bo miałem do przebiegnięcia 80.
No i ten sorbet... postanowiłem na biegi dłuższe niż godzina zabierać ze sobą picie. Żeby nie żłopać samej wody, wymieszałem ją sobie z sokiem ze świeżo wyciśniętej pomarańczy. Samo zdrowie i smak. Szkoda, że nie wziąłem pod uwagę tego, że zarówno korek z płynem w środku, jak i sam płyn w reszcie butelki po prostu, ordynarnie, zamarzną. W ten sposób, po ponad godzinie biegu mogłem sobie pochrupać lodowe kawałeczki mojego świetnie poprawiającego mi komfort termiczny napoju...
Tak właśnie rzeczywistość boleśnie bije długim, twardym kijem nasze wyobrażenia.
Forma jest, także ta psychiczna. Byle to utrzymać!
Miałem o tym nie pisać, ale może jak napiszę, to poczuję się zobowiązany. Zamierzam powrzucać trochę publicystyki i tego typu pierdółek, które ostatnio mi powłaziły do głowy i muszę je gdzieś wypuścić na wolność. Oby czasu, chęci i sił starczyło.
Z błogosławieństwem na sobotę, szczególnie dla zmrożonych biegaczy.
środa, 15 stycznia 2014
Per pedes
Dzisiejszy dzień był szalony i basta. Na tyle szalony, że nie wiem czy uda mi się skończyć to pisać zanim skończy się ten dzień... Tak czy siak - ja nie o tym.
Ja o tym, że byłem od rana biegać, a potem miałem bardzo mało czasu, żeby się naszykować do kina. Dlaczego miałem bardzo mało czasu? Bo rano, zamiast, jak normalny człowiek (he he), zjeść śniadanie i pójść biegać (i wiadomo skąd to he he, he he), to ja nie, włączam sobie eurosport, a tam, oczywiście, kurde blaszka, ja pitole, Lleyton gra na Australian Open. No nie zobaczyć chociaż kawałka Lleytona na AO, to jak w ogóle nie zobaczyć AO. Oczywiście grali ostatni set, więc co robię ja? Wlepiam gały w mój wielocalowy telewizor i oglądam...
...a minuty uciekają.
Miałem iść biegać o wpółdo. Wystarczy, w sumie za dwadzieścia. No za piętnaście max... Dzięki Panowie Seppi i Hewitt, to właśnie dzięki Wam wyszedłem z domu troszkę później niż pięćdziesiąt po... No a potem to już wiadomo. Bieganie przez 70 minut.
Kupiłem sobie dziś powerade na drogę. To znaczy na trening. Bardziej niż na samym powerade zależy mi na butelce po nim, ale kit z tym. Ważne, że postanowiłem uzupełniać płyny podczas treningu. Czy się sprawdziło? Odpowiem dyplomatycznie - dzisiejszą formę mogę zawdzięczać temu, że akurat dzisiaj biegło mi się bardzo dobrze, ALE uzupełnianie płynów po drodze mogło mieć na to wpływ.
Tak szczerze mówiąc czułem się dużo lepiej niż bez picia po drodze. Nie zamierzam jednak wyciągać wniosków po jednym treningu, także swoje opinie na ten temat będę opisywał w późniejszych odcinkach.
W tym odcinku spodobała mi się jeszcze jedna rzecz. Pogoda dziś w trakcie mojego biegania była, po prawdzie, paskudna. Śnieg sypał, nieco zawiewał wmordęwind, chłodnawo, a do tego jeszcze wilgotno. Tymczasem biegnąc poprzez łódzkie ostępy udało mi się spotkać kilku biegaczy, w tym dwie kobiety. Zastanawiam się teraz czy:
a) cieszę się, że biegały
b) cieszę się, że obie odpowiedziały na moje pozdrowienie (dawno chciałem się podzielić tym przyjemnym uczuciem, że starożytno - rzymski gest "ave" wciąż jest przez nas używany w celu pozdrowień!)
c) cieszę się, że druga z nich była ładna (ale miała bidulka tak grubą i wielgachną czapę, że aż mi jej szkoda...)
Dodam, że wszystkie odpowiedzi są prawdziwe.
Cieszy mnie to, że w końcu ruszyliśmy się z domów. Ja, Ty, Oni, One, My i Wy. Coraz mniej dziwnym staje się bieganie, coraz częściej powodem do chwały staje się docieranie w miejsce x per pedes.
W związku z tym dziś pozdrawiam wszystkich biegaczy, piechurów, łazików i tych innych wariatów, którzy wolą przegnać z buta całą Piotrkowską, niż cierpieć w środkach masowej komunikacji, a w szczególności Tatę i Sąsiada.
No i nie zdążyłem dzisiaj, które jest już wczoraj...
Ja o tym, że byłem od rana biegać, a potem miałem bardzo mało czasu, żeby się naszykować do kina. Dlaczego miałem bardzo mało czasu? Bo rano, zamiast, jak normalny człowiek (he he), zjeść śniadanie i pójść biegać (i wiadomo skąd to he he, he he), to ja nie, włączam sobie eurosport, a tam, oczywiście, kurde blaszka, ja pitole, Lleyton gra na Australian Open. No nie zobaczyć chociaż kawałka Lleytona na AO, to jak w ogóle nie zobaczyć AO. Oczywiście grali ostatni set, więc co robię ja? Wlepiam gały w mój wielocalowy telewizor i oglądam...
...a minuty uciekają.
Miałem iść biegać o wpółdo. Wystarczy, w sumie za dwadzieścia. No za piętnaście max... Dzięki Panowie Seppi i Hewitt, to właśnie dzięki Wam wyszedłem z domu troszkę później niż pięćdziesiąt po... No a potem to już wiadomo. Bieganie przez 70 minut.
Kupiłem sobie dziś powerade na drogę. To znaczy na trening. Bardziej niż na samym powerade zależy mi na butelce po nim, ale kit z tym. Ważne, że postanowiłem uzupełniać płyny podczas treningu. Czy się sprawdziło? Odpowiem dyplomatycznie - dzisiejszą formę mogę zawdzięczać temu, że akurat dzisiaj biegło mi się bardzo dobrze, ALE uzupełnianie płynów po drodze mogło mieć na to wpływ.
Tak szczerze mówiąc czułem się dużo lepiej niż bez picia po drodze. Nie zamierzam jednak wyciągać wniosków po jednym treningu, także swoje opinie na ten temat będę opisywał w późniejszych odcinkach.
W tym odcinku spodobała mi się jeszcze jedna rzecz. Pogoda dziś w trakcie mojego biegania była, po prawdzie, paskudna. Śnieg sypał, nieco zawiewał wmordęwind, chłodnawo, a do tego jeszcze wilgotno. Tymczasem biegnąc poprzez łódzkie ostępy udało mi się spotkać kilku biegaczy, w tym dwie kobiety. Zastanawiam się teraz czy:
a) cieszę się, że biegały
b) cieszę się, że obie odpowiedziały na moje pozdrowienie (dawno chciałem się podzielić tym przyjemnym uczuciem, że starożytno - rzymski gest "ave" wciąż jest przez nas używany w celu pozdrowień!)
c) cieszę się, że druga z nich była ładna (ale miała bidulka tak grubą i wielgachną czapę, że aż mi jej szkoda...)
Dodam, że wszystkie odpowiedzi są prawdziwe.
Cieszy mnie to, że w końcu ruszyliśmy się z domów. Ja, Ty, Oni, One, My i Wy. Coraz mniej dziwnym staje się bieganie, coraz częściej powodem do chwały staje się docieranie w miejsce x per pedes.
W związku z tym dziś pozdrawiam wszystkich biegaczy, piechurów, łazików i tych innych wariatów, którzy wolą przegnać z buta całą Piotrkowską, niż cierpieć w środkach masowej komunikacji, a w szczególności Tatę i Sąsiada.
No i nie zdążyłem dzisiaj, które jest już wczoraj...
niedziela, 12 stycznia 2014
Ciężko
Znowu cicho. Tak to ze mną już jest, nie ma się co tłumaczyć. W sumie wolę przestać pisać bloga niż przestać biegać, także nie jestem specjalnie pełen wyrzutów.
Ciężko się wraca, bo nie wiadomo od czego zacząć. Zacznę więc od tego, że zaczynam bo zaczyna się mój ukochany, najlepszy tenisowy turniej na świecie. Moje kochane Australian Open. W tym roku niestety nie dam rady tak mocno śledzić rozgrywek jak w poprzednim, ale postaram się chociaż mieć oko na to co się dzieje i jak będzie okazja to obczaić jakiś meczyk czy dwa.
Biegam cały czas, chociaż kombinuję jak mogę, żeby pogodzić obciążającą fizycznie pracę i treningi. Wychodzi różnie, ale sądzę, że i tak trzymam się całkiem nieźle. Nie odpuszczam treningów, nie obcinam obciążeń, czasem muszę odpuścić jakąś jednostkę treningową po prostu z braku czasu, a nie z braku chęci. Marzy mi się mieć tyle czasu co w zeszłym roku...
I tu docieram do motywu, który skłonił mnie do napisania. Ciężko jest zdecydować co jest dla nas najważniejsze. Trzeba dużo próbować, eksperymentować i wyciągać wnioski. W pewnym momencie poczujemy, co tak naprawdę jest dla nas istotne w życiu i co chcemy robić, żeby być szczęśliwymi. Ja już wiem, chociaż w sumie wiedziałem to od dawna, że chcę życie poświęcić na podróże i sport. Zarówno jako "odtwórca" jak i, powiedzmy, organizator. Chciałbym być przewodnikiem (czynnym ;)), trenerem, współorganizatorem, ale też pielgrzymem, pasażerem, zawodnikiem. Ten rok będzie, miejmy nadzieję, przełomowy. Chcę się poświęcić całkowicie pasji, tak żeby pracować i żyć jednocześnie. Bo z całym szacunkiem dla mojej obecnej pracy i pewnie innych, też możliwych - nigdy nie będę szczęśliwy i usatysfakcjonowany na etacie.
Ciężko jest, ale mam nadzieję, że ciężko nie będzie. Nic nie daje takiej satysfakcji jak zmęczenie po czymś przyjemnym.
Jak ja bym chciał już być na trasie maratonu, matko, jak to uzależnia, już od pierwszego razu! Przecież to boli jak cholera, niemiłosiernie. Chcę już poczuć ten ból kolan!
I z każdym dniem spędzonym w oazie spokoju "Olsza" coraz mniej toleruję miasto. Daj Boże żyć kiedyś na wsi...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)