czwartek, 8 maja 2014

Uzależnieni od emocji

Dzisiejsza praca dziennikarzy/analityków sportowych jest, trzeba przyznać, wyjątkowo ułatwiona. Superdokładne statystyki, oddające najdrobniejsze i najtrudniejsze do wychwycenia detale umożliwiają tworzenie barwnych opisów w zasadzie bez potrzeby oglądania rozgrywek. Piję tutaj głównie do piłki nożnej i przyznaję się bez bicia do zamykania się w europejskim sposobie myślenia (Amerykanie ze swoimi tomiszczami statystyk NBA, NHL czy baseballu zjadają nas, maluczkich na śniadanie ;)). 

Dzisiaj nie da się stworzyć zapowiedzi spotkania bez odwoływania się do historii wszystkich spotkań w rozbiciu na mecze u siebie, na wyjeździe, na pojedynki z przeciwnikami z danego kraju i szczegółowych analiz ilości podań i oddawanych strzałów po ziemi każdej z drużyn. Po meczu to samo tylko na podstawie świeżych danych. No i fajnie, nie mam nic przeciwko, wręcz przeciwnie. Na pewno ułatwia to zrozumienie tego co się będzie oglądać czy oglądało, czasem pomaga w utwierdzeniu się we własnych poglądach czy przekonaniach.

Jednak cały czas jest coś co sprawia, że, mimo wszystko, futbolem nie interesują się głównie członkowie kół matematycznych i wykładowcy przedmiotów z gatunku "Statystyka w...". Jest coś co sprawia, że w godzinie trwania finału Mistrzostw Świata ulice stają się opustoszałe i ciche. Tylko co jakiś czas słychać dzikie odgłosy, niczym w dżungli. 

Tym czymś są emocje. Emocje najwyższego rzędu, od których jesteśmy uzależnieni wszyscy. Jesteśmy uzależnieni od hormonów, które buzując w naszych organizmach powodują przyspieszone ciśnienie, stany euforyczne czy niewytłumaczalne niczym racjonalnym frustracje. Uwielbiamy to podniecenie, a już mniejsze znaczenie ma to czy odczuwamy je z powodu strzelonej bramki czy odkrycia nowej teorii matematycznej.

No dobra, ale skąd takie gigantyczne nagromadzenie emocji akurat w sporcie? Przecież widzieliśmy to już tyle razy, wszelkie możliwe scenariusze, od nudnego 0:0 do pasjonującego 8:7 w karnych. Co sprawia, że wytrawni spece od futbolu, którzy godzinami analizują geniusz ustawienia taktycznego drużyn prowadzonych przez Mourinho prują się tak samo głośno, jeśli nie głośniej, jak ci "zwyczajni", którzy siadają przed telewizorami od wielkiego dzwonu?

Bo nigdy nie wiemy co nas czeka przez te, dajmy na to, 90 minut.

Skąd u mnie takie filozoficzne natchnienie? Stąd, że ostatnio ilość niespodzianek jakie się wydarzają jest wręcz niewiarygodna. Pewniacy przegrywają, "Kopciuszki" triumfują, sprawdzone metody zawodzą, pękają niezniszczalne jednostki. 

Całe to zamieszanie chyba rozpoczął Real Madryt, wygrywając u siebie 1:0 z Bayernem. Nie sam wynik, a styl gry w tym meczu okazał się być zaskakujący. Monachijski walec rozjeżdżający wszystkich możliwych rywali już drugi sezon z rzędu okazał się być bezproduktywny wobec drużyny, która zagrała po prostu odważniej. I nie mam na myśli tutaj tyle odkrycia się i hurraofensywy, co bardziej odwagi w wyprowadzaniu ciosów. Jeden skuteczny "gong" w zęby okazał się skuteczniejszy niż powolne oklepywanie korpusu rywala. Mający gigapotencjał w ataku Bayern wyglądał, jakby bał się zaatakować, kosztem naruszenia wąskich taktycznych ram.

Dobra, tego wystarczy. Atletico - Chelsea przewidywalne jak cholera dobijanie się do zabarykadowanej bramki Anglików. W Lidze Hiszpańskiej w zasadzie pozamiatane - czołowa trójka ogrywa innych jak leci, więc w zasadzie pozostało czekać do ostatniej kolejki na radość Atletico z mistrzostwa. 

W Angielskiej tymczasem kolejny zgrzyt. Mourinho już dawno mówił, że stracili szansę na mistrzostwo, więc wystawia rezerwę na Liverpool, aby oszczędzać siły na LM. Grają na Anfield, więc sprawa wydaje się jasna. Bum, bęc - dwa gongi i robi się ciekawie. Gdzie dwóch się bije tam City korzysta, robiąc spokojnie swoje.

Pora na rozstrzygnięcia w Lidze Mistrzów. Bayern zapowiada ogień, no i w sumie słusznie, tylko nie z tej strony co trzeba. 4:0 Realu, które przeszłoby pewnie do historii na najwyższej półce, gdyby nie zeszłoroczne 4:0 Lewandowskiego ;). No cóż, ktoś odpaść musiał, Real pokazał, że w piłce się strzela bramki, a nie kopie futbolówkę między sobą. Spoko.

Chelsea na Stamford wydaje się być w idealnej sytuacji. Prowadzą 1:0, stawiają swój słynny autobus (albo i dwa) i można się pakować do Lizbony. I tu wydarza się coś, co ja zapamiętam jako jeden z najważniejszych momentów w historii futbolu. Dośrodkowanie, które leci do nikogo i Juanfran, który leci do piłki. W zasadzie niemożliwym wydawało się, że ją dosięgnie, a już na pewno nie zagra dokładnego podania. Dosięgnął, zagrał. Adrian strzelił bramkę. Ilu graczy by odpuściło to dośrodkowanie? Atletico wygrywa 3:1, awansuje, Simeone wygłasza swoją słynną przemowę o "jajach piłkarzy".

Złośliwy ten los bywa, bo jaja to się dopiero zaczynają robić. Bach - Barca remisuje z Getafe i chyba odpada z gry o mistrzostwo. Bum - Atletico dostaje 2:0 od Levante, Simeone jest wściekły, szansa ucieka im z rąk. Bęc - Real cudem nie przegrywa z Valencią (zdruzgotaną po odpadnięciu z LE z Sevillą!). Dosłownie cudem, bo inaczej bramki Ronaldo nazwać nie można... Robi się ostro, a miało być z górki.

W Anglii City udaje się wypunktować Everton i wydaje się, że rozpoczynamy korespondencyjny pojedynek na stosunek bramek z Liverpoolem. Co zaczyna się spełniać - The Reds prowadzą 3:0 z Crystal Palace i zdają się dociskać City do samego końca. No i w tym momencie wybucha gigantyczna bomba, a w zasadzie trzy. CP strzela trzy gole Lpoolowi, robi im odwrotny Stambuł, ale tutaj już nie będzie karnych na ratunek. Cała nadzieja w Aston Villi, inaczej o mistrzostwie można zapomnieć.

City ograło wczoraj Aston Villę 4:0 i może być prawie pewne mistrzostwa. Grają u siebie, z WHU, wystarczy im skromny remisik. Napisałbym, że pozamiatane, ale ja już nie wierzę w żaden scenariusz, bo wydarzyć się może jeszcze wszystko. Podobnie zresztą jak w Hiszpanii. 

A tu jeszcze w drodze finały Pucharów i Mundial. 

Oj nie oszczędzam w tym roku dawkowania emocji. Ładuję w organizm pełne dawki. Ja i inni uzależnieni. Ale to jest nałóg, z którego nie zamierzam się leczyć.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Krajobraz po maratonie

Dwa dni już minęły, w końcu jestem w stanie coś więcej napisać, już na chłodno. Zmęczenie już coraz mniejsze, kolana nie bolą aż tak bardzo, nawet zakwasy na tyłku przestają przypominać, że zostały mocno skopane.

A mentalnie? Troszkę jest mi smutno. Jak to zwykle bywa - tyle czasu przygotowań, nastawiania się, nerwów, hop, siup i po wszystkim. I pusto. Nie ma jeszcze konkretnych planów na przyszłość, a te które się pomału rysują są jeszcze zbyt odległe żeby można było nimi tę pustkę wypełnić. Czuję się trochę jak 31 sierpnia - niby jeszcze żywe wspomnienia wakacji w głowie, ale już po wszystkim, a zajęcia szkolne jeszcze nie zdążyły zawładnąć mózgownicą. 

A jak się odnoszę do samego maratonu po złapaniu oddechu? W końcu czuję się maratończykiem. Jakoś tak ubiegłoroczny bieg zdaje mi się łatwiejszy i mniej, hm... satysfakcjonujący? Nie wiem jak to konkretnie określić słowami. W każdym razie w tym roku dostałem na tyle mocno w kość, że chyba dopiero teraz poczułem co to znaczy maraton.

Co za tym przemawia? Po pierwsze - ogromna walka z samym sobą. Z bólem, nie takim jakiego się spodziewałem - kolan i mięśni. Kolka, którą przeszedłem na tym biegu jeszcze wczoraj przypominała mi się podczas jedzenia, skutecznie ograniczając mój apetyt. Mimo tego udało mi się jakoś z nią wygrać i pobiec dalej. Podobnie odnoszę się do tej całej lawiny następstw tego bólu - hipoglikemii, która zaowocowała baaardzo wyraźną ścianą i kolejnych gigantycznych wątpliwości. No i ten gorszy o 6 minut wynik - najlepsza możliwa lekcja pokory jaką mogłem od maratonu otrzymać. 

A nie przestanę podkreślać, że jest to wynik, z którego jestem zadowolony, a wręcz dumny. To chyba najlepsza odpowiedź jakiej mogę udzielić maratonowi na rzuconą w moją stronę rękawicę. Ja się bez walki nie poddaję i, kto wie, może kiedyś, po 50 przebiegniętych maratonach, uznam że to był ten najlepszy - bo było więcej kwestii na nie niż na tak, a mimo tego udało się osiągnąć bardzo przyzwoity wynik.

No dobrze, skoro wiem już jak było i jak się do tego odnoszę, to pora pomyśleć o planach na przyszłość. Ten ostatni start wywołał we mnie gigantyczną sportową złość. W związku z tym zamierzam do kolejnego przygotować się jeszcze lepiej i już całkiem poważnie zaatakować magiczne 3:30. Do trzech razy sztuka? Mam nadzieję, tym bardziej, że chcę dorzucić sobie dużo, dużo więcej długich wybiegań, których chyba jednak się nie da w całości zastąpić, nawet najbardziej wyszukanymi interwałami. Oby tylko starczyło mi na to sił i czasu, bo praca mi się póki co nie zmienia, a więc możliwości będę miał takie same, a już do tej pory bywało ciężko. No ale zobaczymy, dla chcącego nic trudnego!

Zamierzam, jeśli tylko to będzie możliwe, startować na 5, 10 i 21 km, bo starty dają mi gigantyczną frajdę. No i póki co trzymam się wersji, że drugi tegoroczny maraton pobiegnę w Poznaniu, w październiku. Jednak to jest jeszcze kwestia do doprecyzowania. Pewne jest jedynie to, że w przyszłym roku, 19 kwietnia, startuję w moim "domowym" maratonie. Jeśli nawet pobiję to 3:30 w Poznaniu, czy gdziekolwiek indziej się wybiorę, to i tak będę chciał powtórzyć ten wyczyn tutaj. 

No i zamierzam bieganie postawić na najwyższym stopniu priorytetów. Na chwilę obecną nic nie daje mi tak wielkiego poczucia wolności i szczęścia. Inne rzeczy muszą się pogodzić z tym, że będę je dostosowywał do biegania, a nie na odwrót.

Maraton zaczyna się po 30 (kilometrze póki co ;)), a bieganie na poważnie zaczyna się po drugim maratonie? Na to wychodzi!

I na koniec - gdyby czytał to ktoś, kto chciałby wystartować kiedyś w maratonie - rok temu mój tata, zachęcony moim startem, rozpoczął treningi biegania. Przedwczoraj udało mu się przebiec 42,195 w zadowalającym go czasie. Sukcesu nie wypracujesz z dnia na dzień, ale jeśli zaczniesz jutro - zostanie ci na to bardzo dużo czasu!

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Szacunek dla dystansu

Przebiegłem drugi w życiu maraton! Czas: 3:41:02, czyli 6 minut gorzej niż w ubiegłym roku. Mając jednak na uwadze wszystkie okoliczności uważam, że ogromnym powodem do satysfakcji jest sam fakt ukończenia biegu, a ten czas wydaje się być i tak doskonałym.

Od początku.

Noc przed maratonem udało mi się spędzić wyjątkowo dobrze. Okiełznałem nerwy już wcześniej, więc spałem spokojnie i twardo. Rano byłem wyspany. Po obudzeniu szybka samokontrola - jak moje gardło? Lepiej niż dzień wcześniej, ale cały czas czuję, że drapie. No trudno, ważne że ogólnie czuję się bardzo dobrze. Odpalam motywującą muzyczkę, szykuję dżemik i rogala i wsuwam. Podołałem jedynie 3/4, ale przecież nie chodzi o to żeby się nawtykać - będzie jeszcze czas to uzupełnić!

Roznosi mnie wewnętrzna energia. Zero nerwów, jedynie koncentracja na zadaniu i przedstartowa adrenalina. Autobus za dwadzieścia minut, a ja już stoję w butach w przedpokoju! Tata już czeka, wychodzę. Docieramy do Areny autobusem pełnym biegaczy. Lecimy się przyszykować i wychodzi na moje - tata chciał jechać późniejszym tymczasem kolejki do toalety i depozytu powodują, że z Areny wychodzimy 15 minut przed startem.

Dobra, trzeba zjeść przygotowanego wcześniej batonika! Szybko wsuwam solidną porcję węglowodanów, chociaż nie czuję żebym tego rzeczywiście potrzebował. Oj tam, nie zaszkodzi, wchłonie się i jeszcze będę się cieszył, że go zjadłem!

Ustawiamy się na starcie za pięć dziewiąta. Szybkie esemesy do trzymających kciuki i już słyszę, że zostało pół minuty. Stoper przygotowany, plan ułożony w głowie, wszystko gra! 3... 2... 1... START!

Zgodnie z założeniami biegnę po swojemu, chociaż zerkam czy pacemakerzy na 3:30 mi nie uciekają. Bardziej dla własnej satysfakcji, bo biegnę luźno i spokojnie. Zresztą przed jakimś nadmiernym przyciśnięciem powstrzymuje mnie lekka kolka. Pewnie z nerwów, rozbiega się. Przebiegam 5 kilometr, tam pierwsza woda i pierwsze chwile zwątpienia. Biegnę już 25 minut, a cały czas nie mogę złapać rytmu i wrzucić "dwójki". Uspokajam samego siebie, że martwić się będę mógł zacząć koło dziesiątki.

Po drodze kolejne "popitki", płyny uzupełniam od samiutkiego początku, tak jak założyłem. Kolka jakby odpuszczała, ale pełnego komfortu nie czuję. W końcu dyszka. Nie jestem jakoś specjalnie rozkręcony, ale mnie się nigdzie nie spieszy. Ważne, że pomału czuję się coraz lepiej. Po drodze popijam trochę wody, trochę izotonika, czuję że powinienem, chociaż brzuch zamiast stawać się coraz lżejszy - jakby pęczniał. Byle do Łagiewnik, tam planowałem sikanie i pewnie przy okazji uda się pozbyć niepotrzebnego powietrza w żołądku.

Rzeczywiście w Łagiewnikach robi się lepiej. Udaje mi się złapać odpowiedni rytm, biegnę bardzo spokojnie, a mimo tego mam najpierw kilkanaście sekund zapasu, a w okolicy połówki - ponad 40 sekund! Super, przyda się później w razie kryzysu! Brzuch cały czas ciężki, ale jest znośnie, szczególnie, że biegnie się całkiem przyjemnie.

Pozornie.

23-24 kilometr, nie pamiętam dokładnie zaczyna mi się robić baaaardzo ciężko. Nogi niosą do przodu, ale żołądek napompowany ponad normę naciska na przeponę i wątrobę nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł. Boli, a tymczasem zbliża się drugi popas z owocami. Poprzedni odpuściłem, żeby nie przeciążyć brzucha, ale teraz już nie mogę. Przecież to zacznie się wchłaniać w okolicy 30 - tam gdzie energia będzie najbardziej potrzebna. Biorę się za banana i staram się go zjeść jak najbardziej spokojnie. Zjadam trochę ponad pół i próbuję wziąć się za powrót do rytmu. Nic to nie daje, balonik z pacemakerami ucieka, a ja mam coraz większy problem.

Skąd takie rewelacje u mnie? Z bardzo błahej, wręcz groteskowej przyczyny. Nie potrafię bekać. Czuję, że po prostu potrzebuję, żeby porządnie mi się odbiło, a wtedy będzie szansa na uratowanie ambitnego planu. Mimo tego nie jestem w stanie nic poradzić, nawet jeden bąbelek powietrza nie chce się uwolnić. Boję się, że zwymiotuję, a to będzie oznaczało game over. Najgorsze możliwe - bo nogi, serce i płuca mówią, że ciągle mogą i bardzo chcą walczyć o poprawę życiówki.

Na tej małej uliczce, Kalinowej, wypatruję skwerek. Postanawiam zatrzymać się na sikanie, chociaż mi się nie chce, może wymyślę coś na tę przeklętą kulę powietrza w brzuchu. Wokół mnie masa ludzi ładnie poubieranych do albo z kościoła, ale mam to gdzieś. Zginam się w pół, próbuję na siłę pozbyć się tego co mi zalega w środku.

Potężnie odkasłuję dwukrotnie. Czuję w ustach smaki banana, izotonika i wody mineralnej. Haha, udało się, teraz będzie już tylko lepiej! Podbudowany wracam na trasę. Biegnąc uświadamiam sobie, że nie jest tak różowo jak mi się wydawało. Teraz już wiem, że popełniłem drobny błąd, który chyba kosztował mnie później bardzo, bardzo wiele. Zamiast wykasłać się ile wlezie na tamtym skwerku i mieć już pewność, że jest w porządku, to ja zatrzymuję się co pół kilometra i odkasłuję, co kompletnie wybija mnie z rytmu biegu. Oczywiście odpuszczam wodę i izotonika, bo boję się, że znów mi się pogorszy. Kolejny błąd, który zaowocuje później.

Mamy 29 kilometr. W końcu mi ulżyło, czuję się znakomicie, wracam do gry. Nawet dobrze wyszło. Adrenalina sprawia, że w ten piekielny 30 kilometr wchodzę leciutko i na pełnym luzie. Dobiegam do Maratońskiej, tej Maratońskiej, która rok temu mnie zdeptała, fizycznie i psychicznie. Jest ciężko, ale cisnę do przodu, pełen werwy i zapału. Na wiadukcie przy Kaliskim - popas. Biorę wodę i (chyba, nie pamiętam dokładnie...) izotonika. Nie biorę żadnego owoca. Zjem w drodze powrotnej.

Jak zaplanowałem tak zrobiłem. Zerkam na zegarek - jak dobrze pójdzie wyrównam zeszłoroczny wynik, na 3:30 nie mam już szans. Trudno. Łapię ogromną radość z biegu, tym bardziej że do końca zostaje już mniej niż 10 kilometrów. Korzystam z mojej sztuczki z odkasływaniem przed popasem, wypijam wodę, izotona, jeszcze raz wodę i atakuję pomarańczę. Przez myśl przechodzi mi "weź dwie", ale ostatecznie biorę tylko jedną. Podobny pomysł wpada mi do głowy kiedy mijam wcześniejszy popas - nikt mnie nie zabije jak skorzystam z jedzenia przygotowanego dla drugiego kierunku. Boję się kolki - odpuszczam.

Zaczynam ostatni fragment trasy - obiegnięcie Zdrowia. Pierwszy dopada mnie kryzys mentalny. Mamy dopiero 37 kilometr. W zeszłym roku tutaj skręcaliśmy w lewo w Konstantynowską i hop hop do Areny. Tym razem jeszcze tyle przede mną, ale masakra. Mózg buntuje się przeciwko mnie i każe mi stanąć. Na siłę przebiegam przez skrzyżowanie i staję. Kucam, żeby rozluźnić mięśnie i od razu atakuję dalej, żeby nie wypaść z rytmu. Umysł wraca do gry, ale co z tego, skoro zaczyna brakować mi sił.

Tylko nie to... Najpierw to charakterystyczne ssanie w żołądku. Tak jakby był pełny na zewnątrz, a pusty w środku. Mam wrażenie, że wiotczeją mi wszystkie mięśnie. Lekko kręci mi się w głowie.

Hipoglikemia, jak na pieprzone zamówienie. Akurat tam gdzie sił potrzebowałem najwięcej - zaczęło mi ich brakować. Wściekam się na siebie za odpuszczone jedzenie, a najbardziej za to, że nie wziąłem, chociaż do kieszeni, żelu energetycznego. Pisząc to kręcę głową, jak bardzo przez wysiłek człowiek przestaje racjonalnie myśleć. Przecież nic by mi nie zaszkodziło wziąć to cholerstwo ze sobą. Nawet jeśli nie wchłonęłoby się do mety (a tak by było...) to jaki to by był ogromny bonus psychologiczny! W końcu nie wytrzymuję i zaczynam iść. Chciałem tego uniknąć, ale nie ma szans. Trzykrotnie mówię sobie "liczę do 10 i hop", za czwartym razem się udaje. Podnoszę głowę - POPAS! Jeja jak dobrze... Patrzę na kartkę przed... tylko woda. Świetnie, będę musiał jechać na mineralnej... Wypijam dwa kubki, a w międzyczasie czuję, że zjedzona pomarańcza chyba pomału zaczyna uwalniać tak mi teraz potrzebne kalorie. Jest dobrze, za chwilę skręt w Krakowską i już prosto do mety!

Niesie mnie coraz większa radość, wspomagana przez kibiców, przy których aż ciarki przechodzą po plecach. Już wiem, że co by się nie działo - najgorsze za mną. Raz czy dwa razy zatrzymuję się na przykucnięcie. Muszę jakoś sobie ulżyć i to się sprawdza. Przy drugim razie mija mnie inny zawodnik i woła, żebym wstawał i biegł dalej. No to ma za swoje - tak mnie podbudował, że wstałem i wyprzedziłem go w 20 sekund :).

Za chwilę patrzę - popas. A to ci niespodzianka, nie spodziewałem się, że jeszcze jakiś będzie! I mają izotonik! Piję ile się da, chyba dwa i trochę wody. Czuję się jak Papay po zjedzeniu szpinaku, chociaż wiem, że to placebo, ta energia pomoże mi już tylko w regeneracji. Pomału, pokonuję pozostałe mi już metry. 40 kilometr i za chwilę 41. Wyobraźnia uruchamia wyrzuty adrenaliny, bo już widzę moment wbiegania na metę. Jestem diabelnie szczęśliwy, już nawet nie patrzę na stoper. Jakieś 500 metrów przed metą bardzo głośny doping niesie mnie do przodu! Nagle słyszę swoją ksywkę. Na środek trasy wybiegają moje koleżanki - wolontariuszki. Przybijamy piątki. Szczęśliwy, że je spotkałem dostaję gigantycznego kopa energii.

Jeszcze tylko pętla przed Areną i meta. W tym roku wiem co mnie czeka, więc przyspieszam, chcąc pokazać temu fragmentowi trasy, który rok temu mnie załamał (300 metrów przed metą!). Gnam przed siebie jak szalony, wyprzedzam kolejne osoby. Nic mnie już nie zatrzyma! Bębny, huk, krzyki, muzyka! ARENA!

Mam w oczach łzy, unoszę ręce do góry i jak szalony biegnę do mety. Gdzieś, jakby z oddali, dociera do mnie wrzask mojej siostry (a później się okazało, że całej rodziny) "MAAAATIIIIIIII". Kątem oka ich zauważam i posyłam szybkie spojrzenie. W końcu przekraczam tę magiczną linię.

Wolontariuszka zakłada mi na szyję medal, gratuluje mi, mnie się nawet udaje podziękować. Łzy lecą mi do oczu jak oszalałe. Szaleję ze szczęścia.

Udało się.

Meta.

PS Tacie się również udało. 4:35:42, czyli tak jak sobie w zasadzie zakładał, chociaż mówi, że został mu jeszcze zapas sił.

sobota, 12 kwietnia 2014

Na dzień przed 2: Nie warto planować

Zacznę może od tego, że dzisiejszy wpis miałem już od tygodnia ułożony w głowie. Wystarczało dotrwać do dziś, spisać to, co zaplanowałem i skupić się na jutrzejszym starcie w drugim moim maratonie. No cóż, zostawię tamten wpis gdzieś w głowie i wrzucę go może kiedyś, przy innej okazji.

Dlaczego? Bo dzisiaj jest dzień, który pokazuje, że nie warto planować niczego. I od razu ostrzegam - nie uważam tego za negatywne zjawisko! Po prostu czasem życie gra inne tony niż te, które chcielibyśmy usłyszeć i zbyt wielkiego wpływu na te niespodzianki zwyczajnie nie mamy. Najgorsze co można zrobić to frustrować się, że z planów wyszła jedna wielka, dorodna figa...

Siedzę sobie przed komputerem w ciepłym dresiku i bluzie, chociaż na dworze wiosna zachęca do długiego spaceru. Niestety zamiast spacerować spokojnie po okolicy dzisiejszy dzień spędzam w domu, bo najzwyczajniej rozchorowało mi się gardło. Gdzieś tak koło wtorku zaczęło mnie drapać, ale oczywiście niewiele sobie z tego zrobiłem. Tymczasem jakieś dziadostwo wygodnie mościło sobie miejscóweczkę w moim gardle. 

Nie żeby mnie jakoś rozłożyło totalnie, ani żeby bolało tak, że śliny nie daję rady przełknąć. Co to to nie - taka drobna infekcja, których w życiu setki. Problem w tym, że na maratonie wypadałoby być całkowicie zdrowym. Po co dokładać organizmowi dodatkowy wysiłek? Dlatego właśnie kuruję się w domu i mam wielką nadzieję, że jutro będzie wszystko w porządku. 

No i właśnie. Co mi po tym całym planowaniu ostatnim? Co mi po misternym układaniu terminów i intensywności ostatnich treningów? Co mi po poprawieniu diety, szczególnie przez ostatnie 10 dni? Co mi po zastanawianiu się nad tym jak się ubiorę? Zaplanowana taktyka w obecnej sytuacji też stanowi ogromny znak zapytania. Jeśli mi się poszczęści to przelecę jutro te 42,195 tak jak to sobie wymyśliłem, ale może się okazać, że gardziołko jednak nie pozwoli mi dać z siebie stu procent. Nawet pewnie nie dowiem się na czym stoję przed startem, bo przecież problem może wypłynąć w środku biegu. Nomen omen - choroba wie.

W takim razie - co ja na to? No cóż... nic ;). Jestem kompletnie wyluzowany. Generalnie zamierzam trzymać się wcześniejszych postanowień i cisnąć tak długo jak mi się uda. Może dzięki temu, że dzisiaj się lenię, paradoksalnie uda mi się osiągnąć 3:15? Liczę się z tym, że będę na mecie w granicach ubiegłorocznego wyniku (3:35:18). Powiem więcej - jestem już mentalnie przygotowany na to, że jeśli okaże się to niezbędne to zwolnię tempo na tyle, żeby do mety dotrzeć razem z tatą (między 4:05, a 4:30). 

Co by się nie działo - nie zamierzam czuć się zawiedziony czy rozczarowany. Wiem, ze na treningach dałem z siebie maksimum, nad umysłem pracowałem chyba nawet jeszcze bardziej intensywnie, poprawiłem dietę. Jeśli się okaże, że jutro zda mi się to na nic, to mam doskonałą bazę na kolejny start. Do kosza moich ostatnich sukcesów przecież nie wyrzucam. 

Życie, sukces, szczęście - wszystko to składa się zawsze z drobnych kroczków, detali, które dopiero jako całość stanowią coś pięknego i potężnego. Dlatego właśnie jutrzejszy start traktuję jak kolejny z moich kroczków. Czy będzie duży i efektowny jak 3:15 czy malutki i poniżej możliwości jak 4:30 - nie ma dla mnie znaczenia. Ważne, że mogę biec, startować, bawić i radować się.

Jestem szczęśliwy.

czwartek, 10 kwietnia 2014

I po treningu...

Obaj z tatą zakończyliśmy w dniu dzisiejszym nasze przygotowania do maratonu. Obaj zamknęliśmy ten rozdział ciekawymi klamerkami. Ja zakończyłem długością treningu bliską tej od której zaczynałem mój powrót do treningów - pół godzinki lajtowego biegu. Tata zakończył przygotowania w zasadzie w tym samym miejscu, w którym je rozpoczął - w Jastrzębiej Górze. Trochę to naciągane ideologie, ale jakoś trzeba sobie urozmaicic te godziny, które zostały nam do startu.

Przyznam się szczerze, że w zeszły piątek, kiedy dotarliśmy nad Bałtyk miałem konkretnego stresa. Nie wiem czy to wina artykułu, który przeczytałem (o tym dlaczego maraton nas przerasta) czy ogólnego samopoczucia (dużo pracy i nerwów ostatnimi czasy). Fakt jest faktem - denerwowałem się strasznie. Pierwsze dwie noce śniły mi się paskudne bzdury, nie mogłem przestac myślec o niedzielnym starcie, wgapiałem się w trasę, jakby to miało w czymś pomóc...

Od czego mamy jednak ten urlop - przecież chyba nie od tego, żeby się bardziej stresowac niż w domu? Stąd też z dnia na dzień udawało mi się łapac coraz większy luzik. Miałem jeszcze chwilowego doła we wtorek, bo miałem problem z rozkręceniem się podczas półgodzinnego treningu, ale kiedy policzyłem sobie, że w niedzielę będę miał górkę (zakładając, że kryzys przychodzi co trzeci dzień) uspokoiłem się i oddałem całkowicie urokom przyrody.

Dzisiejszy trening był już w zasadzie formalnością. Niespecjalnie przywiązywaliśmy się do tempa i długości treningu, ważne było, żeby już to po prostu miec za sobą. Ciekawa sprawa - rozgadani zazwyczaj na wspólnych treningach, dzisiaj milczeliśmy jak zaklęci. Każdy skupiony już tylko na jednym celu, wsłuchujący się w swój organizm, planujący jak to będzie wyglądac trzynastego. Odfajkowaliśmy, możemy skupic się już tylko i wyłącznie na starcie.

Już bez nerwów, z dobrą wiarą, ale też pokorą i szacunkiem dla dystansu. Postanowiliśmy, że będziemy biec swoim tempem, olewac innych i pacemakerów, traktowac to jak dłuższy trening. I najważniejsze - traktowac to jako przyjemnośc, a nie przymusową katorgę. Myślę, że to może byc recepta na sukces, pomagająca w gorszej chwili zamaskowac niedoskonałości organizmu.

Prawdę mówiąc już nie mogę się doczekac startu. Najchętniej przespałbym jutro i sobotę i stac już chwilę przed dziewiątą na Alei Unii Lubelskiej i brac ostatnie, uspokajające wdechy i wydechy przed ruszeniem w bój.

Tak się jednak nie da, więc trzeba spędzic ten czas jak najbardziej przyjemnie, nie przemęczając się, zbierając siły fizyczne i mentalne. Dac organizmowi odpocząc po długich miesiącach trudnej i męczącej pracy.

Tort już jest gotowy, z całą pewnością wyszedł bardzo smaczny. Zostało tylko udekorowac go wisienką, z uśmiechem na ustach, chociaż z potem spływającym po plecach. Bo jeśli nie daje ci to szczęścia i satysfakcji i czujesz, że biegniesz na siłę, to lepiej nie startuj. Szkoda życia na nieprzyjemności!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Do zobaczenia w Atlas Arenie

Może będzie jeszcze okazja coś napisać, oprócz przedmaratońskiego wpisu, ale przyszła pora na zakończenie najważniejszej części moich przygotowań do 42,195. W związku z tym, że jutro wyjeżdżam na tydzień nad morze nie będę już trenował w Łodzi. Na ten ostatni tydzień zostały 4 skromne treningi, a potem już tylko ogień!

Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa to - czy w tym roku jest lepiej czy gorzej niż w zeszłym? I lepiej i gorzej, chociaż zdecydowanie przeważa w tym wszystkim lepiej. Przede wszystkim - porównywać ten rok i ubiegły jest zwyczajnie niemożliwe, pod jakimkolwiek względem. Dwa światy.

W zeszłym roku byłem nowicjuszem pod każdym możliwym względem. Pierwszy raz trenowałem bieganie, pierwszy raz startowałem na zawodach, można powiedzieć, że zaliczałem pierwsze dni w pierwszej poważnej (? ;)) pracy. Nie miałem zielonego pojęcia o tym co i jak mam robić, jak powinienem reagować na różne okoliczności, jak zmieniać treningi (przez to w ogóle ich nie zmieniałem), czy mam dawać z siebie maksa czy trenować lekko i realizować plan, a słowo dieta stanowiło czarną magię.

Ten rok był dużo łatwiejszy dzięki temu, że miałem coś czego nawet najlepszy trening sam w sobie nie zagwarantuje - doświadczenie. Nie wystarczy biegać i zaliczać poprawę na poziomie fizjologicznym, aby być lepszym trzeba także, a może nawet - przede wszystkim, rozwijać się mentalnie. To głowa rządzi tym wszystkim i to ona musi być w najwyższej formie. Jeśli tak jest to jesteśmy w stanie zatuszować nasze niedoskonałości.

Mimo osiągnięcia sukcesu jakim było przebiegnięcie maratonu w roku ubiegłym wcale nie zacząłem mieć z górki. Wręcz przeciwnie. Zacznijmy od tego, że przez pięć miesięcy nie biegałem w ogóle, ponieważ sądziłem, że nie jestem w stanie pogodzić treningów z pracą. Trudno powiedzieć czy na szczęście czy niestety - dojeżdżałem do roboty rowerem. Na szczęście - bo utrzymywałem organizm w ruchu i na pewno bardzo mocno ograniczyłem spadek wydolności. Niestety - bo nie miałem siły na żadną inną aktywność. Ostatecznie podjąłem decyzję, że przesiadam się do autobusu i stawiam na bieganie.

Obawiałem się, że będę cierpiał na każdym treningu tak jak cierpiałem w marcu i kwietniu 2013, kiedy zaczynałem pracę. Ciągle czułem się zamulony i przemęczony. Mięśnie chyba nie były gotowe na połączenie obu wysiłków. Jednak we wrześniu, kiedy zdecydowałem się zacisnąć zęby i biegać mimo wszystko, okazało się, że nie jest tak źle! Organizm najwyraźniej przyzwyczaił się do dwunastogodzinnych "treningów" stania.

Zaczynałem leciutko - po pół godzinki, 40 minut. Szybko okazało się, że powrót do formy nie będzie tak problematyczny jak mi się wydawało i wskoczyłem na godzinki. Tak sobie pomału rozkręcałem organizm, wiedząc, że na początku listopada startuję z programem maratońskim. Do planu przystąpiłem przygotowany jak należy, nawet nieco obawiałem się, że obciążenia okażą się dla mnie zbyt małe (optymista). Kłopot czaił się gdzie indziej. Szybko okazało się, że jednoczesna praca, studia i treningi są bardzo trudne do pogodzenia. Trzeba było zacząć szukać kompromisów i modyfikować plan. 

Jakie to było trudne i frustrujące! Jestem osobą, która podchodzi do zadań na zasadzie - albo sto procent albo nic. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak mógłbym nie zrealizować całości planu. Przekładałem treningi, kombinowałem, ale w końcu musiałem się poddać i zacząć opuszczać mniej istotne jednostki. Dzisiaj śmieję się z tego paradoksu, bo okazało się to drogą do sukcesu.

Forma, mimo okrajania planu, o dziwo rosła. W tak zwanym międzyczasie zrezygnowałem ze studiów, więc czasu i sił znalazło się więcej. Pogoda tej zimy okazała się niewiarygodnie łaskawa (w zeszłym roku to był na bank jeden z powodów dla których byłem tak przemęczony). W zasadzie idylla trwała. Nie zliczę momentów, kiedy czułem, że jestem w formie i bałem się, że nie "dowiozę" jej do maratonu. "A jeśli to już? Może teraz będzie już tylko gorzej? Żeby nie było, że teraz jest super, a w kwietniu będzie kicha...". Bałem się, chociaż było niemal idealnie.

Po drodze pojawił się kolejny, hm, kłopot. Czasu było mało, więc często dni treningu "zgrywały się" z dniami ogólnie pojętych spotkań towarzyskich. Oczywiście z nieskromnym udziałem alkoholu. Chociaż już wtedy wiedziałem, że to nienajlepszy pomysł, piłem w dni, w które miałem treningi. Starałem się trenować od rana, żeby wieczorem być już w miarę zregenerowanym, ale tak się nie da. No i drugi aspekt - kace. Bieganie na kacu czasami jest nawet fajne, ale mając porównanie formy "z" i "bez" wybieram to drugie. 

Traf chciał, że w tym samym czasie dostałem od mamy książkę na temat żywienia w sporcie (Żywienie w sporcie Anity Bean). Zacząłem zagłębiać się w węglowodany, tłuszcze, białka, płyny czy witaminy i testować na żywym organizmie. Efekt okazał się piorunujący. Dodam, że nie zacząłem siedzieć z karteczką i liczyć kalorii i gramów, ale dość mocno zracjonalizowałem swoje żywienie. 5 posiłków dziennie, dużo nawadniania, dużo węglowodanów itp. No i uzupełnianie węgli i płynów podczas długich treningów.

Regeneracja przyspieszyła kosmicznie, dzięki temu na kolejnych treningach mogłem dawać z siebie więcej i więcej. A skoro wziąłem się za dietę, to wziąłem się za alkohol. Po kolejnym przegiętym wieczorze trzeba było się na coś zdecydować. No i skończyło się picie po treningach, a od tamtej pory nie łykam więcej niż dwa piwka w "wolne" dni. Kolejny milowy krok, chociaż tutaj akurat efekt był dla mnie dobrze znany, tylko ta siła woli jakoś nie pozwalała... 

W ten sposób udało mi się dotrzeć w zasadzie do dzisiaj. Cały czas czując, że forma jest i ciągle się poprawia. Ostatnio miałem jeszcze troszkę nerwów w związku z koniecznością odpuszczenia najdłuższego rozbiegania, ale dzisiaj już wiem, że były to nerwy kompletnie niepotrzebne. Taki charakter, co poradzić ;).

Na 10 dni przed startem czuję się znakomicie. W tym roku wziąłem urlop, więc nie będę startował w zasadzie tuż po pracy (rok temu miałem wolne raptem od piątku, od 17). Pogoda rozpieszcza, kupiłem sobie ułatwiające życie ciuszki (coolmax rządzi!), nawet udało mi się polubić buty, których baaardzo długo nie mogłem oswoić. 

To był kolejny ciężki i pełen pracy i wyrzeczeń rok. Nic nie przychodzi za darmo i ja swoją cenę też musiałem zapłacić. Czy było warto - ostatecznie okaże się 13. Chociaż odnosząc się do słów mojego taty - swój torcik już zjadłem, czuję się najedzony i usatysfakcjonowany. Została mi tylko wisienka, więc przeżyję jeśli będzie gorzka i niesmaczna. 

I jeszcze jedno. Przeszedłem przez ten rok tyle życiowych zawirowań, że musiałbym kolejny tak długi post napisać, żeby to wszystko opisać. Jest tylko jedne wspólny mianownik tego czasu - bieganie. Odwołując się teraz do Krzyśka "Poresa" Borkusza - "miej pasję, ona enklawą". Nie wiem czy podołałbym udźwignąć to wszystko gdyby nie ten mój filar. Uwiercie mi - jeśli robicie coś co kochacie, to nieważne jest wszystko inne dookoła. Ja biegam i mam w sumie w nosie gdzie pracuję, gdzie mieszkam i jaka jest pogoda. Mogę biegać? To jestem szczęśliwy. Życzę wszystkim tego samego.

I do zobaczenia w Atlas Arenie!

poniedziałek, 24 marca 2014

O take Polskę walczylim

Troszkę później niż planowałem, ale brak czasu robi swoje.

Dokładnie tydzień temu wróciłem z wyjazdu, który stanowił prezent urodzinowy dla mojej mamy. Tato sprytnie wykombinował, że skoro mamie się najbardziej marzy pojechać gdzieś z dziećmi, to taki prezent będzie najsensowniejszy. Okazało się to być strzałem w dychę, ale ja dziś nie o tym.

Ja dziś o tym gdzie byliśmy. Otóż byliśmy niemalże nad samym brzegiem rzeki Biebrzy, w miejscowości Dolistowo Duże, jakieś 60 kilometrów na północny zachód od Białegostoku. To była moja druga wizyta w tamtych rejonach - pierwszy raz byłem w Ełku, na trzytygodniowych praktykach studenckich.

Nie będę się rozpisywał o urokach przyrodniczych tamtych rejonów, bo one bronią się same za siebie. Za to rozpiszę się nieco o rzekomej "Polsce B", którą jest nazywana nasza dzisiejsza ściana wschodnia.

Skąd takie mało pochlebne określenie? Pewnie stąd, że dla rozpieszczonego mieszczucha z centralnej czy zachodniej Polski pobieżne spojrzenie na tamte ziemie zdaje się mówić: "widzisz te rozwalające się chałupy? Matko, i jeszcze te wszechogarniające lasy czy łąki. Wiochy jak są, to wyglądają biednie, a jak ich nie ma to się człowiek czuje jak na kompletnym odludziu. Bida z nyndzą.". Rzeczywiście tak tam jest. Jednak czy to wystarczające powody, żeby nazywać te rejony Polską B?

Po tym co zobaczyłem i usłyszałem, zaczynam się zastanawiać czy to nie my powinniśmy nazywać się "Polską B", a nawet wybiegając troszkę dalej - czy w ogóle powinniśmy nazywać się "Polską"?

Skąd takie, rewolucyjne wręcz, wnioski pojawiły się w mojej główce? Po pierwsze - dzięki ludziom. Żeby zrozumieć dany region, jego specyfikę, nie wystarczy popatrzeć na to jak on wygląda, zerknąć w jakieś puste statystyki. Trzeba przede wszystkim poznać i spróbować zrozumieć jego mieszkańców.

Nam, dajmy na to Łodziakom, ciężko jest zrozumieć jak można w ogóle "dać się poznać" komuś z zewnątrz. Zamykamy się w swoich światach i raczej nie lubimy opowiadać wszystkim dookoła jacy jesteśmy. Naszą barierę intymności stanowi duży, betonowy mur, w którym ciężko jest znaleźć furtkę.

Właśnie to uderzyło mnie najbardziej już podczas wizyty w Ełku, a teraz tylko potwierdziłem swoje obserwacje. Polacy ze wschodu zdają się być dużo cieplejsi i bardziej otwarci od nas. Bardzo chętnie otwierają dla nas całą bramę i wpuszczają do siebie mówiąc "chodź, poznaj jacy jesteśmy i jak żyjemy." Przykład? Proszę bardzo - w trakcie moich praktyk zadaniem było zinwentaryzowanie gospodarstw agroturystycznych w gminie. W związku z tym musieliśmy jeździć i pukać od domu do domu, zadając dużo różniastych pytań, choć w ogromnej mierze branżowych. Normą było to, że nie dość, że dowiadywaliśmy się wszystkiego co nam było trzeba, to często poznawaliśmy całą historię rodziny i tego jak to się stało, że teraz mają agroturystykę. Jedno gospodarstwo wyróżniło się negatywnie w stosunku do reszty - pana nie stamtąd, a z Warszawy...

Podczas ostatniego wyjazdu podobnie. Od samego przyjazdu, rodzina która nas gościła, nie dość, że robiła to w wyjątkowo sympatyczny sposób, to jeszcze sama otwierała się przed nami ze swoim życiem i problemami. Robili to z urzekającą naturalnością i swobodą. Podobnie przewodnicy, którzy nami się opiekowali - pasjonaci, dumni ze swoich miejsc, dużo chętniej współpracujący z taką grupą jak nasza skromna rodzinka, niż z większą, ale zostawiającą też większą kasę, zorganizowaną wycieczką.

Gościnność i ciepło to raz, dwa - styl życia. Uzależniony od zawsze (i, daj Bóg, na zawsze) od przyrody. A skoro tak, to pełen pokory i uczący wytrwałości przy pokonywaniu trudności. Tamtejsi nie mieli nigdy podanego na tacy ułatwienia, tak jak my miastowi. My marudzimy, że zimą stoimy w korkach, oni często mają problem, żeby w ogóle wyjechać z domów. Jednak mimo tego radzą sobie z tymi problemami doskonale. Nie marudzą, że rzeka podmyła im drogę, tylko budują ją od nowa. Cieszą się tym co dobre i nie trwonią energii na frustrowanie się na to na co wpływu nie mają.

Stąd pewnie też ichnie poglądy. Zdawać by się mogło - ściana wschodnia = fanatyczny katolicyzm, mocno prawicowe poglądy i szeroko pojęta zaściankowość. Błąd. To my jesteśmy fanatyczni, mamy ostre poglądy i jesteśmy zaściankowi. Mamy klapki na oczach. W Łodzi nigdy nie usłyszałem takich zdań jakie tam padły trzykrotnie (więc to już chyba nie przypadek?). Trzykrotnie usłyszałem, że wiara jest sprawą każdego z nas, a i tak Bóg nas rozlicza, a nie Kościół czy inna instytucja (w tym raz od wiekowej już muzułmanki!). Trzykrotnie usłyszałem, że patriotyzm, to miłość do kraju i jego godne reprezentowanie, a nie politykowanie i podziały na "prawo i lewo". Trzykrotnie usłyszałem, że każdy niech ma swoje poglądy, niech je nawet głośno wyraża, niech dyskutuje na ich temat, bo dzięki temu idziemy do przodu. Warunek był tylko jeden - czy to w kwestii wiary czy światopoglądu - niech nikt nie wmawia nam, że jego zdanie jest jedynym słusznym i my musimy myśleć dokładnie tak samo.

I dlatego uważam, że tam jest "bardziej" Polska" niż tu. To tam spotkałem Polaków, takich jakich chciałbym ich widzieć zawsze. Bo gdyby zebrać, przez wszystkie lata historii, cechy idealnego Polaka, to ja wymieniłbym - skromność, pokora, patriotyzm i ogromne przywiązanie do Ojczyzny, tolerancja (!), otwartość, ciepło, gościnność. Dla mnie Polak powinien być "poćciwy", żyjący bez pośpiechu, w zgodzie z naturą i z innymi ludźmi. Przez to wartościowy i ceniony przez innych.

No i właśnie gdzie więcej takich cech znajdziemy - w Polsce A czy B? Oj mamy tendencję do megalomanii, hipokryzji i burzliwości - my mieszczuchy szczególnie. Posypmy czasem głowę popiołem i zapytajmy sami siebie - czy od 966 roku o take Polskę walczylim?

piątek, 7 marca 2014

Wielka Improwizacja

Dzisiaj zrobiłem coś, czego nie robię w zasadzie nigdy, ponieważ ostatni raz gdy to zrobiłem, skończyło się to dwutygodniową przerwą w bieganiu. Fakt faktem, było to na początku mojej zacnej kariery biegacza, ale jednak. Co to takiego? Zmiana treningu na intensywniejszy.

Zdarza mi się przedłużyć czy skrócić rozbieganie z różnych przyczyn. W zasadzie nie było jeszcze takiego przypadku, żeby te dodatkowe kilka minut biegu źle wpłynęło na moją formę. Natomiast z przykręcaniem śrubki z napisem "tempo" bywało różnie. W czasie kiedy jeszcze robiłem plan treningowy na 10 kmów, raz pozwoliłem sobie na przyciśnięcie rozbiegania niemalże na maksa. Biegło mi się super, dlatego z okrążenia na okrążenie rozkręcałem się coraz bardziej. Po treningu czułem się znakomicie, żyć nie umierać! Niestety podczas późniejszych treningów okazało się, że wypałowałem się tak mocno, że nie jestem w stanie poradzić sobie z najlżejszym obciążeniem. Do tego doszły inne czynniki (praca, dieta) i odpadłem z treningu na dwa tygodnie. Od wtedy nie zmieniałem nic w planie, raczej równałem w dół niż w górę, nie chcąc przegiąć.

Dzisiaj postanowiłem sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Głód biegania mam gigantyczny, treningów trochę odpuściłem, więc czemu nie? Zdecydowałem, że zmieniam zabawę biegową (czyli lekki wzrost tempa, ale bez ciśnięcia, chyba że samopoczucie pozwoli) na interwał. Ambitnie, tym bardziej, że ostatnio pracuję dość dużo i czasu na regenerację zostaje niewiele (ale za to od poniedziałku... hihihi).

No i co? No i zrobiłem dwie pierwsze jednostki 3x3 min i okazało się, że szału nie ma. Poczułem się nawet przez chwilę jakbym oglądał "M jak miłość", bo przed oczami mroczki (ha ha ha!). Nie było szans, żebym całość tak wytrzymał, chociaż istniała ku temu szansa, bo rozgrzany organizm potrafi zadziwić. Mimo to, zdecydowałem się go nie sprawdzać.

Co w takiej sytuacji? Wielka Improwizacja! Skoro zabawę biegową można robić od tempa minimalnie szybszego, aż pod interwał, to czemu nie zrobić na odwrót? Tak też uczyniłem, co okazało się bardzo fajnym pomysłem. Ostatecznie udało mi się dojść do siebie na tyle, że pod koniec mogłem znów nieco przykręcić śrubkę. Całokształt wyszedł bardzo przyzwoicie, chociaż cały czas mam ochotę wycisnąć z siebie ostatnie kropelki sił jak ze smakowitej pomarańczy. Jednak budujące jest to, że podczas biegu normalnym tempem rozbiegania w zasadzie czuję się totalnie wyluzowany, nawet troszkę zbyt mało rozgrzany. Znaczy się, że pewnie tempo maratońskie jest obecnie dla mnie, w obecnej formie, bardzo sprzyjające. Nic tylko startować (a tu jeszcze miesiąc :()!

Forma najwyraźniej jest, pogoda się robi bardzo sympatyczna, towarzystwo biegające rozrasta się z dnia na dzień, same powody do optymizmu! Dobrze się zapowiada ten kwietniowy weekend w tym roku, oj bardzo dobrze!

Jak tu tylko jakoś przetrwać ten miesiąc, skoro chciałoby się już?

No dobra, to jest taki problem, z którym chętnie się pozmagam :).

sobota, 1 marca 2014

Bieg Powstańca

Tak, tak, może to być zastanawiające - czemu wrzucam notatkę na temat zawodów, które odbyły się tydzień temu. Z braku czasu? No nie bardzo, jakoś miałem czas wrzucić kilka innych wpisów. Z braku chęci? No już nie przesadzajmy z moim lenistwem. Otóż wrzucam ten wpis dzisiaj, bo chociaż właściwy Bieg Powstańca odbył się w ubiegłą niedzielę, to ja swój bieg powstańca zaliczyłem dzisiaj.

Zacznijmy od początku (matko, jakie bezsensowne zdanie...). W zeszłą niedzielę w Dobrej koło Strykowa odbyły się zawody na dystansie 10 kilometrów. Mój debiut na "dyszkę", a mojego taty debiut w ogóle. Zresztą o tym już akurat wspominałem. Zawody w urokliwej, niewielkiej miejscowości (urokliwej pod wieloma względami, hihi). Udział brało prawie 400 osób, ale to akurat nie dziwota, bo wpisowe śmieszne (15 zł!), a innych biegów na tym dystansie nie ma w tym czasie. Było warto, bo trasa bardzo wymagająca (przełajowa, to raz, a dwa - z mega ostrymi, choć raczej krótkimi podbiegami), a i pogoda dopisała znakomicie. Widoczki miejscami też niczego sobie, człowiek się mógł poczuć jak w górach, a to "tylko" Wzniesienia Łódzkie! Ogólnie rzecz biorąc - rewelacja. Do tego dostałem medal i wygrałem parasol!

Moja dyspozycja nie pozostawiła nic do życzenia. Założyłem sobie 45 minut, pobiegłem 43:01, na podbiegach wyprzedzałem kogo się da jak Justyna Kowalczyk. Trochę od pewnego czasu pobolewa mnie kostka i mam nadzieję, że uda mi się chociaż trochę ją ogarnąć przed maratonem. Poza tym - brakuje mi zawodów, adrenaliny i otoczki związanej z nimi! Po maratonie będę ostro startować, więc mam nadzieję zaspokoić mój głód.

No dobrze, to teraz pora wyjaśnić o co chodzi z biegiem powstańca dziś. Otóż moja Love rozchorowała się w ubiegłym tygodniu. Cierpiała na gardziołko, nawet musiała jeden dzień odpuścić tak ważną rzecz jak pracę! Ja, oczywiście, byłem superhero i wiedziałem, że mnie nic nie grozi! Niestety, superhero nie jestem i już po zawodach zacząłem czuć branie (i nie chodzi niestety o autografy na biustach ;)). Żeby było ciekawiej, zamiast odpocząć jak trzeba, poleciałem do pracy na nocną inwentaryzację. Musiałem się urwać o 3 zanim urwał mi się film. Wyspałem się i było po japońsku lepiej - yako tako. We wtorek znów do pracy i... cóż, dobrze, że wyszedłem wcześniej bo już wiedziałem, że jest po ptokach. Gardło bolało, osłabienie było konkretne. Planowane dwa rozbiegania - środowe i czwartkowe, mające wdrożyć mnie pod sobotnią 120 minutówkę wydawały się zagrożone.

Ostatecznie poległem. Dwa dni musiałem spędzić w domu... Ja! Człowiek, który wirusom się nie kłania, w domu nie usiedzi, a treningu nie odpuści jeśli nie wymaga tego jakakolwiek wyższa konieczność. Dwa dni nie wyściubiałem nosa z domu, cierpiąc katiusze głównie ze względu na odpuszczane treningi. Jedyny plus - regeneracja.

Okazało się, że było warto, choróbsko poszło w diabły. W związku z tym dzisiaj mogłem wstać wcześniej rano i... powstać! Przy pięknej, marcowej już, pogodzie przeleciałem 18 kilometrów w czasie 90 minut, co uważam za wynik zadowalający. Nie chciałem przesadnie dokręcać śrubki, bo w poniedziałek czeka na mnie jedna z wisienek na torcie. Tu będę chciał sprawdzić siebie w warunkach bojowych. Ważne, że forma jest, może bez fajerwerków, ale luzik, te mam nadzieję, że pojawią się po tych kilku ostrych tygodniach jakie mnie czekają, a potem dwa tygodnie rozluźniania się i łapania świeżości i witaj znów maratonie.

W tym roku wiem, że nie będę tak dobrze przygotowany jak w zeszłym, bo przebiegłem może 2/3 planu. Za to świeżości, czyli tego czego nie miałem w debiucie, na pewno mi nie zabraknie! Może to będzie metoda na przekroczenie 3:30 z tej dobrej strony?

Tak czy siak. Wiem, że niezależnie od tego ile razy jeszcze zdarzy mi się upaść, w różny sposób, za każdym razem będę gotów stanąć na starcie mojego biegu powstańca. Bo tylko biegnąc, prowadząc tą moją walkę jak powstańcy w 1863, czuję że żyję na sto procent i że mam po co żyć.

I jeszcze jedno - nie warto żałować tego co się nie zrobiło albo nie udało się zrobić. Warto spiąć poślady i dalej zrobić jeszcze więcej, jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Życie nie daje drugich szans, ale my sobie możemy je dać!

czwartek, 27 lutego 2014

Jak przestać biegać?

Skoro napisałem jak zacząć biegać, to chyba wypadałoby skrobnąć coś dla przeciwwagi? Przestać biegać wbrew pozorom nie jest łatwo, a już na pewno nie jest łatwo znaleźć później wytłumaczenie - dlaczego? Mam nadzieję, że mój poradnik pomoże czytelnikowi rozwikłać te wcale niełatwe problemy!

Zakładam, że biegamy już jakiś czas, przyjmijmy że miesiąc. To chyba idealny moment, żeby przestać biegać - na tyle krótko żeby spokojnie uznać "wystarczy" i na tyle długo żeby powiedzieć "a, biegałem trochę czasu, ale... (i tu jedno z wytłumaczeń)".

1. Odpuść po nieudanym treningu. Pierwszy sposób, zdecydowanie najłatwiejszy, choć wymaga nieco cierpliwości, bo organizm lubi spłatać figla. Biegamy sobie spokojnie przez jakiś czas, po czym trafia nam się nieudany trening. Bolą nas wszystkie mięśnie, stawy, jesteśmy znudzeni, rozładowała nam się mp3, potknęliśmy się trzy razy, padał deszcz i było zimno. Oczywiście, żeby trening można było uznać za nieudany nie muszą wystąpić wszystkie powyższe czynniki. W zasadzie wystarczy jeden z nich. Po takim treningu wystarczy wrócić do domu, z furią zrzuć z siebie buty i wrzasnąć "nie no k***a, ja nie rozumiem jak można biegać, przecież to droga przez mękę. Bez sensu to, trzeba być po***anym żeby biegać. Idę na piwo.".

2. Biegaj za szybko/za długo/za często. Tu do przerwania ciągłości może wystarczyć w sumie jeden trening, ale efekty potrafią być ukryte, w zależności od tego, którą opcję wybierzemy.

Przy pierwszej może i nawet uda nam się dotrwać do końca treningu, co prawda przy tętnie 120% maksymalnego, ale jednak. Pewnie nawet przyjdziemy do domu szczęśliwi i pełni entuzjazmu, zadowoleni, że daliśmy z siebie wszystko, "wypałowaliśmy się" tak jak planowaliśmy. Nie został w nas nawet gram negatywnej energii. Za to wstajemy rano i... nie jesteśmy w stanie się ruszyć o centymetr. Swoje samopoczucie możemy określić zdaniem "gdyby położyć mi na głowie bułkę, będzie chleb na zakwasie". I o to chodziło! Teraz pora na wykrzyknięcie (na tyle na ile zakwasy nam pomogą) "No żesz "k***a, co jest?! Przecież Bajas pisał w Necie, że po bieganiu nie ma szans na zakwasy! Przecież to jakiś absurd! Poszedłbym na piwo, ale nie dojdę do sklepu...".

Przy drugiej nie trzeba czekać na następny dzień. Wystarczy biec na tyle długo, żeby poczuć się gorzej. Na początku opadamy z sił, po chwili zaczyna nam się kręcić w głowie, przy odrobinie szczęścia zbiera się nawet na wymioty. W ostatniej chwili ratujemy się przed omdleniem, padamy na chodnik/bieżnię/trawę i po jako takim dojściu do siebie wracamy do domu. Nie mamy sił na zdejmowanie butów z furią, ani krzyk, więc ledwo słyszalnym szeptem mówimy "Nie no, nigdy więcej nie biegam. Co to w ogóle było?! (hipoglikemia) Jak mam się czuć tak za każdym razem, to wolę iść na piwo.".

Przy trzeciej potrzeba trochę więcej samozaparcia, bo efekt pojawi się minimum po trzech dniach. Biegamy sobie spokojnie i nie za długo, ale za to koniecznie codziennie. Wersja hard - dwa razy dziennie. Tak przecież szybciej dojdziemy do formy. Trzeciego (lub dowolnego innego dnia później, pewnie maksimum do szóstego) dnia obudzimy się rano z tak odrętwiałym ciałem, bez jakiejkolwiek energii do życia, a co dopiero do biegania. Wypłukani z sił, leżąc półprzytomnie na łóżku możemy szepnąć (bo znów nie mamy sił na krzyk) "No nie wierzę. Przecież miałem mieć tyle energii i werwy do wszystkiego! Miałem się lepiej wysypiać, czuć się świeżo i leciuteńko. Oszukali mnie! Przecież nawet palcem kiwnąć nie mogę... To już po piwie mam więcej energii".

3. Biegaj z pełnym żołądkiem/na kacu/z kontuzją/będąc chorym. Świetny sposób, chociaż może mieć dużo niepożądanych skutków ubocznych. Na kacu musimy wypatrywać momentu, w którym zawroty głowy i chęć zwymiotowania osiągają zenit - to najlepsza chwila na zaprzestanie biegania. Z pełnym żołądkiem wystarczy jak poczekamy na tę najsilniejszą z silnych kolkę. Po czym ją poznamy? Oj poznamy bez problemów... Z kontuzją warto pójść na dłuższy trening, a jeszcze lepiej w jakiś trudniejszy teren. Nawet jak boli już tak, że płaczemy, biegnijmy dalej - w końcu uda nam się rozgrzać bolące miejsce! Nic nie robi tak dobrze podkręconej kostce, jak dodatkowe podkręcenie (polskie, równe chodniki nadają się do tego idealnie), a na kolana dobre jest ciężkie stąpanie po betonie. Jeśli sam ból nie jest dla nas wystarczający, zawsze można próbować do skutku - poważnego skręcenia, złamania czy zerwania więzadła. Wtedy w szpitalu możemy z mądrą miną mówić "Biegałem, twardy byłem, no ale niestety, to jest sport dla idiotów, skoro ląduje się później w szpitalu. Gdybym zamiast biegać chodził na piwo, teraz cieszyłbym się wiosenną pogodą, a nie twardymi kotletami made by NFZ...".

4. Idź na zawody po miesiącu i zajmij jedno z ostatnich miejsc. Nawet jeśli biega ci się nieźle, to zawsze można podejść temat od drugiej strony. Zawodów na różnych dystansach odbywa się zawsze i wszędzie dużo, część jest nawet darmowa. Wystarczy zapisać się, wystartować, dobiec w ogonku i już można śmiało powiedzieć "No tak, biegałem, nawet nieźle było, ale kurde, poszedłem na zawody, nie dość, że w porównaniu do innych byłem ubrany jak ogór, to jeszcze za mną były tylko dwie panie, rocznik 48. To jak to tak ma wyglądać, to ja wolę skoczyć na piwo. Mniej wstydu.".

5. (mój faworyt) Biegaj dla kogoś. Wymyśl sobie osobę lub grupę osób. Może to być mama, dziewczyna, kolega, grupa znajomych czy ogólnie pojęte społeczeństwo. To jest w zasadzie mało istotne. Ważne żeby robić to nie ze względu na siebie, tylko bo ktoś nam każe/oczekuje/chcemy się popisać. Zmuszanie się do treningu to przeżycie jakiego nie warto odpuścić w życiu. Gwarantuję, że namacalnie będziesz obserwował kumulację nerwów w swoim organizmie, razem ze wszelkimi możliwymi objawami somatycznymi. Kiedy poziom frustracji osiągnie szczyt możemy zastosować metodę i tekst z pierwszego punktu. Po wszystkim możemy jeszcze napotkać się na pytania z gatunku "Magda mówiła, że zacząłeś dla niej biegać, ale już skończyłeś, po miesiącu, dlaczego?". Wtedy możesz zrobić minę "na Clinta Eastwooda", otworzyć trzymane w ręku piwo zapalniczką, wziąć sowity łyk i stwierdzić "Ty byś dla swojej nawet jednego treningu nie wytrzymał". Po wszystkim spluń.

Metod jest pewnie więcej, mnie te które opisałem wydają się najsensowniejsze. Oczywiście metody można modyfikować, mieszać i robić z nimi co się żywnie podoba.

I pamiętajcie o jednej jedynej wspólnej dla wszystkich regule - wymówkę zawsze się znajdzie, sztuką jest znaleźć motywację...

środa, 26 lutego 2014

Rekreacja, trening, tresura

Obiecałem ciąg dalszy moich pełnych wymądrzeń poradników, więc (chyba pierwszy raz od kiedy tu piszę...) obietnicę spełniam i spełniać będę. Dziś troszkę na temat tego czym się w zasadzie różni rekreacja od treningu i czym jest tresura człowieka.

Zaczynasz coś trenować. Dajmy na to bieganie (ale niespodzianka!). Oczywiście, jak to bywa w obecnych czasach, zanim wskoczysz w dresik i mniej lub bardziej sportowe buciki wchodzisz do neta i czytasz. Czytasz dużo. Na jakimś blogu "Nie znam się na sporcie" jakiś typek pisze jak zacząć biegać. Na maratonypolskie.pl znajdujesz plan treningowy. Gdzieś indziej przeczesujesz forum pełne życiowych i mądrych porad (tematy w stylu "Jaka dieta?" czy "Lepsza amortyzacja tylko z tyłu czy z przodu też warto?"). Napompowany wiedzą jak Robert Burneika stejkami wyruszasz w teren.

Zaliczasz pierwszy trening, taki jak był w planie. Potem drugi - jest fajnie, nie ma zakwasów, dobrze ci się biegnie. Po trzecim jesteś nieco rozczarowany. Mimo tego ciśniesz dalej. Kolejne treningi doprowadzają cię do łez, ale niestety nie tych ze szczęścia. Sfrustrowany kupujesz buty za 500 zł i kompletnie zmieniasz dietę, tak z dnia na dzień. Okazuje się, że to nie pomaga, forma rosnąć nie chce. Ostatecznie, po jakimś miesiącu odpuszczasz i rozgoryczony siedząc w knajpie mówisz do kolegi/koleżanki "bieganie jest do dupy, wolę piwo". Postanowienie umarło w tobie i pewnie nieprędko wróci.

No i dlaczemuż tak się stało?

Boś towarzyszu zaczął od złej strony (mówiąc delikatnie). Zapewne chciałeś po prostu zacząć się ruszać. Trochę dla poprawy figury, trochę dla kondycji, trochę dla spróbowania czegoś innego. Ot tak, pobawić się i zobaczyć co z tego wyjdzie. No właśnie...

...a zacząłeś trenować.

Czym jest rekreacja? Na studiach pamiętałem kilka ładnych definicji (a i tak miałem dwóję z pierwszego terminu ;)), obecnie nie przypomnę sobie żadnej. Jednak sens gdzieś mi w tej główce pozostał. Rekreacja to te czynności które wykonujemy w WOLNYM CZASIE, DOBROWOLNIE i traktując wykonywaną przez nas czynność jako CEL SAM W SOBIE. Co to oznacza i jak to odnieść na przykład do biegania?

Ano, oznacza tyle, że jeśli biegamy, to robimy to wtedy kiedy mamy wolną chwilę (a nie upychamy na siłę między milion innych obowiązków), robimy to z własnej nieprzymuszonej woli (dla siebie!) i czerpiemy radochę z samego faktu biegania (nawet jeśli idzie nam gorzej niż byśmy chcieli). Nie stawiamy sobie jakiś mega górnolotnych celów z gatunku "przygotuję się do maratonu w pół roku!" albo "schudnę 30 kilo w dwa miesiące!". Co najwyżej zapisujemy sobie w główce "poprawa kondycji", "więcej czasu na świeżym powietrzu", "oderwanie się od pracy przy komputerze" i na tym koniec! Wychodzimy z domu i nie martwimy się tym, czy zrealizowaliśmy plan, czy mamy odpowiednie tempo, albo czy zjedliśmy odpowiedni posiłek. Po prostu lecimy przed siebie, spokojnie, lajtowo, relaksując się i dając endorfinom szansę na leniwe rozpłynięcie się po naszym organizmie.

Mając takie podejście po trzech miesiącach zdziwimy się, że sami z siebie biegamy po 40 minut (a nie 15 jak na początku), nie łapiemy kontuzji, nie mamy jakiś mega wielkich kryzysów, figurka jakby lepsza, oddycha się lżej, a znajomi non stop nas pytają "skąd ty masz taki dobry humor?!".

Teraz, dopiero teraz, możemy pomyśleć nad treningiem. Bo nam się spodobało, bo chcemy więcej, bo chcemy zobaczyć jakieś wyraźniejsze efekty. Mamy fundament na którym możemy budować coś większego.

Skąd wiem, że mam rację? To proste. W cywilizowanych krajach, gdzie istnieją systemy szkolenia młodzieży (czyli na pewno nie w Polsce, nie wliczając kilku dyscyplin ;)) nie rozpoczyna się pracy z dzieciakami od treningu. Zaczyna się od zabawy. Od oswojenia z daną dyscypliną, zbudowania chęci do pracy, automotywacji. Dopiero później można tym dzieciakom zacząć aplikować trening i kłaść nacisk na wyniki (u nas się tylko kładzie nacisk na wyniki ;)). Djoković, kiedy zaczynał grę w tenisa, nie zaczynał od piłowania forhandu, tylko od przerzucania piłeczki przez siatkę i odbijania na przemian obydwiema stronami rakiety.

Trening wymaga reżimu. Trzymania się (przynajmniej mniej więcej) jakiegoś planu, wkładania wysiłku niezależnie od tego czy nam się danego dnia chce czy nie. Wymaga to bardzo dużej ilości samozaparcia i wyraźnego ukierunkowania na cel. Kiedy zaczynamy sobie truchtać, nie wiedząc jeszcze czy nam się to w ogóle spodoba, nie ma sensu ładować się w coś co nas z pewnością przerośnie. Do wszystkiego trzeba dojrzeć! Posiłkując się przysłowiem - nie od razu Kraków zbudowano ;).

Z pewnością, drogi czytelniku, zastanawiasz się teraz (a pewnie już od spojrzenia na tytuł) - co z tą tresurą? O co mu w ogóle biega? Ano biega o to, o czym wielu sportowców - amatorów i zawodowców - zapomina. Trening, nawet bardzo intensywny i pochłaniający całe nasze życie, musi mieć w sobie cząstkę rekreacji. Mianowicie, cały czas, musi to być czynność w stu procentach DOBROWOLNA. W momencie kiedy zaczynamy się zmuszać (oczywiście na dłuższą metę) lub, co gorsza, robić coś ze względu na kogoś (skończyłbym karierę, ale sponsorzy mnie zaj... adą) zaczyna się tresura. Działanie wbrew własnej woli to chyba największe możliwe wypaczenie idei człowieczeństwa. Negując własne zdanie pozbawiamy siebie radości z życia i tego co w tym życiu robimy. Chyba nikt z nas nie chce czuć się jak małpa w klatce, uczona na siłę żonglowania piłeczkami - tylko po to, żeby zabawiać widzów.

Stąd mój skromny apel - gdziekolwiek byś nie był, czegokolwiek byś nie robił - baw się sportem i nie dawaj sportowi bawić się tobą. Sport to radość, zdrowie i przyjemność i niech tak lepiej pozostanie.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Duma

Jestem zdania, że każdy z nas powinien być w pierwszej kolejności egoistą i życiowe kroki prowadzić przez pryzmat własnych przekonań, opinii czy przeczuć. Nie oznacza to jednak, że neguję relacje międzyludzkie i  uważam, że każdy powinien patrzeć na koniec swojego nosa, a resztę ludzi traktować najwyżej jako środki do osiągnięcia celów. Często, bardzo często, okazuje się, że we dwie osoby osiągnie się jednak więcej niż działając w pojedynkę. 1+1 częściej równa się 3, niż 2.

Doskonałość to, moim zdaniem, zbiór małych cząsteczek, które same w sobie nie mają wielkiej wartości, ale zebrane w całość tworzą coś perfekcyjnego. Katedrę w Kolonii tworzy wielka masa odpowiednio ułożonych cegiełek, połączonych ze sobą nierozerwalnie, nie jest to jeden wieli blok skały.

Tak samo jest z ludźmi. Łącząc się w grupki czy grupy dokładamy swoje cegiełki. Czasem służy to osiągnięciu jakiegoś wspólnego celu (jak w drużynie piłkarskiej), a czasem wspólny wysiłek pomaga rozwijać się jednostkom (jak relacja trener - zawodnik). W zasadzie nie ma to żadnego logicznego uargumentowania, ale nie da się zanegować faktu, że w grupie łatwiej nam się działa. Na dyskotece w podstawówce łatwiej było zagadać do dziewczyny o taniec, jeśli nasz kumpel też szedł zagadać do swojej ulubienicy. W zasadzie to żadna różnica - ja jestem ten sam, dziewczyna ta sama, piosenka ani odrobinę inna, ale jednak "albo idziemy obaj, albo żaden z nas".

Do czego dążę? Kiedy nie udawało się nam wyciągnąć dziewczyny do tego tańca, to czuliśmy satysfakcję, patrząc jak kumpel szczęśliwy wywija z partnerką. Nasz wysiłek nie poszedł na marne. Sami nie odnieśliśmy korzyści, ale przynajmniej dzięki nam ktoś się zdecydował zadziałać i osiągnął sukces.

To jest właśnie duma. To jest ta radość jaka pojawia się, kiedy dołożyliśmy swoją cegiełkę i patrzymy na gotową już katedrę w Kolonii. Nie jest w całości naszym dziełem, ale bez nas nie byłoby całości. To troszkę łaskotanie własnego ego, ale zdecydowanie, moim zdaniem, uzasadnione.

Ja czuję dumę już od dłuższego czasu, patrząc na mojego tatę. Wykaraskał się z kłopotów, które ciągnęły się za nim przez lata. Potrafił zagrać kartą, która do tej pory wydawała mu się nieodpowiednia, podbił stawkę kładąc wszystko co ma do banku i wygrał. Szukał siebie i pasji i wydaje mi się, że ją odnalazł. Zainspirowany moim startem w maratonie zaczął biegać.

Wczoraj zadebiutował. Nie jest z siebie zadowolony, bo wie, że mógł dać z siebie więcej, ale to jest kwestia braku doświadczenia. Ja też skaszaniłem swój pierwszy start. Pierwszy raz jest zawsze nieco rozczarowujący, ale dzięki temu mamy motywację do pracy nad sobą. Mistrzostwo jest efektem, a nie przyczyną.

Najważniejsze jest dla mnie, że tata trzyma się mocno. Cały czas trenuje, kroczek po kroczku zbliżając się do swojego celu - maratonu. Mam świadomość, że gdyby nie ja pewnie nie zacząłby treningów w zeszłym roku, mam więc trochę poczucie, że to ja jestem w tym przypadku jego tatą. Dlatego tak bardzo wczoraj rosło mi serducho, kiedy widziałem, jak dobiega do mety zdobywając swój pierwszy szczyt. Oby tak dalej!

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że teoretycznie powinno być tak, że skoro zaczęło się ode mnie i ja mam większe doświadczenie, to tylko ja dokładam cegiełki do sukcesu taty, w zamian otrzymując tylko dumę. Otóż nie! Tatko tak bardzo wkręcił się w temat biegania, że już postanowiliśmy wystartować w maratonie w Poznaniu, w październiku. Do tego na pewno zaliczymy po drodze jeszcze mnóstwo zawodów na krótszych dystansach. Sam bym się pewnie tak bardzo nie zmotywował, ale przecież 1+1 nie równa się 2!

PS Tak samo fajnie słucha mi się, że moi dobrzy znajomi z pracy właśnie znów zaczęli biegać. Jestem z Was mega dumny! Tak samo jestem dumny z mojej Love, że chociaż póki co przeziębienie nie pozwala jej na to, jest zdecydowana zacząć dużo spacerować, zarówno sama jak i ze mną. Jeja, mam wielką satysfakcję patrząc jak innym też się udaje!

I nie byłbym sobą, gdybym nie napisał, że z siebie też jestem troszkę dumny. 2 minuty poniżej założonego czasu, to powód do zadowolenia, ale już wiem, że stać mnie na więcej ;).

Per aspera ad astra!

czwartek, 13 lutego 2014

Jak zacząć biegać?

Jak zwykło się mawiać: nadejszła wiekopomna chwila! W końcu spisuję tekst, który planowałem od dawna. Sugeruję czytanie go z przymrużeniem oka i zachowaniem zdrowego rozsądku.

Moje rady postanowiłem przekazać w kilku punktach. Kolejność w zasadzie nie ma znaczenia, chociaż nie będę ukrywał, że raczej piszę od najważniejszego do mniej ważnego. Chociaż z drugiej strony, niektóre z nich nie wystąpią bez obecności wcześniejszych, itp. Generalnie - mimo wszystko traktować dowolnie.

1. Samoświadomość. Coś o czym pisałem jakiś czas temu. Nawet nie myśl o tym żeby zacząć (zakładając, że zamierzasz biegać więcej niż tydzień) zanim nie odpowiesz sobie na te wszystkie pozornie głupie pytania. Dla przykładu, na końcu postaram się taką swoją krótką laurkę wystawić.

Po pierwsze - po co w ogóle to robię? Różnie z tym bywa - jedni biegają dla formy, inni żeby schudnąć, jeszcze inni w ramach przygotowań do zawodów, a są tacy, którzy to robią żeby odpocząć chwilę od pracy. Każdemu według potrzeb. Pamiętaj, że dobrze sformułowany cel motywuje, nawet jeśli wydaje się trywialny.

Potem zastanów się - jak? To znaczy: jak często, czy z planem czy nie, czy samemu czy nie, czy z muzyką czy bez, czy w kółko czy przed siebie, po parku czy po chodniku, a może w terenie.

Zapytaj siebie o wszystko co ci przyjdzie do głowy, tak jakbyś pytał inną osobę. Wtedy uzyskasz odpowiedzi szczere i będziesz wiedział jak się do tego wszystkiego zabrać. Pamiętaj też, żeby zadawać sobie te pytania co jakiś czas, żeby rozwijać siebie, swoją pasję i osiągać efekty. To jednak dopiero po czasie, w końcu jeszcze nie zacząłeś...

2. Wiesz już po co i w jaki sposób chcesz biegać. Teraz jest chwila, żeby wpoić sobie bardzo, bardzo ważną rzecz. Pamiętaj, że to co robisz robisz tylko i wyłącznie dla siebie. Może się wydawać złudne, że biegacze często decydują się zadedykować swój wysiłek komuś lub czemuś, więc biegają dla innych. Nie jest tak. W biegu jesteś zawsze sam ze sobą. Kryzysy przezwyciężasz samemu. Dietę, trening dobierasz i przeżywasz samemu. Cierpisz z bólu i zniechęcenia samemu.

Dlatego właśnie najpierw skup się na sobie. Kiedy pomyślisz "biegam dla mamy", to w tej gorszej chwili uznasz, że to jej wina, bo to przez nią biegasz, wrócisz wściekły do domu i to będzie twój ostatni raz. Sobie samemu takiej scenki nie urządzisz, jestem pewien. Każdy z nas musi być egoistą i egocentrykiem. Dopiero kiedy okiełznasz samego siebie, będziesz mógł powiedzieć "ten maraton dedykuję mamie". Twoje samolubne grzechy zostaną odpuszczone.

3. Ustal priorytety. Coś nad czym sam ostatnio pracuję bardzo, bardzo mocno. Zacznijmy od tyłu. Kiedy masz ochotę na czekoladę - zjadasz ją. Czasem jednak widzisz rosnący tyłek i stwierdzasz "nie jem czekolady". Tymczasem za chwilę mówisz sobie "hej, odmawiam sobie przyjemności, co jest? Żyje się raz, trzeba się radować!"... a dupa rośnie dalej.

Proste pytanie - czemu nie potraktować tak samo biegania. Czemu, kiedy darujesz sobie trening, nie powiesz "odmawiam sobie przyjemności, co jest?!", tylko czujesz ulgę odpuszczonego obowiązku. To nie jest kara! To ma być fajne i przyjemne! Nawet jeśli czasem boli, to uwierz mi, że jest! Jednak nie uświadomisz sobie tego, jeśli z góry założysz, że się zmęczysz, będzie ci zimno i się krzywo będą patrzeć...

Dlatego od dziś "Piwo? Nie, dziękuję. Nie odmówię sobie przyjemności, jaką jest wieczorny trening, mam dziś taki fajny interwał w planie!".

4. Olej innych. Ludzie sobie zawsze myślą, tym się różnimy od innych zwierząt. Tylko my odczuwamy wstyd i krępację. Dlatego daruj sobie rozważania "co ta starsza i sympatycznie wyglądająca pani sobie myślała kiedy przebiegałem obok? Pewnie się śmiała w duchu, że jest sobota, 20, a jakiś kretyn zamiast pić z kolegami to biega. Bez sensu to". To co robisz jest ważne dla ciebie i cała reszta niech sobie myśli co chce. Najbardziej i tak się zdziwisz, jak po roku biegania policzysz osoby, które cię głośno skrytykowały (ja naliczyłem zero, póki co) i te, które pochwaliły (5 przychodzi mi do głowy z marszu, więc stawiam, że kolo 10, chociaż części mogłem nie słyszeć przez słuchawki).

Dlatego: pstrokate buty są super (tylko takie teraz robią). Brzydki szary dres jest super (mega wygodny). Sobota spędzona inaczej niż na imprezie - szacun. Bieg w strugach deszczu ma swój urok (mokną tak samo jak ty). Wymalowana paniusia patrzy z pogardą? Do mnie uśmiechają się fajne dziewczyny, nie zaliczasz się do nich. Wyżelowany cwaniaczek przy kolegach nie ustępuje ci miejsca na chodniku? Miniesz go, a on będzie myślał "fak, też miałem zacząć, ale co inni powiedzą?". Jesteś fajny/fajna kiedy biegasz!

5. Nie szukaj wymówek. Bo jest tak zimno. Bo pada. Bo zawsze biegam z Magdą, ale ona dziś nie idzie bo ma nie umyte zęby. Bo rozładowała się mp3. Bo mam ochotę na piwo. Bo wczoraj było średnio. Bo wolę w środy.

Itepe, itede, et cetera i inne.

Najbardziej żałujemy tego czego nie zrobimy. Dlaczego się usprawiedliwiasz jeszcze zanim zaczniesz? Okej, są sytuacje, kiedy rzeczywiście lepiej odpuścić, ale ile? 5 czy 10%? Wkasaj obuwie, zarzuć kurteczkę i śmigaj. W 95% sytuacji stwierdzisz już po wyjściu z domu, że to był dobry pomysł. W pozostałych 5 dotrze to do ciebie z czasem. Ja nie żałuję treningów, które były dla mnie mordęgą. Trzeba przetrwać i takie. Żałuję tych, które mnie ominęły. Bo co? Obiadu też nie zjesz, bo pada?

6. Nie przeginaj na początku! Kardynalny błąd, zmora wszystkich początkujących. 20 minut ci w zupełności wystarczy na pierwszy raz. Na drugi, trzeci, czwarty, a pewnie i dziesiąty. Zwiększaj wysiłek pomału, a jeśli tylko czujesz, że cie poniosło - wyluzuj. To samo z intensywnością. Gdzie tak zapierniczasz, jakby cię stado dzikich kozłów goniło? To żaden wstyd zacząć od marszobiegów. Może nawet lepiej zacząć od szybszych spacerów, a dopiero z czasem zacząć truchtać i potem biegać normalnym tempem. Nikt cię nie pogania, pamiętaj, że doskonałość to zbiór małych elementów, złożonych w całość. Cierpliwość to jedna z głównych cnót biegacza. Formę możesz wyrobić nawet za rok, cierpliwości musisz się nauczyć od startu.

Pokory też.

7. Nie słuchaj doświadczonych. To znaczy słuchaj, ale bierz baaaardzo dużą poprawkę. Tak, tego tekstu i mnie też się to tyczy. Zaczynasz. Nie masz bladego pojęcia jak to się robi, z czym to się je i o co, nomen omen, biega. Tymczasem ten mądry ktoś, kto ci tyyyyyyle ma do powiedzenia już dawno ma to za sobą. Zapomniał wół jak cielęciem był. Już nie pamięta jak to jest powstrzymać się na początku od gnaniem przed siebie "bo czuję się super!". Już nie pamięta jak to jest mieć fatalny dzień (bo u niego fatalny, to jak u ciebie, póki co, topowy). Ma miliony metod, które u niego się sprawdziły. Nic tylko skopiować mistrza!

Każdy z nas jest inny. Każdy ma swoje metody, swoje drogi osiągania celów i najczęściej sam musi do nich dojść. Pewnie, czasem trafna uwaga może otworzyć klapki na oczach i rzeczywiście pomóc. Jednak częściej to jest fajna opowiastka, która akurat z naszą rzeczywistością ma tyle wspólnego, co nic.

Dodatkowo pamiętaj - ten mądry ktoś to często specjalista, czasem nawet profesjonalista. Potrzebuje rozwiązań dobrych dla siebie. Tobie mogą one nie pomóc, a czasem wręcz zaszkodzić. Możesz włożyć do malucha silnik z ferrari, tylko czy dach nie odpadnie przy 150?

8. Sprzęt jest środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Łączy się ten punkt z 5. i 7. Brak odpowiednich butów to super wymówka, tym bardziej jeśli jeszcze przeczytamy w necie, że przy bieganiu to podstawa. Pewnie, że tak. Tylko, że jak walniesz 20 minut truchtu, to twoje kolana mają gdzieś czy masz wygodne zwykłe "adidaski" czy najnowsze asicsy z pełną amortyzacją. Co może ewentualnie ucierpieć, to twój portfel, bo ktoś wykorzysta twoją niewiedzę i wciśnie ci coś, co jest ci kompletnie niepotrzebne.

Pozwolę sobie wtrącić swoje bardzo osobiste 5 groszy przy okazji. Odzież termoaktywna jest fajna, ale nie jest cudownym lekiem na pocenie się i utrzymywanie komfortu termicznego. Dresy nie są wcieleniem szatana, z którymi walczy dzielny bohater - sportowe legginsy. Jeśli jest komfortowo i wygodnie, to jak dla mnie możesz biegać we włosienicy. Nie dajmy się ogłupić kryptomarketingowi.

9. Przeczytałeś? Jak tak to podziwiam. Tylko przejrzałeś "bo ciekawe co jest na końcu"? Też tak robię.

Tylko wiesz co?

Idź biegać. Już. Tak, teraz zaraz.

Jeśli nie zaczniesz od razu, nie zaczniesz wcale.

Jeśli nie zaczniesz nie pójdziesz drugi raz.

Jeśli nie pójdziesz drugi, trzeci, czwarty raz, nie złapiesz fajnej formy.

Jeśli nie złapiesz fajnej formy, nie zrozumiesz jak można to tak bardzo kochać.

To jak, założyłeś już buty, czy mam cię wygonić boso?

PS Na koniec obiecana laurka.

Po co? Na początku, żeby przebiec maraton, dziś też, ale coraz bardziej dla samej przyjemności jaką daje mi bieganie. Jak? Według planu, ale zaczynałem od 20-30 minut co drugi dzień przez jakieś 3 tygodnie. Potem trzymałem się planu jak głupi, dziś wiem, że to nie ma sensu, więc traktuję plan jako pewien wyznacznik. Dalej - jak? Samemu, chyba że dam się namówić tacie. Nie wyobrażam sobie bez muzyki. Biegnę gdzie mnie poniesie, chociaż mam ulubione trasy. Pora dnia i pogoda nie mają znaczenia. Biegam w zwykłym bawełnianym dresie, albo krótkich spodenkach (tak od 7-8 stopni "na krótko"), zimą w ocieplanym dresie, ale akurat z tego jestem średnio zadowolony. Na górze w koszulce termo (prezent, fajna jest, ale wcześniej przeżyłem bez niej półtora roku ;)) i najchętniej w innej, przewiewnej koszulce, jednak często w bluzie (kiedyś w cienkiej kurtce, ale zaginęła w akcji ;)). Biegając obserwuję wszystko i wszystkich. Oglądam budynki, zaglądam ludziom w oczy, poluję na uśmiechy, czasem macham do ludzi czy coś zagaduję - tak zabijam monotonię. Lubię starty na zawodach, ale praca mi pozwala na to stosunkowo rzadko, więc traktuję to na luzie. Uwielbiam interwały, ale ostatnio coraz chętniej sięgam po dłuższe rozbiegania.

Życzę zdrowia, powodzenia i wytrwałości!

Ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi.

czwartek, 6 lutego 2014

Psy i sarny

Boję się psów. Jeśli jest coś co napawa mnie tak ogromnym przerażeniem, którego w zasadzie nie jestem w stanie przezwyciężyć, to są to właśnie psy. Nawiązując do wczorajszego (wrzuconego za dwie dwunasta, he he) tekstu - zapytałem siebie "dlaczego?" i "co mogę z tym zrobić?".

Dlaczego? W sumie trudno powiedzieć jednoznacznie i konkretnie. Na pewno dlatego, że zostałem parę razy zaatakowany, chociaż w zasadzie tylko raz lekko ugryziony. Z drugiej strony - z tego co pamiętam bałem się psów zanim nastąpił najwcześniejszy atak jaki sobie przypominam. Wygląda na to, że urodziłem się z tą fobią, a potem życie ją ładnie pielęgnowało.

Żeby było ciekawe byłem zaatakowany po raz za małolata, jakieś pewnie 14 lat temu. Od tego czasu, poza kilkoma szczeknięciami w zasadzie nic mi nie zagrażało z ich strony.

Co w związku z tym zrobiłem? Przede wszystkim udało mi się przestać reagować paniką. Swego czasu mój mózg bezpośrednio tłumaczył "hau" na "spierdalaj". Wątpię, że w słowniku psio-ludzkim znalazłbym akurat takie tłumaczenie. Już nie wieję, nie wykonuję innych dziwnych czynności, generalnie staram się być spokojny. W środku adrenalina wali po żyłach, włos jeży się gdzie tylko może, czuję się napuszony jak mój kot, ale nic więcej. Zdarza mi się nawet zaufać psom, które znam. Wydaje mi się, że to i tak sporo, na chwilę obecną, jestem zadowolony ze swoich postępów.

Po co to właściwie piszę? W ramach wstępu. Od pewnego czasu miałem ochotę pójść biegać gdzieś indziej niż w śmierdzącym i głośnym mieście. Ciągnęła mnie wieś, ewentualnie teren. Niestety zarówno pogoda jak i brak mobilności zniechęcały. Pogoda się poprawiła, pozostawało pytanie mobilności. Kwestia rozwiązała się sama, chociaż nieco przypadkiem. Jak? Hm, po prostu zamiast pobiec w prawo, jak zwykle, poleciałem w lewo. Kurczakami byle do przodu, a potem to się okaże, bo okolica dla mnie kompletnie nieznana.

Okazało się, że nieświadomie wylądowałem na wsi, tak jak chciałem. Dosłownie dwa kilometry od domu, cały czas w Łodzi, ale jednak na wsi. Za wiele tego nie było, ale troszkę tej spokojniejszej przestrzeni mogłem poobserwować. W końcu. Dla mnie to oddech, jak zostałem kiedyś podsumowany "ty nie pasujesz do życia w mieście". Trzeba sobie jakoś radzić.

A co mają do tego psy? Ano prawda jest taka, że głównym powodem dla którego tak rzadko zapuszczam się na wieś, pole, las, cokolwiek co miastem nie jest są psy. Za każdym zaułkiem widzę latające luźno bestie, tylko czychające na to żeby zjeść mnie na dwa gryzy. Pora to do cholery zmienić!

Tym bardziej jestem z siebie zadowolony, że nawet miałem okazję porozmawiać z jednym burkiem. Twardziel obszczekiwał mnie ze dwieście metrów! Postanowiłem zrobić swoje i po prostu biec dalej, co jakiś czas tylko komentując jego zachowanie "spadaj" oraz "daj se spokój". Dobra, miałem ciarki na plecach, adrenalina dodała mi troszkę tempa, ale poza tym nic. I co? Odpuścił. Źle było? No nie.

No dobra, a co z tymi sarnami? Ano dostałem chyba nagrodę za wytrwałość w postanowieniu i miałem okazję zaobserwować sarny w Łodzi. Jaram się strasznie takimi obrazkami, a kiedy widzę trzy sarny szukające pożywienia na polu 200 metrów od DK1... człowiek z naturą nigdy nie wygra, a ja w tej rozgrywce kibicuję wyłącznie tej drugiej.

Czyli co, warto było zaryzykować, bo mam już nową trasę do biegania i motywację, żeby szukać takich miejsc w Łodzi i bliższej okolicy więcej (a jest ich bardzo dużo). Psiury z każdym takim spotkaniem chyba przerażają mnie coraz mniej, może kiedyś się w końcu dogadamy?  Czuję się rewelacyjnie, jakbym wrócił z wycieczki, a to było tylko jakieś dwadzieścia minut!

Jeszcze dodam, że po skręcie z Bieszczadzkiej w Józefów widok jest rewelacyjny. Przez chwilę poczułem się jak w... Bieszczadach. Nie mogę iść do gór teraz? Znajdę sobie namiastkę u siebie!

środa, 5 lutego 2014

Świadomość

Dziś sensowniej niż wczoraj i, tak sądzę, dużo poważniej.

Temat troszkę powiązany z tym poruszanym przeze mnie wczoraj i pewnie poruszanym także w przyszłości, chociaż tak po prawdzie, to powiązany z każdym możliwym zagadnieniem jakie do głowy przyjść może.

Świadomość. Podstawowy element aby osiągnąć cel (sukces), aby się udoskonalać, a moim zdaniem - żeby w ogóle sensownie żyć. Bez świadomości możemy się co najwyżej odbijać jak piłeczka, od lewej do prawej, nie mając za bardzo pojęcia co się z nami dzieje. Pisząc "świadomość" mam na myśli zarówno samoświadomość (znajomość siebie) jak i świadomość otoczenia.

W większości będę odnosił się w tym tekście do biegania tudzież sportu w ogólnym wymiarze, ale pewnie pozwolę sobie na kilka ucieczek poza ramy.

Zacznijmy od samoświadomości. Generalnie wiemy kim jesteśmy, jak wyglądamy, jak się zachowujemy itp. Pytanie "kto?" mamy rozpracowane. Wiem, że Mateusz Bajas, lat 23, 58 kg wagi (przed... a domyślcie się przed czym), 172 cm wzrostu, a potem cała reszta CV, to ja. Drugie pytanie, padające w zasadzie automatycznie - "co?". Na dzień dzisiejszy mogę odpowiedzieć - "bieganie" i... tu się zatrzymajmy. Pytanie, które powinno paść po "kto?", to, moim zdaniem, "dlaczego?".

Dlaczego jestem tu gdzie jestem? Dlaczego jestem kim jestem? Co determinuje moją obecną sytuację? Zanim przystąpimy do działania zastanówmy się gdzie i dlaczego jesteśmy. Może obecnie ważymy za dużo, może chcemy coś zmienić ale nie wiemy jak, może już coś robimy, ale sama czynność lub sposób jej wykonania nas nie zadowala. Niezależnie o co chodzi - postawmy w chwili obecnej punkt i przeanalizujmy całą sytuację wstecz.

Można przeprowadzić taką analizę w myślach, spisać na kartce, opowiedzieć komuś innemu, wytańczyć, wymalować, wydłubać w korze, nieważne. Ważne jest poznać przyczyny, dzisiejszych skutków. Brzmi to groźnie, ale nie bójmy się ocenić siebie pozytywnie. Odrzućmy swoją skłonność do deprecjonowania siebie. Bądźmy szczerzy w stu procentach, bo z kim jak z kim, to z sobą samym możemy sobie na to pozwolić bez żadnych konsekwencji.

Wiemy już co sprawiło jacy jesteśmy w chwili obecnej? Dowiedzmy się zatem... jacy jesteśmy w chwili obecnej, tylko tym razem głębiej. Poznajmy swoje cechy, wszystkie jakie uda nam się znaleźć. Nie zakładajmy z góry "wad i zalet". Oceńmy swój charakter przez pryzmat siebie, a nie utartych schematów. Dla jednego upór będzie głównym atutem, dla innego pierwszą rzeczą do wyeliminowania. Zastanówmy się co lubimy czego nie, co jest naszą silną stroną a co słabą. W końcu uda nam się stworzyć obraz siebie. Subiektywny jak cholera, ale taki właśnie ma być. Nie pytam mamy, czy uważa, że moja marzycielskość jest dobra czy nie. Znam jej zdanie na ten temat, ale sam oceniam tę cechę podług własnej miary. Tak ze wszystkim.

Dobrze, wiemy już dlaczego i kim jesteśmy, wróćmy więc do pytania "co?". Co chcemy zrobić? Może własnie zbieramy się do rozpoczęcia treningu biegania? Może chcemy zacząć pisać książkę? Może to pora na naukę języka obcego? Może jeszcze coś innego?

Nieważne co to będzie, musimy znać konkret. "Biegam" brzmi fajnie, ale co się za tym kryje? Biegam maratony - już brzmi lepiej. Biegam rekreacyjnie, dla zdrowia - i trzymam kciuki. Biegam dla dziewczyny -...błąd! Cokolwiek by to nie było, pamiętaj - robisz to dla siebie. Tylko i wyłącznie. Możesz zadedykować komuś start, książkę czy utwór, ale na tym koniec. Dlaczego? Bo kiedy przyjdzie gorsza chwila, stwierdzisz z pianą na ustach, "wszystko przez nią! To przez tą paskudę biegam, chrzanię to, przestaję". Jestem pewien, że samemu sobie takich wyrzutów nie urządzisz.

Okej, mamy cel. No to teraz kombinuj dalej. Masz już niemałą wiedzę o sobie, więc możesz zapytać siebie "w jaki sposób?". Każdy ma swoją metodę. Jeden będzie szykować się do pierwszego maratonu 5 lat, inny uzna, że zapisuje się na pierwszy lepszy start, bo inaczej nie da rady się zmotywować. Czasem będzie to głupie czy irracjonalne, ale jeśli dobrze się z tym czujesz, to czemu nie? Jeśli znasz samego siebie odpowiednio, to od razu trafisz na właściwą metodę.

Wiesz już co i jak? To dobrze. Są jednak rzeczy, których nie przeskoczysz. Rzeczy, których się nie lubi, ale robić czasem po prostu trzeba. Długie wybiegania brzmią fajnie jak się po skończeniu opowiada rodzinie, ale choćbyśta mnie wołami ciągneli to nie przekonacie mnie, że są fajniejsze niż konkretny interwał. Nie zmienia to faktu, że przed maratonem swoje muszę po prostu wybiegać i już. Co robić? Polub wroga. Skup się na udoskonalaniu tego co najgorsze. Te przyjemne części zazwyczaj łatwo rozwinąć czy chociaż utrzymać. Jeśli uda ci się okiełznać wroga, jeśli nie polubić, to chociaż się z nim dogadać - jesteś w domu. Pracuj nad nielubianym!

Brawo, znasz już pewnie siebie, swój cel i plan do jego osiągnięcia w stopniu większym niż przeciętny. Nie zapomnijmy jednak, że żyjemy w społeczeństwie, chcąc, nie chcąc. Co to znaczy? Ano, inni ludzie są, byli i będą. Zawsze będą mówić, myśleć, patrzeć, oceniać, kontrolować i wymyślać inne bzdurne zachowania. Na to już wpływu nie mamy. Tym bardziej musimy udoskonalać wiedzę o sobie, aby nie dać złapać się w sidła.

A skoro znasz już siebie, to łatwiej ci będzie odnaleźć się w tłumie. Jedni lubią błyszczeć w pierwszym rzędzie, inni preferują zostać w tle, jedni lubią robić coś solo, inni w zespole, jedni zajmą się organizacją wszystkiego co tylko możliwe, inni pozwolą sobie na skromny wkład tylko przy tym co jest im najbliższe. W tym ulu dla każdego zawsze znajdzie się miejsce. Konsekwentnie dąż do osiągnięcia i utrzymania tego krzesełka, które zdaje ci się najbardziej pasować, wtedy będziesz mógł się realizować.

I pamiętaj - będąc świadomym trudniej dasz się złapać w pułapkę. Są ludzie, którzy będą próbowali cię oszukać, okłamać, wmówić ci coś dla swojej korzyści. Trafiają się tacy, który zrobią wszystko żeby cię zniechęcić. Niektórym twoja działalność może zdawać się niewygodna. Po pierwsze i najważniejsze - nie przejmuj się nimi. Po to znasz siebie i po to robisz coś tylko i wyłącznie DLA SIEBIE, żeby zdanie innych osób na ciebie nie wpływało. Niech się śmieją, krzywo patrzą i szyderczo krzyczą. To jest ich problem, a nie twój.

Nie daj się zakręcić. Kiedy ktoś poleca ci coś, dajmy na to - buty do biegania, zawsze się zastanów, czy robi to ze szczerego serca, czy po prostu zyska coś na tym. Może to mało humanitarne i cyniczne, ale ludziom z reguły się nie ufa. Szczególnie w obecnych czasach, kiedy informacja posiada największą wartość. Koniec końców i tak okaże się, czy miałeś do czynienia z przyjacielem czy hipokrytą. Buty sprawdź samemu, żaden sklep nie odmówi ci możliwości przymiarki. A jak w necie piszą "Adidas siusiaki, kupujcie Najki" miej na względzie, że papier przyjmie wszystko.

Na koniec - poleciałem z kazaniem i kaznodziejstwem, ale może komuś się to przyda. Na koniec pamiętaj - nie ufaj żadnym poradnikom. Także takim jak ten mój (to wyszedł mi poradnik?) tutaj i takim jak pewnie napiszę. Każdy dzieli się swoimi informacjami według jakiś określonych przez siebie samego standardów. Pamiętaj, że swój poradnik piszesz wyłącznie ty sam, każdego dnia. Słuchaj innych, pewnie. Często nawet w najbardziej durnej opowiastce znajdzie się chociaż słowo warte rozważenia. Jednak bądź świadomy. Rozważnie analizuj co jest warte uwagi, a co wyrzucenia do kosza. Twoja świadomość niech będzie jak sito. Przesiewaj przez nie wszystko co złapiesz w ręce. Jeśli przyłożyłeś się do roboty oczka twojego sita zawsze zostawią złe na wierzchu, a dobre przepuszczą dalej.

Nie daj się omamić, rób swoje i dąż do celu.

Powodzenia.



wtorek, 4 lutego 2014

Jak zacząć?

W związku z tym, że planuję zacząć wrzucać tu różne mniej lub bardziej głupie teksty na tematy mniej lub bardziej zbliżone do pytania "Jak cośtam?", to postanowiłem zacząć od postawienia sobie pytania - jak zacząć?

Pytanie to wydaje się zgoła proste, ale wszyscy wiemy, że tak nie jest. W związku z tym, że właśnie zaczynam, to postanowiłem zwyczajnie opisać co działo się ze mną w ostatnim czasie i dzieje się w chwili obecnej.

Na początku była myśl. "O kurczę, a gdybym napisał na blogu jak zacząć biegać?". Zdecydowałem, że napiszę. Początkowo miało to nastąpić już w zeszły weekend, ale jak można było zaobserwować nie nastąpiło. Wiadomo - przeciwności losu, zmienna kolej rzeczy, zamknięte rogatki na przejazdach kolejowych i inne mniej lub bardziej skojarzone z PKP paskudne wydarzenia. Myśl jednak, niczym ziarno zasiane na podatny i żyzny grunt, jakim jest mój skromny umysł, zakorzeniła się głęboko i odpowiednio pielęgnowana wciąż tam sobie tkwi, aby w sprzyjających okolicznościach wydać piękny kwiat.

W międzyczasie, co może nie jest zbyt uzasadnione biologicznie, obok tej pierwszej myśli zaczęły rozsiewać się inne. Przyjmijmy, że chociaż takie zachowanie sugeruje, ze nasiona te są nasionami chwastów, w rzeczywistości tak nie jest. W związku z tym postanowiłem - będę pisał na blogu o różnych rzeczach "Jak...". O innych też planuję, a zawsze jak napiszę, że planuję, to to się nie sprawdza, więc po co mam pisać o czymś co i tak się nie zdarzy.

Zostańmy przy tym "Jak...". To już się zdarzyło, bo przecież piszę "Jak zacząć?". Właśnie dziś rano, tańcząc jak głupek (wolna chata + konieczność odwleczenia robienia porządków) stwierdziłem - dziś napiszę "Jak zacząć?". Rano nie było czasu, potem biegałem dużo minut z tatą (trochę biednemu wycisk dałem chyba, ale dał radę, więc jestem z niego rad), potem byłem tu i ówdzie, potem popsuł się tramwaj, ale po jeszcze kilku innych potemach dotarłem tutaj.

Leżałem na łóżku, czytałem artykuł o mózgu. Skończyłem czytać artykuł o mózgu, włączyłem komputer i zacząłem pisać.

W ten oto sposób powstała pierwsza część mojej sagi na temat tego "Jak cośtam?" (teraz jesteśmy w tym momencie, kiedy ja już to napisałem, a Ty to czytasz). Dla tych, którym nie chce się czytać lub rozumieć całości przedstawiam skrót.

Jak zacząć?:

1. Myśl
2. Przeciwności losu
3. Inne myśli
4. Artykuł o mózgu
5. Pisanie

Liczę, że dzięki mnie wielu z Was uda się zacząć, bo już wiecie jak. Zapraszam na kolejne odcinki, chociaż sam nie do końca wierzę, że powstaną.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Stan Wyjątkowy

Często mawia się, że "mecz był godny finału". Dlaczego? Bo były bramki, emocje, zwroty akcji, walka, czasem po prostu maestria w dziedzinie danego sportu.

Dzisiejszy (dla mnie), a w zasadzie wczorajszy (de facto) finał męskiego Australian Open w zasadzie zawierał wszystko to co wymieniłem, ale nie do końca. To był finał, w którym oprócz wymienionych elementów, najistotniejszy był, przede wszystkim, dramat. Określenie o pejoratywnym wydźwięku raczej nie pasuje do wizji finału idealnego, a jednak mieliśmy okazję zobaczyć, że to jaki wydźwięk ma "dramat" zależy w ogromnej mierze od aktorów. Tym bardziej, że nawet w najbardziej zawiłej greckiej tragedii nie zdarzało się, żeby obaj główni bohaterowie byli na wskroś tragiczni. Bohaterowie - aktorzy, a nie role, które przyjmowali.

Tym właśnie różni się sport od teatru.

Mecz zapowiadał się wyjątkowo romantycznie. Niezniszczalny, zdaje się, mistrz, który po drodze przejeżdża się po dawnym czempionie w stylu wyjątkowym, przeciwko utalentowanemu i walecznemu młokosowi, dla którego osiągnięcie finału zdaje się być szczytem możliwości. Mimo, że nikt nie daje temu drugiemu szans, obaj, raczej bez cienia kurtuazji, odnoszą się do siebie z wielkim szacunkiem. Mistrz, wbrew utartym schematom, nie emanuje pewnością siebie i arogancją, a raczej pokorą i szacunkiem. Wie, że nie ma króla, którego nie można obalić.

Kiedy stają do walki okazuje się, że wcześniejsze przemyślenia zaczynają odzwierciedlać się w rzeczywistości. Młokos wspina się na wyżyny swoich możliwości, które wydawały się być już dawno osiągnięte i wyłącznie dzięki swojej znakomitej dyspozycji doprowadza do zwycięstwa w pierwszej rozgrywce.

Druga rozpoczyna się w podobnym tonie. Widzowie obserwują elektryzujące widowisko, jestem przekonany, że wielu wyobrażając sobie ten pojedynek, widziało oczami wyobraźni właśnie coś takiego.

Wtedy uderza piorun.

Mistrz doznaje kontuzji. Wbrew pozorom nie chodzi o dłoń, która doskwierała mu już wcześniej. W porządku zdają się być także kolana, które były swego czasu jego przekleństwem. Tym razem dzieje się coś złego z jego kręgosłupem. Z wyraźnym grymasem bólu wytrzymuje do chwili, kiedy może skorzystać z pomocy medycznej, kiedy tylko pojawia się taka możliwość, znika w szatni walcząc ze swoją dolegliwością. Pikanterii dodaje fakt, że młokos jest wściekły, nie znając przyczyn tej sytuacji.

Mistrz po kilku chwilach wychodzi z tunelu i decyduje się kontynuować grę. Właśnie w tym momencie, chociaż chyba nie do końca są tego świadomi, obaj aktorzy zaczynają odgrywać tragedię. Mistrz wygląda na zdruzgotanego psychicznie i fizycznie. W kilku momentach zdaje się płakać, trudno powiedzieć czy bardziej z bólu czy z poczucia beznadziei całej sytuacji. Zaczyna wystawiać się rywalowi, skazując się w zasadzie na pożarcie.

Tragedia? Tak, ale po drugiej stronie. Młokos kompletnie nie ma pojęcia jak powinien zareagować. Logika nakazuje dobić kulejącą ofiarę, ale w grę zaczyna wkraczać sumienie. Wyraźnie widać jak targają nim wątpliwości jak w zasadzie powinien zareagować. Zamiast kąśliwych ukłuć pojawiają się chybione uderzenia, zamiast wyrachowania, drżenie i nerwy. Obaj doczłapują do końca drugiej partii.

W trzeciej zdarza się coś w zasadzie niemożliwego. Mistrz powoli, acz sukcesywnie, wraca do dobrej dyspozycji. Doskonale dostosowywuje się do niesprzyjających warunków, zmienia styl gry, na co rywal nie potrafi znaleźć odpowiedzi. A im bardziej sobie nie radzi, tym bardziej wścieka się i popełnia jeszcze więcej błędów. Znika jego spokój i waleczność, pojawia się frustracja, która wydaje się pożerać go od środka bardziej niż ból mistrza. Ostatecznie trzecią rozgrywkę wygrywa mistrz, a sprawa ostatecznego rozstrzygnięcia wydaje się być nadal otwarta.

Niestety, do sukcesu potrzebna jest równowaga ciała i ducha. Mimo wszystko dużo łatwiej wrócić młokosowi do równowagi psychicznej, niż mistrzowi do fizycznej. Mecz zaczyna coraz bardziej przypominać pierwszą potyczkę, ale w zasadzie do samego końca nie wiadomo, kto lepiej poradzi sobie z tą kuriozalną sytuacją. Ostatecznie młokosowi udaje się opanować nerwy i zadać kończący cios.

Na tym widowisko się nie kończy. Świadomi tego jak przebiegał ich pojedynek, obaj reagują w wyjątkowy jak na taką sytuację sposób. Młokos, od teraz będący już mistrzem, nie okazuje radości. Zdaje się chcieć okazać w ten sposób rywalowi szacunek dla walki, jakiej mimo wszystko się podjął. Kiedy zbliżają się do siebie podziękować sobie za walkę, mistrz chyli czoła przed zwycięzcą pokazując ogromną pokorę. Tym gestem zdaje się mówić "wybacz przyjacielu, że tyle kazałem ci na to czekać". Następuje krótka wymiana zdań.

Nie mam pojęcia co obaj mówili do siebie. Być może, już komuś udało się odszyfrować słowa i ich wydźwięk jest kompletnie inny, niż ten, który ja wymyśliłem. Mimo wszystko mam wrażenie, że w trakcie tej rozmowy młokos Stanislas powiedział mistrzowi Rafaelowi "Dziękuję, że dałeś wygrać mi to trofeum na boisku, a nie poza nim".

Mam wrażenie, że Nadal nie poddał meczu w drugim secie, tylko dlatego, żeby nikt nie powiedział "Wawrinka dostał tytuł za darmo". Mając ogromny szacunek dla rywala zdecydował się grać, chociaż, moim zdaniem, ani przez chwilę trwania meczu po przerwie medycznej nie wyglądał na wierzącego w końcowe zwycięstwo, a mimo tego grał. Może to zbyt idealistyczne i romantyczne myślenie, ale ja widzę zachowanie Nadala właśnie w taki sposób.

Dlatego właśnie to był mecz wart finału. Były emocje, momentami skrajne, była piękna gra, było ogromne cierpienie, ale przede wszystkim był sport. Sport, w którym naprzeciwko siebie stają ludzie. Nie maszyny, jak często ich widzimy, ale zwykłe postacie, które czują i reagują jak my wszyscy. Bohaterowie, którzy nie zmagają się z problemami "czy mój rywal gra lepszy serwis po prostej czy odchodzący?" tylko z pytaniami "jak przezwyciężyć ból, jak przezwyciężyć wątpliwości?". Bohaterowie, którzy uczą nas, że wygrać można w różny sposób i różnymi metodami.

Dla mnie ten finał wygrali obaj. Ten, który przezwyciężył Wyjątkowy Stan i Stan, który okazał się być w tym roku tym Wyjątkowym.

I oby Nadal (taki sport) trzymał się w dobrym zdrowiu.

piątek, 24 stycznia 2014

Wakacje we Włoszech

Korzystając z dłuższego wolnego postanowiłem wybrać się do Włoch. To znaczy w zasadzie nie wiedziałem gdzie dokładnie wyląduję, wiedziałem jedynie, że "wybywam". Żeby nie być specjalnie stratnym tak zaplanowałem dzień, żeby jeszcze zdążyć obejrzeć od rana pojedynek Rafy Nadala z Rogerem Federerem.

W związku z tym, zanim zagłębię się w szczegóły mojego wojażu, kilka zdań na temat meczu. Przed spotkaniem stawiałem na Szwajcara. Formę we wcześniejszych meczach miał zaiste wysoką, widać było, że zmiany jakie wprowadził do swojej gry po poprzednim, kiepściutkim dla niego, sezonie wyszły mu zdecydowanie na plus. Co najważniejsze - wraz ze zmianami wróciła pewność siebie Rogera. Widać było, że czuje się mocny, a to, przy ofensywnej grze jaką zaczął prezentować, to podstawa.

Z drugiej strony Nadal... W zeszłym sezonie wrócił po kontuzji w wybornej formie, którą wyraźnie udało mu się utrzymać także na początku nowego. Chociaż Grigor Dimitrow uszczknął mu seta i troszkę postraszył w pozostałych, to nie oszukujmy się - nr 1 rankingu zobowiązuje. W męskim tenisie oczywiście ;).

Co zatem przemawiało na korzyść starszego Federera? Lewa ręka Nadala. Słynna, obrastająca pomału w legendę (czego to te kretyńskie media nie wymyślą?!), kontuzja - przetarcie wewnętrznej części dłoni. Kto grał kiedykolwiek w tenisa wie, że utrzymać poprawnie rakietę przy mocniejszym uderzeniu jest czasem ciężko. Jak jeszcze dłoń się poci, to już w ogóle jesteśmy ugotowani. Co dopiero mówić o sytuacji, w której mamy przetarty spory kawał skóry. Stąd mój wniosek - nawet najlepiej grający Nadal może nie podołać znakomicie dysponowanemu Federerowi mając taki paskudny uraz.

No właśnie... dla mnie właśnie po tym poznaje się klasę prawdziwego sportowca. Umieć zagrać na wysokim poziomie z kontuzją/zmęczeniem/w złych warunkach itp. potrafią tylko najlepsi. Tu mamy jednocześnie odpowiedź na pytanie "co sądzisz o występie Radwańskiej na AO?", ale to temat na inne opowiadanie ;). W każdym razie to co pokazał Nadal w tym półfinale było obłędne. Nie widziałem dawno takiej gry. Bezbłędny w kluczowych momentach, szybki, przewidujący, wręcz frustrująco skuteczny i wytrzymały psychicznie. Poezja tenisa.

Pragnę dodać, że osobiście nie przepadam za Hiszpanem, ale umiejętności jakie pokazał w tym meczu zasługują na najwyższe uznanie. Pozwolę sobie zacytować samego siebie z dzisiaj (cóż za egocentryczne zboczenie...): był w takiej dyspozycji, że gdyby grał z samym sobą, to pewnie też by wygrał. Trzymam kciuki za Wawrinkę w finale, bo gościa strasznie lubię za charakter i styl gry, ale to może się okazać za mało na genialnego Rafaela.

To tyle mojego, krótkiego przerywnika ;). Wróćmy do tych wakacji! Zaraz po meczu ubrałem się i spakowałem co potrzeba i wyruszyłem. Jak było? Doskonale. Słońce mocno przygrzewało, ale skwar nie doskwierał, dzięki wiatrowi, który delikatnie chłodził moje rozgrzane ciało. Wokół mnie kręciło się mnóstwo ładnych kobiet z ciekawskimi oczami, zawadiacko wpatrującymi się we mnie. Udało mi się zwiedzić bardzo dużo. Jednak najlepsze zostało na koniec - miałem okazję zjeść przepyszny sorbet pomarańczowy. Rewelacja, coś doskonale chłodzącego w gorące dni. Czysta przyjemność, jak oglądanie zagrań Nadala w dzisiejszym meczu. Polecam wszystkim wypad do Włoch!

A teraz poważnie. Biegałem. Świeciło Słońce, i dzięki Bogu, bo bym zamarzł na początku. Biegnąc na wschód i północ wiał mi tak mroźny wmordęwind, że zacząłem się obawiać czy doniosę do domu wszystkie przednie elementy mojego ciała. Dziewczyny, owszem, były ładne, ale z ich oczu wyczytywałem raczej "matko, co za po***". Przeleciałem 3/4 okolicy, bo miałem do przebiegnięcia 80.

No i ten sorbet... postanowiłem na biegi dłuższe niż godzina zabierać ze sobą picie. Żeby nie żłopać samej wody, wymieszałem ją sobie z sokiem ze świeżo wyciśniętej pomarańczy. Samo zdrowie i smak. Szkoda, że nie wziąłem pod uwagę tego, że zarówno korek z płynem w środku, jak i sam płyn w reszcie butelki po prostu, ordynarnie, zamarzną. W ten sposób, po ponad godzinie biegu mogłem sobie pochrupać lodowe kawałeczki mojego świetnie poprawiającego mi komfort termiczny napoju...

Tak właśnie rzeczywistość boleśnie bije długim, twardym kijem nasze wyobrażenia.

Forma jest, także ta psychiczna. Byle to utrzymać!

Miałem o tym nie pisać, ale może jak napiszę, to poczuję się zobowiązany. Zamierzam powrzucać trochę publicystyki i tego typu pierdółek, które ostatnio mi powłaziły do głowy i muszę je gdzieś wypuścić na wolność. Oby czasu, chęci i sił starczyło.

Z błogosławieństwem na sobotę, szczególnie dla zmrożonych biegaczy.