Przebiegłem drugi w życiu maraton! Czas: 3:41:02, czyli 6 minut gorzej niż w ubiegłym roku. Mając jednak na uwadze wszystkie okoliczności uważam, że ogromnym powodem do satysfakcji jest sam fakt ukończenia biegu, a ten czas wydaje się być i tak doskonałym.
Od początku.
Noc przed maratonem udało mi się spędzić wyjątkowo dobrze. Okiełznałem nerwy już wcześniej, więc spałem spokojnie i twardo. Rano byłem wyspany. Po obudzeniu szybka samokontrola - jak moje gardło? Lepiej niż dzień wcześniej, ale cały czas czuję, że drapie. No trudno, ważne że ogólnie czuję się bardzo dobrze. Odpalam motywującą muzyczkę, szykuję dżemik i rogala i wsuwam. Podołałem jedynie 3/4, ale przecież nie chodzi o to żeby się nawtykać - będzie jeszcze czas to uzupełnić!
Roznosi mnie wewnętrzna energia. Zero nerwów, jedynie koncentracja na zadaniu i przedstartowa adrenalina. Autobus za dwadzieścia minut, a ja już stoję w butach w przedpokoju! Tata już czeka, wychodzę. Docieramy do Areny autobusem pełnym biegaczy. Lecimy się przyszykować i wychodzi na moje - tata chciał jechać późniejszym tymczasem kolejki do toalety i depozytu powodują, że z Areny wychodzimy 15 minut przed startem.
Dobra, trzeba zjeść przygotowanego wcześniej batonika! Szybko wsuwam solidną porcję węglowodanów, chociaż nie czuję żebym tego rzeczywiście potrzebował. Oj tam, nie zaszkodzi, wchłonie się i jeszcze będę się cieszył, że go zjadłem!
Ustawiamy się na starcie za pięć dziewiąta. Szybkie esemesy do trzymających kciuki i już słyszę, że zostało pół minuty. Stoper przygotowany, plan ułożony w głowie, wszystko gra! 3... 2... 1... START!
Zgodnie z założeniami biegnę po swojemu, chociaż zerkam czy pacemakerzy na 3:30 mi nie uciekają. Bardziej dla własnej satysfakcji, bo biegnę luźno i spokojnie. Zresztą przed jakimś nadmiernym przyciśnięciem powstrzymuje mnie lekka kolka. Pewnie z nerwów, rozbiega się. Przebiegam 5 kilometr, tam pierwsza woda i pierwsze chwile zwątpienia. Biegnę już 25 minut, a cały czas nie mogę złapać rytmu i wrzucić "dwójki". Uspokajam samego siebie, że martwić się będę mógł zacząć koło dziesiątki.
Po drodze kolejne "popitki", płyny uzupełniam od samiutkiego początku, tak jak założyłem. Kolka jakby odpuszczała, ale pełnego komfortu nie czuję. W końcu dyszka. Nie jestem jakoś specjalnie rozkręcony, ale mnie się nigdzie nie spieszy. Ważne, że pomału czuję się coraz lepiej. Po drodze popijam trochę wody, trochę izotonika, czuję że powinienem, chociaż brzuch zamiast stawać się coraz lżejszy - jakby pęczniał. Byle do Łagiewnik, tam planowałem sikanie i pewnie przy okazji uda się pozbyć niepotrzebnego powietrza w żołądku.
Rzeczywiście w Łagiewnikach robi się lepiej. Udaje mi się złapać odpowiedni rytm, biegnę bardzo spokojnie, a mimo tego mam najpierw kilkanaście sekund zapasu, a w okolicy połówki - ponad 40 sekund! Super, przyda się później w razie kryzysu! Brzuch cały czas ciężki, ale jest znośnie, szczególnie, że biegnie się całkiem przyjemnie.
Pozornie.
23-24 kilometr, nie pamiętam dokładnie zaczyna mi się robić baaaardzo ciężko. Nogi niosą do przodu, ale żołądek napompowany ponad normę naciska na przeponę i wątrobę nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł. Boli, a tymczasem zbliża się drugi popas z owocami. Poprzedni odpuściłem, żeby nie przeciążyć brzucha, ale teraz już nie mogę. Przecież to zacznie się wchłaniać w okolicy 30 - tam gdzie energia będzie najbardziej potrzebna. Biorę się za banana i staram się go zjeść jak najbardziej spokojnie. Zjadam trochę ponad pół i próbuję wziąć się za powrót do rytmu. Nic to nie daje, balonik z pacemakerami ucieka, a ja mam coraz większy problem.
Skąd takie rewelacje u mnie? Z bardzo błahej, wręcz groteskowej przyczyny. Nie potrafię bekać. Czuję, że po prostu potrzebuję, żeby porządnie mi się odbiło, a wtedy będzie szansa na uratowanie ambitnego planu. Mimo tego nie jestem w stanie nic poradzić, nawet jeden bąbelek powietrza nie chce się uwolnić. Boję się, że zwymiotuję, a to będzie oznaczało game over. Najgorsze możliwe - bo nogi, serce i płuca mówią, że ciągle mogą i bardzo chcą walczyć o poprawę życiówki.
Na tej małej uliczce, Kalinowej, wypatruję skwerek. Postanawiam zatrzymać się na sikanie, chociaż mi się nie chce, może wymyślę coś na tę przeklętą kulę powietrza w brzuchu. Wokół mnie masa ludzi ładnie poubieranych do albo z kościoła, ale mam to gdzieś. Zginam się w pół, próbuję na siłę pozbyć się tego co mi zalega w środku.
Potężnie odkasłuję dwukrotnie. Czuję w ustach smaki banana, izotonika i wody mineralnej. Haha, udało się, teraz będzie już tylko lepiej! Podbudowany wracam na trasę. Biegnąc uświadamiam sobie, że nie jest tak różowo jak mi się wydawało. Teraz już wiem, że popełniłem drobny błąd, który chyba kosztował mnie później bardzo, bardzo wiele. Zamiast wykasłać się ile wlezie na tamtym skwerku i mieć już pewność, że jest w porządku, to ja zatrzymuję się co pół kilometra i odkasłuję, co kompletnie wybija mnie z rytmu biegu. Oczywiście odpuszczam wodę i izotonika, bo boję się, że znów mi się pogorszy. Kolejny błąd, który zaowocuje później.
Mamy 29 kilometr. W końcu mi ulżyło, czuję się znakomicie, wracam do gry. Nawet dobrze wyszło. Adrenalina sprawia, że w ten piekielny 30 kilometr wchodzę leciutko i na pełnym luzie. Dobiegam do Maratońskiej, tej Maratońskiej, która rok temu mnie zdeptała, fizycznie i psychicznie. Jest ciężko, ale cisnę do przodu, pełen werwy i zapału. Na wiadukcie przy Kaliskim - popas. Biorę wodę i (chyba, nie pamiętam dokładnie...) izotonika. Nie biorę żadnego owoca. Zjem w drodze powrotnej.
Jak zaplanowałem tak zrobiłem. Zerkam na zegarek - jak dobrze pójdzie wyrównam zeszłoroczny wynik, na 3:30 nie mam już szans. Trudno. Łapię ogromną radość z biegu, tym bardziej że do końca zostaje już mniej niż 10 kilometrów. Korzystam z mojej sztuczki z odkasływaniem przed popasem, wypijam wodę, izotona, jeszcze raz wodę i atakuję pomarańczę. Przez myśl przechodzi mi "weź dwie", ale ostatecznie biorę tylko jedną. Podobny pomysł wpada mi do głowy kiedy mijam wcześniejszy popas - nikt mnie nie zabije jak skorzystam z jedzenia przygotowanego dla drugiego kierunku. Boję się kolki - odpuszczam.
Zaczynam ostatni fragment trasy - obiegnięcie Zdrowia. Pierwszy dopada mnie kryzys mentalny. Mamy dopiero 37 kilometr. W zeszłym roku tutaj skręcaliśmy w lewo w Konstantynowską i hop hop do Areny. Tym razem jeszcze tyle przede mną, ale masakra. Mózg buntuje się przeciwko mnie i każe mi stanąć. Na siłę przebiegam przez skrzyżowanie i staję. Kucam, żeby rozluźnić mięśnie i od razu atakuję dalej, żeby nie wypaść z rytmu. Umysł wraca do gry, ale co z tego, skoro zaczyna brakować mi sił.
Tylko nie to... Najpierw to charakterystyczne ssanie w żołądku. Tak jakby był pełny na zewnątrz, a pusty w środku. Mam wrażenie, że wiotczeją mi wszystkie mięśnie. Lekko kręci mi się w głowie.
Hipoglikemia, jak na pieprzone zamówienie. Akurat tam gdzie sił potrzebowałem najwięcej - zaczęło mi ich brakować. Wściekam się na siebie za odpuszczone jedzenie, a najbardziej za to, że nie wziąłem, chociaż do kieszeni, żelu energetycznego. Pisząc to kręcę głową, jak bardzo przez wysiłek człowiek przestaje racjonalnie myśleć. Przecież nic by mi nie zaszkodziło wziąć to cholerstwo ze sobą. Nawet jeśli nie wchłonęłoby się do mety (a tak by było...) to jaki to by był ogromny bonus psychologiczny! W końcu nie wytrzymuję i zaczynam iść. Chciałem tego uniknąć, ale nie ma szans. Trzykrotnie mówię sobie "liczę do 10 i hop", za czwartym razem się udaje. Podnoszę głowę - POPAS! Jeja jak dobrze... Patrzę na kartkę przed... tylko woda. Świetnie, będę musiał jechać na mineralnej... Wypijam dwa kubki, a w międzyczasie czuję, że zjedzona pomarańcza chyba pomału zaczyna uwalniać tak mi teraz potrzebne kalorie. Jest dobrze, za chwilę skręt w Krakowską i już prosto do mety!
Niesie mnie coraz większa radość, wspomagana przez kibiców, przy których aż ciarki przechodzą po plecach. Już wiem, że co by się nie działo - najgorsze za mną. Raz czy dwa razy zatrzymuję się na przykucnięcie. Muszę jakoś sobie ulżyć i to się sprawdza. Przy drugim razie mija mnie inny zawodnik i woła, żebym wstawał i biegł dalej. No to ma za swoje - tak mnie podbudował, że wstałem i wyprzedziłem go w 20 sekund :).
Za chwilę patrzę - popas. A to ci niespodzianka, nie spodziewałem się, że jeszcze jakiś będzie! I mają izotonik! Piję ile się da, chyba dwa i trochę wody. Czuję się jak Papay po zjedzeniu szpinaku, chociaż wiem, że to placebo, ta energia pomoże mi już tylko w regeneracji. Pomału, pokonuję pozostałe mi już metry. 40 kilometr i za chwilę 41. Wyobraźnia uruchamia wyrzuty adrenaliny, bo już widzę moment wbiegania na metę. Jestem diabelnie szczęśliwy, już nawet nie patrzę na stoper. Jakieś 500 metrów przed metą bardzo głośny doping niesie mnie do przodu! Nagle słyszę swoją ksywkę. Na środek trasy wybiegają moje koleżanki - wolontariuszki. Przybijamy piątki. Szczęśliwy, że je spotkałem dostaję gigantycznego kopa energii.
Jeszcze tylko pętla przed Areną i meta. W tym roku wiem co mnie czeka, więc przyspieszam, chcąc pokazać temu fragmentowi trasy, który rok temu mnie załamał (300 metrów przed metą!). Gnam przed siebie jak szalony, wyprzedzam kolejne osoby. Nic mnie już nie zatrzyma! Bębny, huk, krzyki, muzyka! ARENA!
Mam w oczach łzy, unoszę ręce do góry i jak szalony biegnę do mety. Gdzieś, jakby z oddali, dociera do mnie wrzask mojej siostry (a później się okazało, że całej rodziny) "MAAAATIIIIIIII". Kątem oka ich zauważam i posyłam szybkie spojrzenie. W końcu przekraczam tę magiczną linię.
Wolontariuszka zakłada mi na szyję medal, gratuluje mi, mnie się nawet udaje podziękować. Łzy lecą mi do oczu jak oszalałe. Szaleję ze szczęścia.
Udało się.
Meta.
PS Tacie się również udało. 4:35:42, czyli tak jak sobie w zasadzie zakładał, chociaż mówi, że został mu jeszcze zapas sił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz