czwartek, 27 lutego 2014

Jak przestać biegać?

Skoro napisałem jak zacząć biegać, to chyba wypadałoby skrobnąć coś dla przeciwwagi? Przestać biegać wbrew pozorom nie jest łatwo, a już na pewno nie jest łatwo znaleźć później wytłumaczenie - dlaczego? Mam nadzieję, że mój poradnik pomoże czytelnikowi rozwikłać te wcale niełatwe problemy!

Zakładam, że biegamy już jakiś czas, przyjmijmy że miesiąc. To chyba idealny moment, żeby przestać biegać - na tyle krótko żeby spokojnie uznać "wystarczy" i na tyle długo żeby powiedzieć "a, biegałem trochę czasu, ale... (i tu jedno z wytłumaczeń)".

1. Odpuść po nieudanym treningu. Pierwszy sposób, zdecydowanie najłatwiejszy, choć wymaga nieco cierpliwości, bo organizm lubi spłatać figla. Biegamy sobie spokojnie przez jakiś czas, po czym trafia nam się nieudany trening. Bolą nas wszystkie mięśnie, stawy, jesteśmy znudzeni, rozładowała nam się mp3, potknęliśmy się trzy razy, padał deszcz i było zimno. Oczywiście, żeby trening można było uznać za nieudany nie muszą wystąpić wszystkie powyższe czynniki. W zasadzie wystarczy jeden z nich. Po takim treningu wystarczy wrócić do domu, z furią zrzuć z siebie buty i wrzasnąć "nie no k***a, ja nie rozumiem jak można biegać, przecież to droga przez mękę. Bez sensu to, trzeba być po***anym żeby biegać. Idę na piwo.".

2. Biegaj za szybko/za długo/za często. Tu do przerwania ciągłości może wystarczyć w sumie jeden trening, ale efekty potrafią być ukryte, w zależności od tego, którą opcję wybierzemy.

Przy pierwszej może i nawet uda nam się dotrwać do końca treningu, co prawda przy tętnie 120% maksymalnego, ale jednak. Pewnie nawet przyjdziemy do domu szczęśliwi i pełni entuzjazmu, zadowoleni, że daliśmy z siebie wszystko, "wypałowaliśmy się" tak jak planowaliśmy. Nie został w nas nawet gram negatywnej energii. Za to wstajemy rano i... nie jesteśmy w stanie się ruszyć o centymetr. Swoje samopoczucie możemy określić zdaniem "gdyby położyć mi na głowie bułkę, będzie chleb na zakwasie". I o to chodziło! Teraz pora na wykrzyknięcie (na tyle na ile zakwasy nam pomogą) "No żesz "k***a, co jest?! Przecież Bajas pisał w Necie, że po bieganiu nie ma szans na zakwasy! Przecież to jakiś absurd! Poszedłbym na piwo, ale nie dojdę do sklepu...".

Przy drugiej nie trzeba czekać na następny dzień. Wystarczy biec na tyle długo, żeby poczuć się gorzej. Na początku opadamy z sił, po chwili zaczyna nam się kręcić w głowie, przy odrobinie szczęścia zbiera się nawet na wymioty. W ostatniej chwili ratujemy się przed omdleniem, padamy na chodnik/bieżnię/trawę i po jako takim dojściu do siebie wracamy do domu. Nie mamy sił na zdejmowanie butów z furią, ani krzyk, więc ledwo słyszalnym szeptem mówimy "Nie no, nigdy więcej nie biegam. Co to w ogóle było?! (hipoglikemia) Jak mam się czuć tak za każdym razem, to wolę iść na piwo.".

Przy trzeciej potrzeba trochę więcej samozaparcia, bo efekt pojawi się minimum po trzech dniach. Biegamy sobie spokojnie i nie za długo, ale za to koniecznie codziennie. Wersja hard - dwa razy dziennie. Tak przecież szybciej dojdziemy do formy. Trzeciego (lub dowolnego innego dnia później, pewnie maksimum do szóstego) dnia obudzimy się rano z tak odrętwiałym ciałem, bez jakiejkolwiek energii do życia, a co dopiero do biegania. Wypłukani z sił, leżąc półprzytomnie na łóżku możemy szepnąć (bo znów nie mamy sił na krzyk) "No nie wierzę. Przecież miałem mieć tyle energii i werwy do wszystkiego! Miałem się lepiej wysypiać, czuć się świeżo i leciuteńko. Oszukali mnie! Przecież nawet palcem kiwnąć nie mogę... To już po piwie mam więcej energii".

3. Biegaj z pełnym żołądkiem/na kacu/z kontuzją/będąc chorym. Świetny sposób, chociaż może mieć dużo niepożądanych skutków ubocznych. Na kacu musimy wypatrywać momentu, w którym zawroty głowy i chęć zwymiotowania osiągają zenit - to najlepsza chwila na zaprzestanie biegania. Z pełnym żołądkiem wystarczy jak poczekamy na tę najsilniejszą z silnych kolkę. Po czym ją poznamy? Oj poznamy bez problemów... Z kontuzją warto pójść na dłuższy trening, a jeszcze lepiej w jakiś trudniejszy teren. Nawet jak boli już tak, że płaczemy, biegnijmy dalej - w końcu uda nam się rozgrzać bolące miejsce! Nic nie robi tak dobrze podkręconej kostce, jak dodatkowe podkręcenie (polskie, równe chodniki nadają się do tego idealnie), a na kolana dobre jest ciężkie stąpanie po betonie. Jeśli sam ból nie jest dla nas wystarczający, zawsze można próbować do skutku - poważnego skręcenia, złamania czy zerwania więzadła. Wtedy w szpitalu możemy z mądrą miną mówić "Biegałem, twardy byłem, no ale niestety, to jest sport dla idiotów, skoro ląduje się później w szpitalu. Gdybym zamiast biegać chodził na piwo, teraz cieszyłbym się wiosenną pogodą, a nie twardymi kotletami made by NFZ...".

4. Idź na zawody po miesiącu i zajmij jedno z ostatnich miejsc. Nawet jeśli biega ci się nieźle, to zawsze można podejść temat od drugiej strony. Zawodów na różnych dystansach odbywa się zawsze i wszędzie dużo, część jest nawet darmowa. Wystarczy zapisać się, wystartować, dobiec w ogonku i już można śmiało powiedzieć "No tak, biegałem, nawet nieźle było, ale kurde, poszedłem na zawody, nie dość, że w porównaniu do innych byłem ubrany jak ogór, to jeszcze za mną były tylko dwie panie, rocznik 48. To jak to tak ma wyglądać, to ja wolę skoczyć na piwo. Mniej wstydu.".

5. (mój faworyt) Biegaj dla kogoś. Wymyśl sobie osobę lub grupę osób. Może to być mama, dziewczyna, kolega, grupa znajomych czy ogólnie pojęte społeczeństwo. To jest w zasadzie mało istotne. Ważne żeby robić to nie ze względu na siebie, tylko bo ktoś nam każe/oczekuje/chcemy się popisać. Zmuszanie się do treningu to przeżycie jakiego nie warto odpuścić w życiu. Gwarantuję, że namacalnie będziesz obserwował kumulację nerwów w swoim organizmie, razem ze wszelkimi możliwymi objawami somatycznymi. Kiedy poziom frustracji osiągnie szczyt możemy zastosować metodę i tekst z pierwszego punktu. Po wszystkim możemy jeszcze napotkać się na pytania z gatunku "Magda mówiła, że zacząłeś dla niej biegać, ale już skończyłeś, po miesiącu, dlaczego?". Wtedy możesz zrobić minę "na Clinta Eastwooda", otworzyć trzymane w ręku piwo zapalniczką, wziąć sowity łyk i stwierdzić "Ty byś dla swojej nawet jednego treningu nie wytrzymał". Po wszystkim spluń.

Metod jest pewnie więcej, mnie te które opisałem wydają się najsensowniejsze. Oczywiście metody można modyfikować, mieszać i robić z nimi co się żywnie podoba.

I pamiętajcie o jednej jedynej wspólnej dla wszystkich regule - wymówkę zawsze się znajdzie, sztuką jest znaleźć motywację...

środa, 26 lutego 2014

Rekreacja, trening, tresura

Obiecałem ciąg dalszy moich pełnych wymądrzeń poradników, więc (chyba pierwszy raz od kiedy tu piszę...) obietnicę spełniam i spełniać będę. Dziś troszkę na temat tego czym się w zasadzie różni rekreacja od treningu i czym jest tresura człowieka.

Zaczynasz coś trenować. Dajmy na to bieganie (ale niespodzianka!). Oczywiście, jak to bywa w obecnych czasach, zanim wskoczysz w dresik i mniej lub bardziej sportowe buciki wchodzisz do neta i czytasz. Czytasz dużo. Na jakimś blogu "Nie znam się na sporcie" jakiś typek pisze jak zacząć biegać. Na maratonypolskie.pl znajdujesz plan treningowy. Gdzieś indziej przeczesujesz forum pełne życiowych i mądrych porad (tematy w stylu "Jaka dieta?" czy "Lepsza amortyzacja tylko z tyłu czy z przodu też warto?"). Napompowany wiedzą jak Robert Burneika stejkami wyruszasz w teren.

Zaliczasz pierwszy trening, taki jak był w planie. Potem drugi - jest fajnie, nie ma zakwasów, dobrze ci się biegnie. Po trzecim jesteś nieco rozczarowany. Mimo tego ciśniesz dalej. Kolejne treningi doprowadzają cię do łez, ale niestety nie tych ze szczęścia. Sfrustrowany kupujesz buty za 500 zł i kompletnie zmieniasz dietę, tak z dnia na dzień. Okazuje się, że to nie pomaga, forma rosnąć nie chce. Ostatecznie, po jakimś miesiącu odpuszczasz i rozgoryczony siedząc w knajpie mówisz do kolegi/koleżanki "bieganie jest do dupy, wolę piwo". Postanowienie umarło w tobie i pewnie nieprędko wróci.

No i dlaczemuż tak się stało?

Boś towarzyszu zaczął od złej strony (mówiąc delikatnie). Zapewne chciałeś po prostu zacząć się ruszać. Trochę dla poprawy figury, trochę dla kondycji, trochę dla spróbowania czegoś innego. Ot tak, pobawić się i zobaczyć co z tego wyjdzie. No właśnie...

...a zacząłeś trenować.

Czym jest rekreacja? Na studiach pamiętałem kilka ładnych definicji (a i tak miałem dwóję z pierwszego terminu ;)), obecnie nie przypomnę sobie żadnej. Jednak sens gdzieś mi w tej główce pozostał. Rekreacja to te czynności które wykonujemy w WOLNYM CZASIE, DOBROWOLNIE i traktując wykonywaną przez nas czynność jako CEL SAM W SOBIE. Co to oznacza i jak to odnieść na przykład do biegania?

Ano, oznacza tyle, że jeśli biegamy, to robimy to wtedy kiedy mamy wolną chwilę (a nie upychamy na siłę między milion innych obowiązków), robimy to z własnej nieprzymuszonej woli (dla siebie!) i czerpiemy radochę z samego faktu biegania (nawet jeśli idzie nam gorzej niż byśmy chcieli). Nie stawiamy sobie jakiś mega górnolotnych celów z gatunku "przygotuję się do maratonu w pół roku!" albo "schudnę 30 kilo w dwa miesiące!". Co najwyżej zapisujemy sobie w główce "poprawa kondycji", "więcej czasu na świeżym powietrzu", "oderwanie się od pracy przy komputerze" i na tym koniec! Wychodzimy z domu i nie martwimy się tym, czy zrealizowaliśmy plan, czy mamy odpowiednie tempo, albo czy zjedliśmy odpowiedni posiłek. Po prostu lecimy przed siebie, spokojnie, lajtowo, relaksując się i dając endorfinom szansę na leniwe rozpłynięcie się po naszym organizmie.

Mając takie podejście po trzech miesiącach zdziwimy się, że sami z siebie biegamy po 40 minut (a nie 15 jak na początku), nie łapiemy kontuzji, nie mamy jakiś mega wielkich kryzysów, figurka jakby lepsza, oddycha się lżej, a znajomi non stop nas pytają "skąd ty masz taki dobry humor?!".

Teraz, dopiero teraz, możemy pomyśleć nad treningiem. Bo nam się spodobało, bo chcemy więcej, bo chcemy zobaczyć jakieś wyraźniejsze efekty. Mamy fundament na którym możemy budować coś większego.

Skąd wiem, że mam rację? To proste. W cywilizowanych krajach, gdzie istnieją systemy szkolenia młodzieży (czyli na pewno nie w Polsce, nie wliczając kilku dyscyplin ;)) nie rozpoczyna się pracy z dzieciakami od treningu. Zaczyna się od zabawy. Od oswojenia z daną dyscypliną, zbudowania chęci do pracy, automotywacji. Dopiero później można tym dzieciakom zacząć aplikować trening i kłaść nacisk na wyniki (u nas się tylko kładzie nacisk na wyniki ;)). Djoković, kiedy zaczynał grę w tenisa, nie zaczynał od piłowania forhandu, tylko od przerzucania piłeczki przez siatkę i odbijania na przemian obydwiema stronami rakiety.

Trening wymaga reżimu. Trzymania się (przynajmniej mniej więcej) jakiegoś planu, wkładania wysiłku niezależnie od tego czy nam się danego dnia chce czy nie. Wymaga to bardzo dużej ilości samozaparcia i wyraźnego ukierunkowania na cel. Kiedy zaczynamy sobie truchtać, nie wiedząc jeszcze czy nam się to w ogóle spodoba, nie ma sensu ładować się w coś co nas z pewnością przerośnie. Do wszystkiego trzeba dojrzeć! Posiłkując się przysłowiem - nie od razu Kraków zbudowano ;).

Z pewnością, drogi czytelniku, zastanawiasz się teraz (a pewnie już od spojrzenia na tytuł) - co z tą tresurą? O co mu w ogóle biega? Ano biega o to, o czym wielu sportowców - amatorów i zawodowców - zapomina. Trening, nawet bardzo intensywny i pochłaniający całe nasze życie, musi mieć w sobie cząstkę rekreacji. Mianowicie, cały czas, musi to być czynność w stu procentach DOBROWOLNA. W momencie kiedy zaczynamy się zmuszać (oczywiście na dłuższą metę) lub, co gorsza, robić coś ze względu na kogoś (skończyłbym karierę, ale sponsorzy mnie zaj... adą) zaczyna się tresura. Działanie wbrew własnej woli to chyba największe możliwe wypaczenie idei człowieczeństwa. Negując własne zdanie pozbawiamy siebie radości z życia i tego co w tym życiu robimy. Chyba nikt z nas nie chce czuć się jak małpa w klatce, uczona na siłę żonglowania piłeczkami - tylko po to, żeby zabawiać widzów.

Stąd mój skromny apel - gdziekolwiek byś nie był, czegokolwiek byś nie robił - baw się sportem i nie dawaj sportowi bawić się tobą. Sport to radość, zdrowie i przyjemność i niech tak lepiej pozostanie.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Duma

Jestem zdania, że każdy z nas powinien być w pierwszej kolejności egoistą i życiowe kroki prowadzić przez pryzmat własnych przekonań, opinii czy przeczuć. Nie oznacza to jednak, że neguję relacje międzyludzkie i  uważam, że każdy powinien patrzeć na koniec swojego nosa, a resztę ludzi traktować najwyżej jako środki do osiągnięcia celów. Często, bardzo często, okazuje się, że we dwie osoby osiągnie się jednak więcej niż działając w pojedynkę. 1+1 częściej równa się 3, niż 2.

Doskonałość to, moim zdaniem, zbiór małych cząsteczek, które same w sobie nie mają wielkiej wartości, ale zebrane w całość tworzą coś perfekcyjnego. Katedrę w Kolonii tworzy wielka masa odpowiednio ułożonych cegiełek, połączonych ze sobą nierozerwalnie, nie jest to jeden wieli blok skały.

Tak samo jest z ludźmi. Łącząc się w grupki czy grupy dokładamy swoje cegiełki. Czasem służy to osiągnięciu jakiegoś wspólnego celu (jak w drużynie piłkarskiej), a czasem wspólny wysiłek pomaga rozwijać się jednostkom (jak relacja trener - zawodnik). W zasadzie nie ma to żadnego logicznego uargumentowania, ale nie da się zanegować faktu, że w grupie łatwiej nam się działa. Na dyskotece w podstawówce łatwiej było zagadać do dziewczyny o taniec, jeśli nasz kumpel też szedł zagadać do swojej ulubienicy. W zasadzie to żadna różnica - ja jestem ten sam, dziewczyna ta sama, piosenka ani odrobinę inna, ale jednak "albo idziemy obaj, albo żaden z nas".

Do czego dążę? Kiedy nie udawało się nam wyciągnąć dziewczyny do tego tańca, to czuliśmy satysfakcję, patrząc jak kumpel szczęśliwy wywija z partnerką. Nasz wysiłek nie poszedł na marne. Sami nie odnieśliśmy korzyści, ale przynajmniej dzięki nam ktoś się zdecydował zadziałać i osiągnął sukces.

To jest właśnie duma. To jest ta radość jaka pojawia się, kiedy dołożyliśmy swoją cegiełkę i patrzymy na gotową już katedrę w Kolonii. Nie jest w całości naszym dziełem, ale bez nas nie byłoby całości. To troszkę łaskotanie własnego ego, ale zdecydowanie, moim zdaniem, uzasadnione.

Ja czuję dumę już od dłuższego czasu, patrząc na mojego tatę. Wykaraskał się z kłopotów, które ciągnęły się za nim przez lata. Potrafił zagrać kartą, która do tej pory wydawała mu się nieodpowiednia, podbił stawkę kładąc wszystko co ma do banku i wygrał. Szukał siebie i pasji i wydaje mi się, że ją odnalazł. Zainspirowany moim startem w maratonie zaczął biegać.

Wczoraj zadebiutował. Nie jest z siebie zadowolony, bo wie, że mógł dać z siebie więcej, ale to jest kwestia braku doświadczenia. Ja też skaszaniłem swój pierwszy start. Pierwszy raz jest zawsze nieco rozczarowujący, ale dzięki temu mamy motywację do pracy nad sobą. Mistrzostwo jest efektem, a nie przyczyną.

Najważniejsze jest dla mnie, że tata trzyma się mocno. Cały czas trenuje, kroczek po kroczku zbliżając się do swojego celu - maratonu. Mam świadomość, że gdyby nie ja pewnie nie zacząłby treningów w zeszłym roku, mam więc trochę poczucie, że to ja jestem w tym przypadku jego tatą. Dlatego tak bardzo wczoraj rosło mi serducho, kiedy widziałem, jak dobiega do mety zdobywając swój pierwszy szczyt. Oby tak dalej!

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że teoretycznie powinno być tak, że skoro zaczęło się ode mnie i ja mam większe doświadczenie, to tylko ja dokładam cegiełki do sukcesu taty, w zamian otrzymując tylko dumę. Otóż nie! Tatko tak bardzo wkręcił się w temat biegania, że już postanowiliśmy wystartować w maratonie w Poznaniu, w październiku. Do tego na pewno zaliczymy po drodze jeszcze mnóstwo zawodów na krótszych dystansach. Sam bym się pewnie tak bardzo nie zmotywował, ale przecież 1+1 nie równa się 2!

PS Tak samo fajnie słucha mi się, że moi dobrzy znajomi z pracy właśnie znów zaczęli biegać. Jestem z Was mega dumny! Tak samo jestem dumny z mojej Love, że chociaż póki co przeziębienie nie pozwala jej na to, jest zdecydowana zacząć dużo spacerować, zarówno sama jak i ze mną. Jeja, mam wielką satysfakcję patrząc jak innym też się udaje!

I nie byłbym sobą, gdybym nie napisał, że z siebie też jestem troszkę dumny. 2 minuty poniżej założonego czasu, to powód do zadowolenia, ale już wiem, że stać mnie na więcej ;).

Per aspera ad astra!

czwartek, 13 lutego 2014

Jak zacząć biegać?

Jak zwykło się mawiać: nadejszła wiekopomna chwila! W końcu spisuję tekst, który planowałem od dawna. Sugeruję czytanie go z przymrużeniem oka i zachowaniem zdrowego rozsądku.

Moje rady postanowiłem przekazać w kilku punktach. Kolejność w zasadzie nie ma znaczenia, chociaż nie będę ukrywał, że raczej piszę od najważniejszego do mniej ważnego. Chociaż z drugiej strony, niektóre z nich nie wystąpią bez obecności wcześniejszych, itp. Generalnie - mimo wszystko traktować dowolnie.

1. Samoświadomość. Coś o czym pisałem jakiś czas temu. Nawet nie myśl o tym żeby zacząć (zakładając, że zamierzasz biegać więcej niż tydzień) zanim nie odpowiesz sobie na te wszystkie pozornie głupie pytania. Dla przykładu, na końcu postaram się taką swoją krótką laurkę wystawić.

Po pierwsze - po co w ogóle to robię? Różnie z tym bywa - jedni biegają dla formy, inni żeby schudnąć, jeszcze inni w ramach przygotowań do zawodów, a są tacy, którzy to robią żeby odpocząć chwilę od pracy. Każdemu według potrzeb. Pamiętaj, że dobrze sformułowany cel motywuje, nawet jeśli wydaje się trywialny.

Potem zastanów się - jak? To znaczy: jak często, czy z planem czy nie, czy samemu czy nie, czy z muzyką czy bez, czy w kółko czy przed siebie, po parku czy po chodniku, a może w terenie.

Zapytaj siebie o wszystko co ci przyjdzie do głowy, tak jakbyś pytał inną osobę. Wtedy uzyskasz odpowiedzi szczere i będziesz wiedział jak się do tego wszystkiego zabrać. Pamiętaj też, żeby zadawać sobie te pytania co jakiś czas, żeby rozwijać siebie, swoją pasję i osiągać efekty. To jednak dopiero po czasie, w końcu jeszcze nie zacząłeś...

2. Wiesz już po co i w jaki sposób chcesz biegać. Teraz jest chwila, żeby wpoić sobie bardzo, bardzo ważną rzecz. Pamiętaj, że to co robisz robisz tylko i wyłącznie dla siebie. Może się wydawać złudne, że biegacze często decydują się zadedykować swój wysiłek komuś lub czemuś, więc biegają dla innych. Nie jest tak. W biegu jesteś zawsze sam ze sobą. Kryzysy przezwyciężasz samemu. Dietę, trening dobierasz i przeżywasz samemu. Cierpisz z bólu i zniechęcenia samemu.

Dlatego właśnie najpierw skup się na sobie. Kiedy pomyślisz "biegam dla mamy", to w tej gorszej chwili uznasz, że to jej wina, bo to przez nią biegasz, wrócisz wściekły do domu i to będzie twój ostatni raz. Sobie samemu takiej scenki nie urządzisz, jestem pewien. Każdy z nas musi być egoistą i egocentrykiem. Dopiero kiedy okiełznasz samego siebie, będziesz mógł powiedzieć "ten maraton dedykuję mamie". Twoje samolubne grzechy zostaną odpuszczone.

3. Ustal priorytety. Coś nad czym sam ostatnio pracuję bardzo, bardzo mocno. Zacznijmy od tyłu. Kiedy masz ochotę na czekoladę - zjadasz ją. Czasem jednak widzisz rosnący tyłek i stwierdzasz "nie jem czekolady". Tymczasem za chwilę mówisz sobie "hej, odmawiam sobie przyjemności, co jest? Żyje się raz, trzeba się radować!"... a dupa rośnie dalej.

Proste pytanie - czemu nie potraktować tak samo biegania. Czemu, kiedy darujesz sobie trening, nie powiesz "odmawiam sobie przyjemności, co jest?!", tylko czujesz ulgę odpuszczonego obowiązku. To nie jest kara! To ma być fajne i przyjemne! Nawet jeśli czasem boli, to uwierz mi, że jest! Jednak nie uświadomisz sobie tego, jeśli z góry założysz, że się zmęczysz, będzie ci zimno i się krzywo będą patrzeć...

Dlatego od dziś "Piwo? Nie, dziękuję. Nie odmówię sobie przyjemności, jaką jest wieczorny trening, mam dziś taki fajny interwał w planie!".

4. Olej innych. Ludzie sobie zawsze myślą, tym się różnimy od innych zwierząt. Tylko my odczuwamy wstyd i krępację. Dlatego daruj sobie rozważania "co ta starsza i sympatycznie wyglądająca pani sobie myślała kiedy przebiegałem obok? Pewnie się śmiała w duchu, że jest sobota, 20, a jakiś kretyn zamiast pić z kolegami to biega. Bez sensu to". To co robisz jest ważne dla ciebie i cała reszta niech sobie myśli co chce. Najbardziej i tak się zdziwisz, jak po roku biegania policzysz osoby, które cię głośno skrytykowały (ja naliczyłem zero, póki co) i te, które pochwaliły (5 przychodzi mi do głowy z marszu, więc stawiam, że kolo 10, chociaż części mogłem nie słyszeć przez słuchawki).

Dlatego: pstrokate buty są super (tylko takie teraz robią). Brzydki szary dres jest super (mega wygodny). Sobota spędzona inaczej niż na imprezie - szacun. Bieg w strugach deszczu ma swój urok (mokną tak samo jak ty). Wymalowana paniusia patrzy z pogardą? Do mnie uśmiechają się fajne dziewczyny, nie zaliczasz się do nich. Wyżelowany cwaniaczek przy kolegach nie ustępuje ci miejsca na chodniku? Miniesz go, a on będzie myślał "fak, też miałem zacząć, ale co inni powiedzą?". Jesteś fajny/fajna kiedy biegasz!

5. Nie szukaj wymówek. Bo jest tak zimno. Bo pada. Bo zawsze biegam z Magdą, ale ona dziś nie idzie bo ma nie umyte zęby. Bo rozładowała się mp3. Bo mam ochotę na piwo. Bo wczoraj było średnio. Bo wolę w środy.

Itepe, itede, et cetera i inne.

Najbardziej żałujemy tego czego nie zrobimy. Dlaczego się usprawiedliwiasz jeszcze zanim zaczniesz? Okej, są sytuacje, kiedy rzeczywiście lepiej odpuścić, ale ile? 5 czy 10%? Wkasaj obuwie, zarzuć kurteczkę i śmigaj. W 95% sytuacji stwierdzisz już po wyjściu z domu, że to był dobry pomysł. W pozostałych 5 dotrze to do ciebie z czasem. Ja nie żałuję treningów, które były dla mnie mordęgą. Trzeba przetrwać i takie. Żałuję tych, które mnie ominęły. Bo co? Obiadu też nie zjesz, bo pada?

6. Nie przeginaj na początku! Kardynalny błąd, zmora wszystkich początkujących. 20 minut ci w zupełności wystarczy na pierwszy raz. Na drugi, trzeci, czwarty, a pewnie i dziesiąty. Zwiększaj wysiłek pomału, a jeśli tylko czujesz, że cie poniosło - wyluzuj. To samo z intensywnością. Gdzie tak zapierniczasz, jakby cię stado dzikich kozłów goniło? To żaden wstyd zacząć od marszobiegów. Może nawet lepiej zacząć od szybszych spacerów, a dopiero z czasem zacząć truchtać i potem biegać normalnym tempem. Nikt cię nie pogania, pamiętaj, że doskonałość to zbiór małych elementów, złożonych w całość. Cierpliwość to jedna z głównych cnót biegacza. Formę możesz wyrobić nawet za rok, cierpliwości musisz się nauczyć od startu.

Pokory też.

7. Nie słuchaj doświadczonych. To znaczy słuchaj, ale bierz baaaardzo dużą poprawkę. Tak, tego tekstu i mnie też się to tyczy. Zaczynasz. Nie masz bladego pojęcia jak to się robi, z czym to się je i o co, nomen omen, biega. Tymczasem ten mądry ktoś, kto ci tyyyyyyle ma do powiedzenia już dawno ma to za sobą. Zapomniał wół jak cielęciem był. Już nie pamięta jak to jest powstrzymać się na początku od gnaniem przed siebie "bo czuję się super!". Już nie pamięta jak to jest mieć fatalny dzień (bo u niego fatalny, to jak u ciebie, póki co, topowy). Ma miliony metod, które u niego się sprawdziły. Nic tylko skopiować mistrza!

Każdy z nas jest inny. Każdy ma swoje metody, swoje drogi osiągania celów i najczęściej sam musi do nich dojść. Pewnie, czasem trafna uwaga może otworzyć klapki na oczach i rzeczywiście pomóc. Jednak częściej to jest fajna opowiastka, która akurat z naszą rzeczywistością ma tyle wspólnego, co nic.

Dodatkowo pamiętaj - ten mądry ktoś to często specjalista, czasem nawet profesjonalista. Potrzebuje rozwiązań dobrych dla siebie. Tobie mogą one nie pomóc, a czasem wręcz zaszkodzić. Możesz włożyć do malucha silnik z ferrari, tylko czy dach nie odpadnie przy 150?

8. Sprzęt jest środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Łączy się ten punkt z 5. i 7. Brak odpowiednich butów to super wymówka, tym bardziej jeśli jeszcze przeczytamy w necie, że przy bieganiu to podstawa. Pewnie, że tak. Tylko, że jak walniesz 20 minut truchtu, to twoje kolana mają gdzieś czy masz wygodne zwykłe "adidaski" czy najnowsze asicsy z pełną amortyzacją. Co może ewentualnie ucierpieć, to twój portfel, bo ktoś wykorzysta twoją niewiedzę i wciśnie ci coś, co jest ci kompletnie niepotrzebne.

Pozwolę sobie wtrącić swoje bardzo osobiste 5 groszy przy okazji. Odzież termoaktywna jest fajna, ale nie jest cudownym lekiem na pocenie się i utrzymywanie komfortu termicznego. Dresy nie są wcieleniem szatana, z którymi walczy dzielny bohater - sportowe legginsy. Jeśli jest komfortowo i wygodnie, to jak dla mnie możesz biegać we włosienicy. Nie dajmy się ogłupić kryptomarketingowi.

9. Przeczytałeś? Jak tak to podziwiam. Tylko przejrzałeś "bo ciekawe co jest na końcu"? Też tak robię.

Tylko wiesz co?

Idź biegać. Już. Tak, teraz zaraz.

Jeśli nie zaczniesz od razu, nie zaczniesz wcale.

Jeśli nie zaczniesz nie pójdziesz drugi raz.

Jeśli nie pójdziesz drugi, trzeci, czwarty raz, nie złapiesz fajnej formy.

Jeśli nie złapiesz fajnej formy, nie zrozumiesz jak można to tak bardzo kochać.

To jak, założyłeś już buty, czy mam cię wygonić boso?

PS Na koniec obiecana laurka.

Po co? Na początku, żeby przebiec maraton, dziś też, ale coraz bardziej dla samej przyjemności jaką daje mi bieganie. Jak? Według planu, ale zaczynałem od 20-30 minut co drugi dzień przez jakieś 3 tygodnie. Potem trzymałem się planu jak głupi, dziś wiem, że to nie ma sensu, więc traktuję plan jako pewien wyznacznik. Dalej - jak? Samemu, chyba że dam się namówić tacie. Nie wyobrażam sobie bez muzyki. Biegnę gdzie mnie poniesie, chociaż mam ulubione trasy. Pora dnia i pogoda nie mają znaczenia. Biegam w zwykłym bawełnianym dresie, albo krótkich spodenkach (tak od 7-8 stopni "na krótko"), zimą w ocieplanym dresie, ale akurat z tego jestem średnio zadowolony. Na górze w koszulce termo (prezent, fajna jest, ale wcześniej przeżyłem bez niej półtora roku ;)) i najchętniej w innej, przewiewnej koszulce, jednak często w bluzie (kiedyś w cienkiej kurtce, ale zaginęła w akcji ;)). Biegając obserwuję wszystko i wszystkich. Oglądam budynki, zaglądam ludziom w oczy, poluję na uśmiechy, czasem macham do ludzi czy coś zagaduję - tak zabijam monotonię. Lubię starty na zawodach, ale praca mi pozwala na to stosunkowo rzadko, więc traktuję to na luzie. Uwielbiam interwały, ale ostatnio coraz chętniej sięgam po dłuższe rozbiegania.

Życzę zdrowia, powodzenia i wytrwałości!

Ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi.

czwartek, 6 lutego 2014

Psy i sarny

Boję się psów. Jeśli jest coś co napawa mnie tak ogromnym przerażeniem, którego w zasadzie nie jestem w stanie przezwyciężyć, to są to właśnie psy. Nawiązując do wczorajszego (wrzuconego za dwie dwunasta, he he) tekstu - zapytałem siebie "dlaczego?" i "co mogę z tym zrobić?".

Dlaczego? W sumie trudno powiedzieć jednoznacznie i konkretnie. Na pewno dlatego, że zostałem parę razy zaatakowany, chociaż w zasadzie tylko raz lekko ugryziony. Z drugiej strony - z tego co pamiętam bałem się psów zanim nastąpił najwcześniejszy atak jaki sobie przypominam. Wygląda na to, że urodziłem się z tą fobią, a potem życie ją ładnie pielęgnowało.

Żeby było ciekawe byłem zaatakowany po raz za małolata, jakieś pewnie 14 lat temu. Od tego czasu, poza kilkoma szczeknięciami w zasadzie nic mi nie zagrażało z ich strony.

Co w związku z tym zrobiłem? Przede wszystkim udało mi się przestać reagować paniką. Swego czasu mój mózg bezpośrednio tłumaczył "hau" na "spierdalaj". Wątpię, że w słowniku psio-ludzkim znalazłbym akurat takie tłumaczenie. Już nie wieję, nie wykonuję innych dziwnych czynności, generalnie staram się być spokojny. W środku adrenalina wali po żyłach, włos jeży się gdzie tylko może, czuję się napuszony jak mój kot, ale nic więcej. Zdarza mi się nawet zaufać psom, które znam. Wydaje mi się, że to i tak sporo, na chwilę obecną, jestem zadowolony ze swoich postępów.

Po co to właściwie piszę? W ramach wstępu. Od pewnego czasu miałem ochotę pójść biegać gdzieś indziej niż w śmierdzącym i głośnym mieście. Ciągnęła mnie wieś, ewentualnie teren. Niestety zarówno pogoda jak i brak mobilności zniechęcały. Pogoda się poprawiła, pozostawało pytanie mobilności. Kwestia rozwiązała się sama, chociaż nieco przypadkiem. Jak? Hm, po prostu zamiast pobiec w prawo, jak zwykle, poleciałem w lewo. Kurczakami byle do przodu, a potem to się okaże, bo okolica dla mnie kompletnie nieznana.

Okazało się, że nieświadomie wylądowałem na wsi, tak jak chciałem. Dosłownie dwa kilometry od domu, cały czas w Łodzi, ale jednak na wsi. Za wiele tego nie było, ale troszkę tej spokojniejszej przestrzeni mogłem poobserwować. W końcu. Dla mnie to oddech, jak zostałem kiedyś podsumowany "ty nie pasujesz do życia w mieście". Trzeba sobie jakoś radzić.

A co mają do tego psy? Ano prawda jest taka, że głównym powodem dla którego tak rzadko zapuszczam się na wieś, pole, las, cokolwiek co miastem nie jest są psy. Za każdym zaułkiem widzę latające luźno bestie, tylko czychające na to żeby zjeść mnie na dwa gryzy. Pora to do cholery zmienić!

Tym bardziej jestem z siebie zadowolony, że nawet miałem okazję porozmawiać z jednym burkiem. Twardziel obszczekiwał mnie ze dwieście metrów! Postanowiłem zrobić swoje i po prostu biec dalej, co jakiś czas tylko komentując jego zachowanie "spadaj" oraz "daj se spokój". Dobra, miałem ciarki na plecach, adrenalina dodała mi troszkę tempa, ale poza tym nic. I co? Odpuścił. Źle było? No nie.

No dobra, a co z tymi sarnami? Ano dostałem chyba nagrodę za wytrwałość w postanowieniu i miałem okazję zaobserwować sarny w Łodzi. Jaram się strasznie takimi obrazkami, a kiedy widzę trzy sarny szukające pożywienia na polu 200 metrów od DK1... człowiek z naturą nigdy nie wygra, a ja w tej rozgrywce kibicuję wyłącznie tej drugiej.

Czyli co, warto było zaryzykować, bo mam już nową trasę do biegania i motywację, żeby szukać takich miejsc w Łodzi i bliższej okolicy więcej (a jest ich bardzo dużo). Psiury z każdym takim spotkaniem chyba przerażają mnie coraz mniej, może kiedyś się w końcu dogadamy?  Czuję się rewelacyjnie, jakbym wrócił z wycieczki, a to było tylko jakieś dwadzieścia minut!

Jeszcze dodam, że po skręcie z Bieszczadzkiej w Józefów widok jest rewelacyjny. Przez chwilę poczułem się jak w... Bieszczadach. Nie mogę iść do gór teraz? Znajdę sobie namiastkę u siebie!

środa, 5 lutego 2014

Świadomość

Dziś sensowniej niż wczoraj i, tak sądzę, dużo poważniej.

Temat troszkę powiązany z tym poruszanym przeze mnie wczoraj i pewnie poruszanym także w przyszłości, chociaż tak po prawdzie, to powiązany z każdym możliwym zagadnieniem jakie do głowy przyjść może.

Świadomość. Podstawowy element aby osiągnąć cel (sukces), aby się udoskonalać, a moim zdaniem - żeby w ogóle sensownie żyć. Bez świadomości możemy się co najwyżej odbijać jak piłeczka, od lewej do prawej, nie mając za bardzo pojęcia co się z nami dzieje. Pisząc "świadomość" mam na myśli zarówno samoświadomość (znajomość siebie) jak i świadomość otoczenia.

W większości będę odnosił się w tym tekście do biegania tudzież sportu w ogólnym wymiarze, ale pewnie pozwolę sobie na kilka ucieczek poza ramy.

Zacznijmy od samoświadomości. Generalnie wiemy kim jesteśmy, jak wyglądamy, jak się zachowujemy itp. Pytanie "kto?" mamy rozpracowane. Wiem, że Mateusz Bajas, lat 23, 58 kg wagi (przed... a domyślcie się przed czym), 172 cm wzrostu, a potem cała reszta CV, to ja. Drugie pytanie, padające w zasadzie automatycznie - "co?". Na dzień dzisiejszy mogę odpowiedzieć - "bieganie" i... tu się zatrzymajmy. Pytanie, które powinno paść po "kto?", to, moim zdaniem, "dlaczego?".

Dlaczego jestem tu gdzie jestem? Dlaczego jestem kim jestem? Co determinuje moją obecną sytuację? Zanim przystąpimy do działania zastanówmy się gdzie i dlaczego jesteśmy. Może obecnie ważymy za dużo, może chcemy coś zmienić ale nie wiemy jak, może już coś robimy, ale sama czynność lub sposób jej wykonania nas nie zadowala. Niezależnie o co chodzi - postawmy w chwili obecnej punkt i przeanalizujmy całą sytuację wstecz.

Można przeprowadzić taką analizę w myślach, spisać na kartce, opowiedzieć komuś innemu, wytańczyć, wymalować, wydłubać w korze, nieważne. Ważne jest poznać przyczyny, dzisiejszych skutków. Brzmi to groźnie, ale nie bójmy się ocenić siebie pozytywnie. Odrzućmy swoją skłonność do deprecjonowania siebie. Bądźmy szczerzy w stu procentach, bo z kim jak z kim, to z sobą samym możemy sobie na to pozwolić bez żadnych konsekwencji.

Wiemy już co sprawiło jacy jesteśmy w chwili obecnej? Dowiedzmy się zatem... jacy jesteśmy w chwili obecnej, tylko tym razem głębiej. Poznajmy swoje cechy, wszystkie jakie uda nam się znaleźć. Nie zakładajmy z góry "wad i zalet". Oceńmy swój charakter przez pryzmat siebie, a nie utartych schematów. Dla jednego upór będzie głównym atutem, dla innego pierwszą rzeczą do wyeliminowania. Zastanówmy się co lubimy czego nie, co jest naszą silną stroną a co słabą. W końcu uda nam się stworzyć obraz siebie. Subiektywny jak cholera, ale taki właśnie ma być. Nie pytam mamy, czy uważa, że moja marzycielskość jest dobra czy nie. Znam jej zdanie na ten temat, ale sam oceniam tę cechę podług własnej miary. Tak ze wszystkim.

Dobrze, wiemy już dlaczego i kim jesteśmy, wróćmy więc do pytania "co?". Co chcemy zrobić? Może własnie zbieramy się do rozpoczęcia treningu biegania? Może chcemy zacząć pisać książkę? Może to pora na naukę języka obcego? Może jeszcze coś innego?

Nieważne co to będzie, musimy znać konkret. "Biegam" brzmi fajnie, ale co się za tym kryje? Biegam maratony - już brzmi lepiej. Biegam rekreacyjnie, dla zdrowia - i trzymam kciuki. Biegam dla dziewczyny -...błąd! Cokolwiek by to nie było, pamiętaj - robisz to dla siebie. Tylko i wyłącznie. Możesz zadedykować komuś start, książkę czy utwór, ale na tym koniec. Dlaczego? Bo kiedy przyjdzie gorsza chwila, stwierdzisz z pianą na ustach, "wszystko przez nią! To przez tą paskudę biegam, chrzanię to, przestaję". Jestem pewien, że samemu sobie takich wyrzutów nie urządzisz.

Okej, mamy cel. No to teraz kombinuj dalej. Masz już niemałą wiedzę o sobie, więc możesz zapytać siebie "w jaki sposób?". Każdy ma swoją metodę. Jeden będzie szykować się do pierwszego maratonu 5 lat, inny uzna, że zapisuje się na pierwszy lepszy start, bo inaczej nie da rady się zmotywować. Czasem będzie to głupie czy irracjonalne, ale jeśli dobrze się z tym czujesz, to czemu nie? Jeśli znasz samego siebie odpowiednio, to od razu trafisz na właściwą metodę.

Wiesz już co i jak? To dobrze. Są jednak rzeczy, których nie przeskoczysz. Rzeczy, których się nie lubi, ale robić czasem po prostu trzeba. Długie wybiegania brzmią fajnie jak się po skończeniu opowiada rodzinie, ale choćbyśta mnie wołami ciągneli to nie przekonacie mnie, że są fajniejsze niż konkretny interwał. Nie zmienia to faktu, że przed maratonem swoje muszę po prostu wybiegać i już. Co robić? Polub wroga. Skup się na udoskonalaniu tego co najgorsze. Te przyjemne części zazwyczaj łatwo rozwinąć czy chociaż utrzymać. Jeśli uda ci się okiełznać wroga, jeśli nie polubić, to chociaż się z nim dogadać - jesteś w domu. Pracuj nad nielubianym!

Brawo, znasz już pewnie siebie, swój cel i plan do jego osiągnięcia w stopniu większym niż przeciętny. Nie zapomnijmy jednak, że żyjemy w społeczeństwie, chcąc, nie chcąc. Co to znaczy? Ano, inni ludzie są, byli i będą. Zawsze będą mówić, myśleć, patrzeć, oceniać, kontrolować i wymyślać inne bzdurne zachowania. Na to już wpływu nie mamy. Tym bardziej musimy udoskonalać wiedzę o sobie, aby nie dać złapać się w sidła.

A skoro znasz już siebie, to łatwiej ci będzie odnaleźć się w tłumie. Jedni lubią błyszczeć w pierwszym rzędzie, inni preferują zostać w tle, jedni lubią robić coś solo, inni w zespole, jedni zajmą się organizacją wszystkiego co tylko możliwe, inni pozwolą sobie na skromny wkład tylko przy tym co jest im najbliższe. W tym ulu dla każdego zawsze znajdzie się miejsce. Konsekwentnie dąż do osiągnięcia i utrzymania tego krzesełka, które zdaje ci się najbardziej pasować, wtedy będziesz mógł się realizować.

I pamiętaj - będąc świadomym trudniej dasz się złapać w pułapkę. Są ludzie, którzy będą próbowali cię oszukać, okłamać, wmówić ci coś dla swojej korzyści. Trafiają się tacy, który zrobią wszystko żeby cię zniechęcić. Niektórym twoja działalność może zdawać się niewygodna. Po pierwsze i najważniejsze - nie przejmuj się nimi. Po to znasz siebie i po to robisz coś tylko i wyłącznie DLA SIEBIE, żeby zdanie innych osób na ciebie nie wpływało. Niech się śmieją, krzywo patrzą i szyderczo krzyczą. To jest ich problem, a nie twój.

Nie daj się zakręcić. Kiedy ktoś poleca ci coś, dajmy na to - buty do biegania, zawsze się zastanów, czy robi to ze szczerego serca, czy po prostu zyska coś na tym. Może to mało humanitarne i cyniczne, ale ludziom z reguły się nie ufa. Szczególnie w obecnych czasach, kiedy informacja posiada największą wartość. Koniec końców i tak okaże się, czy miałeś do czynienia z przyjacielem czy hipokrytą. Buty sprawdź samemu, żaden sklep nie odmówi ci możliwości przymiarki. A jak w necie piszą "Adidas siusiaki, kupujcie Najki" miej na względzie, że papier przyjmie wszystko.

Na koniec - poleciałem z kazaniem i kaznodziejstwem, ale może komuś się to przyda. Na koniec pamiętaj - nie ufaj żadnym poradnikom. Także takim jak ten mój (to wyszedł mi poradnik?) tutaj i takim jak pewnie napiszę. Każdy dzieli się swoimi informacjami według jakiś określonych przez siebie samego standardów. Pamiętaj, że swój poradnik piszesz wyłącznie ty sam, każdego dnia. Słuchaj innych, pewnie. Często nawet w najbardziej durnej opowiastce znajdzie się chociaż słowo warte rozważenia. Jednak bądź świadomy. Rozważnie analizuj co jest warte uwagi, a co wyrzucenia do kosza. Twoja świadomość niech będzie jak sito. Przesiewaj przez nie wszystko co złapiesz w ręce. Jeśli przyłożyłeś się do roboty oczka twojego sita zawsze zostawią złe na wierzchu, a dobre przepuszczą dalej.

Nie daj się omamić, rób swoje i dąż do celu.

Powodzenia.



wtorek, 4 lutego 2014

Jak zacząć?

W związku z tym, że planuję zacząć wrzucać tu różne mniej lub bardziej głupie teksty na tematy mniej lub bardziej zbliżone do pytania "Jak cośtam?", to postanowiłem zacząć od postawienia sobie pytania - jak zacząć?

Pytanie to wydaje się zgoła proste, ale wszyscy wiemy, że tak nie jest. W związku z tym, że właśnie zaczynam, to postanowiłem zwyczajnie opisać co działo się ze mną w ostatnim czasie i dzieje się w chwili obecnej.

Na początku była myśl. "O kurczę, a gdybym napisał na blogu jak zacząć biegać?". Zdecydowałem, że napiszę. Początkowo miało to nastąpić już w zeszły weekend, ale jak można było zaobserwować nie nastąpiło. Wiadomo - przeciwności losu, zmienna kolej rzeczy, zamknięte rogatki na przejazdach kolejowych i inne mniej lub bardziej skojarzone z PKP paskudne wydarzenia. Myśl jednak, niczym ziarno zasiane na podatny i żyzny grunt, jakim jest mój skromny umysł, zakorzeniła się głęboko i odpowiednio pielęgnowana wciąż tam sobie tkwi, aby w sprzyjających okolicznościach wydać piękny kwiat.

W międzyczasie, co może nie jest zbyt uzasadnione biologicznie, obok tej pierwszej myśli zaczęły rozsiewać się inne. Przyjmijmy, że chociaż takie zachowanie sugeruje, ze nasiona te są nasionami chwastów, w rzeczywistości tak nie jest. W związku z tym postanowiłem - będę pisał na blogu o różnych rzeczach "Jak...". O innych też planuję, a zawsze jak napiszę, że planuję, to to się nie sprawdza, więc po co mam pisać o czymś co i tak się nie zdarzy.

Zostańmy przy tym "Jak...". To już się zdarzyło, bo przecież piszę "Jak zacząć?". Właśnie dziś rano, tańcząc jak głupek (wolna chata + konieczność odwleczenia robienia porządków) stwierdziłem - dziś napiszę "Jak zacząć?". Rano nie było czasu, potem biegałem dużo minut z tatą (trochę biednemu wycisk dałem chyba, ale dał radę, więc jestem z niego rad), potem byłem tu i ówdzie, potem popsuł się tramwaj, ale po jeszcze kilku innych potemach dotarłem tutaj.

Leżałem na łóżku, czytałem artykuł o mózgu. Skończyłem czytać artykuł o mózgu, włączyłem komputer i zacząłem pisać.

W ten oto sposób powstała pierwsza część mojej sagi na temat tego "Jak cośtam?" (teraz jesteśmy w tym momencie, kiedy ja już to napisałem, a Ty to czytasz). Dla tych, którym nie chce się czytać lub rozumieć całości przedstawiam skrót.

Jak zacząć?:

1. Myśl
2. Przeciwności losu
3. Inne myśli
4. Artykuł o mózgu
5. Pisanie

Liczę, że dzięki mnie wielu z Was uda się zacząć, bo już wiecie jak. Zapraszam na kolejne odcinki, chociaż sam nie do końca wierzę, że powstaną.