poniedziałek, 24 marca 2014

O take Polskę walczylim

Troszkę później niż planowałem, ale brak czasu robi swoje.

Dokładnie tydzień temu wróciłem z wyjazdu, który stanowił prezent urodzinowy dla mojej mamy. Tato sprytnie wykombinował, że skoro mamie się najbardziej marzy pojechać gdzieś z dziećmi, to taki prezent będzie najsensowniejszy. Okazało się to być strzałem w dychę, ale ja dziś nie o tym.

Ja dziś o tym gdzie byliśmy. Otóż byliśmy niemalże nad samym brzegiem rzeki Biebrzy, w miejscowości Dolistowo Duże, jakieś 60 kilometrów na północny zachód od Białegostoku. To była moja druga wizyta w tamtych rejonach - pierwszy raz byłem w Ełku, na trzytygodniowych praktykach studenckich.

Nie będę się rozpisywał o urokach przyrodniczych tamtych rejonów, bo one bronią się same za siebie. Za to rozpiszę się nieco o rzekomej "Polsce B", którą jest nazywana nasza dzisiejsza ściana wschodnia.

Skąd takie mało pochlebne określenie? Pewnie stąd, że dla rozpieszczonego mieszczucha z centralnej czy zachodniej Polski pobieżne spojrzenie na tamte ziemie zdaje się mówić: "widzisz te rozwalające się chałupy? Matko, i jeszcze te wszechogarniające lasy czy łąki. Wiochy jak są, to wyglądają biednie, a jak ich nie ma to się człowiek czuje jak na kompletnym odludziu. Bida z nyndzą.". Rzeczywiście tak tam jest. Jednak czy to wystarczające powody, żeby nazywać te rejony Polską B?

Po tym co zobaczyłem i usłyszałem, zaczynam się zastanawiać czy to nie my powinniśmy nazywać się "Polską B", a nawet wybiegając troszkę dalej - czy w ogóle powinniśmy nazywać się "Polską"?

Skąd takie, rewolucyjne wręcz, wnioski pojawiły się w mojej główce? Po pierwsze - dzięki ludziom. Żeby zrozumieć dany region, jego specyfikę, nie wystarczy popatrzeć na to jak on wygląda, zerknąć w jakieś puste statystyki. Trzeba przede wszystkim poznać i spróbować zrozumieć jego mieszkańców.

Nam, dajmy na to Łodziakom, ciężko jest zrozumieć jak można w ogóle "dać się poznać" komuś z zewnątrz. Zamykamy się w swoich światach i raczej nie lubimy opowiadać wszystkim dookoła jacy jesteśmy. Naszą barierę intymności stanowi duży, betonowy mur, w którym ciężko jest znaleźć furtkę.

Właśnie to uderzyło mnie najbardziej już podczas wizyty w Ełku, a teraz tylko potwierdziłem swoje obserwacje. Polacy ze wschodu zdają się być dużo cieplejsi i bardziej otwarci od nas. Bardzo chętnie otwierają dla nas całą bramę i wpuszczają do siebie mówiąc "chodź, poznaj jacy jesteśmy i jak żyjemy." Przykład? Proszę bardzo - w trakcie moich praktyk zadaniem było zinwentaryzowanie gospodarstw agroturystycznych w gminie. W związku z tym musieliśmy jeździć i pukać od domu do domu, zadając dużo różniastych pytań, choć w ogromnej mierze branżowych. Normą było to, że nie dość, że dowiadywaliśmy się wszystkiego co nam było trzeba, to często poznawaliśmy całą historię rodziny i tego jak to się stało, że teraz mają agroturystykę. Jedno gospodarstwo wyróżniło się negatywnie w stosunku do reszty - pana nie stamtąd, a z Warszawy...

Podczas ostatniego wyjazdu podobnie. Od samego przyjazdu, rodzina która nas gościła, nie dość, że robiła to w wyjątkowo sympatyczny sposób, to jeszcze sama otwierała się przed nami ze swoim życiem i problemami. Robili to z urzekającą naturalnością i swobodą. Podobnie przewodnicy, którzy nami się opiekowali - pasjonaci, dumni ze swoich miejsc, dużo chętniej współpracujący z taką grupą jak nasza skromna rodzinka, niż z większą, ale zostawiającą też większą kasę, zorganizowaną wycieczką.

Gościnność i ciepło to raz, dwa - styl życia. Uzależniony od zawsze (i, daj Bóg, na zawsze) od przyrody. A skoro tak, to pełen pokory i uczący wytrwałości przy pokonywaniu trudności. Tamtejsi nie mieli nigdy podanego na tacy ułatwienia, tak jak my miastowi. My marudzimy, że zimą stoimy w korkach, oni często mają problem, żeby w ogóle wyjechać z domów. Jednak mimo tego radzą sobie z tymi problemami doskonale. Nie marudzą, że rzeka podmyła im drogę, tylko budują ją od nowa. Cieszą się tym co dobre i nie trwonią energii na frustrowanie się na to na co wpływu nie mają.

Stąd pewnie też ichnie poglądy. Zdawać by się mogło - ściana wschodnia = fanatyczny katolicyzm, mocno prawicowe poglądy i szeroko pojęta zaściankowość. Błąd. To my jesteśmy fanatyczni, mamy ostre poglądy i jesteśmy zaściankowi. Mamy klapki na oczach. W Łodzi nigdy nie usłyszałem takich zdań jakie tam padły trzykrotnie (więc to już chyba nie przypadek?). Trzykrotnie usłyszałem, że wiara jest sprawą każdego z nas, a i tak Bóg nas rozlicza, a nie Kościół czy inna instytucja (w tym raz od wiekowej już muzułmanki!). Trzykrotnie usłyszałem, że patriotyzm, to miłość do kraju i jego godne reprezentowanie, a nie politykowanie i podziały na "prawo i lewo". Trzykrotnie usłyszałem, że każdy niech ma swoje poglądy, niech je nawet głośno wyraża, niech dyskutuje na ich temat, bo dzięki temu idziemy do przodu. Warunek był tylko jeden - czy to w kwestii wiary czy światopoglądu - niech nikt nie wmawia nam, że jego zdanie jest jedynym słusznym i my musimy myśleć dokładnie tak samo.

I dlatego uważam, że tam jest "bardziej" Polska" niż tu. To tam spotkałem Polaków, takich jakich chciałbym ich widzieć zawsze. Bo gdyby zebrać, przez wszystkie lata historii, cechy idealnego Polaka, to ja wymieniłbym - skromność, pokora, patriotyzm i ogromne przywiązanie do Ojczyzny, tolerancja (!), otwartość, ciepło, gościnność. Dla mnie Polak powinien być "poćciwy", żyjący bez pośpiechu, w zgodzie z naturą i z innymi ludźmi. Przez to wartościowy i ceniony przez innych.

No i właśnie gdzie więcej takich cech znajdziemy - w Polsce A czy B? Oj mamy tendencję do megalomanii, hipokryzji i burzliwości - my mieszczuchy szczególnie. Posypmy czasem głowę popiołem i zapytajmy sami siebie - czy od 966 roku o take Polskę walczylim?

piątek, 7 marca 2014

Wielka Improwizacja

Dzisiaj zrobiłem coś, czego nie robię w zasadzie nigdy, ponieważ ostatni raz gdy to zrobiłem, skończyło się to dwutygodniową przerwą w bieganiu. Fakt faktem, było to na początku mojej zacnej kariery biegacza, ale jednak. Co to takiego? Zmiana treningu na intensywniejszy.

Zdarza mi się przedłużyć czy skrócić rozbieganie z różnych przyczyn. W zasadzie nie było jeszcze takiego przypadku, żeby te dodatkowe kilka minut biegu źle wpłynęło na moją formę. Natomiast z przykręcaniem śrubki z napisem "tempo" bywało różnie. W czasie kiedy jeszcze robiłem plan treningowy na 10 kmów, raz pozwoliłem sobie na przyciśnięcie rozbiegania niemalże na maksa. Biegło mi się super, dlatego z okrążenia na okrążenie rozkręcałem się coraz bardziej. Po treningu czułem się znakomicie, żyć nie umierać! Niestety podczas późniejszych treningów okazało się, że wypałowałem się tak mocno, że nie jestem w stanie poradzić sobie z najlżejszym obciążeniem. Do tego doszły inne czynniki (praca, dieta) i odpadłem z treningu na dwa tygodnie. Od wtedy nie zmieniałem nic w planie, raczej równałem w dół niż w górę, nie chcąc przegiąć.

Dzisiaj postanowiłem sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Głód biegania mam gigantyczny, treningów trochę odpuściłem, więc czemu nie? Zdecydowałem, że zmieniam zabawę biegową (czyli lekki wzrost tempa, ale bez ciśnięcia, chyba że samopoczucie pozwoli) na interwał. Ambitnie, tym bardziej, że ostatnio pracuję dość dużo i czasu na regenerację zostaje niewiele (ale za to od poniedziałku... hihihi).

No i co? No i zrobiłem dwie pierwsze jednostki 3x3 min i okazało się, że szału nie ma. Poczułem się nawet przez chwilę jakbym oglądał "M jak miłość", bo przed oczami mroczki (ha ha ha!). Nie było szans, żebym całość tak wytrzymał, chociaż istniała ku temu szansa, bo rozgrzany organizm potrafi zadziwić. Mimo to, zdecydowałem się go nie sprawdzać.

Co w takiej sytuacji? Wielka Improwizacja! Skoro zabawę biegową można robić od tempa minimalnie szybszego, aż pod interwał, to czemu nie zrobić na odwrót? Tak też uczyniłem, co okazało się bardzo fajnym pomysłem. Ostatecznie udało mi się dojść do siebie na tyle, że pod koniec mogłem znów nieco przykręcić śrubkę. Całokształt wyszedł bardzo przyzwoicie, chociaż cały czas mam ochotę wycisnąć z siebie ostatnie kropelki sił jak ze smakowitej pomarańczy. Jednak budujące jest to, że podczas biegu normalnym tempem rozbiegania w zasadzie czuję się totalnie wyluzowany, nawet troszkę zbyt mało rozgrzany. Znaczy się, że pewnie tempo maratońskie jest obecnie dla mnie, w obecnej formie, bardzo sprzyjające. Nic tylko startować (a tu jeszcze miesiąc :()!

Forma najwyraźniej jest, pogoda się robi bardzo sympatyczna, towarzystwo biegające rozrasta się z dnia na dzień, same powody do optymizmu! Dobrze się zapowiada ten kwietniowy weekend w tym roku, oj bardzo dobrze!

Jak tu tylko jakoś przetrwać ten miesiąc, skoro chciałoby się już?

No dobra, to jest taki problem, z którym chętnie się pozmagam :).

sobota, 1 marca 2014

Bieg Powstańca

Tak, tak, może to być zastanawiające - czemu wrzucam notatkę na temat zawodów, które odbyły się tydzień temu. Z braku czasu? No nie bardzo, jakoś miałem czas wrzucić kilka innych wpisów. Z braku chęci? No już nie przesadzajmy z moim lenistwem. Otóż wrzucam ten wpis dzisiaj, bo chociaż właściwy Bieg Powstańca odbył się w ubiegłą niedzielę, to ja swój bieg powstańca zaliczyłem dzisiaj.

Zacznijmy od początku (matko, jakie bezsensowne zdanie...). W zeszłą niedzielę w Dobrej koło Strykowa odbyły się zawody na dystansie 10 kilometrów. Mój debiut na "dyszkę", a mojego taty debiut w ogóle. Zresztą o tym już akurat wspominałem. Zawody w urokliwej, niewielkiej miejscowości (urokliwej pod wieloma względami, hihi). Udział brało prawie 400 osób, ale to akurat nie dziwota, bo wpisowe śmieszne (15 zł!), a innych biegów na tym dystansie nie ma w tym czasie. Było warto, bo trasa bardzo wymagająca (przełajowa, to raz, a dwa - z mega ostrymi, choć raczej krótkimi podbiegami), a i pogoda dopisała znakomicie. Widoczki miejscami też niczego sobie, człowiek się mógł poczuć jak w górach, a to "tylko" Wzniesienia Łódzkie! Ogólnie rzecz biorąc - rewelacja. Do tego dostałem medal i wygrałem parasol!

Moja dyspozycja nie pozostawiła nic do życzenia. Założyłem sobie 45 minut, pobiegłem 43:01, na podbiegach wyprzedzałem kogo się da jak Justyna Kowalczyk. Trochę od pewnego czasu pobolewa mnie kostka i mam nadzieję, że uda mi się chociaż trochę ją ogarnąć przed maratonem. Poza tym - brakuje mi zawodów, adrenaliny i otoczki związanej z nimi! Po maratonie będę ostro startować, więc mam nadzieję zaspokoić mój głód.

No dobrze, to teraz pora wyjaśnić o co chodzi z biegiem powstańca dziś. Otóż moja Love rozchorowała się w ubiegłym tygodniu. Cierpiała na gardziołko, nawet musiała jeden dzień odpuścić tak ważną rzecz jak pracę! Ja, oczywiście, byłem superhero i wiedziałem, że mnie nic nie grozi! Niestety, superhero nie jestem i już po zawodach zacząłem czuć branie (i nie chodzi niestety o autografy na biustach ;)). Żeby było ciekawiej, zamiast odpocząć jak trzeba, poleciałem do pracy na nocną inwentaryzację. Musiałem się urwać o 3 zanim urwał mi się film. Wyspałem się i było po japońsku lepiej - yako tako. We wtorek znów do pracy i... cóż, dobrze, że wyszedłem wcześniej bo już wiedziałem, że jest po ptokach. Gardło bolało, osłabienie było konkretne. Planowane dwa rozbiegania - środowe i czwartkowe, mające wdrożyć mnie pod sobotnią 120 minutówkę wydawały się zagrożone.

Ostatecznie poległem. Dwa dni musiałem spędzić w domu... Ja! Człowiek, który wirusom się nie kłania, w domu nie usiedzi, a treningu nie odpuści jeśli nie wymaga tego jakakolwiek wyższa konieczność. Dwa dni nie wyściubiałem nosa z domu, cierpiąc katiusze głównie ze względu na odpuszczane treningi. Jedyny plus - regeneracja.

Okazało się, że było warto, choróbsko poszło w diabły. W związku z tym dzisiaj mogłem wstać wcześniej rano i... powstać! Przy pięknej, marcowej już, pogodzie przeleciałem 18 kilometrów w czasie 90 minut, co uważam za wynik zadowalający. Nie chciałem przesadnie dokręcać śrubki, bo w poniedziałek czeka na mnie jedna z wisienek na torcie. Tu będę chciał sprawdzić siebie w warunkach bojowych. Ważne, że forma jest, może bez fajerwerków, ale luzik, te mam nadzieję, że pojawią się po tych kilku ostrych tygodniach jakie mnie czekają, a potem dwa tygodnie rozluźniania się i łapania świeżości i witaj znów maratonie.

W tym roku wiem, że nie będę tak dobrze przygotowany jak w zeszłym, bo przebiegłem może 2/3 planu. Za to świeżości, czyli tego czego nie miałem w debiucie, na pewno mi nie zabraknie! Może to będzie metoda na przekroczenie 3:30 z tej dobrej strony?

Tak czy siak. Wiem, że niezależnie od tego ile razy jeszcze zdarzy mi się upaść, w różny sposób, za każdym razem będę gotów stanąć na starcie mojego biegu powstańca. Bo tylko biegnąc, prowadząc tą moją walkę jak powstańcy w 1863, czuję że żyję na sto procent i że mam po co żyć.

I jeszcze jedno - nie warto żałować tego co się nie zrobiło albo nie udało się zrobić. Warto spiąć poślady i dalej zrobić jeszcze więcej, jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Życie nie daje drugich szans, ale my sobie możemy je dać!