wtorek, 15 kwietnia 2014

Krajobraz po maratonie

Dwa dni już minęły, w końcu jestem w stanie coś więcej napisać, już na chłodno. Zmęczenie już coraz mniejsze, kolana nie bolą aż tak bardzo, nawet zakwasy na tyłku przestają przypominać, że zostały mocno skopane.

A mentalnie? Troszkę jest mi smutno. Jak to zwykle bywa - tyle czasu przygotowań, nastawiania się, nerwów, hop, siup i po wszystkim. I pusto. Nie ma jeszcze konkretnych planów na przyszłość, a te które się pomału rysują są jeszcze zbyt odległe żeby można było nimi tę pustkę wypełnić. Czuję się trochę jak 31 sierpnia - niby jeszcze żywe wspomnienia wakacji w głowie, ale już po wszystkim, a zajęcia szkolne jeszcze nie zdążyły zawładnąć mózgownicą. 

A jak się odnoszę do samego maratonu po złapaniu oddechu? W końcu czuję się maratończykiem. Jakoś tak ubiegłoroczny bieg zdaje mi się łatwiejszy i mniej, hm... satysfakcjonujący? Nie wiem jak to konkretnie określić słowami. W każdym razie w tym roku dostałem na tyle mocno w kość, że chyba dopiero teraz poczułem co to znaczy maraton.

Co za tym przemawia? Po pierwsze - ogromna walka z samym sobą. Z bólem, nie takim jakiego się spodziewałem - kolan i mięśni. Kolka, którą przeszedłem na tym biegu jeszcze wczoraj przypominała mi się podczas jedzenia, skutecznie ograniczając mój apetyt. Mimo tego udało mi się jakoś z nią wygrać i pobiec dalej. Podobnie odnoszę się do tej całej lawiny następstw tego bólu - hipoglikemii, która zaowocowała baaardzo wyraźną ścianą i kolejnych gigantycznych wątpliwości. No i ten gorszy o 6 minut wynik - najlepsza możliwa lekcja pokory jaką mogłem od maratonu otrzymać. 

A nie przestanę podkreślać, że jest to wynik, z którego jestem zadowolony, a wręcz dumny. To chyba najlepsza odpowiedź jakiej mogę udzielić maratonowi na rzuconą w moją stronę rękawicę. Ja się bez walki nie poddaję i, kto wie, może kiedyś, po 50 przebiegniętych maratonach, uznam że to był ten najlepszy - bo było więcej kwestii na nie niż na tak, a mimo tego udało się osiągnąć bardzo przyzwoity wynik.

No dobrze, skoro wiem już jak było i jak się do tego odnoszę, to pora pomyśleć o planach na przyszłość. Ten ostatni start wywołał we mnie gigantyczną sportową złość. W związku z tym zamierzam do kolejnego przygotować się jeszcze lepiej i już całkiem poważnie zaatakować magiczne 3:30. Do trzech razy sztuka? Mam nadzieję, tym bardziej, że chcę dorzucić sobie dużo, dużo więcej długich wybiegań, których chyba jednak się nie da w całości zastąpić, nawet najbardziej wyszukanymi interwałami. Oby tylko starczyło mi na to sił i czasu, bo praca mi się póki co nie zmienia, a więc możliwości będę miał takie same, a już do tej pory bywało ciężko. No ale zobaczymy, dla chcącego nic trudnego!

Zamierzam, jeśli tylko to będzie możliwe, startować na 5, 10 i 21 km, bo starty dają mi gigantyczną frajdę. No i póki co trzymam się wersji, że drugi tegoroczny maraton pobiegnę w Poznaniu, w październiku. Jednak to jest jeszcze kwestia do doprecyzowania. Pewne jest jedynie to, że w przyszłym roku, 19 kwietnia, startuję w moim "domowym" maratonie. Jeśli nawet pobiję to 3:30 w Poznaniu, czy gdziekolwiek indziej się wybiorę, to i tak będę chciał powtórzyć ten wyczyn tutaj. 

No i zamierzam bieganie postawić na najwyższym stopniu priorytetów. Na chwilę obecną nic nie daje mi tak wielkiego poczucia wolności i szczęścia. Inne rzeczy muszą się pogodzić z tym, że będę je dostosowywał do biegania, a nie na odwrót.

Maraton zaczyna się po 30 (kilometrze póki co ;)), a bieganie na poważnie zaczyna się po drugim maratonie? Na to wychodzi!

I na koniec - gdyby czytał to ktoś, kto chciałby wystartować kiedyś w maratonie - rok temu mój tata, zachęcony moim startem, rozpoczął treningi biegania. Przedwczoraj udało mu się przebiec 42,195 w zadowalającym go czasie. Sukcesu nie wypracujesz z dnia na dzień, ale jeśli zaczniesz jutro - zostanie ci na to bardzo dużo czasu!

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Szacunek dla dystansu

Przebiegłem drugi w życiu maraton! Czas: 3:41:02, czyli 6 minut gorzej niż w ubiegłym roku. Mając jednak na uwadze wszystkie okoliczności uważam, że ogromnym powodem do satysfakcji jest sam fakt ukończenia biegu, a ten czas wydaje się być i tak doskonałym.

Od początku.

Noc przed maratonem udało mi się spędzić wyjątkowo dobrze. Okiełznałem nerwy już wcześniej, więc spałem spokojnie i twardo. Rano byłem wyspany. Po obudzeniu szybka samokontrola - jak moje gardło? Lepiej niż dzień wcześniej, ale cały czas czuję, że drapie. No trudno, ważne że ogólnie czuję się bardzo dobrze. Odpalam motywującą muzyczkę, szykuję dżemik i rogala i wsuwam. Podołałem jedynie 3/4, ale przecież nie chodzi o to żeby się nawtykać - będzie jeszcze czas to uzupełnić!

Roznosi mnie wewnętrzna energia. Zero nerwów, jedynie koncentracja na zadaniu i przedstartowa adrenalina. Autobus za dwadzieścia minut, a ja już stoję w butach w przedpokoju! Tata już czeka, wychodzę. Docieramy do Areny autobusem pełnym biegaczy. Lecimy się przyszykować i wychodzi na moje - tata chciał jechać późniejszym tymczasem kolejki do toalety i depozytu powodują, że z Areny wychodzimy 15 minut przed startem.

Dobra, trzeba zjeść przygotowanego wcześniej batonika! Szybko wsuwam solidną porcję węglowodanów, chociaż nie czuję żebym tego rzeczywiście potrzebował. Oj tam, nie zaszkodzi, wchłonie się i jeszcze będę się cieszył, że go zjadłem!

Ustawiamy się na starcie za pięć dziewiąta. Szybkie esemesy do trzymających kciuki i już słyszę, że zostało pół minuty. Stoper przygotowany, plan ułożony w głowie, wszystko gra! 3... 2... 1... START!

Zgodnie z założeniami biegnę po swojemu, chociaż zerkam czy pacemakerzy na 3:30 mi nie uciekają. Bardziej dla własnej satysfakcji, bo biegnę luźno i spokojnie. Zresztą przed jakimś nadmiernym przyciśnięciem powstrzymuje mnie lekka kolka. Pewnie z nerwów, rozbiega się. Przebiegam 5 kilometr, tam pierwsza woda i pierwsze chwile zwątpienia. Biegnę już 25 minut, a cały czas nie mogę złapać rytmu i wrzucić "dwójki". Uspokajam samego siebie, że martwić się będę mógł zacząć koło dziesiątki.

Po drodze kolejne "popitki", płyny uzupełniam od samiutkiego początku, tak jak założyłem. Kolka jakby odpuszczała, ale pełnego komfortu nie czuję. W końcu dyszka. Nie jestem jakoś specjalnie rozkręcony, ale mnie się nigdzie nie spieszy. Ważne, że pomału czuję się coraz lepiej. Po drodze popijam trochę wody, trochę izotonika, czuję że powinienem, chociaż brzuch zamiast stawać się coraz lżejszy - jakby pęczniał. Byle do Łagiewnik, tam planowałem sikanie i pewnie przy okazji uda się pozbyć niepotrzebnego powietrza w żołądku.

Rzeczywiście w Łagiewnikach robi się lepiej. Udaje mi się złapać odpowiedni rytm, biegnę bardzo spokojnie, a mimo tego mam najpierw kilkanaście sekund zapasu, a w okolicy połówki - ponad 40 sekund! Super, przyda się później w razie kryzysu! Brzuch cały czas ciężki, ale jest znośnie, szczególnie, że biegnie się całkiem przyjemnie.

Pozornie.

23-24 kilometr, nie pamiętam dokładnie zaczyna mi się robić baaaardzo ciężko. Nogi niosą do przodu, ale żołądek napompowany ponad normę naciska na przeponę i wątrobę nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł. Boli, a tymczasem zbliża się drugi popas z owocami. Poprzedni odpuściłem, żeby nie przeciążyć brzucha, ale teraz już nie mogę. Przecież to zacznie się wchłaniać w okolicy 30 - tam gdzie energia będzie najbardziej potrzebna. Biorę się za banana i staram się go zjeść jak najbardziej spokojnie. Zjadam trochę ponad pół i próbuję wziąć się za powrót do rytmu. Nic to nie daje, balonik z pacemakerami ucieka, a ja mam coraz większy problem.

Skąd takie rewelacje u mnie? Z bardzo błahej, wręcz groteskowej przyczyny. Nie potrafię bekać. Czuję, że po prostu potrzebuję, żeby porządnie mi się odbiło, a wtedy będzie szansa na uratowanie ambitnego planu. Mimo tego nie jestem w stanie nic poradzić, nawet jeden bąbelek powietrza nie chce się uwolnić. Boję się, że zwymiotuję, a to będzie oznaczało game over. Najgorsze możliwe - bo nogi, serce i płuca mówią, że ciągle mogą i bardzo chcą walczyć o poprawę życiówki.

Na tej małej uliczce, Kalinowej, wypatruję skwerek. Postanawiam zatrzymać się na sikanie, chociaż mi się nie chce, może wymyślę coś na tę przeklętą kulę powietrza w brzuchu. Wokół mnie masa ludzi ładnie poubieranych do albo z kościoła, ale mam to gdzieś. Zginam się w pół, próbuję na siłę pozbyć się tego co mi zalega w środku.

Potężnie odkasłuję dwukrotnie. Czuję w ustach smaki banana, izotonika i wody mineralnej. Haha, udało się, teraz będzie już tylko lepiej! Podbudowany wracam na trasę. Biegnąc uświadamiam sobie, że nie jest tak różowo jak mi się wydawało. Teraz już wiem, że popełniłem drobny błąd, który chyba kosztował mnie później bardzo, bardzo wiele. Zamiast wykasłać się ile wlezie na tamtym skwerku i mieć już pewność, że jest w porządku, to ja zatrzymuję się co pół kilometra i odkasłuję, co kompletnie wybija mnie z rytmu biegu. Oczywiście odpuszczam wodę i izotonika, bo boję się, że znów mi się pogorszy. Kolejny błąd, który zaowocuje później.

Mamy 29 kilometr. W końcu mi ulżyło, czuję się znakomicie, wracam do gry. Nawet dobrze wyszło. Adrenalina sprawia, że w ten piekielny 30 kilometr wchodzę leciutko i na pełnym luzie. Dobiegam do Maratońskiej, tej Maratońskiej, która rok temu mnie zdeptała, fizycznie i psychicznie. Jest ciężko, ale cisnę do przodu, pełen werwy i zapału. Na wiadukcie przy Kaliskim - popas. Biorę wodę i (chyba, nie pamiętam dokładnie...) izotonika. Nie biorę żadnego owoca. Zjem w drodze powrotnej.

Jak zaplanowałem tak zrobiłem. Zerkam na zegarek - jak dobrze pójdzie wyrównam zeszłoroczny wynik, na 3:30 nie mam już szans. Trudno. Łapię ogromną radość z biegu, tym bardziej że do końca zostaje już mniej niż 10 kilometrów. Korzystam z mojej sztuczki z odkasływaniem przed popasem, wypijam wodę, izotona, jeszcze raz wodę i atakuję pomarańczę. Przez myśl przechodzi mi "weź dwie", ale ostatecznie biorę tylko jedną. Podobny pomysł wpada mi do głowy kiedy mijam wcześniejszy popas - nikt mnie nie zabije jak skorzystam z jedzenia przygotowanego dla drugiego kierunku. Boję się kolki - odpuszczam.

Zaczynam ostatni fragment trasy - obiegnięcie Zdrowia. Pierwszy dopada mnie kryzys mentalny. Mamy dopiero 37 kilometr. W zeszłym roku tutaj skręcaliśmy w lewo w Konstantynowską i hop hop do Areny. Tym razem jeszcze tyle przede mną, ale masakra. Mózg buntuje się przeciwko mnie i każe mi stanąć. Na siłę przebiegam przez skrzyżowanie i staję. Kucam, żeby rozluźnić mięśnie i od razu atakuję dalej, żeby nie wypaść z rytmu. Umysł wraca do gry, ale co z tego, skoro zaczyna brakować mi sił.

Tylko nie to... Najpierw to charakterystyczne ssanie w żołądku. Tak jakby był pełny na zewnątrz, a pusty w środku. Mam wrażenie, że wiotczeją mi wszystkie mięśnie. Lekko kręci mi się w głowie.

Hipoglikemia, jak na pieprzone zamówienie. Akurat tam gdzie sił potrzebowałem najwięcej - zaczęło mi ich brakować. Wściekam się na siebie za odpuszczone jedzenie, a najbardziej za to, że nie wziąłem, chociaż do kieszeni, żelu energetycznego. Pisząc to kręcę głową, jak bardzo przez wysiłek człowiek przestaje racjonalnie myśleć. Przecież nic by mi nie zaszkodziło wziąć to cholerstwo ze sobą. Nawet jeśli nie wchłonęłoby się do mety (a tak by było...) to jaki to by był ogromny bonus psychologiczny! W końcu nie wytrzymuję i zaczynam iść. Chciałem tego uniknąć, ale nie ma szans. Trzykrotnie mówię sobie "liczę do 10 i hop", za czwartym razem się udaje. Podnoszę głowę - POPAS! Jeja jak dobrze... Patrzę na kartkę przed... tylko woda. Świetnie, będę musiał jechać na mineralnej... Wypijam dwa kubki, a w międzyczasie czuję, że zjedzona pomarańcza chyba pomału zaczyna uwalniać tak mi teraz potrzebne kalorie. Jest dobrze, za chwilę skręt w Krakowską i już prosto do mety!

Niesie mnie coraz większa radość, wspomagana przez kibiców, przy których aż ciarki przechodzą po plecach. Już wiem, że co by się nie działo - najgorsze za mną. Raz czy dwa razy zatrzymuję się na przykucnięcie. Muszę jakoś sobie ulżyć i to się sprawdza. Przy drugim razie mija mnie inny zawodnik i woła, żebym wstawał i biegł dalej. No to ma za swoje - tak mnie podbudował, że wstałem i wyprzedziłem go w 20 sekund :).

Za chwilę patrzę - popas. A to ci niespodzianka, nie spodziewałem się, że jeszcze jakiś będzie! I mają izotonik! Piję ile się da, chyba dwa i trochę wody. Czuję się jak Papay po zjedzeniu szpinaku, chociaż wiem, że to placebo, ta energia pomoże mi już tylko w regeneracji. Pomału, pokonuję pozostałe mi już metry. 40 kilometr i za chwilę 41. Wyobraźnia uruchamia wyrzuty adrenaliny, bo już widzę moment wbiegania na metę. Jestem diabelnie szczęśliwy, już nawet nie patrzę na stoper. Jakieś 500 metrów przed metą bardzo głośny doping niesie mnie do przodu! Nagle słyszę swoją ksywkę. Na środek trasy wybiegają moje koleżanki - wolontariuszki. Przybijamy piątki. Szczęśliwy, że je spotkałem dostaję gigantycznego kopa energii.

Jeszcze tylko pętla przed Areną i meta. W tym roku wiem co mnie czeka, więc przyspieszam, chcąc pokazać temu fragmentowi trasy, który rok temu mnie załamał (300 metrów przed metą!). Gnam przed siebie jak szalony, wyprzedzam kolejne osoby. Nic mnie już nie zatrzyma! Bębny, huk, krzyki, muzyka! ARENA!

Mam w oczach łzy, unoszę ręce do góry i jak szalony biegnę do mety. Gdzieś, jakby z oddali, dociera do mnie wrzask mojej siostry (a później się okazało, że całej rodziny) "MAAAATIIIIIIII". Kątem oka ich zauważam i posyłam szybkie spojrzenie. W końcu przekraczam tę magiczną linię.

Wolontariuszka zakłada mi na szyję medal, gratuluje mi, mnie się nawet udaje podziękować. Łzy lecą mi do oczu jak oszalałe. Szaleję ze szczęścia.

Udało się.

Meta.

PS Tacie się również udało. 4:35:42, czyli tak jak sobie w zasadzie zakładał, chociaż mówi, że został mu jeszcze zapas sił.

sobota, 12 kwietnia 2014

Na dzień przed 2: Nie warto planować

Zacznę może od tego, że dzisiejszy wpis miałem już od tygodnia ułożony w głowie. Wystarczało dotrwać do dziś, spisać to, co zaplanowałem i skupić się na jutrzejszym starcie w drugim moim maratonie. No cóż, zostawię tamten wpis gdzieś w głowie i wrzucę go może kiedyś, przy innej okazji.

Dlaczego? Bo dzisiaj jest dzień, który pokazuje, że nie warto planować niczego. I od razu ostrzegam - nie uważam tego za negatywne zjawisko! Po prostu czasem życie gra inne tony niż te, które chcielibyśmy usłyszeć i zbyt wielkiego wpływu na te niespodzianki zwyczajnie nie mamy. Najgorsze co można zrobić to frustrować się, że z planów wyszła jedna wielka, dorodna figa...

Siedzę sobie przed komputerem w ciepłym dresiku i bluzie, chociaż na dworze wiosna zachęca do długiego spaceru. Niestety zamiast spacerować spokojnie po okolicy dzisiejszy dzień spędzam w domu, bo najzwyczajniej rozchorowało mi się gardło. Gdzieś tak koło wtorku zaczęło mnie drapać, ale oczywiście niewiele sobie z tego zrobiłem. Tymczasem jakieś dziadostwo wygodnie mościło sobie miejscóweczkę w moim gardle. 

Nie żeby mnie jakoś rozłożyło totalnie, ani żeby bolało tak, że śliny nie daję rady przełknąć. Co to to nie - taka drobna infekcja, których w życiu setki. Problem w tym, że na maratonie wypadałoby być całkowicie zdrowym. Po co dokładać organizmowi dodatkowy wysiłek? Dlatego właśnie kuruję się w domu i mam wielką nadzieję, że jutro będzie wszystko w porządku. 

No i właśnie. Co mi po tym całym planowaniu ostatnim? Co mi po misternym układaniu terminów i intensywności ostatnich treningów? Co mi po poprawieniu diety, szczególnie przez ostatnie 10 dni? Co mi po zastanawianiu się nad tym jak się ubiorę? Zaplanowana taktyka w obecnej sytuacji też stanowi ogromny znak zapytania. Jeśli mi się poszczęści to przelecę jutro te 42,195 tak jak to sobie wymyśliłem, ale może się okazać, że gardziołko jednak nie pozwoli mi dać z siebie stu procent. Nawet pewnie nie dowiem się na czym stoję przed startem, bo przecież problem może wypłynąć w środku biegu. Nomen omen - choroba wie.

W takim razie - co ja na to? No cóż... nic ;). Jestem kompletnie wyluzowany. Generalnie zamierzam trzymać się wcześniejszych postanowień i cisnąć tak długo jak mi się uda. Może dzięki temu, że dzisiaj się lenię, paradoksalnie uda mi się osiągnąć 3:15? Liczę się z tym, że będę na mecie w granicach ubiegłorocznego wyniku (3:35:18). Powiem więcej - jestem już mentalnie przygotowany na to, że jeśli okaże się to niezbędne to zwolnię tempo na tyle, żeby do mety dotrzeć razem z tatą (między 4:05, a 4:30). 

Co by się nie działo - nie zamierzam czuć się zawiedziony czy rozczarowany. Wiem, ze na treningach dałem z siebie maksimum, nad umysłem pracowałem chyba nawet jeszcze bardziej intensywnie, poprawiłem dietę. Jeśli się okaże, że jutro zda mi się to na nic, to mam doskonałą bazę na kolejny start. Do kosza moich ostatnich sukcesów przecież nie wyrzucam. 

Życie, sukces, szczęście - wszystko to składa się zawsze z drobnych kroczków, detali, które dopiero jako całość stanowią coś pięknego i potężnego. Dlatego właśnie jutrzejszy start traktuję jak kolejny z moich kroczków. Czy będzie duży i efektowny jak 3:15 czy malutki i poniżej możliwości jak 4:30 - nie ma dla mnie znaczenia. Ważne, że mogę biec, startować, bawić i radować się.

Jestem szczęśliwy.

czwartek, 10 kwietnia 2014

I po treningu...

Obaj z tatą zakończyliśmy w dniu dzisiejszym nasze przygotowania do maratonu. Obaj zamknęliśmy ten rozdział ciekawymi klamerkami. Ja zakończyłem długością treningu bliską tej od której zaczynałem mój powrót do treningów - pół godzinki lajtowego biegu. Tata zakończył przygotowania w zasadzie w tym samym miejscu, w którym je rozpoczął - w Jastrzębiej Górze. Trochę to naciągane ideologie, ale jakoś trzeba sobie urozmaicic te godziny, które zostały nam do startu.

Przyznam się szczerze, że w zeszły piątek, kiedy dotarliśmy nad Bałtyk miałem konkretnego stresa. Nie wiem czy to wina artykułu, który przeczytałem (o tym dlaczego maraton nas przerasta) czy ogólnego samopoczucia (dużo pracy i nerwów ostatnimi czasy). Fakt jest faktem - denerwowałem się strasznie. Pierwsze dwie noce śniły mi się paskudne bzdury, nie mogłem przestac myślec o niedzielnym starcie, wgapiałem się w trasę, jakby to miało w czymś pomóc...

Od czego mamy jednak ten urlop - przecież chyba nie od tego, żeby się bardziej stresowac niż w domu? Stąd też z dnia na dzień udawało mi się łapac coraz większy luzik. Miałem jeszcze chwilowego doła we wtorek, bo miałem problem z rozkręceniem się podczas półgodzinnego treningu, ale kiedy policzyłem sobie, że w niedzielę będę miał górkę (zakładając, że kryzys przychodzi co trzeci dzień) uspokoiłem się i oddałem całkowicie urokom przyrody.

Dzisiejszy trening był już w zasadzie formalnością. Niespecjalnie przywiązywaliśmy się do tempa i długości treningu, ważne było, żeby już to po prostu miec za sobą. Ciekawa sprawa - rozgadani zazwyczaj na wspólnych treningach, dzisiaj milczeliśmy jak zaklęci. Każdy skupiony już tylko na jednym celu, wsłuchujący się w swój organizm, planujący jak to będzie wyglądac trzynastego. Odfajkowaliśmy, możemy skupic się już tylko i wyłącznie na starcie.

Już bez nerwów, z dobrą wiarą, ale też pokorą i szacunkiem dla dystansu. Postanowiliśmy, że będziemy biec swoim tempem, olewac innych i pacemakerów, traktowac to jak dłuższy trening. I najważniejsze - traktowac to jako przyjemnośc, a nie przymusową katorgę. Myślę, że to może byc recepta na sukces, pomagająca w gorszej chwili zamaskowac niedoskonałości organizmu.

Prawdę mówiąc już nie mogę się doczekac startu. Najchętniej przespałbym jutro i sobotę i stac już chwilę przed dziewiątą na Alei Unii Lubelskiej i brac ostatnie, uspokajające wdechy i wydechy przed ruszeniem w bój.

Tak się jednak nie da, więc trzeba spędzic ten czas jak najbardziej przyjemnie, nie przemęczając się, zbierając siły fizyczne i mentalne. Dac organizmowi odpocząc po długich miesiącach trudnej i męczącej pracy.

Tort już jest gotowy, z całą pewnością wyszedł bardzo smaczny. Zostało tylko udekorowac go wisienką, z uśmiechem na ustach, chociaż z potem spływającym po plecach. Bo jeśli nie daje ci to szczęścia i satysfakcji i czujesz, że biegniesz na siłę, to lepiej nie startuj. Szkoda życia na nieprzyjemności!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Do zobaczenia w Atlas Arenie

Może będzie jeszcze okazja coś napisać, oprócz przedmaratońskiego wpisu, ale przyszła pora na zakończenie najważniejszej części moich przygotowań do 42,195. W związku z tym, że jutro wyjeżdżam na tydzień nad morze nie będę już trenował w Łodzi. Na ten ostatni tydzień zostały 4 skromne treningi, a potem już tylko ogień!

Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa to - czy w tym roku jest lepiej czy gorzej niż w zeszłym? I lepiej i gorzej, chociaż zdecydowanie przeważa w tym wszystkim lepiej. Przede wszystkim - porównywać ten rok i ubiegły jest zwyczajnie niemożliwe, pod jakimkolwiek względem. Dwa światy.

W zeszłym roku byłem nowicjuszem pod każdym możliwym względem. Pierwszy raz trenowałem bieganie, pierwszy raz startowałem na zawodach, można powiedzieć, że zaliczałem pierwsze dni w pierwszej poważnej (? ;)) pracy. Nie miałem zielonego pojęcia o tym co i jak mam robić, jak powinienem reagować na różne okoliczności, jak zmieniać treningi (przez to w ogóle ich nie zmieniałem), czy mam dawać z siebie maksa czy trenować lekko i realizować plan, a słowo dieta stanowiło czarną magię.

Ten rok był dużo łatwiejszy dzięki temu, że miałem coś czego nawet najlepszy trening sam w sobie nie zagwarantuje - doświadczenie. Nie wystarczy biegać i zaliczać poprawę na poziomie fizjologicznym, aby być lepszym trzeba także, a może nawet - przede wszystkim, rozwijać się mentalnie. To głowa rządzi tym wszystkim i to ona musi być w najwyższej formie. Jeśli tak jest to jesteśmy w stanie zatuszować nasze niedoskonałości.

Mimo osiągnięcia sukcesu jakim było przebiegnięcie maratonu w roku ubiegłym wcale nie zacząłem mieć z górki. Wręcz przeciwnie. Zacznijmy od tego, że przez pięć miesięcy nie biegałem w ogóle, ponieważ sądziłem, że nie jestem w stanie pogodzić treningów z pracą. Trudno powiedzieć czy na szczęście czy niestety - dojeżdżałem do roboty rowerem. Na szczęście - bo utrzymywałem organizm w ruchu i na pewno bardzo mocno ograniczyłem spadek wydolności. Niestety - bo nie miałem siły na żadną inną aktywność. Ostatecznie podjąłem decyzję, że przesiadam się do autobusu i stawiam na bieganie.

Obawiałem się, że będę cierpiał na każdym treningu tak jak cierpiałem w marcu i kwietniu 2013, kiedy zaczynałem pracę. Ciągle czułem się zamulony i przemęczony. Mięśnie chyba nie były gotowe na połączenie obu wysiłków. Jednak we wrześniu, kiedy zdecydowałem się zacisnąć zęby i biegać mimo wszystko, okazało się, że nie jest tak źle! Organizm najwyraźniej przyzwyczaił się do dwunastogodzinnych "treningów" stania.

Zaczynałem leciutko - po pół godzinki, 40 minut. Szybko okazało się, że powrót do formy nie będzie tak problematyczny jak mi się wydawało i wskoczyłem na godzinki. Tak sobie pomału rozkręcałem organizm, wiedząc, że na początku listopada startuję z programem maratońskim. Do planu przystąpiłem przygotowany jak należy, nawet nieco obawiałem się, że obciążenia okażą się dla mnie zbyt małe (optymista). Kłopot czaił się gdzie indziej. Szybko okazało się, że jednoczesna praca, studia i treningi są bardzo trudne do pogodzenia. Trzeba było zacząć szukać kompromisów i modyfikować plan. 

Jakie to było trudne i frustrujące! Jestem osobą, która podchodzi do zadań na zasadzie - albo sto procent albo nic. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak mógłbym nie zrealizować całości planu. Przekładałem treningi, kombinowałem, ale w końcu musiałem się poddać i zacząć opuszczać mniej istotne jednostki. Dzisiaj śmieję się z tego paradoksu, bo okazało się to drogą do sukcesu.

Forma, mimo okrajania planu, o dziwo rosła. W tak zwanym międzyczasie zrezygnowałem ze studiów, więc czasu i sił znalazło się więcej. Pogoda tej zimy okazała się niewiarygodnie łaskawa (w zeszłym roku to był na bank jeden z powodów dla których byłem tak przemęczony). W zasadzie idylla trwała. Nie zliczę momentów, kiedy czułem, że jestem w formie i bałem się, że nie "dowiozę" jej do maratonu. "A jeśli to już? Może teraz będzie już tylko gorzej? Żeby nie było, że teraz jest super, a w kwietniu będzie kicha...". Bałem się, chociaż było niemal idealnie.

Po drodze pojawił się kolejny, hm, kłopot. Czasu było mało, więc często dni treningu "zgrywały się" z dniami ogólnie pojętych spotkań towarzyskich. Oczywiście z nieskromnym udziałem alkoholu. Chociaż już wtedy wiedziałem, że to nienajlepszy pomysł, piłem w dni, w które miałem treningi. Starałem się trenować od rana, żeby wieczorem być już w miarę zregenerowanym, ale tak się nie da. No i drugi aspekt - kace. Bieganie na kacu czasami jest nawet fajne, ale mając porównanie formy "z" i "bez" wybieram to drugie. 

Traf chciał, że w tym samym czasie dostałem od mamy książkę na temat żywienia w sporcie (Żywienie w sporcie Anity Bean). Zacząłem zagłębiać się w węglowodany, tłuszcze, białka, płyny czy witaminy i testować na żywym organizmie. Efekt okazał się piorunujący. Dodam, że nie zacząłem siedzieć z karteczką i liczyć kalorii i gramów, ale dość mocno zracjonalizowałem swoje żywienie. 5 posiłków dziennie, dużo nawadniania, dużo węglowodanów itp. No i uzupełnianie węgli i płynów podczas długich treningów.

Regeneracja przyspieszyła kosmicznie, dzięki temu na kolejnych treningach mogłem dawać z siebie więcej i więcej. A skoro wziąłem się za dietę, to wziąłem się za alkohol. Po kolejnym przegiętym wieczorze trzeba było się na coś zdecydować. No i skończyło się picie po treningach, a od tamtej pory nie łykam więcej niż dwa piwka w "wolne" dni. Kolejny milowy krok, chociaż tutaj akurat efekt był dla mnie dobrze znany, tylko ta siła woli jakoś nie pozwalała... 

W ten sposób udało mi się dotrzeć w zasadzie do dzisiaj. Cały czas czując, że forma jest i ciągle się poprawia. Ostatnio miałem jeszcze troszkę nerwów w związku z koniecznością odpuszczenia najdłuższego rozbiegania, ale dzisiaj już wiem, że były to nerwy kompletnie niepotrzebne. Taki charakter, co poradzić ;).

Na 10 dni przed startem czuję się znakomicie. W tym roku wziąłem urlop, więc nie będę startował w zasadzie tuż po pracy (rok temu miałem wolne raptem od piątku, od 17). Pogoda rozpieszcza, kupiłem sobie ułatwiające życie ciuszki (coolmax rządzi!), nawet udało mi się polubić buty, których baaardzo długo nie mogłem oswoić. 

To był kolejny ciężki i pełen pracy i wyrzeczeń rok. Nic nie przychodzi za darmo i ja swoją cenę też musiałem zapłacić. Czy było warto - ostatecznie okaże się 13. Chociaż odnosząc się do słów mojego taty - swój torcik już zjadłem, czuję się najedzony i usatysfakcjonowany. Została mi tylko wisienka, więc przeżyję jeśli będzie gorzka i niesmaczna. 

I jeszcze jedno. Przeszedłem przez ten rok tyle życiowych zawirowań, że musiałbym kolejny tak długi post napisać, żeby to wszystko opisać. Jest tylko jedne wspólny mianownik tego czasu - bieganie. Odwołując się teraz do Krzyśka "Poresa" Borkusza - "miej pasję, ona enklawą". Nie wiem czy podołałbym udźwignąć to wszystko gdyby nie ten mój filar. Uwiercie mi - jeśli robicie coś co kochacie, to nieważne jest wszystko inne dookoła. Ja biegam i mam w sumie w nosie gdzie pracuję, gdzie mieszkam i jaka jest pogoda. Mogę biegać? To jestem szczęśliwy. Życzę wszystkim tego samego.

I do zobaczenia w Atlas Arenie!