sobota, 29 grudnia 2012

Jak się nie przewrócisz...

...to się nie nauczysz. Jednak zanim do tego dojdziemy, to pare słów o tak zwanym "tajmingu".

Otóż siedzisz człecze sobie cały tydzień w domu. Mniej lub bardziej masz co do roboty - wiadomo, święta, te sprawy. Jednak czujesz, że brakuje Ci czegoś. Sportu. Dałbyś wiele za jakąkolwiek dostępną do obejrzenia relacyjkę w tv. Chociaż pół meczyku, albo finisz zawodów. Niestety - ten świat rządzi się innymi prawami. Chcesz sportu - czekaj cierpliwie aż weekend nastąpi.

Chyba, że w weekend masz kurs i generalnie to właśnie się naoglądałeś. Tour de Ski nie ma kiedy wystartować, tylko akurat w sobotę, kiedy jesteś na zajęciach. Cóż począć.

Tymczasem nagły zwrot sytuacji sprawia, że zajęć nie masz. Nieświadomy tego jaka szansa przed Tobą się jawi, decydujesz się na pójście z Love na zakupy. Marna to decyzja, ale czego się nie zrobi z miłości. Szczególnie kiedy nie pamiętasz, że chwilkę po 13 zawody.

Wszystko kupione, można jechać do domu. Wsiadasz w tramwaj. O dziwo przyjechał punktualnie i po chwili. Śmiga w stronę Twojego domku. Nagle uświadamiasz sobie, patrząc na zegarek - ZAWODY. JUSTYNA. Co ja robię tu, a nie przed telewizorem? Ogarnia Cię uczucie gigantycznej porażki. KappAhl zamiast Tour de Ski? Głupcze...

Zrezygnowany przesiadasz się w autobus. Nie zauważasz, że podjechał podejrzanie od razu, co nie zdarza mu się często. Człapiesz do domu. Gdy już dotrzesz, zdejmujesz leniwie buty. Bez nadziei włączasz TV.

Szok.

JESZCZE NIE BIEGŁA. Wszystko staje się nieważne. Siadasz przed ekranem, pełen uczucia spełnienia. Mając chwilkę czasu, przynosisz Love laptopa (żeby się nie nudziła i nie marudziła). Akurat wystartowała. Biegną "każda sobie", więc generalnie masz szansę zobaczyć tylko start, połowę i metę. Jak na imprezie.

Start widziałeś. Szczęście. Połowę - na tyle na ile pozwolił realizator. Jednak cóż z tego, skoro najważniejszy jest finisz!

I tu następuje Twoja klęska. Love prosi, żebyś jej myszkę do laptopa przyniósł. Otępiały euforią idziesz. Gdy wracasz, widzisz jedynie uśmiechniętą Justynę, już za metą.

Ale jak to? To już? Przegapiłem największą szansę dzisiejszego dnia? Tak grzmocie, przegapiłeś, teraz płacz i zgrzytaj zębami...

<płacze i zgrzyta zębami>

KONIEC.

I na koniec, w zasadzie na dodatek do tej miernej anegdotki. Bieganie spoczko. 20 minutek rozgrzewki, sprinty, potem 20 minutek. Lajcik. Taki był. Niewiele do wspominania, poza tym, że sprinty już "wchodzą" coraz fajniej. Nawet jak jest ich 9 ;).

Jednak nie byłoby tak fajnie w życiu, jakbyśmy mieli treningi bez historii. Do historii przeszły już moje biegi w mrozie, śniegu, na lodzie i gołoledzi. Generalnie totalny turbomelanż. Dziw bierze, że obyło się bez atrakcji glebotwórczych. Nie no byłoby za prosto wywalić się na totalnej szklance ogarniającej 90% terenu. Trzeba było to zrobić w takim miejscu gdzie lód występuje incydentalnie, za to w formie zabójczej niczym broń w Zabójczej Broni. Wystarczyła mała koleinka, lekko wklęśnięty asfalt. Właśnie tam zebrała się ta śliczna woda i ślicznie zamarzła na kość. Płaska jak, kurczę, tafla na, kurczę, lodowisku.

Wywinąłem orła. Pierwszy raz. Do tej pory potykałem się na krzywym bruku, ślizgałem na śliskiej śliskości, łapałem zadyszki i miałem kaca. Jednak, żeby się wywalić potrzebowałem kawałka lodu o powierzchni 30 cm2. To się nazywa talent.

Na szczęście skończyło się chyba na zdartym kolanie, bez większych perypetii. Dobrze, że byłem rozgrzany i asfalt był całkiem miękki ;).

Lekcja na dziś: bądź czujny zawsze, wróg nie śpi nigdy.

środa, 26 grudnia 2012

Mont Blanc

Dzisiejsze bieganie, ze względu na swoją specyfikę, bardzo mocno nakierowało mnie na rozważania dotyczące czekającego mnie maratonu. Miałem dzisiaj rekordowo (jak do tej pory oczywiście) długie rozbieganie - 80 minut. Było nie było, kawał czasu i kawał potencjalnego kilometrażu. Co za tym idzie - coraz bardziej w tle zaczyna być widoczny kontur góry '14 kwietnia'. Największego biegowego szczytu jaki póki co zamierzam osiągnąć.

Jednak, żeby tego dokonać trzeba najpierw dłuuuugiej drogi. Drogi usłanej zupełnie mniejszymi, ale jednak liczniejszymi szczytami. Bardzo motywująca forma myślenia o treningu. Za każdym razem, kiedy wiążę buty i wychodzę pobiegać zdobywam kolejny, mniejszy lub większy szczyt. Pomału, pomału wspinam się coraz wyżej. Prawda jest taka, że bez tych mniejszych szczytów, na największy nigdy bym nie dał rady się wdrapać.

Toteż postanowiłem każdy trening traktować jako mój sukcesik. Zresztą, często łapę się na tym, że kiedy dobiegam do "mety", czuję ogromną radość i satysfakcję. Czuję się jak zwycięzca, mimo, że z nikim się nie ścigałem, a sam też tego nie traktuję jakoś wybitnie ambicjonalnie. Jednak ta radość bardzo umiejętnie nakręca mnie do dalszego trenowania i stawiania kroków na coraz większych szczytach.

Dzisiaj wdrapałem się na 80 minutowiec. Jestem z siebie mega dumny i dziś pójdę spać ze świadomością bycia zwycięzcą. W końcu zdobyłem własny Mont Blanc!

Nawiązując jeszcze do bardziej przyziemnych kwestii. Mam nowe buty - wreszcie takie przeznaczone do biegania. Nie jakieś cudeńka wypasione, ale zwyklaczki, jednak dedykowane dla biegających. Jak wrażenia? Miodzio :). Fajnie, mięciutko, komfortowo. Czuć co prawda brak "wyrobienia się" buta i przyzwyczajenia nogi, ale tego się spodziewałem. Tak czy siak jest bardzo przyjemnie i jestem tym bardziej zmotywowany do dalszych treningów :).

Gdybym jeszcze nie zjadł tyle przez te ostatnie 3 dni, cholera jasna, to bym chyba mógł powiedzieć, że to jeden z najlepszych biegowych dni do tej pory. Jednak moje dzisiejsze samopoczucie mógłbym określić bawiąc się nieco słowem - "nie ma lekko"...

W związku z powyższym idę relaksować się po dzisiejszym sukcesie, a jednocześnie cieszyć się, znów to ja będę decydował o swojej diecie, a nie ten demon, który uaktywnia się we mnie na święta i mówi tylko "a tamto już próbowałeś? Musi być bardzo smakowite!"...

niedziela, 23 grudnia 2012

(re)Strukturyzacja

Kolejny z serii błyskotliwych tytułów, gatunek "nie wiem o co chodzi ale fajnie brzmi to wrzucę".

Zacznijmy od końca. Niesamowitym jest fakt, iż dzisiejsze bieganie odbyło się o takiej porze, że śnieg jeszcze nie zaczął sypać. Ciężko mi wyjaśnić przyczyny tego nieopisanego i szokującego zjawiska. Do tej pory śnieg czy deszcz padały godzinę w ciągu dnia. Tak, akurat TĘ godzinę. Chyba dostałem prezent na Święta od pogody.

Dzisiaj miały być ciężkiewały (w końcu coś co się rymuje!) i były. Znaczy się trzeba wyjaśnić kilka kwestii, w tym, między innymi, zasadność dzisiejszego tytułu. Otóż trening interwałowy ciężki jest i basta. Intensywność i długość wysiłku z jaką jeszcze do tej pory się nie spotkałem w moim planie treningowym. Zadyszka (spora) była. Pot lejący się po skroni był (chociaż duża w tym zasługa ciepłej czapy na pewno). Faza "nie no pierdziele już nie dam rady" była. I to przy drugim powtórzeniu.

Jednak żeby było śmieszniej z czasem robiło się coraz fajniej. Generalnie miałem do wykonania 6 powtórzeń po 3 minuty. Pierwszy był super fajny. Drugi był taki jak już zdążyłem opisać. Trzeci potwierdził, że drugi miał rację. A potem przyszedł czwarty i stwierdził "ależ farmazony gadacie towarzysze" i był bardzo przyjemny, podobnie zresztą jak piąty i szósty.

Generalnie dostrzegam znacznie większą przyjemność po takim treningu, niż po klasycznym rozbieganiu, choćby trwało 150 minut. Dlaczego? Po pierwsze czas szybciej leci. Po drugie - jest po prostu ciekawiej. Po trzecie - można sobie stawiać wyzwania na zasadzie "teraz troszkę gorzej mi poszło, więc przy następnym troszkę podkręcę śrubkę". Oczywiście w ramach rozsądku, gdyż każdy mądry Polak wie, że kiedy biega się za dużo i za mocno, to wychodzi gorzej, niż jak się biega mało i powoli. Po czwarte - mnie trening o dużej intensywności sprawia ogromną radochę. Lubię kiedy mogę przycisnąć tempo nieco mocniej, poczuć, że daję sobie wycisk.

I prawdę mówiąc po dzisiejszym, teoretycznie cięższym, treningu czuję się lepiej niż po wczorajszym lajciku. Zresztą w trakcie samego treningu też czułem się znacznie lepiej. Nie chcę sobie zabierać niespodzianki podglądając w planie co mnie czeka, ale mam nadzieję, że dużo w tym interwałów ;).

Czego na pewno nie może powiedzieć po ostatnich wydarzeniach niejaka Marit Bjoergen. Współczuję jej z całego serca i żałuję, że taka epicka rywalizacja w kolejnym TdS przechodzi nam koło nosa, ale... ale, podobnie jak zaobserwowałem u komentujących tę sytuację mam pewne ziarenko wątpliwości. Czy problemy z sercem wynikają z tego, że po prostu wynikają, czy z innych "zewnętrznych" czynników. Nie zamierzam się bawić w oskarżyciela czy tropiciela teorii spiskowych, ale po historiach związanych z plagą astmy wśród norweskich sportowców, jakoś zawsze bliżej mi do grupy tych bardziej nieprzekonanych.

Chociaż, prawdę powiedziawszy, serdecznie sobie życzę, żebym się mylił.

sobota, 22 grudnia 2012

Bieganie feat. Mrozu

Ten jakże błyskotliwy i dowcipny tytuł wpadł mi do głowy jeszcze rano, kiedy myślałem, że jest zimniej niż jest w rzeczywistości. To znaczy jest zimno i to dość konkretnie, ale mówimy o zimnie w kontekście biegania, a nie zwiedzania skansenów dajmy na to.

Tutaj miejsce na małą dygresję. Serdecznie polecam odwiedzenie Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Faja sprawa, dużo ciekawsza niż mi się wydawało po wcześniejszych wizytach. Tylko, na Boga, niech nikomu, nigdy, przenigdy, nie wpadnie do głowy oglądanie wszystkich wystaw i skansenu w jeden dzień. Podobno byliśmy pierwszą grupą w historii, która temu podołała. Oczywiście mówię o zwiedzaniu z przewodnikiem, bo tak przelecieć po wystawach raz dwa to każdy głupi potrafi ;).

W związku z tym już na etapie "wracam do domu, jem obiad i leżę... a nie, kurczę, jeszcze biegam dzisiaj" byłem ledwo ciepły. Jak już zdążyłem dać się poznać, nie ma dla mnie takiej sytuacji, która sprawiłaby, żebym nie zrobił tego co sobie zaplanowałem. Toteż wkasałem ciuchy, obuwie, a także ścieżkę dźwiękową i ruszyłem w tango.

Miejsce na małą dygresję 2. Zimno przeca jest. Zmarzniesz. Ubierz się ciepło. Strach uwierzyć, ale to nie słowa mojej mamy tylko moje własne myśli. Jak głupi ubrałem, oprócz standardowego zestawu - koszulka + kurtka także bluzę. Na początku fajnie. Cieplutko, nic nie czuć, że na dworzu powietrze trzeszczy, a grunt pęka z radości przy każdym kroku.

Niestety wymiany termalnej organizmu się nie oszuka. Jak człek bieży, to człek grzeje (miał być rym, ale jedyne co mi przyszło do głowy to "śnieży" tudzież "nieżyw", więc sobie odpuściłem). No i po jakiś 10 minutach zaczęło mi się robić ciepluchno. Po 20 zacząłem się gotować, po 40 doszedłem do wrzenia. Taka to wesoło biegnąca, parząca się herbatka, pokonała dziś leniwie 50 minut biegu. Bez forsowania się, bo jutro czekają mnie interwały i czuję, że to będą ciężkiewały. Szczególnie jak się okaże, że Muzeum Miasta Łodzi też da się zwiedzać dłużej niż 2 godziny.

Siedziałem 5 dni nie mając totalnie nic do roboty. Przyszedł weekend, zajęcia. Nie wiem w co ręce włożyć. Eso es que me encanta.

czwartek, 20 grudnia 2012

Post nr X

Nie mam pomysłu na tytuł, piszę w sumie też bardziej z poczucia obowiązku. Niestety, ciężko się pisze, kiedy wraca się z biegania, jak wczoraj i słyszy wiadomość, która ścina z nóg. Dzisiaj tylko o bieganiu plus krótki komentarz do losowania LM.

Wczoraj - 60 min rozbiegania. Pykło raz dwa, muzyczka fajnie grała, nerwy, które mną telepały przyjemnie schodziły z każdą minutą biegu. Jestem z siebie coraz bardziej zadowolony, ponieważ mimo tego, iż biegnę, oddycham niewiele szybciej niż normalnie, jedynie nieco głębiej. Oczywiście przy spokojniejszym treningu, jak wczorajszy. Przypominając sobie megazadyszki w lipcu, po 20 minutach truchtu - jest różnica. Konsekwencja robi swoje.

Dzisiaj nieco intensywniejszy trening, chociaż prawdę mówiąc lepsze byłoby określenie "bardziej zróżnicowany". Podobają mi się zabawy biegowe, bo czas jakoś tak szybciej leci, jak się podzieli go na mniejsze odcinki, nawet jeśli jest ich aż 24. Nie narzekam, bo nie czuję dużego zmęczenia w nogach, ale najlepsze jeszcze przede mną w tym tygodniu (konkretnie w niedzielę). Chociaz póki co, jak na 4-treningowy tydzień, jest bardzo ok.

Dodam jeszcze, że rozciąganie daje coraz lepsze efekty! Pomijam już to, że czuję iż pomaga mi uzupełnić trening, to jeszcze poprawia nastawienie psychiczne. Jakże miło jest dotnąć końcówkami palców podłogi nie siedząc (pierwszy raz w życiu ;)). Znowu powraca kwestia konsekwencji.

Jak już o owej mówimy (konsekwencji, nie kwestii) to dłubę coraz bardziej w LotR. Ilość słówek z angielskiego jakich nie znałem przeraża mnie i uświadamia moje lenistwo w latach poprzednich. Z drugiej strony nauka (bo oprócz czytania w orginale uczę się wszystkiego co dla mnie nowe) przychodzi mi w trymiga. Fajna zabawa, chociaż nieco przeraża mnie to, że spędze nad tym jeszcze pewnie ze 3 miesiące. Warto.

Na koniec miało być o Lidze Mistrzów to będzie. Przyjmuję założenie, że losowanie nie zostało ustawione. Bardzo ciekawie przedstawia się ułożenie par. Choćbym bardzo się starał, chyba nie widzę takiego zestawu, w którym byłby mocarz z jakimś słabiakiem. Nie żeby mnie to przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Fajnie, że w ćwierćfinale będzie szansa zobaczyć nieco inne drużyny. Tak czy siak biegun "kozacki" (Milan z FCB, Real z ManU, czy Bayern z Arsenalem), jakoś tak wyraźniej niż w innych latach odstaje od bieguna "przeciętniaków" (Schalke z Galata czy Malaga z Porto, określenie "przeciętniaki" traktuję z bardzo dużym dystansem, bardziej opierając się na marce drużyny niż jej faktycznym potencjale). Trzymam kciuki za jakąś miłą niespodziankę w postaci "kopciuszka" w półfinale! I byle jakoś dotrwać do tego lutego...

środa, 19 grudnia 2012

Podsumowując... cz. 1

Ten dzień musiał w końcu nadejść. I nadszedł. Bajas będzie podsumowywał rundę jesienną Ekstraklasy! W części pierwszej - wnioski ogólne dotyczące całej ligi. Pozwolę sobie zastrzec prawo do bycia niefachowym, subiektywnym, niemiłym i piszącym od rzeczy.

Jedziemy.

Tak samo zresztą jak pojechały drużyny. Tzn. powyjechały. Już nie można sobie powiedzieć z czystym sumieniem "nie ma miejsca jak dom". Skończyło się wesołe rumakowanie "jak gramy u siebie, to połowa stresu mniej, i tak wygramy, albo chociaż remisik". Nie, nie, nie. Dzisiaj to na wyjazdy jeździ się ze spokojną głową. I dobrze, w końcu tak jak mnie uczyli na studiach - turystyka ma sprawiać przyjemność i relaksować. Co się mają biedni piłkarze stresować, już i tak im grozi widmo wydłużenia sezonu.

No dobrze, ale z czego się to bierze? Na moje to kwestie okołostadionowe. To znaczy, po pierwsze - coraz więcej drużyn gra na nowych, albo budujących się stadionach. Na nowych - ludzi więcej, atmosfera inna, twardy polski piłkarz robi ze stresu na drutach, a jak wiadomo, robienie na drutach nie sprzyja graniu w piłkę. Na budujących się - ludzi mało, dopingu jak na lekarstwo, jeszcze się na człowieka mroczne szare mury patrzą. Brrr.

Po drugie - protestami polska stoi. Nie ma już tego złego, przebrzydłego, hultajskiego dopingu i opraw, bo się wszyscy poobrażali, albo ich pozamykali (w domach w sensie). Co by nie mówić, jak się wychodzi na wyjeździe na stadion, gdzie 10 000 wygłodniałych psycholi drze się jak stare prześcieradła, to nogi miękną. A teraz? Luzik, gitarka gra, nikt na nas nie krzyczy, nikt nie przeklina, nikt niczym nie rzuca nawet (bo wszyscy w domach siedzą) - sielana.

Pewnie duży wpływ ma też to, że po prostu większość drużyn woli grać z kontry - a jak wiadomo gospodarze częściej nastawiają się na atak aniżeli obronę. Jak pokazuje historia militarów jednak łatwiej skontratakować atak, niż skontratakować obronę...

Co do postaw poszególnych drużyn może nie będę się jakoś szczegółowo rozpisywał na temat każdej, ale pozwolę sobie przytoczyć kilka moich bardziej znaczących obserwacji.

Zacznijmy od dołu. Chociaż raczej od dna. GKS i Podbeskidzie ewidentnie mają ochotę żeby Eks stała się ich eks i dają temu wyraz od samego początku. O ile w przypadku GKS to było do przewidzenia i chyba nie ma co męczyć tej biednej drużyny dalej, o tyle Podbeskidzie mnie zaskoczyło in minus. Składu tragicznego nie mają, specjalnie źle też nie grają wcale. Tylko co z tego skoro punktów nie zdobywają? Oglądając ich spotkania, zawsze byłem pod wrażeniem tego jak można ładnie przegrać wygrany lub zremisowany mecz. Prawdę mówiąc dla mnie to optymalny zestaw spadających w tym roku drużyn, więc obecna sytuacja napawa mnie sporą dozą zadowolenia.

Dolna połówka tabeli generalnie specjalnie mnie nie dziwi, poza wyjątkiem w postaci Wisły. Po Ruchu nie spodziewałem się cudów, bo, nie oszukujmy się, Fornalik, a Fornalik to jednak nie to samo. Waldek to Waldek i to on załatwił w zeszłym roku wicemistrza z raczej dość przeciętną drużyną. Korona - ni to pies ni wydra, czasem przegra czasem wygra, typowa drużyna środka, taka sama zresztą jak Jaga, Zagłębie i Widzew (póki co, ale do tego wrócimy w cz. 2 ;)). Każda z nich ma w ekipie paru fajnych piłkarzy, więc ma kto dać te punkty na utrzymanie, ale na cuda nie ma co liczyć, bo jednak gra się w 11 a nie w, dajmy na to, 5. Bez wzmocnień, albo gry 5 sezon tą samą 11 i jazda na zgraniu ciężko liczyć na cośkolwiek więcej.

Za to Wisła... chciałoby się rzec nareszcie! Beznadziejnie piłkarsko zarządzany klub w końcu wylądował tam gdzie jego miejsce! Nie żebym im źle życzył, ale gdyby zebrać wszystkich piłkarzy i trenerów, którzy się tu przewinęli, zebrać "the best of" i zostawić do zgrania się na dłużej niż chociaż rok, to mielibyśmy topową drużynę na lata. Niestety kolejne, doroczne wymiany połowy składu i trenerów musiały zaowocować tym co teraz. Dokładając do tego brak dobrej młodzieży (chyba jedyny taki klub w lidze teraz?) mamy efekt. No Panie Cupiał, pieniążki się już nie zwrócą, pytanie co zrobić, żeby ich jeszcze więcej nie stracić?

Do środka dołączają Piast i Pogoń, obie póki co pewnie w dużej części jadą na "beniaminkowym", ale trzeba przyznać, że mimo wszystko zagrać potrafią. Gdyby ten poziom utrzymać jeszcze troszkę i w przyszłym sezonie przycisnąć, to mogą się jedni z nich nawet i do "5" załapać. Tylko czy starczy sił, pomysłu i Ediego?

No i czołówa. Na czele czołówy czołowa drużyna, co mnie nie dziwi. Piłkarsko najlepiej zarządzana drużyna w Polsce, nie da się ukryć. Mają problemy z kasą? Idąc tą drogą, nie wyprzedając się jak w zeszłym roku Legia ma poważne szanse na awans do LM. To chyba pierwsza taka drużyna od 10 lat, o której można powiedzieć, że ma poważne szanse. Tylko żeby awansować, to jeszcze trzeba naszą ligę wygrać... ;).

Dalej - Lech. Też fajnie prowadzony, z ciekawą młodzieżą. Pytanie tylko skąd te wahania formy? Brak doświadczenia, zgrania? Nie wiem. Tak samo jak nie wiem o co chodzi ze Ślusarskim. Tak czy siak - miejsce w pełni zasłużone, jak się ustabilizują to mogą wyciąć Legii ładny numer.

A dalej? Jaja jak berety. Że Górnik ma potencjał to już było widać w zeszłym roku. Że spokojna praca trenera przynosi efekty też widać gołym okiem (a go w Wiśle zwolnili swego czasu po 5 miesiącach, to teraz mają hłe hłe). Ale że Polonia? Że Stokowiec? No i niech mi ktoś powie, że najlepsze rzeczy nie rodzą się z przypadku. Przyjemnie się na nich (jednych i drugich) patrzy, oby tak dalej, szczególnie Górnik! Tylko pytanie - jak to będzie bez Milika? I co będzie jak w jego ślady póją Nakoulmy, Wszołki i inne Teodorczyki? Oby nie szły, bo troszku szkoda by było stracić z naszego poletka takie fajne perełki.

I na koniec homo niewiadomo. Śląsk i Lechia, czyli mamy stadion, fajnych piłkarzy, Śląsk nawet mistrza ma (jeszcze) i niby jesteśmy w tej czołówce ale jednak nie jesteśmy. Chyba potrzeba u jednych i drugich trochę stabilizacji. W Śląsku finansowej, a w Lechii sportowej. Zostawić "Bobo" na dłużej, a może się pojawić "efekt Nawałki", a za nim inne efekty, łącznie z finansowym. To w Lechii. A co wszechfachowiec ja mogę doradzić Śląskowi? Nie wiem, ale czego nie zrobią i tak będzie zabawnie.

I to by było na tyle. Troszkę w szczegóły jednak wszedłem, piłkarzami się nie zajmowałem, bo może się jeszcze zajmę, a o Widzewie napiszę więcej w części drugiej, jak już dojrzeje i ona we mnie. Może też jeszcze jakąś prognozę pogody na nowy rok wymyślę? Zobaczymy, zobaczymy. Póki co jestem dumny, że się w końcu zebrałem.

Drżyjcie przed tym co może stać się dalej! Bo może się nie stać właśnie nic i to jest najgorsze ;).

wtorek, 18 grudnia 2012

No i co dalej?

O, zleciał sobie weekend. W sumie to nawet już poniedziałek zleciał w momencie kiedy zacząłem to pisać. Leci ten czas, nie ma co. Jak dobrze, że biegam, bo cóż jak biedny bym robił w najbliższym czasie, kiedy większość sportowców (a chyba wszyscy, którzy mnie interesują) wzięło sobie urlop od zawodów i wróci najwcześniej w święta, a najlepiej to prawie na Nowy Rok (poza piłkarzami, ale oni najciężej pracują, to muszą dużo odpoczywać...).

Justyna pokazała, że jej miejsce w szeregu nie jest wcale tam gdzie jej sugerowano, że powinna stać. Ciekawe będzie to TdS, chyba jeszcze ciekawsze niż w zeszłym roku, możemy mieć znów piękny pojedynek tytanów z emocjami wyśrubowanymi aż po ostatnie metry. Oby się nie mylił, bo jeszcze Justyna wygra wszystko jak leci i nici będą z emocji ;).

Skoczkowie, którymi interesuję się głównie z sentymentów też nieźle. Drugiego Małysza to się nie doczekamy raczej, ale myślę, że mamy potencjał na 2 zawodników w 10. w większości zawodów. I ciekawe ile w tym Kruczka, a ile talentu chłopaków, ale to już nie mnie oceniać. Liczy się efekt, a że jest lepszy - to dobrze dla trenejro ;).

No i co w sumie wolny czas powinienem wykorzystać na pisanie podsumowania rundy. I tak zrobię. Tak, w tym roku. No bo muszę się zebrać raz, a dobrze i będzie po robocie. Jeszcze w tym tygodniu to nastąpi, taki prezent na święta zrobię, obiecuję.

Pozwolę sobie jeszcze nawiązać do biegania weekendowego. Po pierwsze - buty nawet wyschły. Tzn. jak je zakładałem to wydawały mi się mokre jakbym je dopiero z kałuży wyjął, ale okazały się suche. Chyba, że mam tak szczelne skarpetki, ale to raczej znak żeby wrzucić je w końcu do prania, a nie powód do radości ;).

I na takich magicznych, wilgotnych siedmiomilowych trzewikach przemknąłem po Łodzi, tak że dotarłem ze Struga do domu szybciej niż siostra korzystając z mpk. Wnoski łatwe do wyciągnięcia ;). Generalnie znów czułem dość mocno sobotnie sprinty, ale już nie było tak źle jak ostatnio. Tzn. podczas biegania. Bo potem w domu, a szczególnie dzisiaj (wczoraj w sumie...) rano było już niezbyt spoko. Do środy się zregeneruje.

Generalnie mimo trudnego treningu dałem radę, chociaż nawet elementy zadyszki się pojawiły, ale nie zamierzałem się oszczędzać. Bardzo mnie nakręca moja dyspozycja i samopoczucie, a bonus w postaci fajnych słuchawek dodają kolorytu mojemu treningowi. Fajnie w końcu nie czekać na kolejny trening jak na skazanie, tylko odczuwać dość spory niedosyt.

14 rozwalam system!

I jeszcze na koniec - fajnie wsiąść na rowerek po dłuższej niż 2 dni przerwie! Może jakąś wycieczkę zmontuję jeszcze w tym tygodniu, jak pogoda w miarę pozwoli.

Czyli pewnie nie pozwoli ;).

sobota, 15 grudnia 2012

Śliski temat

Pogoda jaka jest każdy widzi. Miło, że się mimo wszystko ociepliło, chociaż ja akurat z tych co zimą wolą jak jest zimno, ciepło ma być na wiosnę i latem. Jednak narzekać nie zamierzam. Niestety temperatura powietrza do temperatury gruntu ma się nijak. Gdy jednocześnie pada deszcz...

Szklanka.

Niestety nie szklanka pełna jakiegoś dobrego soczku pomarańczowego, a szklanka pełna jakiś niedobrych właściwości wywalających. O ile pieszy wędrowiec nie powinien mieć trudności z pokonaniem takiego wroga (choć wygląda to często komicznie, sam dzisiaj tańczyłem moonwalka na chodniku), o tyle biegacz nie dość, że ma zwiększone ryzyko upadku, to jeszcze nieprzyjemnej kontuzji. Toteż zostałem dzisiaj zasypany sugestiami aby jednak sobie to bieganie darować.

Ja? Darować?

Więc ubrałem się i wyszedłem. Początki zawsze są trudne. Nie, nie chodzi o to, że na dzień dobry zaliczyłem glebę. Po prostu ciężko jest przyzwyczaić się do biegu w butach pełnych zimnej wody. Niestety moje nieśmiertelne lacze (uwielbiam to określenie!) nie mają funkcji "water resist" i nasiąkły wodą szybciej, niż ja zdążyłem nasiąknąć pozytywną energią z biegu. Przebiłem się przez osiedle bez trudu. Moja dalsza trasa biegowa oznaczała jednak, niestety, szlajanie się po nie do końca odśnieżonych chodnikach. A na ulicach jednak za duży ruch, żeby biec sobie na luziku środkiem jezdni.

Toteż biegłem przysłowiowymi krzaczorami. Trawnikami znaczy się. Kiedy nasiąkły mi już nawet najmniejsze kosteczki, naszła mnie refleksja - gdzie pobiegnę dzisiejsze sprinty pod górkę? Optymizm człowieka z mokrymi skarpasami nakazał mi pobiec w miejsce gdzie biegałem owe sprinty zazwyczaj.

Optymizm przegrał z rzeczywistością i udał się na zasłużony odpoczynek.

Klapa, mokro, ślisko i daleko od domu. Przyszło mi na myśl drugie miejsce. "Nie no tam to na bank bedzie mokro, ślisko i daleko od domu x2" odezwał się rozochocony porażką rywala pesymizm.

Także on dostał tęgie lanie.

Zwycięzcą okazał się realizm, czyli perspektywa 8 sprintów pod górkę. Jak mi poszło? Dziękuję, nie narzekam. Co prawda już przy 7 zaczynało mi brakować sił w nóżkach, ale poza tym całkiem przyjemniacko. I żadnych, dosłownie żadnych ludzi. Raj na ziemi! :)

Toteż przemoczony, ale szczęśliwy dotarłem do domu, wygłodniały popatrzenia jak się męczą inni. Justyna jednak wiedziała, złośnica jedna, że z takim zamiarem zabieram się do oglądania właśnie jej i odpadła zanim zdążyłem się zorientować, że to już półfinały, a jej tak jakby nie ma za bardzo.

Trudno, takie życie. Gratuluje jej bardzo biegu czwartkowego, gdzie pokazała klasę, a i jutro pewnie też da popalić, przynajmniej w klasyku. I gdzie są ci prorocy źli, no gdzie? Się słucha trenera Wierietielnego, jak mówi, że forma będzie to będzie. I jest. I oby jak najdalej, przed TdS, aż do Mistrostw Świata. Bo PŚ pewnie i tak wpadnie w łapki wygłodniałej Norweżki.

Podsumowań jak nie było tak nie ma, ale będą, mówię poważnie. Tylko tyle różnych fajnych rzeczy ostatnio mam do roboty, że jak kończę to już mi brakuje albo czasu, albo sił, albo nie pamiętam o tym, że miałem coś ambitniejszego na bloga napisać.

I z ostatniej chwili! Optymizm wrócił! Teraz mi wmawia, że buty mi wyschną do jutra...

czwartek, 13 grudnia 2012

Wchodzimy na wyższy level

Skończyło się rumakowanie, jak mawiał bohater kultowej kreskówki. Nie ma to tamto i nie ma że boli. Skończyły się urocze treningi poniżej 60 minut. Podstawa jest, teraz trzeba budować coraz lepszą formę.

Wczorajsza misja przebiegnięcia 70 minut miała nie tyle znaczenie fizyczne (bo wiedziałem, że i tak dam radę, to raptem 10 minut więcej niż wcześniej), co psychiczne. Nie lubię długich biegów pod tym względem, że strasznie mnie przytłacza myślenie o nich. "aaaa to tyle jeszcze, to którędy biec, żeby się nie znudzić, tyle czasu na to schodzi, bez sensu jest ten świat, dobrze, że się zaraz kończy".

Tak było też wczoraj, ale w mniejszej skali niż się spodziewałem. Tzn. przed bieganiem, jak zawsze był maruda, ale już w trakcie zleciało całkiem przyjemnie. Spokojnie sobie biegnąc, ciesząc się, że mam ciągle zielone (cuda na kiju!) i słuchając muzyczki z nowych słuchawek jakoś te 70 minut spędziłem. Muszę niestety pomyśleć nad bieganiem gdzieś dalej, bo musiałem znowu krążyć nieco na siłe po tych samych miejscach, a tego nie lubię. Generalnie jednak daję sobie mocne 4 i pracuję nad motywacją przed dalszymi długimi rozbieganiami!

Może mi się uda obejrzeć Justynę za godzinę, ale niestety nie jest to do końca zależne ode mnie. Kiedy kolega jedzie z drugiego końca miasta, żeby napić się piwa akurat dziś, to nie ma ważniejszych rzeczy! Nie no prawdę mówiąc, to przycisnąłbym go, żeby się ustawić na 20, ale już niech ma, jutro ma zajęcia o 10 to musi się jakoś wykaraskać z łóżka rano ;).

Mam zamiar napisać podsumowanie rundy jesiennej Ekstraklasy, ale kiedy to nastąpi - nie wiem. Zbieram się od poniedziałku i coś się zebrać nie mogę. Ale jak już się wezmę to na pewno będzie to najbardziej niefachowe, nudne, nieprofesjonalne, napisane bez polotu i składu podsumowanie w polskim internecie! Jeszcze miałem dodać, że subiektywne, o!

Lękąjcie się więc.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Mrozy, pampuchy i inne niebezpieczeństwa

Bardzo bym chciał, żeby jeszcze była niedziela. Niestety ostatni powrót to siekania w Heroes 3 (nie, nigdy mi się to nie znudzi) spowodował, iż już mamy prawie godzinę poniedziałku. Cóż ja na to poradzę? Zresztą cały weekend zleciał nie wiadomo kiedy, mimo iż nie grałem wcale jakoś dużo ;).

Kurs przewodnicki się rozkręca. Jestem w tym momencie już absolutnie wsiąknięty i zafascynowany. Dobrze prowadzone wykłady na temat historii architektury są dla mnie gratką. Bardzo dobrze prowadzone wykłady na temat historii architektury Łodzi sprawiły, iż poziom gratkowatości osiągnął we mnie stany zenitalne. Już nie mogę się doczekać, kiedy wydziabnę z biblioteki jakąś książkę i zacznę sam wertować, rozszerzać, weryfikować i w ogóle pochłaniać. Mam ochotę wiedzieć wszystko, więc niestety czeka mnie wkrótce ciężki zawód ;).

Tydzień zapowiada się iście towarzysko. Nagle każdy chcę się spotkać i ze mną i ja chcę się spotkać z każdym. Co z tego wyjdzie - nie mam pojęcia, już widzę, że chyba zabraknie mi trochę umiejętności bycia w dwóch miejscach naraz, ale będziemy to weryfikować na bieżąco.

Widzew zremisował z Podbeskidziem. Dobrze, że widziałem tylko ostatnie 5 minut, akurat jak padła druga bramka...

Bieganie bieganie bieganie! Wczoraj było fajnie, nawet bardzo. Tzn "formowo" mogło być lepiej, ale za to jaka atmosfera. Słoneczko pięknie świeciło, mrozik pięknie napitalał, ukradłem siostrze porządne słuchawki, żyć nie umierać! I już jestem baaaardzo blisko dojścia do podłogi, może w tym tygodniu w końcu nastąpi przełom?

Dzisiejsze bieganie natomiast było nacechowane pewną niezbyt przyjemną cechą niedzielnych biegań. Obiadem u babci. Co tydzień mówię sobie "nie nawtykaj się jak ostatnio, bo będziesz jojczył biegając". Co tydzień ponoszę klęskę. Na niewiele zdaje się bieganie 5 godzin po jedzeniu, skoro było go dość sporo, ale przede wszystkim było bardzo ciężkie. Prawdę powiedziawszy przegrywam ze sobą tylko ze względu na osobę babci. Niestety, nie przetłumaczę jej, że zjadłem tylko 2 pampuchy, zamiast 4, bo potem biegam i nie chcę mieć kolki. Zostanę najpewniej oskarżony o nie smakowanie mi lub o jakąś podejrzaną chorobę. Więc wtykam w siebie to wszystko i potem marudzę biegając, taki mój los...

Nie no tak prawdę mówiąc nie było źle, poza pewnym 10 minutowym epizodem. Może nie był to tak fajny bieg jak dotychczasowe, ale nie mam prawa narzekać na swoją dyspozycję. Teraz zaczynają już mi się pomału ponad godzinne rozbiegania, więc wchodzimy na inny level, szczególnie pod względem psychologicznym. Dobrze, że ten tydzień mnie mocno podbudował psychicznie, bo mogłaby niebezpiecznie zajrzeć do mnie faza niechciejstwa, a jej tu zdecydowanie nie chcemy.

Na koniec komentarz publicystyczny :). Taki był płacz, lament, co to będzie, Messi ma kontuzję, nie będzie grał, nie będzie rekordu, wieloryby wyginą i w ogóle. Minęły 4 dni. Jest rekord i tak jak mówiłem z fajnym smaczkiem. Teraz w podręcznikach od historii będzie można przeczytać, iż mimo dramatycznej kontuzji, kiedy świat zatrzymał oddech, gdy Lionel zjeżdżał z boiska melexem, udało mu się wyjść na boisko w niedzielę i strzelić dwie bramki! Jakże to romantyczne i frustrujące fanów w białych koszulkach z żelem na głowie.

Dobrze, że nie przepadam za obydwoma ;).

piątek, 7 grudnia 2012

Dobry prognostyk

Nonono, robi się fajnie. Poziom motywacji osiąga dziś we mnie szczytowe wartości. Pierwszy raz chyba od początku trenowania mam tak, że najchętniej poszedłbym biegać w dzień bez treningu. Najchętniej dwa razy. I długo. I mocno. Czuję się zdecydowanie zbudowany formą i samopoczuciem!

Do tego przeprowadziłem sobie wczoraj wieczorem kącik statystyka. Wykorzystałem dane uzyskane dzięki krokomierzowi i policzyłem sobie, bardzo ogólnie i bez specjalnego przywiązywania uwagi do zaokrągleń i tego typu wariacji. Tak czy siak okazało się, że gdybym sobie tak pobiegł w maratonie jak wczoraj... nono, ładnie. Nie będę się chwalił dokładnymi wynikami, bo to pewnie bardziej wyssane z palca dane, ale jestem zadowolony. Gdyby się udało pobiec w takim tempie... Trzeba pracować jeszcze ciężej na treningach i poza nimi i sukces jest w zasięgu ręki!

I to by było na tyle jeśli chodzi o dzisiaj, musiałem się pochwalić hihihi. Miałem obejrzeć ligowy szlagier. Uznałem jednak, że od oglądania dwóch moich ulubionych klubów o wojskowej przeszłości wolę spacer w zimowej scenerii z moją Love.

Ach, ten zdrowy tryb życia ;).

czwartek, 6 grudnia 2012

Chichot losu

Tytuł nawiązujący do uroczej nazwy serialu na tvp sugeruje, iż będzie równie komicznie. Poniekąd.

Zacznijmy jednak od reminiscencji wczorajszego biegania. Chociaż, prawdę mówiąc, za bardzo nie ma czego wspominać. Ot, godzinne rozbieganie, jedyną atrakcją było śliczne poślizgnięcie się przy nawracaniu, ale co to za atrakcja. Dzięki Bogu obyło się bez kontuzji (treningi judo jakiś ślad zostawiły ;)). Zauważyłem jednak, że od sobotnich sprintów mam jakby "przytkane" nogi. Płuca i serducho, wespół z psychiką dają radę, a nogi nie chcą mnie nieść, nie wiem dlaczego. Może muszę to rozruszać inną aktywnością? Zobaczymy co będzie w weekend, bo dziś już było lepiej.

No właśnie, dziś. Odłożyłem bieganie na wieczór, co ma swoje plusy i minusy. Plusami jest na pewno mała ilość ludzi na chodnikach i aut na ulicach, a także przyjemna, zazwyczaj temperaturka. Minusem jest to, że jednak późnym wieczorem wolę sobie grać/czytać/oglądać/sączyć ;) aniżeli biegać. Chociaż dzisiaj to był akurat fajny pomysł. Miałem okazję zadebiutować na śniegu. Bałem się, że buty nie dadzą rady, ale okazało się, że nie jest źle. Trzeba tylko pamiętać, że to lód jest śliski, a nie sam śnieg i biec dam gdzie są większe kupki tego drugiego. Przyczepność nawet bez zimówek!

Zanim jednak doszło do radosnego wniosku, że się nie wywalam trzeba było się przygotować do biegania. Po 20 zajechałem do domu. Zajrzę sobie do neta, na jedną, JEDNĄ stronę, na minutę. No dobra, dwie, bo to gra browserowa (browserska? chgw ;)). Odpalam stronkę na laptopie siosty. Muli. Jak to u niej, bo do routera daleko. Idę z tym jej klocem do siebie. Nic lepiej. Grrr. Odpalam swojego laptopa. Włącza się sto lat. Grrrrrrr. Wrzucam stronkę. Totalnie nic lepiej. Grrrrrrrrrrrrrr! Wyłączyłem kompa. Trudno, grrr. Zakładam buty. SUPEŁ. GRRRRRRRRR! Uporałem się z nim. Idę. Odpalam mp3. Nie działa. Już nie było grrr. Opadło mi wszystko co opaść mogło.

I poczułem to czego nie lubię. Zawsze kiedy jestem wściekły trafia się coś, co mnie rozbraja, sprawia, że z wkurzenia zostaje wspomnienie, a ja bezradnie śmieję się z siebie. Biegnie mi się idealnie. Temperatura - super. Ludzi - brak, sami biegacze. Forma jest. Mimo braku muzyki czas leci raz dwa. Jeszcze te urocze zimowe pejażyki... Bardzo fajny dzień, takie dni jak dziś budują moją formę psychiczną, aż chce mi się biegać dalej, bo np. wczoraj miałem kryzys. Jest bardzo fajnie :).

Swoją drogą, po nie udanej próbie odpalenia mp3 pomyślalem, że w domu pewnie zaskoczy od razu. Niestety, nie myliłem się. Gr.

Jeszcze się pochwalę, iż dochrapałem się nowego telefonu. Wziąłem sobie w końcu czołg - samsunga solid. Fajny, fajny, może w końcu nie zajadę jakiegoś telefonu po roku od jego kupna! I krokomierz się przydał, już wiem, że w 55 minut przebiegłem 12 km. Coś idealnego dla miłośnika statystyk, takiego jak ja :).

Także z optymistycznym nastawieniem, pełen wiary, nadziei i szczęścia wkraczam w weekend! Jeszcze się dowiedziałem, że w przyszłym tygodniu obejrzę Kowalczyk, weee!

I po co były mi te nerwy przed bieganiem? ;)

Ligi Mistrzów czar

Tak mi się ostatnio zatęskniło za tą futbolową środą na tvp. Nie pamiętam kiedy ostatni raz oglądałem jakikolwiek mniej istotny meczyk LM, ot tak dla zabawy. Swego czasu - opcja nie do pomyślenia. Nie będę ukrywał, że za tą decyzją stały głównie względy sentymentalne. Błaganie ojca i matki, o to żebym mógł obejrzeć chociaż jedną połowę meczu o pietruszkę, satysfakcja, kiedy "przypadkiem" zostałem na pierwsze 5 min drugiej połowy i już żal było odpuszczać... Miało to swoją magię.

Czy dzisiaj jest tak samo? Poniekąd. Po pierwsze dlatego, że już nie muszę się pytać rodziców czy mogę obejrzeć. Zawłaszczam sobie telewizor i jest fajnie. Chociaż w ten sposób część klimatu odpada. Z drugiej strony - futbol to nadal futbol i magia sportu jeszcze długo pozostanie w tej dyscyplinie, chociaż bardzo wielu chciałoby, żeby z "magia sportu" dokonać zmiany na "magia kasy". Sport, jak natura, zawsze się sam obroni :). Także póki co mamy remis.

Dalej - włączam tvp. W studio - wiadomo - sami specjaliści, gdzieś mi Engel mignął, więc szybko przełączyłem na mecz Skry. Ominęła mnie przez to "kaszanka" i reklamy forda, heinekena i plejstacji. Te reklamy też mają dla mnie gigantyczny klimat. Przez moje gapiostwo - odpadło. Jednak i tak +10 do przyjemności oglądania olewając wywody Polskiej Myśli Trenerskiej (tm).

Zaczyna się mecz. Komentator - Laskowski. To jest  to. Kto wie o co mi chodzi ten wie, kto nie wie - kiedyś też oglądało się Borussię bo grali Polacy. W przeciwnej drużynie. Polskiej drużynie ;). Mam do gościa mega sentyment - znowu duży plusik.

Drużyny. Tvp wiedziała, co wybrać żeby mi przypasować. Barcelona, której nie trawię (a o tym będzie później), a także Benfica, którą nawet darzę sympatią, ale cóż... nie dla Benfiki człowiek ma ochote obejrzeć Ligę Mistrzów. Ani zespół z topu, ani kopciuszek (szkoda Cluj, takie piękne miasto, a im Turcy awansować nie dali...).

Może chociaż zagrają fajnie.

To zagrali. Barcelońska rezerwa na wakacjach, Benfica, która z góry założyła, że kto jak kto, ale Celtic to nie wygra z taką drużyną jak Spartak. Byłem pod wrażeniem braku chęci do atakowania bramki Barcy (pomijam kwestie skuteczności), szczególnie w końcówce, kiedy było wiadomo, że Celtic prowadzi. Może im szkoda czasu na grę w LM, w LE są łatwiejsi przeciwnicy? Tak czy siak dziwne, ale ja z Lizbony nie jestem to co się będę przejmować.

Reasumując wrażenia z meczu? Wypieków na twarzy nie miałem, ale to było na pewno przyjemnie spędzone 90 minut. Będę miał zamiar wracać do tradycji na wiosnę!

Jednak jest coś co psuje mi całkowicie obraz tego meczu i całej współczesnej piłki. Internet. Z przyjemnością zaglądam na portale sportowe - poczytać o innych meczach, z ciekawości zobaczyć jak podsumowują ten, który oglądałem. No cóż, trzeba będzie zrezygnować z tej tradycji. "CO SIĘ STAŁO Z MESSIM, PECH, TRAGEDIA, ŁOJEZUS MARIA". No ma kontuzję. Nic o niej nie wiadomo. Brakuje mu bramki do rekordu? To tylko dodaje smaczku biciu tegoż. Jeśli się nie uda? Jeszcze będzie miał okazję. Poza tym nie można mieć wszystkiego ;).

Wracając do sedna. Uwieszenie się mediów (i komentujących "Srarcelona zagrała nie fair, bo odpuściła mecz, a Sressi niech zdycha"...) na temacie Messiego, Ronaldo oraz nowej drużyny narodowej Borussi doprowadza mnie do porzygu. Ile można czytać/słuchać na temat 2 piłkarzy i 1 drużyny? Żenua, staram się unikać tych tematów jak ognia, ale nawał artykułów na ten temat skutecznie mi to utrudnia... Dobrze, że chociaż Chelsea odpadła, to jest odrobinka oddechu w tym całym monotematycznym zgiełku.

No. To wylałem swoje żale i pretensje do całego świata, niczym gimnazjalistka na czacie. Teraz z czystym sumieniem mogę iść zająć się czymś pożytecznym ;). O bieganiu pewnie skrobnę już jutro.

Szkoda, że jak zwykle zebrałem się na ostatni mecz przed przerwą. Jaka by nie była, kurde blaszka, ta Liga Mistrzów wciąż ma swój czar!

niedziela, 2 grudnia 2012

Nieogar

Jakże szczęśliwym jestem, że dzień nieogara przytrafił mi się akurat dzisiaj. Jakże dobrze, że nic nie kumam w dniu, w trakcie którego mam społeczne przyzwolenie na nicniekumanie. Czy to zasługa dobrego wyspania się? Bardzo prawdopodobne.

Jeszcze rano było znośnie. Drugi dzień kursu, dwa kolejne tematy. Niestety pierwszy okazał się fascynującą powtórką informacji ze studiów, więc około połowy przestałem ogarniać. I chyba mi zostało od wtedy. Chyba, że to od tej papryki w kanapce w przerwie. Nie wiem. Drugi temat już baaaaardzo ciekawy, toteż wsiąkłem w niego jak w gąbkę. Niestety wyjałowiło mnie to już doszczętnie z potencjału intelektualnego.

Cóż z tego, pomyślałem. Pobiegam sobie, dotlenię się, będę błyszczał jak błyszczyk!

Nie.

Nie błyszczałem. Nawet na chwilę nie błysnąłem. Okazało się, że te lajtowe, jakże przezemnie lubiane sprinty pod górkę mają naprawdę wymierny wpływ na stan mojego organizmu. Czułem się dziś kompletnie zblokowany, nogi biec nie chciały, co z tego, że głowa i płuca niosły, jak główna fabryka nie działała? Do domu praktycznie się doczłapałem. Trzeba się pogodzić i z taką formą. Jestem bardzo zadowolony ze swoich postępów, a gorsze dni doceniam bo zazwyczaj po nich przychodzą te wypasione. Byle do środy!

To nie koniec atrakcji na dziś. Jeszcze hiszpański. Nieogar + hiszpański = cienki bolek. Taki też byłem, cudem zrobiona w ostatniej chwili praca domowa nie wybroniła mnie przed totalnym brakiem jakichkolwiek skilsów na lekcji. Przynajmniej nie było nudno, rzeźbiąc moje ulubione słowotwórstwo.

Justyna 2. więc bardzo gratuluję! Do przodu do przodu, oby tak dalej, aż po Mistrzostwa Świata! Szkoda, że za dużo to sobie nie pooglądam, ale albo przewodnictwo albo Justyna... za rok też będzie biegać ;).

sobota, 1 grudnia 2012

Dobry dzień

Eeeee generalnie to spoko, że ostatniego posta wrzuciłem w niedzielę. Myślałem, że to poniedziałek był, damn. Wstyd, oficjalnie czuję się zasromany...

Jednakże to łyżka dziegciu w dzisiejszej beczce miodu. Bo chociaż dzień nie należał do najbardziej porywających, to był bardzo przyjemny. No powiedzmy, że od jakiejś 9. Kicia, franca jedna, już wie dlaczego.

Zaczęło się od tego, że się zaczęło. Co się zaczęło? Kurs przewodnicki po mieście Łodzi! Nareszcie, kurczę, dawno na nic tak nie czekałem jak właśnie na to! Spełnienie marzeń zawodowych już bardzo blisko ;). I wykład z Panem Bonisławskim zaiste bardzo sympatyczny, mimo iż trwał 4 godziny bez przerwy. Jak ktoś fajnie mówi to można słuchac i 8 i nawet nie czuc jak czas leci! Ciekawi mnie co nas czeka dalej, jutro dorwę rozpiskę tematów i będę się jarał.

Później nastąpiła harmonia radości. Przepyszna pizza na obiad, wykreowana przez moją Love (z moim skromnym udziałem rozmrażarki do ciasta). Do tego w tle lecący meczyk Widzewa, w którym chłopaki pokazali, że jednak nie zapomnieli jak się wygrywa. Nie grali ani efektownie, ani specjalnie efektywnie, ale najważniejsze, że 3 punkty zostają u nas! Poza tym wielkie brawa dla Mariusza i Kaczmara - szacun za śliczną akcję! Stępiński zachował się jak profesor przy tej bramce. Będzie z niego albo baaardzo duży pożytek albo dużo pieniążków na łatanie dziury w budżecie :).

Justyna się rozkęca z zawodów na zawody, niestety dzisiaj mi nie dane było jej obejrzec, więc opieram się na doniesieniach prasowych. Widziałem wczoraj, szkoda, że nie weszła do finału, ale jeszcze sobie to odbije w tym sezonie! W przeciwieństwie do naszych skoczków, którzy z odbijaniem mają coraz mniej wspólnego. Czyżby wracały czasy Matei? ;)

Jako wisienka na torcie bieganie. Dzisiaj spokojnie, troszkę klasycznego rozbiegania i sprinty, ja to lubię, więc było fajnie. Jednak jest coś, za co przy okazji bardzo chciałbym podziękowac Love. Ożywiła moją-swoją mp3! Jak ja mogłem biegac bez muzyki?! Dzisiaj wszedłem na inny wymiar, już nie straszne mi zapitalanie przez godzinę, dwie, czy osiem. Moje uszy i mózgownica dostają solidną porcję fajnych dźwięków, co baaaardzo uprzyjemnia nużące mimo wszystko dłuższe biegi.

Jeszcze raz dziękuję!