Kolejny z serii błyskotliwych tytułów, gatunek "nie wiem o co chodzi ale fajnie brzmi to wrzucę".
Zacznijmy od końca. Niesamowitym jest fakt, iż dzisiejsze bieganie odbyło się o takiej porze, że śnieg jeszcze nie zaczął sypać. Ciężko mi wyjaśnić przyczyny tego nieopisanego i szokującego zjawiska. Do tej pory śnieg czy deszcz padały godzinę w ciągu dnia. Tak, akurat TĘ godzinę. Chyba dostałem prezent na Święta od pogody.
Dzisiaj miały być ciężkiewały (w końcu coś co się rymuje!) i były. Znaczy się trzeba wyjaśnić kilka kwestii, w tym, między innymi, zasadność dzisiejszego tytułu. Otóż trening interwałowy ciężki jest i basta. Intensywność i długość wysiłku z jaką jeszcze do tej pory się nie spotkałem w moim planie treningowym. Zadyszka (spora) była. Pot lejący się po skroni był (chociaż duża w tym zasługa ciepłej czapy na pewno). Faza "nie no pierdziele już nie dam rady" była. I to przy drugim powtórzeniu.
Jednak żeby było śmieszniej z czasem robiło się coraz fajniej. Generalnie miałem do wykonania 6 powtórzeń po 3 minuty. Pierwszy był super fajny. Drugi był taki jak już zdążyłem opisać. Trzeci potwierdził, że drugi miał rację. A potem przyszedł czwarty i stwierdził "ależ farmazony gadacie towarzysze" i był bardzo przyjemny, podobnie zresztą jak piąty i szósty.
Generalnie dostrzegam znacznie większą przyjemność po takim treningu, niż po klasycznym rozbieganiu, choćby trwało 150 minut. Dlaczego? Po pierwsze czas szybciej leci. Po drugie - jest po prostu ciekawiej. Po trzecie - można sobie stawiać wyzwania na zasadzie "teraz troszkę gorzej mi poszło, więc przy następnym troszkę podkręcę śrubkę". Oczywiście w ramach rozsądku, gdyż każdy mądry Polak wie, że kiedy biega się za dużo i za mocno, to wychodzi gorzej, niż jak się biega mało i powoli. Po czwarte - mnie trening o dużej intensywności sprawia ogromną radochę. Lubię kiedy mogę przycisnąć tempo nieco mocniej, poczuć, że daję sobie wycisk.
I prawdę mówiąc po dzisiejszym, teoretycznie cięższym, treningu czuję się lepiej niż po wczorajszym lajciku. Zresztą w trakcie samego treningu też czułem się znacznie lepiej. Nie chcę sobie zabierać niespodzianki podglądając w planie co mnie czeka, ale mam nadzieję, że dużo w tym interwałów ;).
Czego na pewno nie może powiedzieć po ostatnich wydarzeniach niejaka Marit Bjoergen. Współczuję jej z całego serca i żałuję, że taka epicka rywalizacja w kolejnym TdS przechodzi nam koło nosa, ale... ale, podobnie jak zaobserwowałem u komentujących tę sytuację mam pewne ziarenko wątpliwości. Czy problemy z sercem wynikają z tego, że po prostu wynikają, czy z innych "zewnętrznych" czynników. Nie zamierzam się bawić w oskarżyciela czy tropiciela teorii spiskowych, ale po historiach związanych z plagą astmy wśród norweskich sportowców, jakoś zawsze bliżej mi do grupy tych bardziej nieprzekonanych.
Chociaż, prawdę powiedziawszy, serdecznie sobie życzę, żebym się mylił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz