Pogoda jaka jest każdy widzi. Miło, że się mimo wszystko ociepliło, chociaż ja akurat z tych co zimą wolą jak jest zimno, ciepło ma być na wiosnę i latem. Jednak narzekać nie zamierzam. Niestety temperatura powietrza do temperatury gruntu ma się nijak. Gdy jednocześnie pada deszcz...
Szklanka.
Niestety nie szklanka pełna jakiegoś dobrego soczku pomarańczowego, a szklanka pełna jakiś niedobrych właściwości wywalających. O ile pieszy wędrowiec nie powinien mieć trudności z pokonaniem takiego wroga (choć wygląda to często komicznie, sam dzisiaj tańczyłem moonwalka na chodniku), o tyle biegacz nie dość, że ma zwiększone ryzyko upadku, to jeszcze nieprzyjemnej kontuzji. Toteż zostałem dzisiaj zasypany sugestiami aby jednak sobie to bieganie darować.
Ja? Darować?
Więc ubrałem się i wyszedłem. Początki zawsze są trudne. Nie, nie chodzi o to, że na dzień dobry zaliczyłem glebę. Po prostu ciężko jest przyzwyczaić się do biegu w butach pełnych zimnej wody. Niestety moje nieśmiertelne lacze (uwielbiam to określenie!) nie mają funkcji "water resist" i nasiąkły wodą szybciej, niż ja zdążyłem nasiąknąć pozytywną energią z biegu. Przebiłem się przez osiedle bez trudu. Moja dalsza trasa biegowa oznaczała jednak, niestety, szlajanie się po nie do końca odśnieżonych chodnikach. A na ulicach jednak za duży ruch, żeby biec sobie na luziku środkiem jezdni.
Toteż biegłem przysłowiowymi krzaczorami. Trawnikami znaczy się. Kiedy nasiąkły mi już nawet najmniejsze kosteczki, naszła mnie refleksja - gdzie pobiegnę dzisiejsze sprinty pod górkę? Optymizm człowieka z mokrymi skarpasami nakazał mi pobiec w miejsce gdzie biegałem owe sprinty zazwyczaj.
Optymizm przegrał z rzeczywistością i udał się na zasłużony odpoczynek.
Klapa, mokro, ślisko i daleko od domu. Przyszło mi na myśl drugie miejsce. "Nie no tam to na bank bedzie mokro, ślisko i daleko od domu x2" odezwał się rozochocony porażką rywala pesymizm.
Także on dostał tęgie lanie.
Zwycięzcą okazał się realizm, czyli perspektywa 8 sprintów pod górkę. Jak mi poszło? Dziękuję, nie narzekam. Co prawda już przy 7 zaczynało mi brakować sił w nóżkach, ale poza tym całkiem przyjemniacko. I żadnych, dosłownie żadnych ludzi. Raj na ziemi! :)
Toteż przemoczony, ale szczęśliwy dotarłem do domu, wygłodniały popatrzenia jak się męczą inni. Justyna jednak wiedziała, złośnica jedna, że z takim zamiarem zabieram się do oglądania właśnie jej i odpadła zanim zdążyłem się zorientować, że to już półfinały, a jej tak jakby nie ma za bardzo.
Trudno, takie życie. Gratuluje jej bardzo biegu czwartkowego, gdzie pokazała klasę, a i jutro pewnie też da popalić, przynajmniej w klasyku. I gdzie są ci prorocy źli, no gdzie? Się słucha trenera Wierietielnego, jak mówi, że forma będzie to będzie. I jest. I oby jak najdalej, przed TdS, aż do Mistrostw Świata. Bo PŚ pewnie i tak wpadnie w łapki wygłodniałej Norweżki.
Podsumowań jak nie było tak nie ma, ale będą, mówię poważnie. Tylko tyle różnych fajnych rzeczy ostatnio mam do roboty, że jak kończę to już mi brakuje albo czasu, albo sił, albo nie pamiętam o tym, że miałem coś ambitniejszego na bloga napisać.
I z ostatniej chwili! Optymizm wrócił! Teraz mi wmawia, że buty mi wyschną do jutra...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz