poniedziałek, 10 grudnia 2012

Mrozy, pampuchy i inne niebezpieczeństwa

Bardzo bym chciał, żeby jeszcze była niedziela. Niestety ostatni powrót to siekania w Heroes 3 (nie, nigdy mi się to nie znudzi) spowodował, iż już mamy prawie godzinę poniedziałku. Cóż ja na to poradzę? Zresztą cały weekend zleciał nie wiadomo kiedy, mimo iż nie grałem wcale jakoś dużo ;).

Kurs przewodnicki się rozkręca. Jestem w tym momencie już absolutnie wsiąknięty i zafascynowany. Dobrze prowadzone wykłady na temat historii architektury są dla mnie gratką. Bardzo dobrze prowadzone wykłady na temat historii architektury Łodzi sprawiły, iż poziom gratkowatości osiągnął we mnie stany zenitalne. Już nie mogę się doczekać, kiedy wydziabnę z biblioteki jakąś książkę i zacznę sam wertować, rozszerzać, weryfikować i w ogóle pochłaniać. Mam ochotę wiedzieć wszystko, więc niestety czeka mnie wkrótce ciężki zawód ;).

Tydzień zapowiada się iście towarzysko. Nagle każdy chcę się spotkać i ze mną i ja chcę się spotkać z każdym. Co z tego wyjdzie - nie mam pojęcia, już widzę, że chyba zabraknie mi trochę umiejętności bycia w dwóch miejscach naraz, ale będziemy to weryfikować na bieżąco.

Widzew zremisował z Podbeskidziem. Dobrze, że widziałem tylko ostatnie 5 minut, akurat jak padła druga bramka...

Bieganie bieganie bieganie! Wczoraj było fajnie, nawet bardzo. Tzn "formowo" mogło być lepiej, ale za to jaka atmosfera. Słoneczko pięknie świeciło, mrozik pięknie napitalał, ukradłem siostrze porządne słuchawki, żyć nie umierać! I już jestem baaaardzo blisko dojścia do podłogi, może w tym tygodniu w końcu nastąpi przełom?

Dzisiejsze bieganie natomiast było nacechowane pewną niezbyt przyjemną cechą niedzielnych biegań. Obiadem u babci. Co tydzień mówię sobie "nie nawtykaj się jak ostatnio, bo będziesz jojczył biegając". Co tydzień ponoszę klęskę. Na niewiele zdaje się bieganie 5 godzin po jedzeniu, skoro było go dość sporo, ale przede wszystkim było bardzo ciężkie. Prawdę powiedziawszy przegrywam ze sobą tylko ze względu na osobę babci. Niestety, nie przetłumaczę jej, że zjadłem tylko 2 pampuchy, zamiast 4, bo potem biegam i nie chcę mieć kolki. Zostanę najpewniej oskarżony o nie smakowanie mi lub o jakąś podejrzaną chorobę. Więc wtykam w siebie to wszystko i potem marudzę biegając, taki mój los...

Nie no tak prawdę mówiąc nie było źle, poza pewnym 10 minutowym epizodem. Może nie był to tak fajny bieg jak dotychczasowe, ale nie mam prawa narzekać na swoją dyspozycję. Teraz zaczynają już mi się pomału ponad godzinne rozbiegania, więc wchodzimy na inny level, szczególnie pod względem psychologicznym. Dobrze, że ten tydzień mnie mocno podbudował psychicznie, bo mogłaby niebezpiecznie zajrzeć do mnie faza niechciejstwa, a jej tu zdecydowanie nie chcemy.

Na koniec komentarz publicystyczny :). Taki był płacz, lament, co to będzie, Messi ma kontuzję, nie będzie grał, nie będzie rekordu, wieloryby wyginą i w ogóle. Minęły 4 dni. Jest rekord i tak jak mówiłem z fajnym smaczkiem. Teraz w podręcznikach od historii będzie można przeczytać, iż mimo dramatycznej kontuzji, kiedy świat zatrzymał oddech, gdy Lionel zjeżdżał z boiska melexem, udało mu się wyjść na boisko w niedzielę i strzelić dwie bramki! Jakże to romantyczne i frustrujące fanów w białych koszulkach z żelem na głowie.

Dobrze, że nie przepadam za obydwoma ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz