czwartek, 6 grudnia 2012

Chichot losu

Tytuł nawiązujący do uroczej nazwy serialu na tvp sugeruje, iż będzie równie komicznie. Poniekąd.

Zacznijmy jednak od reminiscencji wczorajszego biegania. Chociaż, prawdę mówiąc, za bardzo nie ma czego wspominać. Ot, godzinne rozbieganie, jedyną atrakcją było śliczne poślizgnięcie się przy nawracaniu, ale co to za atrakcja. Dzięki Bogu obyło się bez kontuzji (treningi judo jakiś ślad zostawiły ;)). Zauważyłem jednak, że od sobotnich sprintów mam jakby "przytkane" nogi. Płuca i serducho, wespół z psychiką dają radę, a nogi nie chcą mnie nieść, nie wiem dlaczego. Może muszę to rozruszać inną aktywnością? Zobaczymy co będzie w weekend, bo dziś już było lepiej.

No właśnie, dziś. Odłożyłem bieganie na wieczór, co ma swoje plusy i minusy. Plusami jest na pewno mała ilość ludzi na chodnikach i aut na ulicach, a także przyjemna, zazwyczaj temperaturka. Minusem jest to, że jednak późnym wieczorem wolę sobie grać/czytać/oglądać/sączyć ;) aniżeli biegać. Chociaż dzisiaj to był akurat fajny pomysł. Miałem okazję zadebiutować na śniegu. Bałem się, że buty nie dadzą rady, ale okazało się, że nie jest źle. Trzeba tylko pamiętać, że to lód jest śliski, a nie sam śnieg i biec dam gdzie są większe kupki tego drugiego. Przyczepność nawet bez zimówek!

Zanim jednak doszło do radosnego wniosku, że się nie wywalam trzeba było się przygotować do biegania. Po 20 zajechałem do domu. Zajrzę sobie do neta, na jedną, JEDNĄ stronę, na minutę. No dobra, dwie, bo to gra browserowa (browserska? chgw ;)). Odpalam stronkę na laptopie siosty. Muli. Jak to u niej, bo do routera daleko. Idę z tym jej klocem do siebie. Nic lepiej. Grrr. Odpalam swojego laptopa. Włącza się sto lat. Grrrrrrr. Wrzucam stronkę. Totalnie nic lepiej. Grrrrrrrrrrrrrr! Wyłączyłem kompa. Trudno, grrr. Zakładam buty. SUPEŁ. GRRRRRRRRR! Uporałem się z nim. Idę. Odpalam mp3. Nie działa. Już nie było grrr. Opadło mi wszystko co opaść mogło.

I poczułem to czego nie lubię. Zawsze kiedy jestem wściekły trafia się coś, co mnie rozbraja, sprawia, że z wkurzenia zostaje wspomnienie, a ja bezradnie śmieję się z siebie. Biegnie mi się idealnie. Temperatura - super. Ludzi - brak, sami biegacze. Forma jest. Mimo braku muzyki czas leci raz dwa. Jeszcze te urocze zimowe pejażyki... Bardzo fajny dzień, takie dni jak dziś budują moją formę psychiczną, aż chce mi się biegać dalej, bo np. wczoraj miałem kryzys. Jest bardzo fajnie :).

Swoją drogą, po nie udanej próbie odpalenia mp3 pomyślalem, że w domu pewnie zaskoczy od razu. Niestety, nie myliłem się. Gr.

Jeszcze się pochwalę, iż dochrapałem się nowego telefonu. Wziąłem sobie w końcu czołg - samsunga solid. Fajny, fajny, może w końcu nie zajadę jakiegoś telefonu po roku od jego kupna! I krokomierz się przydał, już wiem, że w 55 minut przebiegłem 12 km. Coś idealnego dla miłośnika statystyk, takiego jak ja :).

Także z optymistycznym nastawieniem, pełen wiary, nadziei i szczęścia wkraczam w weekend! Jeszcze się dowiedziałem, że w przyszłym tygodniu obejrzę Kowalczyk, weee!

I po co były mi te nerwy przed bieganiem? ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz