Mimo, że momentami jest ciężko, lubię biegać. Szczególnie teraz, kiedy już mam na tyle zadowalającą mnie kondycję, że nie jest to dla mnie jakieś mega wyzwanie. Dawno nie byłem na basenie, ale chętnie bym popływał. Zresztą nie po to robiłem kurs instruktorski, po którym nie odebrałem legitymacji, żeby teraz nie lubić pływać. Ogromną radochę dają mi spacery, i te wolne i te szybsze. Mam trochę do siebie wyrzut, że nie robię już sobie takich 10 kilometrowych wycieczek jak to kiedyś zwykłem. Trzeba do tego wrócić. Mam ogromną ochotę pograć w piłkę nożną. Szkoda, że brak ekipy do grania nieco wiąże mi ręce. Nie masz z kim zagrać w siatkówkę? Mimo zabójczego wzrostu chętnie poodbijam, możemy nawet zagrać o jakąś stawkę. Tenis to moja kolejna nie spełniona miłość. Może jeszcze kiedyś wrócę do regularnego trenowania dwa razy w tygodniu? I to może na własnym korcie? ;) Pan Trener Zych sprawił, że nawet na mecz kosza dałbym się namówić, chociaż tutaj nie zabłysnąłbym raczej umiejętnościami... Spływ kajakowy? Proszę bardzo. Narty? Tej zimy będzie już ciężko, ale w następnym sezonie - why not? Jak się uprę to nawet na wspinaczkę skałkową dam się namówić, a co mi tam!
Kocham aktywność. Mentalne owsiki nie pozwalają mi usiedzieć w miejscu, kiedy się nie ruszam mam nadmiar energii, z którą nie mam pojęcia co zrobić. Każda forma aktywności fizycznej jest super. Są tacy, którzy są wierni jednej dyscyplinie. Są też tacy jak ja, że jak będzie okazja, to dadzą się namówić na wszystko. Chociaż muszę przyznać się do czegoś. Możesz mi proponować co Ci tylko do głowy przyjdzie. Możesz mnie prosić, błagać na kolanach, zanosić na rękach. Wiedz jedno. Co by to nie było - jeśli alternatywą będzie rower - nie ma szans, żebym dał się namówić.
Tak jest, rozpocząłem kolejny sezon. Owszem, mógłbym jeździć cały rok, także zimą, ale nie chcę, żeby niektóre osoby martwiły się o mnie. Zostałem o to ładnie poproszony. Zresztą - gdyby nie ta trzymiesięczna przerwa, nie smakowałoby to tak samo. Kurczę, głód rowerowy miałem już od miesiąca co najmniej. Codziennie sprawdzałem pogodę, kiedy się poprawi na tyle, żeby powiedzieć sobie i innym - koniec zimy, zaczynam jeździć. Poza tym, w tym roku chciałem poczekać ze startem na Love. Zabieg motywacyjny ;).
Doczekałem się wczoraj. To jest to co uwielbiam, damn! Szybkość, niezależność, istota wolności. Jadę jak chcę, gdzie chcę i kiedy chcę. Nie stoję w korkach, ciągle poruszam się do przodu. Nie wlekę się tak, jakbym szedł pieszo czy nawet biegał. Uwielbiam to, dzięki temu czuję, że żyję! Ten entuzjazm na początku każdego sezonu jest nie do porównania z niczym innym! Wiadomo, że raz jest lepiej, raz gorzej. Niejednokrotnie przemęczyłem się, bo musiałem udowodnić, że będę jeździł zawsze i wszędzie, trudno. Szybko się regeneruję.
Ważne jest to, że mogę żyć po swojemu, a taką wolność daje mi rower. Teraz jeszcze troszkę będzie mnie ograniczać trenowanie do maratonu i kurs w weekendy. Jednak, kiedy już będę po jednym i drugim... No, to wtedy każda wolna chwila to będzie chwila z rowerem. Co roku moja miłość dojrzewa coraz pełniej, mam coraz ciekawsze plany. W tym roku nie ma odpuszczania, pora zacząć je realizować!
Tak dla informacji - biegałem wczoraj. 60 minut. Luzik pełen. W niedzielę zawody, dla mnie ostatnie przed maratonem. Mam nadzieję, że zleci, bo już chciałbym być po. Sorry bieganie, rower wygrywa ;).
czwartek, 28 lutego 2013
niedziela, 24 lutego 2013
To o to w tym chodzi!
Wiedza bywa bolesna. Zarówno jej, nazwijmy to, treść, jak i sposoby jej zdobywania. Jak to bywa w moich cierpiętniczych przeżyciach dziś doświadczyłem połączenia obu wersji. Było ciekawie...
120 minut. Drugi pod względem długości trwania trening w moim planie. Zadziwiająco korzystny układ wydarzeń spowodował, że wylądowałem dzisiaj w drugim końcu miasta i mogłem sobie wesoło dohasać do domku. Niestety, okazało się to być moim przekleństwem. Kłopoty zaczęły się na etapie planowania dnia. Zanim dotarłem na wymieniony już drugi koniec miasta, musiałem doczłapać się na zajęcia, na godzinkę 10 i przez następne 8 godzin przebywać we wrogim środowisku świata poza domem. Zaliczał się do tego także obiad. Wybraliśmy się z siostrą na pizzę...
Tak, gdyby ktoś poczytał moje wcześniejsze wspominki, dowiedziałby się, że postanowiłem nie jeść pizzy przed treningiem. Fakt faktem, ta była zjedzona w dobrej knajpce i nie taka napompowana, ale to cały czas pizza. Pal sześć gdybym zjadł jej w miarę. Nie, ja musiałem się tradycyjnie nawtykać... Troszkę liczyłem, że przetrawię swoje kłopoty, w końcu 3 godzinki, z czego większość spacerując.
Nie umiem liczyć... Generalnie pierwsze pół godzinki było bardzo przyjemne, chociaż czułem zamulenie całym tygodniem. Kłopoty zaczęły się około 50 minuty. Miałem kryzys woli, a ciężki brzuch zaczął dawać o sobie znać. Walczyłem, udało mi się rozbiegać kryzysowy moment. Było nieźle, chociaż czułem się coraz bardziej ciężko w nogach. Kolejny kryzys przyszedł w okolicach domu. Po pierwsze - zostało mi jeszcze pół godziny biegania, a podświadomość była już myślami na klatce schodowej. Po drugie - moja wieś nie jest odśnieżana i w najtrudniejszym momencie miałem najtrudniejsze warunki. Po trzecie - brzuch bolał coraz mocniej. Zacząłem człapać zamiast biec. Chciałem już tylko dotrzeć do mojej dzisiejszej mety.
Ostatnie 15 minut to już walka o każdy krok, chociaż im bliżej końca udawało mi się nieco rozluźniać i sama końcówka nie była specjalnie tragiczna. Koniec! Podołałem. Krokomierz wskazuje - ponad 24 kilometry. Znaczy się jeszcze 18 będę miał przed sobą 14.04. Miło ;). Chociaż na pewno nie będę wtedy tak bardzo najedzony, będę mógł się posilić (dzisiaj, chociaż chciałem, nie chciałem jeszcze dokładać wysiłku żołądkowi), a przede wszystkim będę dużo świeższy.
Teraz dwa tygodnie względnego luzu - po 3 treningi i to takie niezbyt ambitne. W niedzielę zawody, a potem już z górki do maratonu. Już chyba wiem jakie cierpienie na mnie czeka. Czy mnie to zniechęca? Wręcz przeciwnie. Nie mogę się już doczekać!
Wczorajszy dzień w kwestiach sportowych pozwolę jedynie wspomnieć. Przewidziałem porażki polskich "zimowców" (nie pamiętam czy tu, czy w rozmowie z kimś, nie chce mi się sprawdzać ;)), porażka Widzewa zabolała tym bardziej, że na porażkę nijak nie zasłużyliśmy, patrząc na poziom gry. Moją "kibolską" część połechtało przynajmniej zwycięstwo Korony z Legią. Jednak marne to pocieszenie...
Za tydzień będzie lepiej :).
120 minut. Drugi pod względem długości trwania trening w moim planie. Zadziwiająco korzystny układ wydarzeń spowodował, że wylądowałem dzisiaj w drugim końcu miasta i mogłem sobie wesoło dohasać do domku. Niestety, okazało się to być moim przekleństwem. Kłopoty zaczęły się na etapie planowania dnia. Zanim dotarłem na wymieniony już drugi koniec miasta, musiałem doczłapać się na zajęcia, na godzinkę 10 i przez następne 8 godzin przebywać we wrogim środowisku świata poza domem. Zaliczał się do tego także obiad. Wybraliśmy się z siostrą na pizzę...
Tak, gdyby ktoś poczytał moje wcześniejsze wspominki, dowiedziałby się, że postanowiłem nie jeść pizzy przed treningiem. Fakt faktem, ta była zjedzona w dobrej knajpce i nie taka napompowana, ale to cały czas pizza. Pal sześć gdybym zjadł jej w miarę. Nie, ja musiałem się tradycyjnie nawtykać... Troszkę liczyłem, że przetrawię swoje kłopoty, w końcu 3 godzinki, z czego większość spacerując.
Nie umiem liczyć... Generalnie pierwsze pół godzinki było bardzo przyjemne, chociaż czułem zamulenie całym tygodniem. Kłopoty zaczęły się około 50 minuty. Miałem kryzys woli, a ciężki brzuch zaczął dawać o sobie znać. Walczyłem, udało mi się rozbiegać kryzysowy moment. Było nieźle, chociaż czułem się coraz bardziej ciężko w nogach. Kolejny kryzys przyszedł w okolicach domu. Po pierwsze - zostało mi jeszcze pół godziny biegania, a podświadomość była już myślami na klatce schodowej. Po drugie - moja wieś nie jest odśnieżana i w najtrudniejszym momencie miałem najtrudniejsze warunki. Po trzecie - brzuch bolał coraz mocniej. Zacząłem człapać zamiast biec. Chciałem już tylko dotrzeć do mojej dzisiejszej mety.
Ostatnie 15 minut to już walka o każdy krok, chociaż im bliżej końca udawało mi się nieco rozluźniać i sama końcówka nie była specjalnie tragiczna. Koniec! Podołałem. Krokomierz wskazuje - ponad 24 kilometry. Znaczy się jeszcze 18 będę miał przed sobą 14.04. Miło ;). Chociaż na pewno nie będę wtedy tak bardzo najedzony, będę mógł się posilić (dzisiaj, chociaż chciałem, nie chciałem jeszcze dokładać wysiłku żołądkowi), a przede wszystkim będę dużo świeższy.
Teraz dwa tygodnie względnego luzu - po 3 treningi i to takie niezbyt ambitne. W niedzielę zawody, a potem już z górki do maratonu. Już chyba wiem jakie cierpienie na mnie czeka. Czy mnie to zniechęca? Wręcz przeciwnie. Nie mogę się już doczekać!
Wczorajszy dzień w kwestiach sportowych pozwolę jedynie wspomnieć. Przewidziałem porażki polskich "zimowców" (nie pamiętam czy tu, czy w rozmowie z kimś, nie chce mi się sprawdzać ;)), porażka Widzewa zabolała tym bardziej, że na porażkę nijak nie zasłużyliśmy, patrząc na poziom gry. Moją "kibolską" część połechtało przynajmniej zwycięstwo Korony z Legią. Jednak marne to pocieszenie...
Za tydzień będzie lepiej :).
piątek, 22 lutego 2013
Bądź człowieku mądry...
Wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie. Tej wspaniałej ligi nie da się ot tak rozgryźć. Pozory mogą się schować, tutaj rządzą zasady, których sensu nawet najstarsi Indianie nie są w stanie odkryć.
Wolny wieczór, wszystko cacy, obejrzę sobie Lechię z Polonią, a co mi szkodzi. Spodziewałem się nudy i troszkę zawodów kurczaków z obciętymi głowami, że użyję takiej subtelnej paraboli. Obie drużyny kulturalnie pozbyły się kluczowych piłkarzy i obie ewidentnie nie miały pomysłu co z tym fantem począć. Brak pomysłu to jedno, ale brak chęci i umiejętności to już coś innego. Obserwując pierwszą połowę i większą część drugiej nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że obie drużyny najchętniej schowałyby się za sukienką mamy wołając "ja nie chcę, ja nie wiem jak, nie umiem!". Kiedy się nie próbuje to i efektów nie ma się co spodziewać.
W związku z tym postanowiłem przenieść swoje zainteresowanie na komentarze Kazia Węgrzyna - niekwestionowanego króla kabin komentatorskich w tym kraju. Nie mogę więc powiedzieć, że brakowało mi dziś wieczorem rozrywki.
Tymczasem, kiedy już co mniej wytrwali kibice poszli do domu (nie dziwię im się) zadziało się coś, co chyba tylko w naszej lidze mogłoby się wydarzyć. Bo nie chodzi o to, że się ruszyło. Nie chodzi o to, że padły dwie bramki, że pojawiły się emocje. Najbardziej szokujący był sposób zdobycia obu goli. Przez osiemdziesiąt-kilka minut dało się zaobserwować pokazy polskiej myśli szkolenia technicznego - te poetycko nietrafione podania, zabawne fikołki na piłce, przyjęcia do nogi, tylko że nie mojej itepe itede. I wtem! Lechia strzela bramkę po przewybornej akcji. Majstersztyk klasy najwyższej, kompletne zaprzeczenie wszystkiego co działo się do tej pory. Miód, malinka, bez nawet odrobinki dziegciu.
Co za dużo to niezdrowo, pomyślałem i zabrałem się do zastanawiania, czym w sumie zasłużyła sobie Polonia, żeby przegrać ten mecz. Ano niczym. W związku z tak ogromną niesprawiedliwością Kiełb postanowił w przepiękny sposób obsłużyć (uwielbiam to określenie!) Przybeckiego, a temu nie zostało zbyt wiele możliwości do wyboru. W końcu nie ma na nazwisko Ślusarski ;).
W ten oto sposób zrobił się remis, sprawiedliwy, zasłużony, szkoda tylko tych 80 minut czekania... Taka to już jest ta nasza liga i za to ją wszyscy kochamy.
Nie kochamy za to porażek. Kowalczyk przegrała szansę na medal przez kompletny pech, jaki omijał ją całkowicie przez calusieńki sezon. To było podejrzane, więc w najlepszym momencie wszystko wróciło do normy. Szkoda, ale co poradzić?
Agnieszka Radwańska postanowiła pójść w ślady koleżanki i również przegrała. Szczególnie dominującym elementem jej gry w spotkaniu z Kvitową był gen "łojezu jak mi się nie chce, nic mi nie idzie, a ona tak mocno odbija". Grymas niezadowolenia i maska marudy z każdą sekundą rysowały się głębiej na twarzy Iśki. Z drugiej strony - mogła odpuścić jak Azarenka i Williams. Przynajmniej wyjdzie finansowo na plus po turnieju ;).
Dzisiaj odpadł też Janowicz, specjalista od tie-breaków do 0 jak się okazuje. Widziałem tylko fragment meczu z Berdychem. Bardziej od tego kto wygra zaczęło mnie zastanawiać odwieczne tenisowe pytanie - czy wolimy tenis szybki, siłowy z milionem asów i winnerów, czy też może lepsze jest długotrwałe "pykanie", taktyczne zawiłości i wielogodzinne bitwy pełne emocjonujących wymian? Bezpośrednio nie odpowiem, ale chyba nie trudno zgadnąć, którą wersję wolę?
Na koniec smaczek biegający, czyli powrót yeti. Niechże ten śnieg się w końcu rozpuści, bo przecież kurczę blade. Po oczach mnie smaga, za kurtkę wpada, męczy jak sto pięćdziesiąt, a do tego najpewniej przez tę białą cholerę naciągnąłem sobie plecy. Trochę zaczynam mieć już kryzys z gatunku "to nie mogłoby być już?". Na szczęście zostało troszkę ponad 1,5 miesiąca. Wytrzymam. Pomarudzę, ale wytrzymam.
Wolny wieczór, wszystko cacy, obejrzę sobie Lechię z Polonią, a co mi szkodzi. Spodziewałem się nudy i troszkę zawodów kurczaków z obciętymi głowami, że użyję takiej subtelnej paraboli. Obie drużyny kulturalnie pozbyły się kluczowych piłkarzy i obie ewidentnie nie miały pomysłu co z tym fantem począć. Brak pomysłu to jedno, ale brak chęci i umiejętności to już coś innego. Obserwując pierwszą połowę i większą część drugiej nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że obie drużyny najchętniej schowałyby się za sukienką mamy wołając "ja nie chcę, ja nie wiem jak, nie umiem!". Kiedy się nie próbuje to i efektów nie ma się co spodziewać.
W związku z tym postanowiłem przenieść swoje zainteresowanie na komentarze Kazia Węgrzyna - niekwestionowanego króla kabin komentatorskich w tym kraju. Nie mogę więc powiedzieć, że brakowało mi dziś wieczorem rozrywki.
Tymczasem, kiedy już co mniej wytrwali kibice poszli do domu (nie dziwię im się) zadziało się coś, co chyba tylko w naszej lidze mogłoby się wydarzyć. Bo nie chodzi o to, że się ruszyło. Nie chodzi o to, że padły dwie bramki, że pojawiły się emocje. Najbardziej szokujący był sposób zdobycia obu goli. Przez osiemdziesiąt-kilka minut dało się zaobserwować pokazy polskiej myśli szkolenia technicznego - te poetycko nietrafione podania, zabawne fikołki na piłce, przyjęcia do nogi, tylko że nie mojej itepe itede. I wtem! Lechia strzela bramkę po przewybornej akcji. Majstersztyk klasy najwyższej, kompletne zaprzeczenie wszystkiego co działo się do tej pory. Miód, malinka, bez nawet odrobinki dziegciu.
Co za dużo to niezdrowo, pomyślałem i zabrałem się do zastanawiania, czym w sumie zasłużyła sobie Polonia, żeby przegrać ten mecz. Ano niczym. W związku z tak ogromną niesprawiedliwością Kiełb postanowił w przepiękny sposób obsłużyć (uwielbiam to określenie!) Przybeckiego, a temu nie zostało zbyt wiele możliwości do wyboru. W końcu nie ma na nazwisko Ślusarski ;).
W ten oto sposób zrobił się remis, sprawiedliwy, zasłużony, szkoda tylko tych 80 minut czekania... Taka to już jest ta nasza liga i za to ją wszyscy kochamy.
Nie kochamy za to porażek. Kowalczyk przegrała szansę na medal przez kompletny pech, jaki omijał ją całkowicie przez calusieńki sezon. To było podejrzane, więc w najlepszym momencie wszystko wróciło do normy. Szkoda, ale co poradzić?
Agnieszka Radwańska postanowiła pójść w ślady koleżanki i również przegrała. Szczególnie dominującym elementem jej gry w spotkaniu z Kvitową był gen "łojezu jak mi się nie chce, nic mi nie idzie, a ona tak mocno odbija". Grymas niezadowolenia i maska marudy z każdą sekundą rysowały się głębiej na twarzy Iśki. Z drugiej strony - mogła odpuścić jak Azarenka i Williams. Przynajmniej wyjdzie finansowo na plus po turnieju ;).
Dzisiaj odpadł też Janowicz, specjalista od tie-breaków do 0 jak się okazuje. Widziałem tylko fragment meczu z Berdychem. Bardziej od tego kto wygra zaczęło mnie zastanawiać odwieczne tenisowe pytanie - czy wolimy tenis szybki, siłowy z milionem asów i winnerów, czy też może lepsze jest długotrwałe "pykanie", taktyczne zawiłości i wielogodzinne bitwy pełne emocjonujących wymian? Bezpośrednio nie odpowiem, ale chyba nie trudno zgadnąć, którą wersję wolę?
Na koniec smaczek biegający, czyli powrót yeti. Niechże ten śnieg się w końcu rozpuści, bo przecież kurczę blade. Po oczach mnie smaga, za kurtkę wpada, męczy jak sto pięćdziesiąt, a do tego najpewniej przez tę białą cholerę naciągnąłem sobie plecy. Trochę zaczynam mieć już kryzys z gatunku "to nie mogłoby być już?". Na szczęście zostało troszkę ponad 1,5 miesiąca. Wytrzymam. Pomarudzę, ale wytrzymam.
czwartek, 21 lutego 2013
...że tobie się chce, czyli wraca Ekstraklasa
Na świecie wiele jest lig piłkarskich, każda z pewnością warta zainteresowania. Jednak tylko nasza, rodzima, ma w sobie to coś co przyciąga i elektryzuje mój umysł niczym gigantyczny magnes w kształcie futbolowej piłki (z odpadającymi łatami swoją drogą). Po długich trudach zimy, kiedy piłkarze pracować musieli ciężko, a kibice musieli ciężko wzdychać karmiąc się jedynie miernymi sparingami liga powraca! W związku z tym, wpisując się w mało oryginalny nurt, postanowiłem spisać swe proroctwa na nadchodzące kilka miesięcy, do czasu ostatecznego wyboru drużyny, która w tym roku dostąpi zaszczytu odpadnięcia z el. Ligi Mistrzów!
Obserwacja dołu tabeli wykazuje ogromny potencjał nudy i wczesnych rozstrzygnięć. Dorobek punktowy po rundzie jesiennej każe ślepo wierzyć, że drużyny z Bełchatowa i Bielska - Białej pożegnają się w tym roku z Ekstraklasą. Czy ktoś będzie tęsknił, żałował? Wątpię. Szczególnie, że działacze i piłkarze obydwu drużyn zdają się być pogodzeni z faktem przywitania w przyszłym roku 1. ligi. Ba, chyba nawet są zadowoleni, bo to kłopot mniejszy i wstyd tak nie idzie w całą Polskę. Podbeskidzie może kiedyś sobie pozwoli na powrót w najwyższe progi, w końcu po coś ten stadion się buduje. GKS niech może lepiej nie wraca, bo i po co? Swoje 5 minut mieli, wykorzystali, szkoda miejsca na drużynę, na której meczach pojawia się po 1,5 tysiąca widzów.
Radują się więc zacnie w Kielcach i Chorzowie, bo w ten sposób mogą spokojnie przewegetować wiosnę, grając "swoje", bez paniki i konieczności robienia nie daj Bóg jakiś poważnych transferów. Pomału ku kolejnemu sezonowi, może znów szczęście dopisze i nawet pomimo straty takiego Piecha, Ruch będzie w stanie się bezstresowo utrzymać? I tak dalej i tak dalej...
Kolejne trzy pozycje w tabeli to drużyny z grupy "chcem, ale nie umiem". Znaczy się Wisła, Zagłębie i Jaga, czyli ambicje są spore (szczególnie w Krakowie), ale jakoś tak czegoś brakuje. Czy po zimie należy się którejś z tych drużyn specjalnie bardziej obawiać? Zagłębia na pewno - przykład zeszłoroczny nakazuje przynajmniej mieć się na baczności, nigdy nie wiadomo co im do głowy strzeli i zaczną grać na poziomie mistrzowskim. Szczególnie, że kasa pełna, brzuszki też, stadion ładny, czym się tu stresować? Jeno grać! Wisła się w ostatnim czasie nieco skisła (ha ha ha) i podstarzała. Powrót Kamila Kosowskiego to zaiste wspaniałe posunięcie, dające nadzieję na taką samą bryndzę jaką obserwowaliśmy do tej pory. Potrzeba zmian, oj potrzeba, ten rok to już na pewno katastrofa, przyszły przeznaczyłbym na "zmianę pokoleniową". Szansa na jakąś poważniejszą walkę? Za dwa lata, przy dobrym gospodarowaniu piłkarzami. Na deser Jaga, czyli pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz czym zaskoczy Cię trener Hajto i jego wesoła kompania. Niby szału nie robią, niby środek tabeli, od groma remisów, ale jak trzeba to potrafią zaskoczyć i opędzlować czołówkę. Drużyna z potencjałem, ale co z tego wyjdzie to nawet sam Pan Trener Hajto nie wie.
Kolejne trzy drużyny i już w ogóle nikt nic nie wie, nie ma pojęcia i o co generalnie chodzi? Widzew pozostawię na deser, najpierw Piast i Pogoń. Beniaminkowie. A jak beniaminkowie to nie mają nic do stracenia w tym sezonie i grają swoje. Grają póki co całkiem nieźle chociaż jedni i drudzy nierówno. Spokój w utrzymaniu mają, więc mogą już pomału martwić się o przyszły sezon, który dla beniaminków zawsze jest gorszy. Ja trzymam kciuki za jednych i drugich, bo grać fajnie i przyjemnie dla oka potrafią, wstydu lidze nie przynoszą. Póki co drużyny środka, ale chętne do zaskoczenia czołóweczki, oj chętne nad wyraz. Mogą namieszać w planach niejednemu.
No i Widzew. Czyli ta najbardziej obiektywna zapowiedź ;). Polityka transferowa, nieco wymuszona biedą w kasie okazuje się być strzałem w 10. Młodzi piłkarze grają bardzo ładnie, chociaż także dość nierówno - ale taki jest urok futbolowej młodzieży. Z każdym meczem krzepną coraz bardziej i zwiększają swoje szanse wraz ze wzrostem doświadczenia. Półroczne kontrakty przynoszą owoce, w postaci możliwości wywalenia tych, którzy się nie sprawdzili, bez obciążania budżetu. W ich miejsce przychodzą nowi, tacy zapowiadający się sympatycznie. Dla mnie, szczególnie w kontekście osłabienia się w zasadzie wszystkich "z góry" to będzie czarny koń rundy wiosennej. Szansa jest ogromna, trener zacny, drużyna pokazała że radzi sobie z lepszymi (Copa del Sol!), a jeszcze doping ma wrócić i zamiast przykrych porażek i remisów u siebie mogą pojawić się zwycięstwa... Wiem, wiem, marzyć jest pięknie, ale te marzenia wydają mi się w tym roku wyjątkowo rzeczywiste ;).
No i co, został "czub". Sześć najlepszych drużyn, z których dwie się wzmocniły, trzy się osłabiły, a jedna utrzymała co ma (w większości), ale za to ma dużo problemów "dookoła". Ta ostatnia to oczywiście Śląsk, z którym kompletnie nie wiadomo o co chodzi. Solorz ma odejść, mają przyjść Niemcy, Szejkowie, Marsjanie, mówiło się też o Eskimosach, ale okazało się to plotkami. Zostanie pewnie klasycznie - miasto. Czyli z imperialistycznych planów nici, zamiast pełnej kasy - puste trybuny. Chyba potencjał jaki przyniosło mistrzostwo i nowy stadion zostanie zmarnowany, niestety...
Lechia i Górnik - czyli niby to samo, ale jednak coś się nie zgadza. Rewolucji kadrowych nie było, w sumie odeszło po jednym istotnym piłkarzu. Tylko właśnie - czy nie okaże się, że po odejściu kluczowych snajperów gra padnie? Obawiam się, że tak właśnie może się to skończyć i z pięknych marzeń zostaną tylko ładne stadiony... Chyba, że ktoś uważa, że Zahorski = Milik, a Traore = Buzała?
Polonia Warszawa, czyli rozbiory w wersji "początek XXI wieku". Powiedziałbym, że teraz to już katastrofa. Pieniędzy brak, piłkarzy brak, szans brak. Tylko jesienią też tak miało być, a skończyło się tak jak się skończyło. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, na ciężkie bęcki zbierane przez Czarne Koszule, też skłaniałbym się ku tej opinii. Jednak co życie i trener Stokowiec przyniosą, nigdy nie wiadomo...
Na koniec cudowne zjawisko Ekstraklasy, czyli wzmocnione drużyny. Może Lech nie tak bardzo jak Legia, ale jednak. Jeśli nie dojdzie do jakiejś dziwnej sytuacji, jak z zeszłego roku, jeśli nie okaże się, że czołową drużyną ligi stanie się Jagiellonia i jeśli zdrowy rozsądek ma jeszcze jakąś rację bytu w Ekstraklasie, to pomiędzy tymi dwiema drużynami rozstrzygnie się sprawa mistrzostwa. Ze wskazaniem na Legię, która idąc tą drogą, ma ogromną szansę na wejście w progi Ligi Mistrzów. Chyba, że zimowa wyprzedaż okaże się być odroczona do lata, ale to byłby chyba strzał w stopę? Do tego jeszcze na Żyletę wraca doping, co powinno dodatkowo pomóc piłkarzom. No cóż, bardzo nie lubię jednych i drugich, ale chyba w tym roku muszę się pogodzić z faktem, że są po prostu najmocniejsi i równych sobie mieć nie będą.
Chociaż zapewne kompletnie nie mam racji i 2. czerwca, westchnę sobie wesoło - ach jak słodko było pomarzyć w ten zaśnieżony, lutowy dzień...
Obserwacja dołu tabeli wykazuje ogromny potencjał nudy i wczesnych rozstrzygnięć. Dorobek punktowy po rundzie jesiennej każe ślepo wierzyć, że drużyny z Bełchatowa i Bielska - Białej pożegnają się w tym roku z Ekstraklasą. Czy ktoś będzie tęsknił, żałował? Wątpię. Szczególnie, że działacze i piłkarze obydwu drużyn zdają się być pogodzeni z faktem przywitania w przyszłym roku 1. ligi. Ba, chyba nawet są zadowoleni, bo to kłopot mniejszy i wstyd tak nie idzie w całą Polskę. Podbeskidzie może kiedyś sobie pozwoli na powrót w najwyższe progi, w końcu po coś ten stadion się buduje. GKS niech może lepiej nie wraca, bo i po co? Swoje 5 minut mieli, wykorzystali, szkoda miejsca na drużynę, na której meczach pojawia się po 1,5 tysiąca widzów.
Radują się więc zacnie w Kielcach i Chorzowie, bo w ten sposób mogą spokojnie przewegetować wiosnę, grając "swoje", bez paniki i konieczności robienia nie daj Bóg jakiś poważnych transferów. Pomału ku kolejnemu sezonowi, może znów szczęście dopisze i nawet pomimo straty takiego Piecha, Ruch będzie w stanie się bezstresowo utrzymać? I tak dalej i tak dalej...
Kolejne trzy pozycje w tabeli to drużyny z grupy "chcem, ale nie umiem". Znaczy się Wisła, Zagłębie i Jaga, czyli ambicje są spore (szczególnie w Krakowie), ale jakoś tak czegoś brakuje. Czy po zimie należy się którejś z tych drużyn specjalnie bardziej obawiać? Zagłębia na pewno - przykład zeszłoroczny nakazuje przynajmniej mieć się na baczności, nigdy nie wiadomo co im do głowy strzeli i zaczną grać na poziomie mistrzowskim. Szczególnie, że kasa pełna, brzuszki też, stadion ładny, czym się tu stresować? Jeno grać! Wisła się w ostatnim czasie nieco skisła (ha ha ha) i podstarzała. Powrót Kamila Kosowskiego to zaiste wspaniałe posunięcie, dające nadzieję na taką samą bryndzę jaką obserwowaliśmy do tej pory. Potrzeba zmian, oj potrzeba, ten rok to już na pewno katastrofa, przyszły przeznaczyłbym na "zmianę pokoleniową". Szansa na jakąś poważniejszą walkę? Za dwa lata, przy dobrym gospodarowaniu piłkarzami. Na deser Jaga, czyli pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz czym zaskoczy Cię trener Hajto i jego wesoła kompania. Niby szału nie robią, niby środek tabeli, od groma remisów, ale jak trzeba to potrafią zaskoczyć i opędzlować czołówkę. Drużyna z potencjałem, ale co z tego wyjdzie to nawet sam Pan Trener Hajto nie wie.
Kolejne trzy drużyny i już w ogóle nikt nic nie wie, nie ma pojęcia i o co generalnie chodzi? Widzew pozostawię na deser, najpierw Piast i Pogoń. Beniaminkowie. A jak beniaminkowie to nie mają nic do stracenia w tym sezonie i grają swoje. Grają póki co całkiem nieźle chociaż jedni i drudzy nierówno. Spokój w utrzymaniu mają, więc mogą już pomału martwić się o przyszły sezon, który dla beniaminków zawsze jest gorszy. Ja trzymam kciuki za jednych i drugich, bo grać fajnie i przyjemnie dla oka potrafią, wstydu lidze nie przynoszą. Póki co drużyny środka, ale chętne do zaskoczenia czołóweczki, oj chętne nad wyraz. Mogą namieszać w planach niejednemu.
No i Widzew. Czyli ta najbardziej obiektywna zapowiedź ;). Polityka transferowa, nieco wymuszona biedą w kasie okazuje się być strzałem w 10. Młodzi piłkarze grają bardzo ładnie, chociaż także dość nierówno - ale taki jest urok futbolowej młodzieży. Z każdym meczem krzepną coraz bardziej i zwiększają swoje szanse wraz ze wzrostem doświadczenia. Półroczne kontrakty przynoszą owoce, w postaci możliwości wywalenia tych, którzy się nie sprawdzili, bez obciążania budżetu. W ich miejsce przychodzą nowi, tacy zapowiadający się sympatycznie. Dla mnie, szczególnie w kontekście osłabienia się w zasadzie wszystkich "z góry" to będzie czarny koń rundy wiosennej. Szansa jest ogromna, trener zacny, drużyna pokazała że radzi sobie z lepszymi (Copa del Sol!), a jeszcze doping ma wrócić i zamiast przykrych porażek i remisów u siebie mogą pojawić się zwycięstwa... Wiem, wiem, marzyć jest pięknie, ale te marzenia wydają mi się w tym roku wyjątkowo rzeczywiste ;).
No i co, został "czub". Sześć najlepszych drużyn, z których dwie się wzmocniły, trzy się osłabiły, a jedna utrzymała co ma (w większości), ale za to ma dużo problemów "dookoła". Ta ostatnia to oczywiście Śląsk, z którym kompletnie nie wiadomo o co chodzi. Solorz ma odejść, mają przyjść Niemcy, Szejkowie, Marsjanie, mówiło się też o Eskimosach, ale okazało się to plotkami. Zostanie pewnie klasycznie - miasto. Czyli z imperialistycznych planów nici, zamiast pełnej kasy - puste trybuny. Chyba potencjał jaki przyniosło mistrzostwo i nowy stadion zostanie zmarnowany, niestety...
Lechia i Górnik - czyli niby to samo, ale jednak coś się nie zgadza. Rewolucji kadrowych nie było, w sumie odeszło po jednym istotnym piłkarzu. Tylko właśnie - czy nie okaże się, że po odejściu kluczowych snajperów gra padnie? Obawiam się, że tak właśnie może się to skończyć i z pięknych marzeń zostaną tylko ładne stadiony... Chyba, że ktoś uważa, że Zahorski = Milik, a Traore = Buzała?
Polonia Warszawa, czyli rozbiory w wersji "początek XXI wieku". Powiedziałbym, że teraz to już katastrofa. Pieniędzy brak, piłkarzy brak, szans brak. Tylko jesienią też tak miało być, a skończyło się tak jak się skończyło. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, na ciężkie bęcki zbierane przez Czarne Koszule, też skłaniałbym się ku tej opinii. Jednak co życie i trener Stokowiec przyniosą, nigdy nie wiadomo...
Na koniec cudowne zjawisko Ekstraklasy, czyli wzmocnione drużyny. Może Lech nie tak bardzo jak Legia, ale jednak. Jeśli nie dojdzie do jakiejś dziwnej sytuacji, jak z zeszłego roku, jeśli nie okaże się, że czołową drużyną ligi stanie się Jagiellonia i jeśli zdrowy rozsądek ma jeszcze jakąś rację bytu w Ekstraklasie, to pomiędzy tymi dwiema drużynami rozstrzygnie się sprawa mistrzostwa. Ze wskazaniem na Legię, która idąc tą drogą, ma ogromną szansę na wejście w progi Ligi Mistrzów. Chyba, że zimowa wyprzedaż okaże się być odroczona do lata, ale to byłby chyba strzał w stopę? Do tego jeszcze na Żyletę wraca doping, co powinno dodatkowo pomóc piłkarzom. No cóż, bardzo nie lubię jednych i drugich, ale chyba w tym roku muszę się pogodzić z faktem, że są po prostu najmocniejsi i równych sobie mieć nie będą.
Chociaż zapewne kompletnie nie mam racji i 2. czerwca, westchnę sobie wesoło - ach jak słodko było pomarzyć w ten zaśnieżony, lutowy dzień...
środa, 20 lutego 2013
Żordi Albiego
Dzisiejszy dzień sportowy niemalże na wskroś. Dziwne, że na śniadanie nie jadłem gotowanych piłeczek do tenisa, albo kanapek z murawą stadionową. Chociaż kiełki wyglądają (i smakują?) dość podobnie...
Dobra, koniec żartów, teraz na poważnie. Radwańska Agnieszka jako pierwsza do tablicy. Któż z nas nie spodziewał się dzisiaj spacerku, wesołej przejażdżki po biednej nastoletniej obywatelce Kazachstanu? Nic nie wskazywało na kłopoty jakie miały nastąpić... No cóż minus młodych, nastoletnich zawodniczek z końca pierwszej setki rankingu jest taki że są młode, nastoletnie i z końca pierwszej setki rankingu. Nie mają nic do stracenia, to raz, a dwa - mało kto wie jak grają i jak je "ugryźć".
Agnieszka nie była w grupie "mało kto wie". Wyglądała na ewidentnie zaskoczoną (i niezadowoloną) ofensywną grą rywalki. Putintsjewa (ale fajne spolszczenie, hihi) grała bez kompleksów, chętnie dawała się wciągać w długie wymiany i ku zaskoczeniu Isi - nie popełniała błędów. Zamiast tego atakowała całkiem ładnie, zgrabnie i skutecznie. Passing shoty jakimi bombardowała Polkę raz po raz chyżo hasającą do siatki zasługują na najwyższe uznanie. Ostatecznie uległa, jednak doświadczenie robi swoje, a i 4. numer w rankingu do czegoś Radwańską zobowiązuje. Jutro mecz z Kvitową, którego zwycięstwo najpewniej zagwarantuje Agnieszce obronę tytułu. Chyba Serenie z Wiktorią zrobiło się szkoda Iśki i postanowiły zwiększyć jej szanse na wygranie jakiegoś turnieju. Prawdę mówiąc póki co szans na pokonanie numerów 1. i 2. za wielkich nikt nie ma. Znaczy się komuś pewnie się uda (jak Sloane Stephens) pokonać jedną z nich - ale obu naraz? Trzeba poczekać na spadek formy.
Tyle tenisa, ile można na jeden temat. Teraz o czymś czego dawno nie było - o bieganiu! Postanowiłem zaryzykować i podmienić plan z tego tygodnia z tym z przyszłego, tak żeby skuteczniej wystartować w zawodach. Pytanie brzmi - czy podołam 2 tygodnie po 4 treningi? Okaże się w niedzielę. Za to perspektywa bonusu w postaci 2 tygodni po 3 treningi brzmi bardzo kusząco ;).
Dzisiaj krótkie (he he, 60 minut) rozbieganie, śnieg bardzo sprzyja, szczególnie jak napitala po oczach. Albo jak stara się żebym skręcił sobie coś nie coś. Ja się jednak nie daję, śniegi mi nie groźne! Tylko potem narzekam, że jestem zatkany i mam watę zamiast nóg...
Na koniec wisienka na torcie - Liga Mistrzów! Znowu zostałem wytypowany do obejrzenia meczu Barcelony... Tzn. los mnie wytypował, więc nie śmiałem oponować. Przynajmniej Milan lubię. Zresztą najważniejsze dla mnie było, że grał Żordi Albiego, a reszta jest nieważna.
Pierwsza połowa wyraźnie wskazywała na to, że mecz oglądam ja. W końcu skoro oglądam Ligę Mistrzów raz na 3 miesiące, to chyba mam prawo obejrzeć coś absolutnie nudnego? Emocje zostawiam innym, taka to moja martyrologia! Wracając do tematu - Milan wyszedł na mecz przestraszony, co było widać od początku. Trener o tym wiedział, więc kazał im się w miarę skutecznie bronić. Barcelona jest Barceloną, więc zdecydowała się na poczekanie jak mecz wygra się sam - z respektu przed Dumą Katalonii. Tak to leniwie upłynęło pierwsze 45 minut. Należy podkreślić występ Żordi Albiego, świetny piłkarz, bez dwóch zdań!
Druga połowa miała prawo wnosić, że będzie ciekawsza. Już pod koniec pierwszej tak jakby strach coraz bardziej opuszczał Milan i udawał się na przeczekanie. W przerwie schował się w bliżej nie określonym miejscu stadionu i czekał na rozwój wydarzeń. Milan wziął się do roboty. Do świetnej dyscypliny taktycznej, która w zasadzie związała ręce piłkarzom Barcelony, dołożyli coraz śmielsze ataki. Nie była to może jakaś poezja ofensywy, ale coś zaczęło się dziać. W końcu czyn nastąpił! Po nieprawidłowo zdobytej bramce Milan wyszedł na prowadzenie! Pragnę jednak zauważyć, że nieprawidłowo nie znaczy niezasłużenie. Opieszałość FCB w ataku wymagała szybkiego skarcenia, co też uczyniono.
Nie wiadomo skąd, na boisko wbiegł strach. Zrobił coś czego nikt się nie spodziewał - zajrzał w oczy piłkarzom Barcelony. Wszyscy zgromadzeni, łącznie z Redaktorem Szpakowskim i Żordi Albiego uznali, że teraz to się zacznie. Rozjuszona niczym osa Barcelona rzuci się do szaleńczego ataku i wdepcze biednych chłoptasiów w czarno - czerwonych strojach. Niestety, nikt nie poinformował tych drugich o planowanych wydarzeniach. Kompletny brak szacunku. Zamiast się rozstąpić, ci jeszcze bardziej zwarli szyki w drugiej linii dając jeszcze mniej pola do popisu Barcelonie. I tak sobie trwała ta druga połowa - Barcelona czekająca jak należne jej zwycięstwo przyjdzie samo i Milan po prostu robiący swoje.
Druga bramka to piękna, tłuściutka i okrąglutka kropka nad i. Popis bezradności Barcelony i pewności siebie zmiksowanej ze spokojem piłkarzy Milanu. W zasadzie można odnieść wrażenie, że obie drużyny byłby pewne zwycięstwa od początku. Tylko Milan zajął się sprawą osobiście, podczas gdy Barcelona chciała załatwić sprawę zaocznie.
I tak to mamy potencjał na piękną sensacyjkę, a także pożywkę dla psychofanów Realu Madryt. Oby więcej takich spotkań!
Szkoda tylko Żodi Albiego...
Dobra, koniec żartów, teraz na poważnie. Radwańska Agnieszka jako pierwsza do tablicy. Któż z nas nie spodziewał się dzisiaj spacerku, wesołej przejażdżki po biednej nastoletniej obywatelce Kazachstanu? Nic nie wskazywało na kłopoty jakie miały nastąpić... No cóż minus młodych, nastoletnich zawodniczek z końca pierwszej setki rankingu jest taki że są młode, nastoletnie i z końca pierwszej setki rankingu. Nie mają nic do stracenia, to raz, a dwa - mało kto wie jak grają i jak je "ugryźć".
Agnieszka nie była w grupie "mało kto wie". Wyglądała na ewidentnie zaskoczoną (i niezadowoloną) ofensywną grą rywalki. Putintsjewa (ale fajne spolszczenie, hihi) grała bez kompleksów, chętnie dawała się wciągać w długie wymiany i ku zaskoczeniu Isi - nie popełniała błędów. Zamiast tego atakowała całkiem ładnie, zgrabnie i skutecznie. Passing shoty jakimi bombardowała Polkę raz po raz chyżo hasającą do siatki zasługują na najwyższe uznanie. Ostatecznie uległa, jednak doświadczenie robi swoje, a i 4. numer w rankingu do czegoś Radwańską zobowiązuje. Jutro mecz z Kvitową, którego zwycięstwo najpewniej zagwarantuje Agnieszce obronę tytułu. Chyba Serenie z Wiktorią zrobiło się szkoda Iśki i postanowiły zwiększyć jej szanse na wygranie jakiegoś turnieju. Prawdę mówiąc póki co szans na pokonanie numerów 1. i 2. za wielkich nikt nie ma. Znaczy się komuś pewnie się uda (jak Sloane Stephens) pokonać jedną z nich - ale obu naraz? Trzeba poczekać na spadek formy.
Tyle tenisa, ile można na jeden temat. Teraz o czymś czego dawno nie było - o bieganiu! Postanowiłem zaryzykować i podmienić plan z tego tygodnia z tym z przyszłego, tak żeby skuteczniej wystartować w zawodach. Pytanie brzmi - czy podołam 2 tygodnie po 4 treningi? Okaże się w niedzielę. Za to perspektywa bonusu w postaci 2 tygodni po 3 treningi brzmi bardzo kusząco ;).
Dzisiaj krótkie (he he, 60 minut) rozbieganie, śnieg bardzo sprzyja, szczególnie jak napitala po oczach. Albo jak stara się żebym skręcił sobie coś nie coś. Ja się jednak nie daję, śniegi mi nie groźne! Tylko potem narzekam, że jestem zatkany i mam watę zamiast nóg...
Na koniec wisienka na torcie - Liga Mistrzów! Znowu zostałem wytypowany do obejrzenia meczu Barcelony... Tzn. los mnie wytypował, więc nie śmiałem oponować. Przynajmniej Milan lubię. Zresztą najważniejsze dla mnie było, że grał Żordi Albiego, a reszta jest nieważna.
Pierwsza połowa wyraźnie wskazywała na to, że mecz oglądam ja. W końcu skoro oglądam Ligę Mistrzów raz na 3 miesiące, to chyba mam prawo obejrzeć coś absolutnie nudnego? Emocje zostawiam innym, taka to moja martyrologia! Wracając do tematu - Milan wyszedł na mecz przestraszony, co było widać od początku. Trener o tym wiedział, więc kazał im się w miarę skutecznie bronić. Barcelona jest Barceloną, więc zdecydowała się na poczekanie jak mecz wygra się sam - z respektu przed Dumą Katalonii. Tak to leniwie upłynęło pierwsze 45 minut. Należy podkreślić występ Żordi Albiego, świetny piłkarz, bez dwóch zdań!
Druga połowa miała prawo wnosić, że będzie ciekawsza. Już pod koniec pierwszej tak jakby strach coraz bardziej opuszczał Milan i udawał się na przeczekanie. W przerwie schował się w bliżej nie określonym miejscu stadionu i czekał na rozwój wydarzeń. Milan wziął się do roboty. Do świetnej dyscypliny taktycznej, która w zasadzie związała ręce piłkarzom Barcelony, dołożyli coraz śmielsze ataki. Nie była to może jakaś poezja ofensywy, ale coś zaczęło się dziać. W końcu czyn nastąpił! Po nieprawidłowo zdobytej bramce Milan wyszedł na prowadzenie! Pragnę jednak zauważyć, że nieprawidłowo nie znaczy niezasłużenie. Opieszałość FCB w ataku wymagała szybkiego skarcenia, co też uczyniono.
Nie wiadomo skąd, na boisko wbiegł strach. Zrobił coś czego nikt się nie spodziewał - zajrzał w oczy piłkarzom Barcelony. Wszyscy zgromadzeni, łącznie z Redaktorem Szpakowskim i Żordi Albiego uznali, że teraz to się zacznie. Rozjuszona niczym osa Barcelona rzuci się do szaleńczego ataku i wdepcze biednych chłoptasiów w czarno - czerwonych strojach. Niestety, nikt nie poinformował tych drugich o planowanych wydarzeniach. Kompletny brak szacunku. Zamiast się rozstąpić, ci jeszcze bardziej zwarli szyki w drugiej linii dając jeszcze mniej pola do popisu Barcelonie. I tak sobie trwała ta druga połowa - Barcelona czekająca jak należne jej zwycięstwo przyjdzie samo i Milan po prostu robiący swoje.
Druga bramka to piękna, tłuściutka i okrąglutka kropka nad i. Popis bezradności Barcelony i pewności siebie zmiksowanej ze spokojem piłkarzy Milanu. W zasadzie można odnieść wrażenie, że obie drużyny byłby pewne zwycięstwa od początku. Tylko Milan zajął się sprawą osobiście, podczas gdy Barcelona chciała załatwić sprawę zaocznie.
I tak to mamy potencjał na piękną sensacyjkę, a także pożywkę dla psychofanów Realu Madryt. Oby więcej takich spotkań!
Szkoda tylko Żodi Albiego...
niedziela, 17 lutego 2013
Renesans
To było to czego potrzebował mój organizm najbardziej. Robienia swojego, uspokojenia się, złapania równowagi. Niesamowite jak kondycja psychiczna przekłada się na kondycję fizyczną. Tak właśnie sobie zleciał weekend - raz lepiej, raz gorzej, ale z ogromną satysfakcją siedzę teraz w fotelu, przyjemnie zmęczony, ale także spokojny i wyluzowany. Mówią, że w sporcie większa część sukcesu to głowa a nie mięśnie. Zgadzam się z tym całkowicie.
Po filozoficznym wstępie pora zejść na ziemię. W końcu grunt to ziemia, a bieganie jest solą ziemi, czy jakoś tak. Zeszły tydzień był ulgowy, ten wręcz przeciwnie. Dawno nie byłem tak zadowolony ze swojego podejścia do treningów, równo przez cały tydzień. Fakt faktem - dzisiejszy interwał był mega ciężki i czułem w nogach trzy wcześniejsze biegania, ale ogólnie rzecz biorąc - malinka.
Zauważam, chociaż nie jestem w stanie tego potwierdzić dokładniejszymi badaniami, że chyba zwiększyłem tempo rozbiegania. Wydaje mi się, że biegam szybciej przy tym samym poziomie zmęczenia i, najprawdopodobniej, pulsu. Kiedyś się dorobię pulsomierza to będę w stanie dokładniej ocenić te moje samopoczuciowe teorie.
W związku z tym rozbiegania dają mi coraz większą radochę, tak jak chociażby to wczorajsze, krótkie, ale jakże przyjemne. Pogoda też mi sprzyja, okolice "zera" są moim zdaniem idealne do aktywności typu bieganie. Postanowiłem także walczyć ze swoimi nerwami na widok wszelkich, jak ja to nazywam, psiarzy. Próbuję wmówić mojemu umysłowi, że naprawdę nie każde z tych biednych zwierzątek ma zamiar mnie zjeść. Póki co jest chyba remis, ale nie zamierzam się poddawać ;).
Jak już wspomniałem - dzisiejszy interwał był trudny. Miałem nogi ciężkie niczym z platyny, trzeba było może pomyśleć nad sprzedaniem tego gdzieś, w końcu bym się dorobił! Taki to jednak moment treningu, że trzeba zaciskać zęby, bo praca wykonywana teraz najbardziej zaprocentuje w połowie kwietnia. Wakacje - dopiero po maratonie.
Na koniec jeszcze żaluzja tenisowa. Kompleks Wyjca u Agnieszki Radwańskiej trwa. Cały czas bidulka nie może się dobrać do skóry silniejszym od siebie zawodniczkom, chyba sama musi jeszcze bardziej przycisnąć kwestie siłowe, bo niestety sztuczki techniczne na niewiele się zdają w grze z nr 1 (obecną i byłą ;)).
Chociaż trzeba przyznać, że będące w takiej formie zarówno Azarenka, jak i Williams są póki co poza zasięgiem reszty. Dzisiejszy finał to była prawdziwa uczta tenisowa i sądzę, że nawet największe marudy z gatunku "męski tenis > damski tenis" powinny przyznać, że poziom jest naprawdę wysoki. Zresztą we wczorajszym półfinale z udziałem Agnieszki też biedy nie było. Trzeba się tylko cieszyć i mieć nadzieję, że tak pozostanie jeszcze dłuuuugo.
Tak to zleciał kolejny tydzień, 16 już od momentu rozpoczęcia moich przygotowań do maratonu. Kiedy to minęło? 2/3 za mną, jestem coraz bliżej mety, ale na lekki finisz nie mam co liczyć.
I wraca liga, hihihi. Żegnajcie leniwe weekendy! Mecz za meczem, poganiać mecz będzie!
Po filozoficznym wstępie pora zejść na ziemię. W końcu grunt to ziemia, a bieganie jest solą ziemi, czy jakoś tak. Zeszły tydzień był ulgowy, ten wręcz przeciwnie. Dawno nie byłem tak zadowolony ze swojego podejścia do treningów, równo przez cały tydzień. Fakt faktem - dzisiejszy interwał był mega ciężki i czułem w nogach trzy wcześniejsze biegania, ale ogólnie rzecz biorąc - malinka.
Zauważam, chociaż nie jestem w stanie tego potwierdzić dokładniejszymi badaniami, że chyba zwiększyłem tempo rozbiegania. Wydaje mi się, że biegam szybciej przy tym samym poziomie zmęczenia i, najprawdopodobniej, pulsu. Kiedyś się dorobię pulsomierza to będę w stanie dokładniej ocenić te moje samopoczuciowe teorie.
W związku z tym rozbiegania dają mi coraz większą radochę, tak jak chociażby to wczorajsze, krótkie, ale jakże przyjemne. Pogoda też mi sprzyja, okolice "zera" są moim zdaniem idealne do aktywności typu bieganie. Postanowiłem także walczyć ze swoimi nerwami na widok wszelkich, jak ja to nazywam, psiarzy. Próbuję wmówić mojemu umysłowi, że naprawdę nie każde z tych biednych zwierzątek ma zamiar mnie zjeść. Póki co jest chyba remis, ale nie zamierzam się poddawać ;).
Jak już wspomniałem - dzisiejszy interwał był trudny. Miałem nogi ciężkie niczym z platyny, trzeba było może pomyśleć nad sprzedaniem tego gdzieś, w końcu bym się dorobił! Taki to jednak moment treningu, że trzeba zaciskać zęby, bo praca wykonywana teraz najbardziej zaprocentuje w połowie kwietnia. Wakacje - dopiero po maratonie.
Na koniec jeszcze żaluzja tenisowa. Kompleks Wyjca u Agnieszki Radwańskiej trwa. Cały czas bidulka nie może się dobrać do skóry silniejszym od siebie zawodniczkom, chyba sama musi jeszcze bardziej przycisnąć kwestie siłowe, bo niestety sztuczki techniczne na niewiele się zdają w grze z nr 1 (obecną i byłą ;)).
Chociaż trzeba przyznać, że będące w takiej formie zarówno Azarenka, jak i Williams są póki co poza zasięgiem reszty. Dzisiejszy finał to była prawdziwa uczta tenisowa i sądzę, że nawet największe marudy z gatunku "męski tenis > damski tenis" powinny przyznać, że poziom jest naprawdę wysoki. Zresztą we wczorajszym półfinale z udziałem Agnieszki też biedy nie było. Trzeba się tylko cieszyć i mieć nadzieję, że tak pozostanie jeszcze dłuuuugo.
Tak to zleciał kolejny tydzień, 16 już od momentu rozpoczęcia moich przygotowań do maratonu. Kiedy to minęło? 2/3 za mną, jestem coraz bliżej mety, ale na lekki finisz nie mam co liczyć.
I wraca liga, hihihi. Żegnajcie leniwe weekendy! Mecz za meczem, poganiać mecz będzie!
czwartek, 14 lutego 2013
Brzuszek
Planowany ostatnio przypływ weny okazał się pięknym i okazałym planem. Realia okazały się być zgoła inne. Żeby nie było troszkę jestem usprawiedliwion, więc prędko zdążam z wyjaśnieniami, co, jak i dlaczego.
Otóż w dzień po zawodach zaobserwowałem pogorszenie mojego samopoczucia, w okolicach tych blisko związanych z jedzeniem i... piciem. Nie było fajnie, ale zrzuciłem temat na karb poprzedniopiątkowego no, sami wiecie. Potem w sobotę było jak było, w niedzielę były zawody, więc organizm nie mógł odpocząć i wyszło szydło z worka w poniedziałek. Tak sobie przynajmniej tłumaczę. Szczególnie, że wtorek przyniósł poprawę, chociaż w skali Bajasa przydzieliłbym ocenę "szału brak". No ale co zrobi w takiej sytuacji pan ja? Zrobi kilka piw z kolegą.
Chyba to nie był najlepszy pomysł. Środa - oj, ból egzystencjonalny, o dziwo nie związany z głową jak to u mnie bywa, ale z tą resztą, również narażoną na skutki dnia następnego. Biegałem to tu, to tam, bynajmniej nie załatwiając spraw w urzędzie. Jednak jakoś się w miarę ogarłem byłem i z pomocą minerałki dotrwałem do wieczora. Poszedłem biegać, było super. Przebiegłem 17 kilometrów i poza krótką zgagą, to nawet wyjątkowo mi się siku nie chciało.
Później dało o sobie znać ponownie. Ja, głupi, myślał że pobiegam i już, jest fajnie. No nie było. Nie pospałem zbytnio, a tu dziś trzeba iść na hiszpański, do muzeum i jeszcze biegać potem. Łojejciujejciu, nie dam rady! Ja nie dam? No pewnie, że dałem. Większym problemem okazało się być walentynkowy szał i setki aut na ulicach, pełnych zamulających polskich kierowców. Grrrr. Mówiłem już kiedyś, że nie lubię komercji i innych kierowców?
Generalnie po okresie trochę gorszego samopoczucia biegowego widzę dużą poprawę. Mam nadzieję utrzymać ten stan jak najdłużej, gdyż fajnie jak bieganie jednak sprawia mi przyjemność. Chociaż prawdę mówiąc odliczam dni do maratonu, głównie ze względu na możliwość nieco wylajtowania z treningiem. Jednak póki co - gaz w opór!
Dodam jeszcze, że ku uprzejmości TVP (co to się porobiło...) obejrzałem sobie Iśkę i Ulkę Radwańskie. Ba, tę pierwszą to nawet dwa razy! Wnioski, wrażenia, impresje? Chciałbym w końcu zobaczyć Agnieszkę w meczu z Azarenką, Szarapową albo Sare... Serenką. Póki co regularnie obija wszystkie zawodniczki, które nie nazywają się Li Na i można nawet zauważyć poprawę jej siły fizycznej, co u chuchra takiego jak ja (śmieszna sprawa, pierwszy sportowiec jakiego znam o takich samych "parametrach" wagi i wzrostu jak ja. Jest się z czego cieszyć, że to akurat kobieta :)). Karolinkę W. także pewnie ogra, bo wątpię, żeby tamta wykazała się większą regularnością niż Agnieszka w obecnej formie.
Zaskoczyła mnie natomiast Ula. Szkoda, że nie dane mi było zobaczyć wczorajszego meczu, chociaż może w końcu przełamała troszkę swoje kompleksy i zacznie regularnie dochodzić dalej niż do 2. rundy? Dzisiaj z Williamsówną szans raczej nie miała, Amerykanka formę ma całkiem tęgą, więc to nie dziwota ("hłe hłe" pomyślała teraz Sloane Stephens). Jednak gra Polki raczej nie przyniosła jej wstydu. Kiedy mogła atakowała, starała się rozrzucać rywalkę po korcie i nawet jej się to udawało. Może jeszcze nie czas na pokonywanie Williams, ale mam nadzieję, że w końcu "ta młodsza Radwańska" wyjdzie z cienia siostry, bo potencjał moim zdaniem ma.
Na koniec tenisowa dygresja. Brak netów przy serwisie. Że co, proszę? Korzyści na pewno będą gigantyczne, aż strach się bać jak drastycznie skrócą się mecze, a jednocześnie wzrośnie ich atrakcyjność. Już nie mogę się doczekać akcji po jakiś kuriozalnym odbiciu piłki. W trakcie spotkania też wygląda to nader wspaniale i interesująco... Wprowadzają challenge, żeby wyeliminować przypadki, po czym taki klops. Może kiedyś te mądre głowy zajmą się czymś co mądrym głowom przystoi?
niedziela, 10 lutego 2013
Masz babo placek
Lubię się mylić. Tzn. lubię jak nie mam racji, kiedy tego oczekuję, tudzież się tego spodziewam. W poprzednim poście napisałem, ze pewnie napiszę na następny dzień, na złość sobie. Nie napisałem. Mogę być z siebie dumny ;).
Czemu nie pisałem tyle czasu? Nie kciało mnie się po prostu. Pochłonęły mnie inne czynności, na które miałem zdecydowanie większą ochotę. Płodność twórcza zanikła na pewien czas i nie zamierzam jej nigdy wskrzeszać na siłę. Póki co chyba wróciła, a przynajmniej wróciła ochota na napisanie paru słówek o moich katorgach. I siły umysłowe wróciły, gdyż pochłaniało je całkowicie wybitne dzieło literatury fantasy, czytane przeze mnie w oryginale. Przeczytałem, jestem wolny ;).
Co się wydarzyło od ostatniego czasu? Przebiegłem półmaraton. W ramach treningu, więc na pełnym luzie. Mimo to pod koniec ratowałem się kosteczkami czekolady przemyślanie zabranej do mojej kieszeni. Generalnie, mimo ogólnego uczucia, że wcale nie jest tak lekko jakbym chciał, żeby było to odczuwam regularny postęp.
Muszę się jednak przyznać, że wczoraj oszukałem nieco plan treningowy i odpuściłem sprinty. Sądzę jednak, że trening siłowy po bieganiu w śniegu po kostki, a miejscami po kolana, nie jest aż tak konieczny. Poza tym byłem nieco, hm, niedysponowany po piątku, a poza tym dzisiaj startowałem w zawodach.
GP Łodzi - IV edycja, chociaż dla mnie III. Pogoda - niezła, choć było ślisko. Forma? No cóż... Czułem się fatalnie, na co podejrzewam ogromny wpływ miały piątkowe szaleństwa. Miałem kolki, po raz pierwszy od bardzo dawna, a do tego czułem się paskudnie zatkany. Jednak, mimo tego udało mi się osiągnąć taką samą pozycją jak 2 tygodnie temu. Jako bonus - nowa życiówka na 5 km - 20.17. Jestem zadowolony, ale ciągle czuję, że stać mnie na więcej. Jak po maratonie przerzucę się na treningi nieco bardziej mi odpowiadające - szybsze, ale krótsze - to będę mógł się pobawić w jakąś rywalizację na 5 i 10.
Tyle w temacie moich katorg ;). Coś jeszcze w kwestiach sportowych, co warto wspomnieć? Oglądałem naszych piłkarskich orłów z Irlandią! Jakież to było fascynujące widowisko. Porównałbym je do National Geographic, albo celniej do Animal Planet. I sceny walki bezbronnej antylopy z lwem czy innym pożeraczem antylop. Dodajmy, że antylopa starała się udawać groźną, natomiast lew był raczej wychudły. Antylopa rzucała się, miotała, próbowała czasami nawet zaatakować, ale w ogólnym wymiarze motała się bez ładu i składu. Lew, nie angażując zbytnio swoich wątłych sił, dwukrotnie potraktował antylopę celnym ciosem z pazura i mógł ją z pełną satysfakcją konsumować.
Koniec przedstawienia. Nie chcę do tego więcej wracać...
Czemu nie pisałem tyle czasu? Nie kciało mnie się po prostu. Pochłonęły mnie inne czynności, na które miałem zdecydowanie większą ochotę. Płodność twórcza zanikła na pewien czas i nie zamierzam jej nigdy wskrzeszać na siłę. Póki co chyba wróciła, a przynajmniej wróciła ochota na napisanie paru słówek o moich katorgach. I siły umysłowe wróciły, gdyż pochłaniało je całkowicie wybitne dzieło literatury fantasy, czytane przeze mnie w oryginale. Przeczytałem, jestem wolny ;).
Co się wydarzyło od ostatniego czasu? Przebiegłem półmaraton. W ramach treningu, więc na pełnym luzie. Mimo to pod koniec ratowałem się kosteczkami czekolady przemyślanie zabranej do mojej kieszeni. Generalnie, mimo ogólnego uczucia, że wcale nie jest tak lekko jakbym chciał, żeby było to odczuwam regularny postęp.
Muszę się jednak przyznać, że wczoraj oszukałem nieco plan treningowy i odpuściłem sprinty. Sądzę jednak, że trening siłowy po bieganiu w śniegu po kostki, a miejscami po kolana, nie jest aż tak konieczny. Poza tym byłem nieco, hm, niedysponowany po piątku, a poza tym dzisiaj startowałem w zawodach.
GP Łodzi - IV edycja, chociaż dla mnie III. Pogoda - niezła, choć było ślisko. Forma? No cóż... Czułem się fatalnie, na co podejrzewam ogromny wpływ miały piątkowe szaleństwa. Miałem kolki, po raz pierwszy od bardzo dawna, a do tego czułem się paskudnie zatkany. Jednak, mimo tego udało mi się osiągnąć taką samą pozycją jak 2 tygodnie temu. Jako bonus - nowa życiówka na 5 km - 20.17. Jestem zadowolony, ale ciągle czuję, że stać mnie na więcej. Jak po maratonie przerzucę się na treningi nieco bardziej mi odpowiadające - szybsze, ale krótsze - to będę mógł się pobawić w jakąś rywalizację na 5 i 10.
Tyle w temacie moich katorg ;). Coś jeszcze w kwestiach sportowych, co warto wspomnieć? Oglądałem naszych piłkarskich orłów z Irlandią! Jakież to było fascynujące widowisko. Porównałbym je do National Geographic, albo celniej do Animal Planet. I sceny walki bezbronnej antylopy z lwem czy innym pożeraczem antylop. Dodajmy, że antylopa starała się udawać groźną, natomiast lew był raczej wychudły. Antylopa rzucała się, miotała, próbowała czasami nawet zaatakować, ale w ogólnym wymiarze motała się bez ładu i składu. Lew, nie angażując zbytnio swoich wątłych sił, dwukrotnie potraktował antylopę celnym ciosem z pazura i mógł ją z pełną satysfakcją konsumować.
Koniec przedstawienia. Nie chcę do tego więcej wracać...
sobota, 2 lutego 2013
Tydzień kreatywny inaczej
Czyli znaczy się szukam wytłumaczenia przed samym sobą, że w zasadzie to od tygodnia nic nie napisałem. Ba, dołożę sobie więcej - nawet pisząc to co teraz piszę nie jestem do końca przekonany i chętny do dalszego pisania. Cóż, prawdę mówiąc czasem tak bywa, że nie ma się ochoty pisać i już. Nic na siłę.
W tak zwanym międzyczasie zdarzyło się względnie niewiele. Wystartowałem w kolejnym biegu z cyklu GP Łodzi - dystans 5 km - miejsce 29. Lepiej niż ostatnio co mnie bardzo zadowala. W trakcie biegu myślałem, że tylko ja czuję się tak beznadziejnie, bez żadnej świeżości i dobrego samopoczucia. Okazało się, że większość startujących została "zdeptana" przez śnieg. Tak czy siak - ogólna impresja na plus.
Dochodziłem do siebie aż do środy i chyba nie dojszłem byłem do końca bo biegało mi się średnio. Niby fajnie, bo równa i wygodna droga, ale z drugiej strony było bardzo mokro i jakoś tak bez przekonania. W czwartek już dużo lepiej, ale i tak odczuwałem wcześniejsze śniegowe przegięcia. Ciekawe co przyniesie późniejsze dzisiaj, bo powinno być przyjemnie, ale zawsze jak tak pomyślę to tak nie jest.
Co poza tym? Djoković wygrał męskie AO co mnie równie nie dziwi co cieszy. Widzew awansował do finału Copa del Sol, co mnie równie dziwi co cieszy, a poza tym to sezon ogórkowy pełną parą. Nawet ja, szukający sportu nawet tam gdzie nie ma go prawa być nie mam specjalnej potrzeby polować na transmisje w tv.
Sportowe wakacje. Dobrze mi z tym bardzo, bo weny do twórczości nie mam ani odrobinkę. Toteż kończę moje wypociny i nie wiem kiedy znów coś napiszę.
Czyli pewnie jutro, jak na złość sobie samemu...
W tak zwanym międzyczasie zdarzyło się względnie niewiele. Wystartowałem w kolejnym biegu z cyklu GP Łodzi - dystans 5 km - miejsce 29. Lepiej niż ostatnio co mnie bardzo zadowala. W trakcie biegu myślałem, że tylko ja czuję się tak beznadziejnie, bez żadnej świeżości i dobrego samopoczucia. Okazało się, że większość startujących została "zdeptana" przez śnieg. Tak czy siak - ogólna impresja na plus.
Dochodziłem do siebie aż do środy i chyba nie dojszłem byłem do końca bo biegało mi się średnio. Niby fajnie, bo równa i wygodna droga, ale z drugiej strony było bardzo mokro i jakoś tak bez przekonania. W czwartek już dużo lepiej, ale i tak odczuwałem wcześniejsze śniegowe przegięcia. Ciekawe co przyniesie późniejsze dzisiaj, bo powinno być przyjemnie, ale zawsze jak tak pomyślę to tak nie jest.
Co poza tym? Djoković wygrał męskie AO co mnie równie nie dziwi co cieszy. Widzew awansował do finału Copa del Sol, co mnie równie dziwi co cieszy, a poza tym to sezon ogórkowy pełną parą. Nawet ja, szukający sportu nawet tam gdzie nie ma go prawa być nie mam specjalnej potrzeby polować na transmisje w tv.
Sportowe wakacje. Dobrze mi z tym bardzo, bo weny do twórczości nie mam ani odrobinkę. Toteż kończę moje wypociny i nie wiem kiedy znów coś napiszę.
Czyli pewnie jutro, jak na złość sobie samemu...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)