niedziela, 17 lutego 2013

Renesans

To było to czego potrzebował mój organizm najbardziej. Robienia swojego, uspokojenia się, złapania równowagi. Niesamowite jak kondycja psychiczna przekłada się na kondycję fizyczną. Tak właśnie sobie zleciał weekend - raz lepiej, raz gorzej, ale z ogromną satysfakcją siedzę teraz w fotelu, przyjemnie zmęczony, ale także spokojny i wyluzowany. Mówią, że w sporcie większa część sukcesu to głowa a nie mięśnie. Zgadzam się z tym całkowicie.

Po filozoficznym wstępie pora zejść na ziemię. W końcu grunt to ziemia, a bieganie jest solą ziemi, czy jakoś tak. Zeszły tydzień był ulgowy, ten wręcz przeciwnie. Dawno nie byłem tak zadowolony ze swojego podejścia do treningów, równo przez cały tydzień. Fakt faktem - dzisiejszy interwał był mega ciężki i czułem w nogach trzy wcześniejsze biegania, ale ogólnie rzecz biorąc - malinka.

Zauważam, chociaż nie jestem w stanie tego potwierdzić dokładniejszymi badaniami, że chyba zwiększyłem tempo rozbiegania. Wydaje mi się, że biegam szybciej przy tym samym poziomie zmęczenia i, najprawdopodobniej, pulsu. Kiedyś się dorobię pulsomierza to będę w stanie dokładniej ocenić te moje samopoczuciowe teorie.

W związku z tym rozbiegania dają mi coraz większą radochę, tak jak chociażby to wczorajsze, krótkie, ale jakże przyjemne. Pogoda też mi sprzyja, okolice "zera" są moim zdaniem idealne do aktywności typu bieganie. Postanowiłem także walczyć ze swoimi nerwami na widok wszelkich, jak ja to nazywam, psiarzy. Próbuję wmówić mojemu umysłowi, że naprawdę nie każde z tych biednych zwierzątek ma zamiar mnie zjeść. Póki co jest chyba remis, ale nie zamierzam się poddawać ;).

Jak już wspomniałem - dzisiejszy interwał był trudny. Miałem nogi ciężkie niczym z platyny, trzeba było może pomyśleć nad sprzedaniem tego gdzieś, w końcu bym się dorobił! Taki to jednak moment treningu, że trzeba zaciskać zęby, bo praca wykonywana teraz najbardziej zaprocentuje w połowie kwietnia. Wakacje - dopiero po maratonie.

Na koniec jeszcze żaluzja tenisowa. Kompleks Wyjca u Agnieszki Radwańskiej trwa. Cały czas bidulka nie może się dobrać do skóry silniejszym od siebie zawodniczkom, chyba sama musi jeszcze bardziej przycisnąć kwestie siłowe, bo niestety sztuczki techniczne na niewiele się zdają w grze z nr 1 (obecną i byłą ;)).

Chociaż trzeba przyznać, że będące w takiej formie zarówno Azarenka, jak i Williams są póki co poza zasięgiem reszty. Dzisiejszy finał to była prawdziwa uczta tenisowa i sądzę, że nawet największe marudy z gatunku "męski tenis > damski tenis" powinny przyznać, że poziom jest naprawdę wysoki. Zresztą we wczorajszym półfinale z udziałem Agnieszki też biedy nie było. Trzeba się tylko cieszyć i mieć nadzieję, że tak pozostanie jeszcze dłuuuugo.

Tak to zleciał kolejny tydzień, 16 już od momentu rozpoczęcia moich przygotowań do maratonu. Kiedy to minęło? 2/3 za mną, jestem coraz bliżej mety, ale na lekki finisz nie mam co liczyć.

I wraca liga, hihihi. Żegnajcie leniwe weekendy! Mecz za meczem, poganiać mecz będzie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz