środa, 20 lutego 2013

Żordi Albiego

Dzisiejszy dzień sportowy niemalże na wskroś. Dziwne, że na śniadanie nie jadłem gotowanych piłeczek do tenisa, albo kanapek z murawą stadionową. Chociaż kiełki wyglądają (i smakują?) dość podobnie...

Dobra, koniec żartów, teraz na poważnie. Radwańska Agnieszka jako pierwsza do tablicy. Któż z nas nie spodziewał się dzisiaj spacerku, wesołej przejażdżki po biednej nastoletniej obywatelce Kazachstanu? Nic nie wskazywało na kłopoty jakie miały nastąpić... No cóż minus młodych, nastoletnich zawodniczek z końca pierwszej setki rankingu jest taki że są młode, nastoletnie i z końca pierwszej setki rankingu. Nie mają nic do stracenia, to raz, a dwa - mało kto wie jak grają i jak je "ugryźć".

Agnieszka nie była w grupie "mało kto wie". Wyglądała na ewidentnie zaskoczoną (i niezadowoloną) ofensywną grą rywalki. Putintsjewa (ale fajne spolszczenie, hihi) grała bez kompleksów, chętnie dawała się wciągać w długie wymiany i ku zaskoczeniu Isi - nie popełniała błędów. Zamiast tego atakowała całkiem ładnie, zgrabnie i skutecznie. Passing shoty jakimi bombardowała Polkę raz po raz chyżo hasającą do siatki zasługują na najwyższe uznanie. Ostatecznie uległa, jednak doświadczenie robi swoje, a i 4. numer w rankingu do czegoś Radwańską zobowiązuje. Jutro mecz z Kvitową, którego zwycięstwo najpewniej zagwarantuje Agnieszce obronę tytułu. Chyba Serenie z Wiktorią zrobiło się szkoda Iśki i postanowiły zwiększyć jej szanse na wygranie jakiegoś turnieju. Prawdę mówiąc póki co szans na pokonanie numerów 1. i 2. za wielkich nikt nie ma. Znaczy się komuś pewnie się uda (jak Sloane Stephens) pokonać jedną z nich - ale obu naraz? Trzeba poczekać na spadek formy.

Tyle tenisa, ile można na jeden temat. Teraz o czymś czego dawno nie było - o bieganiu! Postanowiłem zaryzykować i podmienić plan z tego tygodnia z tym z przyszłego, tak żeby skuteczniej wystartować w zawodach. Pytanie brzmi - czy podołam 2 tygodnie po 4 treningi? Okaże się w niedzielę. Za to perspektywa bonusu w postaci 2 tygodni po 3 treningi brzmi bardzo kusząco ;).

Dzisiaj krótkie (he he, 60 minut) rozbieganie, śnieg bardzo sprzyja, szczególnie jak napitala po oczach. Albo jak stara się żebym skręcił sobie coś nie coś. Ja się jednak nie daję, śniegi mi nie groźne! Tylko potem narzekam, że jestem zatkany i mam watę zamiast nóg...

Na koniec wisienka na torcie - Liga Mistrzów! Znowu zostałem wytypowany do obejrzenia meczu Barcelony... Tzn. los mnie wytypował, więc nie śmiałem oponować. Przynajmniej Milan lubię. Zresztą najważniejsze dla mnie było, że grał Żordi Albiego, a reszta jest nieważna.

Pierwsza połowa wyraźnie wskazywała na to, że mecz oglądam ja. W końcu skoro oglądam Ligę Mistrzów raz na 3 miesiące, to chyba mam prawo obejrzeć coś absolutnie nudnego? Emocje zostawiam innym, taka to moja martyrologia! Wracając do tematu - Milan wyszedł na mecz przestraszony, co było widać od początku. Trener o tym wiedział, więc kazał im się w miarę skutecznie bronić. Barcelona jest Barceloną, więc zdecydowała się na poczekanie jak mecz wygra się sam - z respektu przed Dumą Katalonii. Tak to leniwie upłynęło pierwsze 45 minut. Należy podkreślić występ Żordi Albiego, świetny piłkarz, bez dwóch zdań!

Druga połowa miała prawo wnosić, że będzie ciekawsza. Już pod koniec pierwszej tak jakby strach coraz bardziej opuszczał Milan i udawał się na przeczekanie. W przerwie schował się w bliżej nie określonym miejscu stadionu i czekał na rozwój wydarzeń. Milan wziął się do roboty. Do świetnej dyscypliny taktycznej, która w zasadzie związała ręce piłkarzom Barcelony, dołożyli coraz śmielsze ataki. Nie była to może jakaś poezja ofensywy, ale coś zaczęło się dziać. W końcu czyn nastąpił! Po nieprawidłowo zdobytej bramce Milan wyszedł na prowadzenie! Pragnę jednak zauważyć, że nieprawidłowo nie znaczy niezasłużenie. Opieszałość FCB w ataku wymagała szybkiego skarcenia, co też uczyniono.

Nie wiadomo skąd, na boisko wbiegł strach. Zrobił coś czego nikt się nie spodziewał - zajrzał w oczy piłkarzom Barcelony. Wszyscy zgromadzeni, łącznie z Redaktorem Szpakowskim i Żordi Albiego uznali, że teraz to się zacznie. Rozjuszona niczym osa Barcelona rzuci się do szaleńczego ataku i wdepcze biednych chłoptasiów w czarno - czerwonych strojach. Niestety, nikt nie poinformował tych drugich o planowanych wydarzeniach. Kompletny brak szacunku. Zamiast się rozstąpić, ci jeszcze bardziej zwarli szyki w drugiej linii dając jeszcze mniej pola do popisu Barcelonie. I tak sobie trwała ta druga połowa - Barcelona czekająca jak należne jej zwycięstwo przyjdzie samo i Milan po prostu robiący swoje.

Druga bramka to piękna, tłuściutka i okrąglutka kropka nad i. Popis bezradności Barcelony i pewności siebie zmiksowanej ze spokojem piłkarzy Milanu. W zasadzie można odnieść wrażenie, że obie drużyny byłby pewne zwycięstwa od początku. Tylko Milan zajął się sprawą osobiście, podczas gdy Barcelona chciała załatwić sprawę zaocznie.

I tak to mamy potencjał na piękną sensacyjkę, a także pożywkę dla psychofanów Realu Madryt. Oby więcej takich spotkań!

Szkoda tylko Żodi Albiego...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz