Otóż w dzień po zawodach zaobserwowałem pogorszenie mojego samopoczucia, w okolicach tych blisko związanych z jedzeniem i... piciem. Nie było fajnie, ale zrzuciłem temat na karb poprzedniopiątkowego no, sami wiecie. Potem w sobotę było jak było, w niedzielę były zawody, więc organizm nie mógł odpocząć i wyszło szydło z worka w poniedziałek. Tak sobie przynajmniej tłumaczę. Szczególnie, że wtorek przyniósł poprawę, chociaż w skali Bajasa przydzieliłbym ocenę "szału brak". No ale co zrobi w takiej sytuacji pan ja? Zrobi kilka piw z kolegą.
Chyba to nie był najlepszy pomysł. Środa - oj, ból egzystencjonalny, o dziwo nie związany z głową jak to u mnie bywa, ale z tą resztą, również narażoną na skutki dnia następnego. Biegałem to tu, to tam, bynajmniej nie załatwiając spraw w urzędzie. Jednak jakoś się w miarę ogarłem byłem i z pomocą minerałki dotrwałem do wieczora. Poszedłem biegać, było super. Przebiegłem 17 kilometrów i poza krótką zgagą, to nawet wyjątkowo mi się siku nie chciało.
Później dało o sobie znać ponownie. Ja, głupi, myślał że pobiegam i już, jest fajnie. No nie było. Nie pospałem zbytnio, a tu dziś trzeba iść na hiszpański, do muzeum i jeszcze biegać potem. Łojejciujejciu, nie dam rady! Ja nie dam? No pewnie, że dałem. Większym problemem okazało się być walentynkowy szał i setki aut na ulicach, pełnych zamulających polskich kierowców. Grrrr. Mówiłem już kiedyś, że nie lubię komercji i innych kierowców?
Generalnie po okresie trochę gorszego samopoczucia biegowego widzę dużą poprawę. Mam nadzieję utrzymać ten stan jak najdłużej, gdyż fajnie jak bieganie jednak sprawia mi przyjemność. Chociaż prawdę mówiąc odliczam dni do maratonu, głównie ze względu na możliwość nieco wylajtowania z treningiem. Jednak póki co - gaz w opór!
Dodam jeszcze, że ku uprzejmości TVP (co to się porobiło...) obejrzałem sobie Iśkę i Ulkę Radwańskie. Ba, tę pierwszą to nawet dwa razy! Wnioski, wrażenia, impresje? Chciałbym w końcu zobaczyć Agnieszkę w meczu z Azarenką, Szarapową albo Sare... Serenką. Póki co regularnie obija wszystkie zawodniczki, które nie nazywają się Li Na i można nawet zauważyć poprawę jej siły fizycznej, co u chuchra takiego jak ja (śmieszna sprawa, pierwszy sportowiec jakiego znam o takich samych "parametrach" wagi i wzrostu jak ja. Jest się z czego cieszyć, że to akurat kobieta :)). Karolinkę W. także pewnie ogra, bo wątpię, żeby tamta wykazała się większą regularnością niż Agnieszka w obecnej formie.
Zaskoczyła mnie natomiast Ula. Szkoda, że nie dane mi było zobaczyć wczorajszego meczu, chociaż może w końcu przełamała troszkę swoje kompleksy i zacznie regularnie dochodzić dalej niż do 2. rundy? Dzisiaj z Williamsówną szans raczej nie miała, Amerykanka formę ma całkiem tęgą, więc to nie dziwota ("hłe hłe" pomyślała teraz Sloane Stephens). Jednak gra Polki raczej nie przyniosła jej wstydu. Kiedy mogła atakowała, starała się rozrzucać rywalkę po korcie i nawet jej się to udawało. Może jeszcze nie czas na pokonywanie Williams, ale mam nadzieję, że w końcu "ta młodsza Radwańska" wyjdzie z cienia siostry, bo potencjał moim zdaniem ma.
Na koniec tenisowa dygresja. Brak netów przy serwisie. Że co, proszę? Korzyści na pewno będą gigantyczne, aż strach się bać jak drastycznie skrócą się mecze, a jednocześnie wzrośnie ich atrakcyjność. Już nie mogę się doczekać akcji po jakiś kuriozalnym odbiciu piłki. W trakcie spotkania też wygląda to nader wspaniale i interesująco... Wprowadzają challenge, żeby wyeliminować przypadki, po czym taki klops. Może kiedyś te mądre głowy zajmą się czymś co mądrym głowom przystoi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz