Tęgi mróz nie tylko zamraża wodę na ulicach, ułatwiając efektowne "fajt", ale także moją wenę. Generalnie, abstrahując od wszelkich innych aspektów, o których jeszcze napomknę, po prostu nie chce mi się pisać. No bo o czym niby? O tym białym cholerstwie za oknem? O mroźnych nocach, które ni w ząb nie zachęcają do spacerów? Dużo bym dał, żeby, niczym Włóczykij, siąść sobie pod drzewkiem, na przyjemnie pachnącej ziemi i porozmyślać. Marzec w tym roku zawodzi, ale co poradzę, reklamacji nie napiszę, mogę troszkę ponarzekać i liczyć, że Góra mnie wysłucha ;).
Jak na złość te trzy dni ciepełka, już się we mnie zakiełkowało na zielono. Proszę się nie dziwić, że taki zmrożon jestem.
Poza tym - emocji sportowych brak. Bieganie już troszkę zaczyna mnie nużyć, tzn. nie samo bieganie, ale ten przymus treningu, chętnie bym pohasał, ale może bardziej frywolnie i wtedy kiedy mam na to ochotę, a nie kiedy bieganie ma ochotę na mnie. Dobrze, że obciążenia już coraz mniejsze, a start coraz bliżej. Ciężko mi uwierzyć, że 20 tygodni zleciało Bóg wie kiedy. Nie wspominając o wcześniejszych treningach! Coraz bardziej zbliża się dzień przymusowej odpowiedzi na pytanie - co dalej? Póki co zaplanowałem relaksik co najmniej do końca kwietnia. Mam czas...
Widzew robi swoje, znaczy się nie robi nic w zasadzie. Przestał przegrywać co cieszy. Zapomniał niestety, że oprócz nie tracenia bramek, trzeba jeszcze zacząć jakieś strzelać. Oj, zapowiadało się tak ładnie w sparingach, a póki co mamy niewypał. Mam nadzieję, że to chwilowa niedyspozycja, zrzucam ją na karb braku doświadczenia. Nie zamierzam zmieniać zdania, że od dawna nie mieliśmy drużyny z takim potencjałem, jak ta obecna. Skreślanie ich przedwcześnie to najgorsze co można zrobić!
Tenisiści nasi też nie dają mi powodów do radości. Żaden nie przekracza progu "warto nie spać, bo X gra w ćwierćfinale". Oczekiwania lubią róść, forma nie zawsze. Póki co sezon kiepściutki, ale to dopiero marzec. Może coś się ruszy jak zima w kraju odpuści ;).
Niech odpuszcza jak najszybciej, bo mi nawet cholera wymroziła umiejętności przewodnickie. Dzisiejszy spacer okazał się być wyjątkowo niezadowalający mnie. Pośpiech wywołany mrozem nie był dobrym doradcą. Mam nadzieję się poprawić następnym razem, bo póki co to żenua!
Także to by było na tyle. Szkoda, że pogoda nie daje mi cieszyć się w pełni wolnością jaka przychodzi wraz ze wzrostem dni pracujących w moim życiu ;). Jakaś wyprawa rowerkiem na Zdrowie, albo wokół Łodzi z pewnością skutecznie poprawiłaby mi morale. No nic, koniec marudzenia! Może, jak zachowam taki odstęp w pisaniu postów jak obecnie to następny będzie już bardziej wiosenny? Marcu, wiosno - wiecie co z nią zrobić!
Z zimą oczywiście :).
sobota, 16 marca 2013
niedziela, 3 marca 2013
Dwadzieścia jeden
Oczko. Wyjątkowo ciekawa liczba. Rzekomo ciężar duszy wynosi 21 gramów. Taki zresztą tytuł nosi jedna z moich ulubionych płyt. Jak się dzisiaj okazało był to także moja lokata z dzisiejszego GP. Mogę być z siebie w pełni zadowolony. Przeskoczyłem 13 miejsc (znowu ciekawa liczba) od pierwszych zawodów. Czas poprawiłem o prawie półtorej minuty. Chyba nie jest tak źle.
Dzisiejsze błotne bieganie miało jakiś wyjątkowy urok. Przebijające momentami słońce, uśmiechnięci ludzie, a ja z dobrym samopoczuciem. Czułem generalnie zamulenie ostatnim bieganiem i rowerem, ale mimo to po złapaniu rytmu dawałem radę. Dziarsko trzymaliśmy się w grupie w zasadzie od samego początku, co też mi na pewno pomogło. Generalnie kończę przygodę z tegorocznym GP tak jak zacząłem - z ogromną satysfakcją.
Pozostaje mi pytanie - co dalej? Niedługo maraton, raptem 5 tygodni. Nie wiem czy będę chciał biegać dalej, ale z drugiej strony wsiąkłem w to na tyle, żeby po pewnym czasie zatęsknić. Zobaczymy co przyniesie czas, będę miał dużo do myślenia podczas ponad 42 kilometrów biegu ;).
To by było na tyle jeśli chodzi o dzisiaj. Od jutra zaczynam pracę, też jestem bardzo dobrej myśli. Pewnie, że mam nieco pietra, bo wszystko nowe i w ogóle, ale wiem, że dam sobie radę i będę zadowolony. Zresztą pora zacząć realizować pewne bardzo istotne plany, a praca jest ku temu niezbędna.
Dziś wyjątkowo nie mam ochoty na długie rozpisywanie się. Mam nadzieję, że kolejne wpisy będą nieść ze sobą równie dużą dawkę optymizmu co ten. Dlaczego miałoby nie być dobrze? Przecież to zależy tylko i wyłącznie ode mnie :).
Dzisiejsze błotne bieganie miało jakiś wyjątkowy urok. Przebijające momentami słońce, uśmiechnięci ludzie, a ja z dobrym samopoczuciem. Czułem generalnie zamulenie ostatnim bieganiem i rowerem, ale mimo to po złapaniu rytmu dawałem radę. Dziarsko trzymaliśmy się w grupie w zasadzie od samego początku, co też mi na pewno pomogło. Generalnie kończę przygodę z tegorocznym GP tak jak zacząłem - z ogromną satysfakcją.
Pozostaje mi pytanie - co dalej? Niedługo maraton, raptem 5 tygodni. Nie wiem czy będę chciał biegać dalej, ale z drugiej strony wsiąkłem w to na tyle, żeby po pewnym czasie zatęsknić. Zobaczymy co przyniesie czas, będę miał dużo do myślenia podczas ponad 42 kilometrów biegu ;).
To by było na tyle jeśli chodzi o dzisiaj. Od jutra zaczynam pracę, też jestem bardzo dobrej myśli. Pewnie, że mam nieco pietra, bo wszystko nowe i w ogóle, ale wiem, że dam sobie radę i będę zadowolony. Zresztą pora zacząć realizować pewne bardzo istotne plany, a praca jest ku temu niezbędna.
Dziś wyjątkowo nie mam ochoty na długie rozpisywanie się. Mam nadzieję, że kolejne wpisy będą nieść ze sobą równie dużą dawkę optymizmu co ten. Dlaczego miałoby nie być dobrze? Przecież to zależy tylko i wyłącznie ode mnie :).
sobota, 2 marca 2013
Skutecznie
No to mogę być z siebie dumny. Ostatnimi czasy nic mi tak dobrze nie idzie jak skuteczne przewidywanie wyników Ekstraklasy. Nie wiem czy to wina tego, że ta liga jest taka dziwna, czy ja jestem po prostu taki cienki w uszach. Widzew przerżnął 3:0, chociaż szedłem w zaparte z teorią, że z Ruchem to wygramy my w takim samym stosunku. Nie, nie przez walkower.
W związku z takim obrotem sprawy cieszę się, że inne zajęcia uniemożliwiły mi obejrzenie tego spotkania. Czuję, że oszczędziłem sobie dzisiaj jakieś 5 lat życia. 2,5 mniej dzięki nerwom, 2,5 więcej dzięki temu, że biegałem i spacerowałem w tym czasie. W przyszłym tygodniu już na pewno nie zobaczę nawet sekundy meczu, więc niech dzieje się wola niebios!
Skuteczny jestem także w moim nowym zajęciu. Gram w szachy. Z komputerem, a co. Od kilku dni próbuję skutecznie roztrzaskać mojego laptopa na poziomie średnim. Miło widzieć w statystyce słodziutkie zero zwycięstw. Mam nadzieję wygrać chociaż raz do końca marca! Ambitnym trza być i kropka.
Za to 100% skuteczność osiągnąłem w innych aspektach. Całkowicie udaje mi się zdominować Love moją wolą, dzięki czemu jeździmy na rowerze codziennie od środy. Jestem z niej bardzo dumny, bo prawdę mówiąc moja wola bez wsparcia jej woli zdziałałaby niewiele. Oby tak dalej!
Także 100% skuteczności wyłapaliśmy dzisiaj w natykaniu się na nawalonych przechodniów. Polacy poczuli wiosnę, takiej ilości nabombionych kamratów to już dawno nie widziałem. Dla rowerzysty to czysta przyjemność wymijanie takich zawodników. Tak samo jak odpowiadanie na sympatyczne zaczepki. Przynajmniej zabawnie było z biednym chłopakiem, który przy Przybyszewskiego został przeze mnie uświadomiony, że do Piłsudskiego to w drugą stronę. Trzeba iść, przyjacielu prosto, jak w mordę strzelił. Co zrobił? Skręcił przy pierwszej okazji w prawo ;). Ciekawe czy dotarł, bo azymut łapał ujemny, a jego kompas niezmiennie wskazywał północne południe. Przynajmniej kulturalnie podziękował ;).
Jutro zawody, ostatnie dla mnie GP w tym roku. Ciekawe, ciekawe, nie spodziewam się szału bo podejrzewam, że dodatkowy wysiłek w postaci roweru zrobił swoje. Co ma być to będzie. Zdam relację jutro, w ostatni dzień przymusowych wakacji ;).
W związku z takim obrotem sprawy cieszę się, że inne zajęcia uniemożliwiły mi obejrzenie tego spotkania. Czuję, że oszczędziłem sobie dzisiaj jakieś 5 lat życia. 2,5 mniej dzięki nerwom, 2,5 więcej dzięki temu, że biegałem i spacerowałem w tym czasie. W przyszłym tygodniu już na pewno nie zobaczę nawet sekundy meczu, więc niech dzieje się wola niebios!
Skuteczny jestem także w moim nowym zajęciu. Gram w szachy. Z komputerem, a co. Od kilku dni próbuję skutecznie roztrzaskać mojego laptopa na poziomie średnim. Miło widzieć w statystyce słodziutkie zero zwycięstw. Mam nadzieję wygrać chociaż raz do końca marca! Ambitnym trza być i kropka.
Za to 100% skuteczność osiągnąłem w innych aspektach. Całkowicie udaje mi się zdominować Love moją wolą, dzięki czemu jeździmy na rowerze codziennie od środy. Jestem z niej bardzo dumny, bo prawdę mówiąc moja wola bez wsparcia jej woli zdziałałaby niewiele. Oby tak dalej!
Także 100% skuteczności wyłapaliśmy dzisiaj w natykaniu się na nawalonych przechodniów. Polacy poczuli wiosnę, takiej ilości nabombionych kamratów to już dawno nie widziałem. Dla rowerzysty to czysta przyjemność wymijanie takich zawodników. Tak samo jak odpowiadanie na sympatyczne zaczepki. Przynajmniej zabawnie było z biednym chłopakiem, który przy Przybyszewskiego został przeze mnie uświadomiony, że do Piłsudskiego to w drugą stronę. Trzeba iść, przyjacielu prosto, jak w mordę strzelił. Co zrobił? Skręcił przy pierwszej okazji w prawo ;). Ciekawe czy dotarł, bo azymut łapał ujemny, a jego kompas niezmiennie wskazywał północne południe. Przynajmniej kulturalnie podziękował ;).
Jutro zawody, ostatnie dla mnie GP w tym roku. Ciekawe, ciekawe, nie spodziewam się szału bo podejrzewam, że dodatkowy wysiłek w postaci roweru zrobił swoje. Co ma być to będzie. Zdam relację jutro, w ostatni dzień przymusowych wakacji ;).
piątek, 1 marca 2013
Dziwne...
Cały ten dzisiejszy dzień jakiś dziwny. Spało mi się dziwnie, wstawało też. Potem załatwianie badań do pracy, czyli od lekarza do lekarza, a wystarczyło od razu pojechać na Zgierską i miałbym dziś 2 godziny więcej dla siebie i dużo więcej sił pod wieczór. Najeździłem się rowerkiem sporo jak na 3 dzień w sezonie. Nawet Love była dziwna, bo naszykowała się bez oporów i gdyby nie zagubione nauszniki zacząłbym podejrzewać, że ktoś mi ją podmienił ;). Potem dwie bardzo przyjemne przejażdżki i rzekłbym, że dziwność tego dnia odeszła w niepamięć.
Chcesz jednak człecze czegoś dziwnego zaznać? Obejrzyj mecz Ekstraklasy! Absolutnie niezrozumiałe sytuacje dają za darmo!
No bo jak wyjaśnić fakt, że Polonia Warszawa, TA Polonia Warszawa, wygrywa z Lechem na wyjeździe. Tak, dokładnie ta Polonia, prowizorycznie pozszywana niczym piłka afrykańskiego dziecka (bez oskarżeń o rasizm proszę, odsyłam do najnowszego National Geographic) przez trenera Stokowca. Drużyna, która według wszystkich logicznych reguł powinna ledwo co ciułać piłkę i rozpaczliwie bronić się przed katastrofą.
Dobra, mogę przyznać, że gdyby nie szybko strzelona bramka, to mecz ułożyłby się inaczej. Jednak sami sobie Lechici winni, że dali sobie taką bramkę wbić. Gol urody przepięknej, ale tyle miejsca ile Piątek dostał przed polem karnym, to nawet w Sejmie się nie znajdzie. Zresztą, po stracie bramki Kolejorz nie rzucił się do odrabiania strat. Nie wiem na co czekali piłkarze z Poznania, chociaż wyjaśnienie "na przerwę" zdaje się być równie głupim i prostym, co słusznym.
Żeby było dalej śmiesznie, to w drugiej połowie okazało się, że jednak moszna! Absolutna dominacja Lecha, poza kilkoma fatalnie rozegranymi kontratakami Polonii. Tak teraz sobie myślę, że pretensje można mieć do bramki od strony nieczynnego dziś Kotła. Chyba tak się zauroczyła golem Piątka, że postanowiła nie wpuścić już żadnej innej piłki w swoje progi. Wierna kobieta. Nie zaglądałem do statystyk meczowych, ale gołym okiem było widać, że Lechici bombardują Czarne Koszule niczym Alianci Drezno. Niestety, proporcje okazały się być fatalne w skutkach dla Kolejorza. Bomby były może głośne i duże, ale malutko w nich prochu. Niewybuchami jeszcze nikt wojny nie wygrał.
I w ten oto przezabawny sposób drużyna z długami, osłabiona jak tylko się da, nawet niespecjalnie lubiana w rodzinnym mieście zainkasowała trzy punkty. Jedno trzeba im oddać - organizacja w defensywie nie zawodzi. Podobnie jak z Lechią nie dawali rywalom szans wykreować czegoś rzeczywiście klarownego. Nawet sytuacje Trałki, Hamalainena czy Ślusarskiego tak w stu procentach czyste nie były. Naoglądali się chyba Milanu z Barceloną i teraz kozaczą ;). Trener Stokowiec robi kawał dobrej roboty. Niestety przy tym stanie finansów Polonii za szybko się złotego pomnika nie doczeka...
Jutro gra Widzew, stawiam na zwycięstwo. Kogo jak kogo, ale Ruch to powinniśmy ograć. Wystarczy, że zagramy jak ze Śląskiem, a na mecz nie dojedzie rodzina błędów. Napisałbym z dużego B, ale wiem, że są piłkarze o tym nazwisku i jeszcze by się obrazili ;). Ja i tak większości meczu nie obejrzę, więc niech się dzieje wola niebios!
Chcesz jednak człecze czegoś dziwnego zaznać? Obejrzyj mecz Ekstraklasy! Absolutnie niezrozumiałe sytuacje dają za darmo!
No bo jak wyjaśnić fakt, że Polonia Warszawa, TA Polonia Warszawa, wygrywa z Lechem na wyjeździe. Tak, dokładnie ta Polonia, prowizorycznie pozszywana niczym piłka afrykańskiego dziecka (bez oskarżeń o rasizm proszę, odsyłam do najnowszego National Geographic) przez trenera Stokowca. Drużyna, która według wszystkich logicznych reguł powinna ledwo co ciułać piłkę i rozpaczliwie bronić się przed katastrofą.
Dobra, mogę przyznać, że gdyby nie szybko strzelona bramka, to mecz ułożyłby się inaczej. Jednak sami sobie Lechici winni, że dali sobie taką bramkę wbić. Gol urody przepięknej, ale tyle miejsca ile Piątek dostał przed polem karnym, to nawet w Sejmie się nie znajdzie. Zresztą, po stracie bramki Kolejorz nie rzucił się do odrabiania strat. Nie wiem na co czekali piłkarze z Poznania, chociaż wyjaśnienie "na przerwę" zdaje się być równie głupim i prostym, co słusznym.
Żeby było dalej śmiesznie, to w drugiej połowie okazało się, że jednak moszna! Absolutna dominacja Lecha, poza kilkoma fatalnie rozegranymi kontratakami Polonii. Tak teraz sobie myślę, że pretensje można mieć do bramki od strony nieczynnego dziś Kotła. Chyba tak się zauroczyła golem Piątka, że postanowiła nie wpuścić już żadnej innej piłki w swoje progi. Wierna kobieta. Nie zaglądałem do statystyk meczowych, ale gołym okiem było widać, że Lechici bombardują Czarne Koszule niczym Alianci Drezno. Niestety, proporcje okazały się być fatalne w skutkach dla Kolejorza. Bomby były może głośne i duże, ale malutko w nich prochu. Niewybuchami jeszcze nikt wojny nie wygrał.
I w ten oto przezabawny sposób drużyna z długami, osłabiona jak tylko się da, nawet niespecjalnie lubiana w rodzinnym mieście zainkasowała trzy punkty. Jedno trzeba im oddać - organizacja w defensywie nie zawodzi. Podobnie jak z Lechią nie dawali rywalom szans wykreować czegoś rzeczywiście klarownego. Nawet sytuacje Trałki, Hamalainena czy Ślusarskiego tak w stu procentach czyste nie były. Naoglądali się chyba Milanu z Barceloną i teraz kozaczą ;). Trener Stokowiec robi kawał dobrej roboty. Niestety przy tym stanie finansów Polonii za szybko się złotego pomnika nie doczeka...
Jutro gra Widzew, stawiam na zwycięstwo. Kogo jak kogo, ale Ruch to powinniśmy ograć. Wystarczy, że zagramy jak ze Śląskiem, a na mecz nie dojedzie rodzina błędów. Napisałbym z dużego B, ale wiem, że są piłkarze o tym nazwisku i jeszcze by się obrazili ;). Ja i tak większości meczu nie obejrzę, więc niech się dzieje wola niebios!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)