Tak, tak. Początkowo tytuł miał brzmieć "Nic mnie nie zabije". Jednak okazało się, że ktoś oprócz mnie złapał o co chodzi w bieganiu.
Ale od początku.
Wróciłem do biegania. Tym już zdążyłem się pochwalić. Nie zdążyłem się jednak pochwalić tym, co sprawia, że uwielbiam ten sport. Gdy biegnę czuję się jakby całe moje ciało i cała dusza wypełniały się nieprzebranymi ilościami pozytywnej energii. W moment na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Czuję jak endorfiny pulsująco rozpływają się po wszystkich zakamarkach do jakich się mogą tylko dostać. A przede wszystkim czuję się niezniszczalny.
Czuję się absolutnie szczęśliwy. Nie zważam na nic i na nikogo. Nie obchodzi mnie, że ktoś się na mnie patrzy, ja się tylko spoglądam i szeroko uśmiecham. Nie obchodzi mnie, że pada, w końcu pod prysznicem czy na basenie też moknę i jakoś mi to nie przeszkadza. Nie obchodzi mnie, że wieje mi w twarz - jestem za chudy i mam zbyt małą powierzchnię nośną żeby mnie zwiało ;). Jestem absolutnie nietykalny i niezniszczalny. Czuję się królem życia i świata.
I chyba właśnie na tym polega szczęście. Taka właśnie jest moja rada - jeśli czegoś Ci w życiu brakuje, potrzebujesz czegoś co doda tej radosnej iskry do szarej codzienności - zacznij szukać. Próbuj, smakuj, testuj, eksperymentuj, tak do skutku. A skutkiem niech będzie to coś dzięki czemu będziesz czuć tę samą nieśmiertelność jaką czuję ja, czy artysta, który spełnia się stojąc na scenie przed tłumną publicznością.
Nie, nie, nie zapomniałem, że miało być o nas. Dzisiaj moja Love zdecydowała się zacząć biegać ze mną. To znaczy w sumie ja zacząłem biegać z nią, ale mniejsza o to ;). Zaczęliśmy od delikatnego marszobiegu i przy tym pewnie zostaniemy jeszcze przez trochę czasu.
Love dała radę, wiadomo jak to na początku, nogi nie te, serducho i płuca też nie bardzo. Sam jeszcze tydzień temu czułem się zatkany. To się poprawi z czasem. Najbardziej budujące było jednak to, że już pod koniec mówiła, że może biec w nieskończoność, że takie szybkie przemieszczanie się (ale nie pośpiech!) sprawia jej mega przyjemność. Teraz, w domku, jeszcze dodała, że rozumie już co czuję. Wcześniej nie rozumiała, bo bieganie kojarzyło jej się z przymusem z czasów szkoły. Tymczasem okazuje się, że bieganie, jeśli odpowiednio się do niego podejdzie, może sprawiać przyjemność. Pozwala poczuć się nieśmiertelnym.
Do tego jest jeszcze druga strona medalu. Dzięki bieganiu, jeśli uda nam się je pociągnąć na dłużej (a myślę, że się uda), możemy stać się nieśmiertelni jako para. Może to być pasja, która jeszcze bardziej scementuje nas, nasz związek. Bo chociaż różnimy się czym się tylko da jeśli chodzi o charaktery, to potrafimy wiele fajnych rzeczy robić razem. Być może bieganie będzie tym, co w nawet najtrudniejsze dni pozwoli nam przełamać wszelkie niesnaski, wspólnie rozładować napięcie.
Sport jest niesamowity, niech ktoś mi spróbuje powiedzieć, że tak nie jest...!
poniedziałek, 30 września 2013
środa, 25 września 2013
Smak porażki
Jaki jest? Tak sądzę, że zależy od tego jak jest doprawiona.
Porażka może być słodka. To wtedy, kiedy porażka przynosi jakąś korzyść (czasem się i tak zdarza), albo kiedy obserwujemy porażkę wroga/przeciwnika. Czasem jakiś detal może osłodzić porażkę, chociaż wtedy słodycz jest tylko dodatkiem do innego smaku.
Porażka może być słona. Jest to smak niby przyjemny, ale źle dawkowany psuje wszystko. Porażka raz na jakiś czas stawia na nogi, dodaje charakteru i smakowitości. Wzmaga rywalizację, dodaje emocji na koniec ligi czy turnieju, pozwala lepiej posmakować w zwycięstwie. Niestety w nadmiarze staje się obrzydliwa i psuje każdą potrawę. Poza tym sól jest niezdrowa...
Porażka może być kwaśna. Wykrzywia usta, czasem całą twarz, ale ma swoich amatorów. Czasem pijemy sok z cytryny tak po prostu dla zabawy. Tak samo czasem przegrywamy dla zabawy, a czasem obserwujemy zabawne porażki. Drużyny, które szczycą się bycia najgorszymi (Odlew Poznań) czy zawodnicy, którzy nie mają szans ale biorą udział w zawodach (typu czarnoskórzy na nartach). Generalnie nawet taka porażka nie jest przyjemna, ale jest w niej coś urokliwego. No i sok z cytryny pijemy na wzmocnienie odporności.
Porażka bywa też gorzka. Taka zdarza się najczęściej, taka boli najbardziej. Porażka w meczu o najwyższą stawkę, z najważniejszym przeciwnikiem czy kolejna porażka z rzędu (tutaj jeszcze pojawia się sporo słonego smaku) - taka właśnie jest gorzka porażka. Zostawia po sobie duży niesmak i niezadowolenie. Długo nie daje o sobie zapomnieć. Mnie cały czas boli wczorajsza klęska siatkarzy, a boli podwójnie, że zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Boli mnie też porażka Widzewa - kolejna. Remisy z Jagiellonią i Podbeskidziem traktuję jak porażki. Katastrofa. Splot fatalnych, beznadziejnych w skutkach sytuacji doprowadził do tego co jest dzisiaj. Gorycz z meczu na mecz jest coraz mocniejsza.
Jednak staram się nie zapomnieć, że jako dzieci w większości nie lubiliśmy gorzkiego smaku. Z czasem jednak zaczęliśmy lubić piwo, wytrawne wino czy oryginalnie przyprawione potrawy z lekkim posmakiem goryczy. Goryczka dodaje wartości. Goryczka jest oznaką dojrzałości. Poniekąd goryczka jest wyznacznikiem osiągnięcia pewnego poziomu dorosłości. Przełknięcie gorzkiego kęsa pozwala pokonać własną słabość, a czasem wynagradza to ciekawym smakowym doznaniem (jak z mocno chmielonym piwem).
Liczę, że w końcu seria porażek Widzewa czy siatkarzy skończy się, niczym długie i nieco żmudne gotowanie. Cierpliwość w mieszaniu wszystkich smaków w końcu zaowocuje smakiem uniwersalnym, smakiem najdoskonalszym.
Smakiem zwycięstwa.
Porażka może być słodka. To wtedy, kiedy porażka przynosi jakąś korzyść (czasem się i tak zdarza), albo kiedy obserwujemy porażkę wroga/przeciwnika. Czasem jakiś detal może osłodzić porażkę, chociaż wtedy słodycz jest tylko dodatkiem do innego smaku.
Porażka może być słona. Jest to smak niby przyjemny, ale źle dawkowany psuje wszystko. Porażka raz na jakiś czas stawia na nogi, dodaje charakteru i smakowitości. Wzmaga rywalizację, dodaje emocji na koniec ligi czy turnieju, pozwala lepiej posmakować w zwycięstwie. Niestety w nadmiarze staje się obrzydliwa i psuje każdą potrawę. Poza tym sól jest niezdrowa...
Porażka może być kwaśna. Wykrzywia usta, czasem całą twarz, ale ma swoich amatorów. Czasem pijemy sok z cytryny tak po prostu dla zabawy. Tak samo czasem przegrywamy dla zabawy, a czasem obserwujemy zabawne porażki. Drużyny, które szczycą się bycia najgorszymi (Odlew Poznań) czy zawodnicy, którzy nie mają szans ale biorą udział w zawodach (typu czarnoskórzy na nartach). Generalnie nawet taka porażka nie jest przyjemna, ale jest w niej coś urokliwego. No i sok z cytryny pijemy na wzmocnienie odporności.
Porażka bywa też gorzka. Taka zdarza się najczęściej, taka boli najbardziej. Porażka w meczu o najwyższą stawkę, z najważniejszym przeciwnikiem czy kolejna porażka z rzędu (tutaj jeszcze pojawia się sporo słonego smaku) - taka właśnie jest gorzka porażka. Zostawia po sobie duży niesmak i niezadowolenie. Długo nie daje o sobie zapomnieć. Mnie cały czas boli wczorajsza klęska siatkarzy, a boli podwójnie, że zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Boli mnie też porażka Widzewa - kolejna. Remisy z Jagiellonią i Podbeskidziem traktuję jak porażki. Katastrofa. Splot fatalnych, beznadziejnych w skutkach sytuacji doprowadził do tego co jest dzisiaj. Gorycz z meczu na mecz jest coraz mocniejsza.
Jednak staram się nie zapomnieć, że jako dzieci w większości nie lubiliśmy gorzkiego smaku. Z czasem jednak zaczęliśmy lubić piwo, wytrawne wino czy oryginalnie przyprawione potrawy z lekkim posmakiem goryczy. Goryczka dodaje wartości. Goryczka jest oznaką dojrzałości. Poniekąd goryczka jest wyznacznikiem osiągnięcia pewnego poziomu dorosłości. Przełknięcie gorzkiego kęsa pozwala pokonać własną słabość, a czasem wynagradza to ciekawym smakowym doznaniem (jak z mocno chmielonym piwem).
Liczę, że w końcu seria porażek Widzewa czy siatkarzy skończy się, niczym długie i nieco żmudne gotowanie. Cierpliwość w mieszaniu wszystkich smaków w końcu zaowocuje smakiem uniwersalnym, smakiem najdoskonalszym.
Smakiem zwycięstwa.
poniedziałek, 23 września 2013
Nie ma się co szczypać
Troszkę czasu to trwało, troszkę dojrzewało samoistnie, troszkę dojrzewało przez kopniaki w tyłek i liszaje na ogarnięcie, ale w końcu dojrzało. No dobra, póki co kiełkuje, ale pewnie w końcu wyrośnie z tego pięknie kwitnący kwiat.
Bo jak tak patrzę to do tej pory hodowałem bonsai - tylko przycinałem gałązki. W ramach poprawiania swojego samopoczucia postanowiłem zastosować metodę ograniczania wszelkich możliwości jakie daje mi świat.
Przestałem biegać po maratonie - bo zmęczony. Przestałem spacerować - bo powinienem być w domu, z Love. Odpuściłem temat przewodnictwa - bo i tak pewnie nie miałbym czasu. Bla, bla, bla, bla.
Szukanie wymówek jako nowe hobby.
Koniec z tym. Koniec z jojczeniem, marudzeniem, tłumaczeniem i życiem byleby przetrwać kolejny dzień po najmniejszej linii oporu. Żeby tylko się nie zmęczyć, pobrudzić i żeby nikt nie miał pretensji.
Znów biegam! Po 5 miesiącach udało się zaatakować temat, ubrać buty i wyjść podeptać chodniki. Generalnie to niewiele się zmieniło - buty te same, dresy te same, mp3 rozładowana. Szkoda, że forma nie ta. Nogi dają radę, ale oddechowo - krążeniowo czuję się zatkany. Dlatego na początek 24 minutki. Bardziej żeby od czegoś zacząć niż żeby coś osiągnąć. Póki co. Kto wie, może te 24 minutki to znak, żeby wrócić do planu treningowego - na 24 tygodnie? Tak czy siak cel taki jak rok temu o tej porze - w kwietniu przebiec maraton.
Tylko, że dzisiaj już wiem jak to smakuje, z czym to się je. Mam nadzieję, że tym razem na starcie stanie dwóch Bajasów i dwóch Bajasów zamelduje się na mecie. Za siebie już nie muszę trzymać kciuków, bo wiem, że dam radę mając ubiegłoroczne doświadczenie. Teraz trzymam kciuki za tatę, oby wystarczyło mu wytrwałości!
A po czym poznać, że znów czujesz się na siłach, żeby wrócić do szykowania się na maraton? Na dworze pada, wieje, zimno, dzień był ciężki (nawet bardzo), ale i tak wychodzisz z domu. I jakie to piękne uczucie, znów mieć tę energię, siłę taką, że "zamiast hantla mógłbym użyć całego bloku".
Fajnie móc spojrzeć na swoje życie i powiedzieć "dobrze jest, oby tak dalej".
Miłego wieczorka!
Bo jak tak patrzę to do tej pory hodowałem bonsai - tylko przycinałem gałązki. W ramach poprawiania swojego samopoczucia postanowiłem zastosować metodę ograniczania wszelkich możliwości jakie daje mi świat.
Przestałem biegać po maratonie - bo zmęczony. Przestałem spacerować - bo powinienem być w domu, z Love. Odpuściłem temat przewodnictwa - bo i tak pewnie nie miałbym czasu. Bla, bla, bla, bla.
Szukanie wymówek jako nowe hobby.
Koniec z tym. Koniec z jojczeniem, marudzeniem, tłumaczeniem i życiem byleby przetrwać kolejny dzień po najmniejszej linii oporu. Żeby tylko się nie zmęczyć, pobrudzić i żeby nikt nie miał pretensji.
Znów biegam! Po 5 miesiącach udało się zaatakować temat, ubrać buty i wyjść podeptać chodniki. Generalnie to niewiele się zmieniło - buty te same, dresy te same, mp3 rozładowana. Szkoda, że forma nie ta. Nogi dają radę, ale oddechowo - krążeniowo czuję się zatkany. Dlatego na początek 24 minutki. Bardziej żeby od czegoś zacząć niż żeby coś osiągnąć. Póki co. Kto wie, może te 24 minutki to znak, żeby wrócić do planu treningowego - na 24 tygodnie? Tak czy siak cel taki jak rok temu o tej porze - w kwietniu przebiec maraton.
Tylko, że dzisiaj już wiem jak to smakuje, z czym to się je. Mam nadzieję, że tym razem na starcie stanie dwóch Bajasów i dwóch Bajasów zamelduje się na mecie. Za siebie już nie muszę trzymać kciuków, bo wiem, że dam radę mając ubiegłoroczne doświadczenie. Teraz trzymam kciuki za tatę, oby wystarczyło mu wytrwałości!
A po czym poznać, że znów czujesz się na siłach, żeby wrócić do szykowania się na maraton? Na dworze pada, wieje, zimno, dzień był ciężki (nawet bardzo), ale i tak wychodzisz z domu. I jakie to piękne uczucie, znów mieć tę energię, siłę taką, że "zamiast hantla mógłbym użyć całego bloku".
Fajnie móc spojrzeć na swoje życie i powiedzieć "dobrze jest, oby tak dalej".
Miłego wieczorka!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)