Człowiek by sobie pospał pewnie do nie wiadomo której, wiadomo, niedziela. Cóż jednak począć, kiedy chce się pozbyc starego rzęchowatego monitora i pojawia się pan, który go weźmie, jeszcze 15 zł zapłaci. Taka fortuna piechotą nie chodzi, toteż zerwałem się wczesnym porankiem o 10 aby dokonać transakcji. Transakcja dokonana, kłaść się spać spowrotem nie będę. Obejrzę sobie sztafetę, taki będę! W końcu mamy nie lada biegaczki, więc mamy szansę powalczyć o pozycję jednocyfrową ;).
Z drugiej strony dwucyfrowa, też nie jest zła, ważne, że z 1 na początku. Że niby się nie da z 2? Mówimy przecież o POLSKIEJ reprezentacji. Ważne, że Justyna pokazała, że wcale nie jest z nią tak źle jak niektórzy chcieliby sądzić po wczoraj.
Pooglądane zawody, śniadanie zjedzone, hiszpański nauczony, idziemy biegać. Od rana, bo po maminym obiadku to różnie z tym bywa... Zresztą akurat miałem wolną chwilę, a po południu nie miałbym takiego luksusu.
Jak było? Bardzo dobrze. Dałem sobie wycisk i teraz czuję trudy 4 mocnych treningów w tygodniu, bo ledwo widzę co tu skrobę na tym monitorku. Forma jest, szczególnie psychiczna, co będę powtarzał do upadłego, bo to jest dla mnie ważniejsze niż dobre samopoczucie fizyczne. I pierwszy raz w historii moich biegów wyliczyłem sobie trasę na tyle idealnie, że nie musiałem ostatnich 5 minut krążyć jak głupi pod blokiem, w tę i spowrotem.
Teraz dwa dni oddechu, za wiele w sporcie się nie dzieje, więc można skupić się na tym co ważne w życiu prawdziwie dorosłego i odpowiedzialnego mężczyzny. Tak, na jedzeniu też, ale akurat nie o to chodzi, hłe hłe.
Z błogosławieństwem na ostatnie 3 godziny niedzieli.
Ja.
niedziela, 25 listopada 2012
Ludzie, biegajcie!
Życie mnie regularnie zaskakuje. Szczególnie kiedy chodzi o bieganie, poważnie.
Zdążyłem już rano podzielic się informacjami o moim dobrym samopoczuciu w dniu dzisiejszym. Generalnie próby różnych zabiegów odkacujących spełzły na niczym. Jedzenie pomogło niewiele, ale od tego nie oczekiwałem za wiele. Wody wychlałem ponad 2 litry w ciągu całego dnia, ale od tego głowa nie przestaje bolec. Rower był pewną nadzieją, jednak okazał się nie zmienic kompletnie nic. Nawet przytulenie Love i zabawa z Jej kotem na niewiele się zdały. Oj, chyba dane mi będzie pójśc spac o 21, aby uniknąc dalszego cierpienia.
Niestety, trzeba biegac. Mamo, muszę? Godzinę? Nie można zamienic tego na 10 minut? Dobra nie ma co marudzic. Przed oczami mam notkę o wstawaniu przed Warszawą, nie ma odpuszczania. Przegryzłem kosteczkę nussbeisera i kawałek murzynka, tak na zachętkę. Wkasałem dresik, założyłem czapkę - żulówkę i jedziemy.
Tak, czułem się znakomicie od samego początku. Szczególnie, że nie ogarnąłem, że założyłem złe buty... Organizm rwał się do aktywności niczym dziki rumak pośród prerii. Po 15 minutach nie pojawiała się żadna iskierka nadziei. Powinienem byc rozgrzany i biec w miare na luzie. Nie byłem rozgrzany, bolały mnie nogi od złych butów, a zegarek nie chciał uznac, że 15 minut to w rzeczywistości 60.
Przebiegłem klasyczną trasę, zacząłem krążyc w orbicie okołodomowej. Zegarek niezbyt sympatycznie informował mnie, że jestem dopiero w połowie. Nie no kurczę, jak to? Tyle się już męczę, a tu drugie tyle? Bez jaj... Dobra pocisnę jeszcze kawałek i zawinę do domu i zaczniemy się martwic.
I co? Miało byc bez jaj, a tu jaja jak berety... Koło 45 minuty musiałem zdecydowac czy biegnę dalej czy jestem frajer pompka i spitalam do domu. Pobiegłem.
Złapałem falę.
Nie wiem czemu tak jest, ale znów koło 50 było zajebiście. Organizm jakby się odblokował, nawet głowa przestawała bolec. Znowu to wspaniałe uczucie, że ciągnie mnie samego do przodu. Prawdę mówiąc, gdyby mi kazali biec jeszcze 30 minut nie obraziłbym się ;).
Wesoło dobiegłem do domu. Jestem z siebie mega dumny, bo jestem coraz bliżej podłogi, ale o co chodzi powiem dopiero jak uda mi się dojśc do celu. Mam nadzieję, że nastąpi to już w przyszłym tygodniu :).
A co z kacem, zapytają dociekliwi. Nie ma, zniknął. Tzn. lekka zamułka została, główka gdzieś tam pobolewa, ale, Panie, nie porównuj Pan tego do tego co było przed bieganiem!
Także biegajcie, biegajcie, czy z kacem czy bez kaca, praca nie popłaca, tylko bieganie lepsze niż śniadanie!
I zapraszam na filozujac.blogspot.com. Tzn. dziś jeszcze niewiele tam jest, ale już niedługo będzie się działo... ;)
Zdążyłem już rano podzielic się informacjami o moim dobrym samopoczuciu w dniu dzisiejszym. Generalnie próby różnych zabiegów odkacujących spełzły na niczym. Jedzenie pomogło niewiele, ale od tego nie oczekiwałem za wiele. Wody wychlałem ponad 2 litry w ciągu całego dnia, ale od tego głowa nie przestaje bolec. Rower był pewną nadzieją, jednak okazał się nie zmienic kompletnie nic. Nawet przytulenie Love i zabawa z Jej kotem na niewiele się zdały. Oj, chyba dane mi będzie pójśc spac o 21, aby uniknąc dalszego cierpienia.
Niestety, trzeba biegac. Mamo, muszę? Godzinę? Nie można zamienic tego na 10 minut? Dobra nie ma co marudzic. Przed oczami mam notkę o wstawaniu przed Warszawą, nie ma odpuszczania. Przegryzłem kosteczkę nussbeisera i kawałek murzynka, tak na zachętkę. Wkasałem dresik, założyłem czapkę - żulówkę i jedziemy.
Tak, czułem się znakomicie od samego początku. Szczególnie, że nie ogarnąłem, że założyłem złe buty... Organizm rwał się do aktywności niczym dziki rumak pośród prerii. Po 15 minutach nie pojawiała się żadna iskierka nadziei. Powinienem byc rozgrzany i biec w miare na luzie. Nie byłem rozgrzany, bolały mnie nogi od złych butów, a zegarek nie chciał uznac, że 15 minut to w rzeczywistości 60.
Przebiegłem klasyczną trasę, zacząłem krążyc w orbicie okołodomowej. Zegarek niezbyt sympatycznie informował mnie, że jestem dopiero w połowie. Nie no kurczę, jak to? Tyle się już męczę, a tu drugie tyle? Bez jaj... Dobra pocisnę jeszcze kawałek i zawinę do domu i zaczniemy się martwic.
I co? Miało byc bez jaj, a tu jaja jak berety... Koło 45 minuty musiałem zdecydowac czy biegnę dalej czy jestem frajer pompka i spitalam do domu. Pobiegłem.
Złapałem falę.
Nie wiem czemu tak jest, ale znów koło 50 było zajebiście. Organizm jakby się odblokował, nawet głowa przestawała bolec. Znowu to wspaniałe uczucie, że ciągnie mnie samego do przodu. Prawdę mówiąc, gdyby mi kazali biec jeszcze 30 minut nie obraziłbym się ;).
Wesoło dobiegłem do domu. Jestem z siebie mega dumny, bo jestem coraz bliżej podłogi, ale o co chodzi powiem dopiero jak uda mi się dojśc do celu. Mam nadzieję, że nastąpi to już w przyszłym tygodniu :).
A co z kacem, zapytają dociekliwi. Nie ma, zniknął. Tzn. lekka zamułka została, główka gdzieś tam pobolewa, ale, Panie, nie porównuj Pan tego do tego co było przed bieganiem!
Także biegajcie, biegajcie, czy z kacem czy bez kaca, praca nie popłaca, tylko bieganie lepsze niż śniadanie!
I zapraszam na filozujac.blogspot.com. Tzn. dziś jeszcze niewiele tam jest, ale już niedługo będzie się działo... ;)
sobota, 24 listopada 2012
Ból istnienia
Tak, sport jest super. Sport to zdrowie. Niestety, zdarzają się w życiu sytuacje kiedy ze "sport to zdrowie" wycina się "sport to" i wkleja na to miejsce "na". Szczególnie kiedy ustawia się 3 dawno nie widzących się ze sobą kolegów, do tego na mecz z największym wrogiem.
Rano boli.
Niestety nie jest to ból porażki. I ja mam dzisiaj biegac przez godzinę... O tym może napiszę później, póki co skupmy się na sprawach ważniejszych.
Na meczu. Chociaż podejrzewam, że niejeden mecz obraziłby się na mnie za określenie tego wczorajszego wydarzenia sportowego meczem. Cóż, czasy kiedy Widzew - Legia były hitem nie tylko z nazwy już z całą pewnością wzięły bliżej nie określony długościowo urlop.
Jednakże, ja nie jestem wyrafinowanym koneserem futbolu oczekującego od meczu polskiej ekstraklasy uczty na najwyższym poziomie. Są po prostu spotkania, od których oczekuję walki, krwi, głośnych okrzyków i atakowania z furią bramki przeciwnika. Na próżno było wczoraj szukac tego w telewizorze. Widzew, jak to Widzew - wyszedł na mecz sparaliżowany, widac coraz większy spadek formy, brak doświadczenia i zgrania, generalnie nic nowego. Natomiast od Legii prawdę mówiąc oczekiwałbym czegoś więcej niż pojedyncza akcja jednego z moich ulubionych piłkarzy młodego pokolenia :). Ok, w paru momentach bramkę RTSu ratował Dragojevic, ale ile takich sytuacji było? 3? Trochę mało na 90 minut spotkania...
Zatrzymajmy się jednak przy jedynej bramce tego spotkania. Może i jestem subiektywny, może i nie lubię Koseckiego, ale porównywanie go do Messiego to chyba lekka przesada? Fajnie, że w Polsce potrafimy na tyle dobrze wyszkolic technicznie piłkarza, że jest w stanie minąc 3 tyczki a następnie oddac strzał z bliska, trafiając między nogami bramkarza do bramki. Prawdę mówiąc, podejrzewam, że przy tak reagujących obrońcach Widzewa, trzeba by byc wyjątkowym beztalenciem, żeby nie dostac się z piłką do pola karnego... Nie można jednak zapomniec, że przecież mamy do czynienia z piłkarzem Legii. I takowy ma od razu wpisane +10 do oceny umiejętności, chociaż nie różni się niczym od takiego samego biegającego w stronę drugiej bramki...
Swoją drogą trzeba wykazac się wyjątkowym obiektywizmem i taktem, żeby do komentowania meczu Widzewa z Legią wyznaczyc niejakiego Tomasza Wieszczyckiego. Brawo Canal+! Następnym razem proponuję sięgnąc po Igora Sypniewskiego albo Cezarego Kucharskiego. Tak dla zrównoważenia ;).
Myślałem, że napiszę dziś coś o Justynie Kowalczyk. Jednak generalnie nie ma za bardzo o czym pisac i w cale nie dlatego, że zajęła wysokie 27. miejsce ;). Po prostu realizatorzy transmisji, również wykazali się wyjątkowym kunsztem pokazując Justynę wyłącznie dlatego, że w okolicy przebiegała Bjoergen... Warto było się zrywac z łóżka. Może by mnie tak głowa nie bolała jakbym sobie darował...?
Wbrew wszystkiemu sądzę, że czeka nas baaaardzo ciekawy sezon, a Justyna jak się rozkręci to da popalic wszystkim, że aż się śnieg roztopi :).
Jak tak patrzę na to co wypociłem, to widzę, że strasznie marudzę na kacu... Nic mi życie na osłodę nie podrzuca.
Cierp ciało coś chciało.
Rano boli.
Niestety nie jest to ból porażki. I ja mam dzisiaj biegac przez godzinę... O tym może napiszę później, póki co skupmy się na sprawach ważniejszych.
Na meczu. Chociaż podejrzewam, że niejeden mecz obraziłby się na mnie za określenie tego wczorajszego wydarzenia sportowego meczem. Cóż, czasy kiedy Widzew - Legia były hitem nie tylko z nazwy już z całą pewnością wzięły bliżej nie określony długościowo urlop.
Jednakże, ja nie jestem wyrafinowanym koneserem futbolu oczekującego od meczu polskiej ekstraklasy uczty na najwyższym poziomie. Są po prostu spotkania, od których oczekuję walki, krwi, głośnych okrzyków i atakowania z furią bramki przeciwnika. Na próżno było wczoraj szukac tego w telewizorze. Widzew, jak to Widzew - wyszedł na mecz sparaliżowany, widac coraz większy spadek formy, brak doświadczenia i zgrania, generalnie nic nowego. Natomiast od Legii prawdę mówiąc oczekiwałbym czegoś więcej niż pojedyncza akcja jednego z moich ulubionych piłkarzy młodego pokolenia :). Ok, w paru momentach bramkę RTSu ratował Dragojevic, ale ile takich sytuacji było? 3? Trochę mało na 90 minut spotkania...
Zatrzymajmy się jednak przy jedynej bramce tego spotkania. Może i jestem subiektywny, może i nie lubię Koseckiego, ale porównywanie go do Messiego to chyba lekka przesada? Fajnie, że w Polsce potrafimy na tyle dobrze wyszkolic technicznie piłkarza, że jest w stanie minąc 3 tyczki a następnie oddac strzał z bliska, trafiając między nogami bramkarza do bramki. Prawdę mówiąc, podejrzewam, że przy tak reagujących obrońcach Widzewa, trzeba by byc wyjątkowym beztalenciem, żeby nie dostac się z piłką do pola karnego... Nie można jednak zapomniec, że przecież mamy do czynienia z piłkarzem Legii. I takowy ma od razu wpisane +10 do oceny umiejętności, chociaż nie różni się niczym od takiego samego biegającego w stronę drugiej bramki...
Swoją drogą trzeba wykazac się wyjątkowym obiektywizmem i taktem, żeby do komentowania meczu Widzewa z Legią wyznaczyc niejakiego Tomasza Wieszczyckiego. Brawo Canal+! Następnym razem proponuję sięgnąc po Igora Sypniewskiego albo Cezarego Kucharskiego. Tak dla zrównoważenia ;).
Myślałem, że napiszę dziś coś o Justynie Kowalczyk. Jednak generalnie nie ma za bardzo o czym pisac i w cale nie dlatego, że zajęła wysokie 27. miejsce ;). Po prostu realizatorzy transmisji, również wykazali się wyjątkowym kunsztem pokazując Justynę wyłącznie dlatego, że w okolicy przebiegała Bjoergen... Warto było się zrywac z łóżka. Może by mnie tak głowa nie bolała jakbym sobie darował...?
Wbrew wszystkiemu sądzę, że czeka nas baaaardzo ciekawy sezon, a Justyna jak się rozkręci to da popalic wszystkim, że aż się śnieg roztopi :).
Jak tak patrzę na to co wypociłem, to widzę, że strasznie marudzę na kacu... Nic mi życie na osłodę nie podrzuca.
Cierp ciało coś chciało.
czwartek, 22 listopada 2012
O wrogu trzeba pamiętac
Leniwe czwartkowe popołudnie bezrobotnego bloggera - biegacza. Walnął se człek wpisa, łyknął minerałki i poszedł trenowac. Ubrał się jak na -20, a okazało się, że jest tak gdzieś +7. Będziemy gotowac (się)! Zaczął sobie biec, pomalusieńku, jak zwykle na starcie. Lepiej się rozkręcac powoli, niż pierdyknąc na facjatę po 18 minutach biegu niczym szalony szaleniec.
Myśli też płyną leniwie. "Ale cieplutko", "fajna ta nowa płyta Zeusa", "nie lubię śledzi", "oh, jaki śliczny kotek", "dawno nie miałem kolki", "dobrze byłoby skończyc tę książkę dzisiaj", "jaki jest sens...?" Zaraz zaraz! Właśnie. Co się stało z moją kolką? Już nie boli mnie brzusio? Tak po prostu przestało? Fajnie, to pewnie dlatego, że już jestem biegowym kozakiem i mam większe problemy przy bieganiu niż kolka!
Jednak wróg nigdy nie śpi.
A na pewno kolka nie zasypia. Czekała w półcieniu moich żeber. Poruszała się bezszelestnie, była niczym tasiemiec albo polska Ekstraklasa. Długa i niebezpieczna dla zdrowia. Kiedy najmniej się tego spodziewałem zaatakowała.
Zgiąłem się w pół w bolesnym uścisku. Krzycząc głośno padłem na kolana. Próbowałem odgonic ją przeklinaniem i rytmicznym masowaniem. Liczyłem chyba, że relaks w postaci masażu ją uspokoi. Na niewiele się to zdało, ona cały czas atakowała okolice moich żeber, z lewej strony. Łupała aż po kręgosłup. Próbowałem wstac, jednak nie pozwoliła. Rzucała mną o beton, niczym doświadczony judoka. Spróbowałem wziąc głęboki oddech. Krzyknąłem "ZOSTAW" i z trudem się podniosłem. Najpierw wolnym truchtem, prawie marszem, zacząłem iśc. Łzy lały się po mojej skroni, łzy bólu. Zaciskając zęby na wargach, do krwi, biegłem. Coraz szybciej i szybciej. W końcu złapałem swoje normalne tempo. Z chwili na chwilę kolka odpuszczała. W końcu pogroziła mi palcem "jeszcze tu wrócę!" wołając. Poszła sobie. Mogłem kontynuowac trening...
No dobra, prawdę mówiąc nie było tak źle. Złapała mnie, menda, na samym początku i trzymała jakieś 20 minut. Na szczęscie dzisiaj czułem wyraźnie, że przyczyną było przesadne najedzenie się. Tzn. nawet nie to, tylko po prostu poszedłem biegac za wcześnie po obiedzie.
Poza tym wszystko fajnie, forma jest, przede wszystkim psychiczna. W końcu mam swoją fajną trasę, to raz, a dwa, w końcu nie myślę o bieganiu jako przykrym obowiązku, tylko jako fajnej części dnia. Mam mega satysfakcję, oby tak dalej!
Jutro ważny dzień, a potem ciekawy weekend sportowo się szykuje. Będzie o czym pisac, oj będzie ;)...
Myśli też płyną leniwie. "Ale cieplutko", "fajna ta nowa płyta Zeusa", "nie lubię śledzi", "oh, jaki śliczny kotek", "dawno nie miałem kolki", "dobrze byłoby skończyc tę książkę dzisiaj", "jaki jest sens...?" Zaraz zaraz! Właśnie. Co się stało z moją kolką? Już nie boli mnie brzusio? Tak po prostu przestało? Fajnie, to pewnie dlatego, że już jestem biegowym kozakiem i mam większe problemy przy bieganiu niż kolka!
Jednak wróg nigdy nie śpi.
A na pewno kolka nie zasypia. Czekała w półcieniu moich żeber. Poruszała się bezszelestnie, była niczym tasiemiec albo polska Ekstraklasa. Długa i niebezpieczna dla zdrowia. Kiedy najmniej się tego spodziewałem zaatakowała.
Zgiąłem się w pół w bolesnym uścisku. Krzycząc głośno padłem na kolana. Próbowałem odgonic ją przeklinaniem i rytmicznym masowaniem. Liczyłem chyba, że relaks w postaci masażu ją uspokoi. Na niewiele się to zdało, ona cały czas atakowała okolice moich żeber, z lewej strony. Łupała aż po kręgosłup. Próbowałem wstac, jednak nie pozwoliła. Rzucała mną o beton, niczym doświadczony judoka. Spróbowałem wziąc głęboki oddech. Krzyknąłem "ZOSTAW" i z trudem się podniosłem. Najpierw wolnym truchtem, prawie marszem, zacząłem iśc. Łzy lały się po mojej skroni, łzy bólu. Zaciskając zęby na wargach, do krwi, biegłem. Coraz szybciej i szybciej. W końcu złapałem swoje normalne tempo. Z chwili na chwilę kolka odpuszczała. W końcu pogroziła mi palcem "jeszcze tu wrócę!" wołając. Poszła sobie. Mogłem kontynuowac trening...
No dobra, prawdę mówiąc nie było tak źle. Złapała mnie, menda, na samym początku i trzymała jakieś 20 minut. Na szczęscie dzisiaj czułem wyraźnie, że przyczyną było przesadne najedzenie się. Tzn. nawet nie to, tylko po prostu poszedłem biegac za wcześnie po obiedzie.
Poza tym wszystko fajnie, forma jest, przede wszystkim psychiczna. W końcu mam swoją fajną trasę, to raz, a dwa, w końcu nie myślę o bieganiu jako przykrym obowiązku, tylko jako fajnej części dnia. Mam mega satysfakcję, oby tak dalej!
Jutro ważny dzień, a potem ciekawy weekend sportowo się szykuje. Będzie o czym pisac, oj będzie ;)...
Zaciśnięte zęby
Wczorajszy dzień poświęcony został na wojaż do Warszawy. Tak w zasadzie pierwsza moja wizyta w tym mieście, żeby cośkolwiek zobaczyc, a nie tylko przeleciec przez nie załatwiając coś/odbierając z lotniska kogoś/jadąc na koncert, którego nie ma ;). Jednak żeby tego dokonac trzeba było najpierw wstac. Wcześniej. Tak bardzo dużo wcześniej, jak na wolny dzień.
O 6.30.
Tak, wiem, żaden wyczyn, cienko to by było wstac o 4. Tylko nie na co dzień człowiek się zrywa o 6.30 wyłącznie po to, żeby pójśc biegac i to przez godzinę. Ostatni taki raz przypominam sobie jakieś 10 lat temu, kiedy jeszcze śmigałem do podstawówki. Nie oszukujmy się, ból egzystencjonalny 12-latka o 6.30 jest dużo mniejszy niż 22 letniego zioma, który już poznał uroki kładzenia się spac dużo później, niż po zakończeniu pierwszej połowy meczu Ligi Mistrzów.
Pierwsza myśl po usłyszeniu mojego zajebistego dźwięku budzika, to "co ja, kurczę, robię?". Mogłem spac co najmniej 1,5 godziny dłużej, ale wolałem iśc biegac (wspaniała fraza swoją drogą) rano, żeby nie robic tego wieczorem po całym dniu zwiedzania. Mogłem odpuścic trening, skrócic go, przełożyc na inny dzień.
Sorry, ale nie, albo będę trzymał dyscyplinę, albo 14 kwietnia będę mógł przeczytac, że dzisiaj odbył się łódzki maraton. Bo jedna kombinacja zachęca do następnej i spiralka pomału się nakręca. Każde 5 minut skróconego treningu, pomnożone przez 20 tygodni po 3-4 treningi, to kilka treningów w plecy. Nie wiem czy nie zabraknie mi potem sił, bo 21 mi się nie chciało zwlec z łóżka.
Zaciskam zęby i biegnę. Wcześniej zjadłem pół nie do końca świeżego już banana, popiłem nie do końca smakującym mi soczkiem, przegryzłem nie do końca zjedzoną czekoladą i poleciałem. Na szczęście nie było aż tak zimno jak myślałem, że jest.
Oczywiście szału kondycyjnego nie było, przez pierwsze 20 minut mój organizm nie ogarniał chyba jeszcze, że to już po pobudce. Jak już ogarnął, prawie usnąłem na biegnąco. Nie wiedziałem, że się da ;). Oczywiście, jak zywkle, najlepiej zaczęło mi się biegac po 50 minucie, czyli na sam koniec.
Szybkie rozciąganie i hop do domu. Pośpieszne mycie, jedzenie, ogarnianie przed wyjazdem. Szybko na autobus i na pociąg. Udało się.
Dlaczego by tak nie biegac codziennie? Co stoi na przeszkodzie wstawaniu godzinę wcześniej i pójściu biegac? Zresztą bieganie można zamienic na każdą inną czynnośc. Konstruktywną oczywiście. Zamiast spac do 12 lepiej chyba wstac chwilkę wcześnie, poczytac książkę chwilę dłużej, pobiegac, czy, nie wiem, pouczyc się języka troszkę dłużej niż zwykle. Trzeba zacisnąc zęby, przemilczec ból, wygrac z wygodnictwem.
Po wczoraj mam mega satysfakcję. Nie chcę wiedziec co będzie 14 kwietnia, chyba pęknę z dumy z samego siebie (skromniacha ;)). Fajnie będzie przebiec te 42 kilometry. Chociaż chyba jeszcze fajniej będzie wspomniec te wszystkie dni, kiedy nie odpuściłem.
O 6.30.
Tak, wiem, żaden wyczyn, cienko to by było wstac o 4. Tylko nie na co dzień człowiek się zrywa o 6.30 wyłącznie po to, żeby pójśc biegac i to przez godzinę. Ostatni taki raz przypominam sobie jakieś 10 lat temu, kiedy jeszcze śmigałem do podstawówki. Nie oszukujmy się, ból egzystencjonalny 12-latka o 6.30 jest dużo mniejszy niż 22 letniego zioma, który już poznał uroki kładzenia się spac dużo później, niż po zakończeniu pierwszej połowy meczu Ligi Mistrzów.
Pierwsza myśl po usłyszeniu mojego zajebistego dźwięku budzika, to "co ja, kurczę, robię?". Mogłem spac co najmniej 1,5 godziny dłużej, ale wolałem iśc biegac (wspaniała fraza swoją drogą) rano, żeby nie robic tego wieczorem po całym dniu zwiedzania. Mogłem odpuścic trening, skrócic go, przełożyc na inny dzień.
Sorry, ale nie, albo będę trzymał dyscyplinę, albo 14 kwietnia będę mógł przeczytac, że dzisiaj odbył się łódzki maraton. Bo jedna kombinacja zachęca do następnej i spiralka pomału się nakręca. Każde 5 minut skróconego treningu, pomnożone przez 20 tygodni po 3-4 treningi, to kilka treningów w plecy. Nie wiem czy nie zabraknie mi potem sił, bo 21 mi się nie chciało zwlec z łóżka.
Zaciskam zęby i biegnę. Wcześniej zjadłem pół nie do końca świeżego już banana, popiłem nie do końca smakującym mi soczkiem, przegryzłem nie do końca zjedzoną czekoladą i poleciałem. Na szczęście nie było aż tak zimno jak myślałem, że jest.
Oczywiście szału kondycyjnego nie było, przez pierwsze 20 minut mój organizm nie ogarniał chyba jeszcze, że to już po pobudce. Jak już ogarnął, prawie usnąłem na biegnąco. Nie wiedziałem, że się da ;). Oczywiście, jak zywkle, najlepiej zaczęło mi się biegac po 50 minucie, czyli na sam koniec.
Szybkie rozciąganie i hop do domu. Pośpieszne mycie, jedzenie, ogarnianie przed wyjazdem. Szybko na autobus i na pociąg. Udało się.
Dlaczego by tak nie biegac codziennie? Co stoi na przeszkodzie wstawaniu godzinę wcześniej i pójściu biegac? Zresztą bieganie można zamienic na każdą inną czynnośc. Konstruktywną oczywiście. Zamiast spac do 12 lepiej chyba wstac chwilkę wcześnie, poczytac książkę chwilę dłużej, pobiegac, czy, nie wiem, pouczyc się języka troszkę dłużej niż zwykle. Trzeba zacisnąc zęby, przemilczec ból, wygrac z wygodnictwem.
Po wczoraj mam mega satysfakcję. Nie chcę wiedziec co będzie 14 kwietnia, chyba pęknę z dumy z samego siebie (skromniacha ;)). Fajnie będzie przebiec te 42 kilometry. Chociaż chyba jeszcze fajniej będzie wspomniec te wszystkie dni, kiedy nie odpuściłem.
wtorek, 20 listopada 2012
Przeprowadziłem się
No masz, udało się. Już myślałem, że sam siebie zatłukę, że tyle tych wpisów nawaliłem, a to i tak nie wszystkie, częśc będzie jawic się na moim drugim blogu.
Bo gdyż albowiem zaprawdę powiadam Wam, postanowiłem się przeprowadzic tu, to raz, a dwa podzielic moją dotychczasową twórczośc między kwestie związane ze sportem, turystyką, ewentualnie jakimś-tam gadaniem o Łodzi i sprawach z tym bagienkiem związanych. Tendencje do filozowania w bardzo ciężki, mało zrozumiały i bezsensowny sposób postanowiłem przelac na drugiego bloga filozujac.blogspot.com. Tam też znajdzie się logiczne uzupełnienie niektórych moich dotychczasowych postów, wrzuconych tutaj w celach reminescencyjnych oraz ciekawsko-wglądowych.
Także koniec memłania nie znającego się na sporcie o jakiś wydumanych pierdółkach. Tylko sport, krew, pot, łzy, twarda walka, wybite szyby w oknach i komentatorzy TVP Sport.
Jutro będzie śmiesznie bo wstaję o 7 tylko po to żeby sobie pobiegac przed wojażem do Stolicy, jednodniowym po jednodniowym, ale zawsze wojażem.
Więc, w związku z tym, że czeka mnie przeprowadzka drugiej części bloga, a także piszę już takie bzdury, że sam nie wiem o co chodzi, pozwolę sobie zaprosic do dalszego zaglądania tu już od jutra, kiedy to przedstawię relację z moich porannych cierpień i całodniowych uniesnień turystycznych.
Maraton boli, nawet na 5 miesięcy przed startem...
Bo gdyż albowiem zaprawdę powiadam Wam, postanowiłem się przeprowadzic tu, to raz, a dwa podzielic moją dotychczasową twórczośc między kwestie związane ze sportem, turystyką, ewentualnie jakimś-tam gadaniem o Łodzi i sprawach z tym bagienkiem związanych. Tendencje do filozowania w bardzo ciężki, mało zrozumiały i bezsensowny sposób postanowiłem przelac na drugiego bloga filozujac.blogspot.com. Tam też znajdzie się logiczne uzupełnienie niektórych moich dotychczasowych postów, wrzuconych tutaj w celach reminescencyjnych oraz ciekawsko-wglądowych.
Także koniec memłania nie znającego się na sporcie o jakiś wydumanych pierdółkach. Tylko sport, krew, pot, łzy, twarda walka, wybite szyby w oknach i komentatorzy TVP Sport.
Jutro będzie śmiesznie bo wstaję o 7 tylko po to żeby sobie pobiegac przed wojażem do Stolicy, jednodniowym po jednodniowym, ale zawsze wojażem.
Więc, w związku z tym, że czeka mnie przeprowadzka drugiej części bloga, a także piszę już takie bzdury, że sam nie wiem o co chodzi, pozwolę sobie zaprosic do dalszego zaglądania tu już od jutra, kiedy to przedstawię relację z moich porannych cierpień i całodniowych uniesnień turystycznych.
Maraton boli, nawet na 5 miesięcy przed startem...
Popełniac błędy (28 października 2012)
Kolejny szalony tydzień, pełen nowatorskich błyskotliwych wpisów, okraszonych nie byle jakimi dowcipami, podszytymi dramatyczną historią człowieka zmagającego się z trudami treningu do biegu maratońskiego.
No, to może za jakieś dwa miesiące uda mi się napisac. Póki co za sukces traktuję jakikolwiek wpis.
Chociaż powinno byc coraz lepiej.
Opisane we wtorek postanowienia pomału zaczynają kiełkowac, niech sukcesem będzie fakt, iż w ogóle pamiętam co sobie założyłem.
Generalnie mój organizm zaczyna się przestawiac na tryb pracujący. Wstaję z coraz mniejszym bólem, pracuję z coraz mniejszym uczuciem "ja pierdziu co ja tu robię?", a i po pracy mam jeszcze siłę na cokolwiek. Tzn łatwo mi się mówi to w niedzielę wieczorem, w tygodniu nie jestem tak ochoczy w pozytywnym myśleniu. Jednakowoż jest już nawet fajnie.
Zaczynam trening pod maraton. W środę. Oznacza to przede wszystkim reorganizację życia w dniach treningów, bo nie chcę się zajechac tak jak przy poprzednim bieganiu. Tu już nie ma opcji zrobienia przerwy po 10 tygodniach. Do 14 kwietnia jestem w cugu. Potem, podejrzewam, nie będę kontynuował swojej kariery biegacza, chyba że dużo mi się zmieni w myśleniu do tego czasu. Na chwilę obecną moim szczytem jest start i przebiegnięcie maratonu. Dalszych szczytów nie widzę.
Jeżdżę rowerem do pracy. Jakie życie jest piękne w takich chwilach. W ogóle jakoś ostatnio mi wszystko się fajnie układa, chociaż do pełni szczęścia brakuje czegoś co jest dużo większe niż wszystko co mi "gra" do tej pory.
I są wnioski, pierwsze wnioski z życia zawodowego. Tzn. wnioski są w sumie wcześniejsze, ale teraz poparte żywymi przykładami. Warto popełniac błędy. A szczególnie wtedy warto, kiedy się gra na 100%. Bo potem okazuje się, że może i nie zdobyliśmy w 100% tego co chcieliśmy. Może nawet nie było to 50% planu. Tylko, kurczę, fajna jest satysfakcja, kiedy okazuje się, że nasze mniej niż 50%, to w rzeczywistości i tak dużo więcej niż innych 100%.
Dlatego warto próbowac. Pytac się, popełniac błędy, robic gafy. Bo kiedy już się człek otrzepie z tego kurzu nieudolności i braku doświadczenia zostają czyste umiejętności i wiedza. Coś czego nikt nam nie zabierze, a sami możemy korzystac z tego do woli.
Mam zajebistą satysfakcję, że wziąłem się za siebie i pomału zbieram tego plony. Nie wiem jak długo to potrwa, mam nadzieję, że jak najdłużej.
I doczekałem się pierwszego komentarza. Dla mnie totalny szok, kompletnie się tego nie spodziewałem. Ale wracając do mojego pseudofilozofowania - jakbym nie pisał, nawet o kompletnych pierdołach, to bym się tego nie doczekał. A to dla mnie bardzo duża satysfakcja :).
Z życzeniami miłego tygodnia.
Wymądrzający się Bajasow.
No, to może za jakieś dwa miesiące uda mi się napisac. Póki co za sukces traktuję jakikolwiek wpis.
Chociaż powinno byc coraz lepiej.
Opisane we wtorek postanowienia pomału zaczynają kiełkowac, niech sukcesem będzie fakt, iż w ogóle pamiętam co sobie założyłem.
Generalnie mój organizm zaczyna się przestawiac na tryb pracujący. Wstaję z coraz mniejszym bólem, pracuję z coraz mniejszym uczuciem "ja pierdziu co ja tu robię?", a i po pracy mam jeszcze siłę na cokolwiek. Tzn łatwo mi się mówi to w niedzielę wieczorem, w tygodniu nie jestem tak ochoczy w pozytywnym myśleniu. Jednakowoż jest już nawet fajnie.
Zaczynam trening pod maraton. W środę. Oznacza to przede wszystkim reorganizację życia w dniach treningów, bo nie chcę się zajechac tak jak przy poprzednim bieganiu. Tu już nie ma opcji zrobienia przerwy po 10 tygodniach. Do 14 kwietnia jestem w cugu. Potem, podejrzewam, nie będę kontynuował swojej kariery biegacza, chyba że dużo mi się zmieni w myśleniu do tego czasu. Na chwilę obecną moim szczytem jest start i przebiegnięcie maratonu. Dalszych szczytów nie widzę.
Jeżdżę rowerem do pracy. Jakie życie jest piękne w takich chwilach. W ogóle jakoś ostatnio mi wszystko się fajnie układa, chociaż do pełni szczęścia brakuje czegoś co jest dużo większe niż wszystko co mi "gra" do tej pory.
I są wnioski, pierwsze wnioski z życia zawodowego. Tzn. wnioski są w sumie wcześniejsze, ale teraz poparte żywymi przykładami. Warto popełniac błędy. A szczególnie wtedy warto, kiedy się gra na 100%. Bo potem okazuje się, że może i nie zdobyliśmy w 100% tego co chcieliśmy. Może nawet nie było to 50% planu. Tylko, kurczę, fajna jest satysfakcja, kiedy okazuje się, że nasze mniej niż 50%, to w rzeczywistości i tak dużo więcej niż innych 100%.
Dlatego warto próbowac. Pytac się, popełniac błędy, robic gafy. Bo kiedy już się człek otrzepie z tego kurzu nieudolności i braku doświadczenia zostają czyste umiejętności i wiedza. Coś czego nikt nam nie zabierze, a sami możemy korzystac z tego do woli.
Mam zajebistą satysfakcję, że wziąłem się za siebie i pomału zbieram tego plony. Nie wiem jak długo to potrwa, mam nadzieję, że jak najdłużej.
I doczekałem się pierwszego komentarza. Dla mnie totalny szok, kompletnie się tego nie spodziewałem. Ale wracając do mojego pseudofilozofowania - jakbym nie pisał, nawet o kompletnych pierdołach, to bym się tego nie doczekał. A to dla mnie bardzo duża satysfakcja :).
Z życzeniami miłego tygodnia.
Wymądrzający się Bajasow.
Oj, oj, oj (23 października 2012)
Długo mnie nie było tu, oj za długo. Coś się opuściłem ostatnio, tak być nie może!
No ale z drugiej strony czym się tu chwalić... Odpuściłem dwa dni biegania. Prawdę powiedziawszy z pełną premedytacją, chociaż z zamierzonym powrotem najprawdopodobniej jutro. A jak nie jutro to najpóźniej w przyszłą środę, kiedy zaczynam plan do maratonu. Nie dopuszczam jednak takiej myśli, że nie będę 2 tygodnie biegał.
Tak czy siak, co by się nie działo i w ogóle, aktywność fizyczna zostanie utrzymana! W końcu mam możliwość jeżdżenia do pracy rowerem (hip hip hurra!). Oznacza to oszczędności. Po pierwsze - czasu - korki mi już nie straszne, wszystkie skróty dozwolone i parkowanie pod samym wejściem do pracy, hihih. Po drugie oszczędność kasy - benzyna darmowa nie jest, mpk ewentualnie też nie. A rower zużywa tylko tyle co zjem, a to tańsze niż benzyna czy migawka :). Największa oszczędność jednak to oszczędność nerwów. Oj, uwielbiam stanie na światłach, wolno jadące mameje i cwaniaczków wciskających się przede mnie. Teraz jestem sam kowalem własnego losu! Wspaniale :).
Sportowo całkiem całkiem. Widzew zwycięski, chociaż było momentami gorąco. Jednak młoda świeża krew czasem duuużo daje! Szkoda tylko, że wynik lepszy niż gra, ale nie widzę powodów do narzekania ;). Ciekawi mnie kiedy ruszy się coś ze stadionem, ale to pewnie melodia przyszłości...
No cóż, dziś postanowiłem postanowić sobie kilka nowych drobnych postanowień, może się uda. Chociaż pamiętam, że pisałem o jakiś ostatnio i już nawet nie pamiętam o co chodziło :). Ważne żeby pomału do przodu, na przyspieszenie do maxa jeszcze przyjdzie czas. Dziś czas przygotowań do zawodów, że tak metaforycznie powiem.
Fundamenty, żeby były solidne, muszę troszkę czasu powstawać.
Skrobnę se wpisa (18 października 2012)
Postanowiłem napisać, gdyż uznałem, iż tak wypada, chociaż prawdę powiedziawszy nie bardzo wiem o czym.
O meczu i wstydzie na całą Europę/Świat? Wszyscy już napisali co mieli mądrego do napisania, co ja biedny żuczek mogę? Szczególnie, że widziałem tylko ostatnie 30 min, bo wcześniej miałem hiszpański.
Hiszpański, który idzie mi coraz lepiej i jestem z siebie muy contento :).
Potem było bieganie. Olaboga, co to się dzieje.
Nie no, całkiem poważnie, coś jest niehalo. Nie wiem czy to kwestia zmęczenia, złego odżywiania, stresu, pracy, niewyspania czy czegoś jeszcze. Nie jestem w stanie przebiec całego treningu. Wczoraj po 20 zacząłem mieć zawroty głowy i było mi źle na brzusiu. Dziś nieco lepiej, ale mało komfortowo. Będę testował swój organizm na okoliczność wyjaśnienia okoliczności sprawy. I tak niedługo zaczynam treningi wg. nowego planu więc korona mi z głowy nie spadnie.
I pochwalę się - jak dotrwam (a teraz to musze, hihi) to 14 kwietnia startuję z numerem 207! Mam nadzieję, że oznacza to czas 2.07.
Strasznie mało śmieszne, ogarnij się człowieku.
Za pasem piątek. Wolne. Jak to fajnie się docenia te luźne chwile, oj jak fajnie...
Skrobłem.
Idę spać.
Jest sponio (15 października 2012)
Piszę z coraz większą regularnością, hłe hłe.
Ale to przez pracę! I miliony obowiązków! I w ogóle!
No prawdę mówiąc, troszku zapomniałem o mojej twórczości. Pochłonął mnie weekend, zaczęty owocnymi trzema nadgodzinami. Potem było tylko lepiej.
Parapetówka.
Łomatko i córko, nie wiedziałem, że Love ma taką pojemność! Trzeba przyznać, że innego dnia taki melanż by nas poniósł gdzieś na ocean Indyjski. Ale to nie był inny dzień.
W związku z czym było bardzo sympatycznie i przyjemniacko.
Do niedzielnego biegania...
Dajta ludzie spokój, ale masakra. Najgorszy dzień do tej pory. Już pal licho te kolki i brak chęci. To co się działo w sprzężonym układzie - brzuch-głowa to jakieś istne mecyje. Tym bardziej jestem pełen skromnego podziwu dla samego siebie, że podołałem. No dobra, skróciłem trochę, ale tylko o 6 minut i tylko końcowe rozbieganie!
A w sobote było tak przyjemnie, hasając sobie pośród złotych liści Helenowa...
I generalnie okazało się, że praca nie je i nie przeżuwa, nie mówiąc o wypluwaniu w kawałkach. Jest sponio, chociaż jeszcze nie robiłem nic związanego z moim przyszłym stanowiskiem. Ale mnie sie podoba, niezależnie co będę miał do roboty. Trafiło mi się, za co dziękuję komu powinienem podziękować.
Wysypiam się też już fajnie, regularność snu jest magicznym narzędziem, które wbrew wszelkim pozorom zdaje egzamin! Polecam!
Pół drogi z górki, drugie pół pod górkę... (6 października 2012)
...a żeby było śmieszniej, biegnąc po równym! Wiatr dawał mi się dzisiaj we znaki wyjątkowo uporczywie. Prawdę powiedziawszy do tej pory nie biegałem jeszcze przy tak dużym wietrze. Tzn. generalnie nic to strasznego, bieganie to nie rower, że jak zawieje to człowiek spadnie. Chociaż mało przyjemnym jest uczucie, że biegnie się przed siebie a grunt nie przesuwa się pod nogami ;).
I deszcz jeszcze też sobie przez chwilę postanowił popadać! Chciał chyba ostudzić mój temperament, ale zakładam, że nie wiedział, iż mój temperament jest wystarczająco ostudzony przeze mnie samego.
Więc poprzez wiatry, ulewy, liście i kilka samochodów udało mi się zrealizować kolejny trening! To już 8 tydzień, jestem pod wrażeniem swoich dokonań, a jednocześnie jestem przerażony, że do maratonu jeszcze ponad 3 razy tyle ;). Mam dołek psychiczny, troszku mi się nie chce biegać, w związku z czym staram się to robić jeszcze pilniej i nie odpuszczać ani minutki. Chęci powinny wrócić.
Żeby nie było tak różowo, zostałem dzisiaj sprowadzony na ziemię. Myślałem, że jestem kozakiem i hablam ciężko, jak zawodowiec. Niestety. Hablam ledwo co. Jak uda mi się poprawić to przyjdę się pochwalić póki co zawstydzony zamykam się w pokoju i oddaję się moim cowieczornym rozmyślaniom "co to się będzie działo od wtorku?"...
Szare miasto? (23 września 2012)
Czy kiedykolwiek, człowiecze, zastanowiłeś się nad znaczeniem frazy "Łódź to szare miasto"? Czy poddałeś tę tezę chociaż chwilowej refleksji? A może bezwarunkowo przyjąłeś tę opinię jako swoją, nie zastanawiając się nad jej zasadnością?
Bo Łódź, chociaż w większości szarym miastem faktycznie jest, to ma swoje miejsca, pełne kolorytu. I wcale nie ma tych miejsc mało! Można się na nie natknąć praktycznie na każdym kroku, w każdej części miasta.
Parki.
Śliczne parki.
Jest ich naprawdę dużo, szczególnie w centrum. Skąd ich aż tyle? Po pierwsze Łódź "wyrosła" w miejscu dawnej puszczy. Porządnej puszczy dodajmy, poprzecinanej licznymi rzeczkami. I do tego na licznych wzgórzach. To, połączone z chęciami "popisywania się" fabrykantów i tworzenia bardzo ciekawych układów urbanistycznych zaowocowało powstaniem wielu fantastycznych parków.
Moim osobistym numerem jeden jest Helenów. Opinia na temat tego parku jest może nieco nasiąknięta subiektywizmem, wywodzącym się ze wspomnień z czasów dzieciństwa, ale... ten park jest naprawdę śliczny! Kameralne założenie, na stosunkowo małej przestrzeni, nie posiadające w zasadzie żadnej dominanty, w postaci dużej ilości zieleni czy dużego akwenu wodnego. Do tego położone w dolince, dzięki czemu wyciszone od zgiełku pobliskich ulic. Po prostu wspaniałe miejsce. Do tego bardzo schludnie utrzymywane! Polecam na spacer albo przejażdżkę rowerową, albo tak "dla posiedzenia"!
Zachwycają także Źródliska. Szczególnie wiosną - warto pójść z dziewczyną na spacer, wzrost poziomu endorfin gwarantowany :). Do tego posiada bonusy w postaci Palmiarni i Muzeum Kinematografii. I jest częścią Księżego Młyna, a to samo w sobie baaardo nobilituje.
A przecież to tylko dwa parki. Mamy w końcu jeszcze: Poniatowskiego (na długie spacery, do biegania, na rower - fest!), Baden Powella (to samo co poprzednik, dodatkowo nieco dalej od centrum), kultowe Zdrowie (troszkę za dużo ludzi, ale można się wybrać do Botanicznego i tam już nie ma tej festynowej otoczki), park nad Jasienią, Stawy Jana, pełen studentów park Matejki. O Łagiewnikach już nie wspominam, szczególnie że to jest las ;). I tak wymieniłem tylko część z nich, bliską memu serduchu.
Co łączy wszystkie wymienione miejsca? Umiejętność przeniesienia człowieka w czasie i miejscu. Będąc na spacerze, jadąc gdzieś rowerem, czy idąc załatwić jakieś pilne sprawy prawie zawsze mamy gdzieś pod ręką chociaż skwerek. W każdej chwili możemy oderwać się od gwaru ulicy i poczuć świeże powietrze, popatrzeć na zieleń (jesienią na żółto - pomarańczowo - brązowy klimat, szczególnie na Dąbrowie). Zatrzymać się, pomyśleć, poczytać książkę. Magia tych miejsc jest niepowtarzalna. Może właśnie ze względu na tę wszędobylską szarość Łodzi.
Polecam z całego serca poznać Łódź "od parków". Baaardzo zmienia pogląd na miasto, szczególnie kiedy uświadomimy sobie jak dużo tych parków tutaj jest. Zresztą - kolor zielony uspokaja, więc jak jesteś zły na moje miasto, od razu dostajesz szansę żeby się uspokoić ;).
I na podsumowanie, zdanie Turka (z Ankary) spotkanego swego czasu w pociągu relacji Łódź - Warszawa. Zapytany jak mu się podobała Łódź, odpowiedział:
"Wiesz? Chyba nigdy nie byłem w tak zielonym i spokojnym mieście."
Dzień szokowy (22 września 2012)
Wczoraj, żeby nie było. Dzisiaj cisza, spokój i pierogi.
Szoki jak to szoki, jedne pluszoki inne minuszoki.
Zacznijmy może od minuszoków, coby skończyć przyjemniej i pozostawić lepsze wrażenie na koniec.
Stadion.
W zasadzie jego brak.
Haniu, droga Haniu. Ja rozumiem, że Ci pieniążków nie styka. Że już i tak budujesz stadion dla drużyny, która w najbliższej przyszłości przysłowiowego szału nie gwarantuje. Że nie lubisz tych z Piłsudskiego bo na Ciebie brzydkie rzeczy piszą i Ci PiaR psują. Ale to chociaż miej odwagę się przyznać - od początku nie chciałam, żeby ten stadion powstał i byłam świadoma co muszę zrobić, żeby powstał. Nie zrobiłam tego. Wiadome było, że firmy nie będą same utrzymywać stadionu - nie w tym kraju. Ale na pewno nie zrobiłaś wszystkiego, żeby jakoś pogodzić współprace miasta, inwestora i klubu. Wybrałaś prostsze rozwiązanie. Nie myliłem się nie głosując na Ciebie w poprzednich wyborach. Liczyłem chociaż w tej kwestii pozytywnie sie zaskoczyć. Rozczarowanie, które mnie spotkało nie dziwi mnie. Szkoda tylko, że młoda drużyna, mająca, jak widać po tabeli, ogromny potencjał, nie będzie miała szansy zagrać na fajnym stadionie. Nie tak się buduje pozytywny wizerunek miasta przez sport, nie tak.
I przez trzytrybunowy stadion miejski też nie...
No nic, dość parapolitycznego marudzenia. Tera troche o pluszokach!
Po pierwsze - rosyjski - jest superowy, nawet już pomału ogarniamy z Love alfabet :). Po drugie - a, nie powiem, żeby nie zapeszać. Po trzecie - do Love odezwał się ktoś kogo nie spodziewałbym się o taki gest, jednak bardzo mnie to cieszy. Po czwarte - derby Wawy - remis - miód na moje serce.
I przy tym czwartym punkcie zatrzymam się jeszcze na chwilę. Oglądając ten mecz odniosłem wrażenie, iż to Polonia gra na stadionie wypełnionym prawie po brzegi swoimi kibicami. Powalczyli na gorącym terenie i opłaciło się. Za to Legia... szczelali, szczelali i jeszcze raz szczelali, tylko co z tego wyszło? Momentami wyglądało to jakby wręcz nie chcieli w bramkę trafić. A może chcieli za bardzo? Nie wiem, ja się nie znam na sporcie ;).
Ważne, że się kibice popisali! Nie wiem, ja tam zawszę wychodziłem z założenia, że (uwaga, bzidkie słowo) nie sra się do własnego gniazda. Kibice stołecznego klubu najwyraźniej tego nie rozumieją, wolą zrobić syf u siebie (palenie krzesełek na własnym stadionie?! Na meczu bez kibiców gości?! WTF?!) i potem płakać, że przepisy są restrykcyjne i w ogóle nikt nam nie daje rozwalić naszej piaskownicy! Że nie będziemy mieli gdzie sie bawić? Ale jak to? To nam nie naprawią? Ueeeeeeeeeee :(.
Tym optymistycznym akcentem kończę, dziś daruję "Cierpienia...", jutro się pochwalę jak poszło, bo dziś troszku chyba przegiąłem. A może nie? Dowiemy się w niedzielnym odcinku, już jutro (jakby kto zapomniał kiedy niedziela) o nie wiem której!
Zamulifszy (21 września 2012)
Troszkę nie bardzo wiem kiedy mi zleciał ten prawie cały tydzień... Dużo się działo, chociaż pisać za bardzo nie ma o czym ;).
Z serii "Cierpień młodego Bajasowa" - jestem z siebie coraz bardziej zadowolony. Mogę już chyba z czystym sumieniem powiedzieć, że doszedłem do poziomu, w którym jestem w stanie biec przez godzinkę i pewnie dłużej bez problemu, w postaci jakiegoś ciężkiego kryzysu. Ot, narzucam sobie tempo i lecę przed siebie. Podobno tak się da też pływać kraulem, że po odpowiednim ogarnięciu techniki można pływać i pływać i pływać... Nie wiem czy ma to przełożenie na bieganie, ale fajnie wiedzieć, że bardziej martwię się o to jakim biec tempem, niż tym czy w ogóle dobiegnę.
Oczywiście nie obejrzałem żadnego meczu LM i LE, ale cóż na to biedny poradzę, takie życie człowieka bez telewizora w pokoju...
A w Łodzi jaja jak berety. Widzew na czele Ekstraklasy, atmosfera nienajgorsza, podobno nawet Cacek się spowrotem angażuje w klub. Na moje będzie chciał go opitolić, jak tylko dogada się ze Zdanowską w sprawie stadionu, ale może się mylę i będziemy budowali Wielki Widzew z Bankierem from Piaseczno ;).
Za to w ŁKSie tragedia. Już to wcześniej pisałem i powtórzę - dajcie temu trupowi upaść i zorganizować się od nowa! Przecież to jest jakaś paranoja - wieczna walka o każdy grosz i o licencję na 1. (!) ligę. Szkoda na to patrzeć, nawet kibica z drugiej strony miasta troszkę za serce ściska kiedy patrzy na taką degrengoladę...
I derby Warszawy wygra Polonia i będą jajca jak berety, bo Widzew co najmniej zremisuje z Górnikiem i będziemy dalej wesoło liderować! A w poniedziałek napiszę "heh, w piątek? Rano było jeszcze się nie obudziłem. Dlatego takie sajens fikszyn nabazgroliłem!".
Na koniec - dostałem kurs rosyjskiego! Jeśli go skończę, a bardzo chcę go skończyć, to picie wódki już nie będzie nigdy takie samo! :)
Piękny sen trwa! (16 września 2012)
Mało brakowało a byłbym nic dzisiaj nie napisał! A dzień jest taki, że warto, zdecydowanie warto :).
Nie spodziewałem się, że w ogóle, a co dopiero w najbliższym czasie zobaczę Widzew na czele tabeli ekstraklasy. Nawet jeśli to tymczasowa sytuacja i na koniec sezonu już nie będzie tak wspaniale, to i tak jestem dumny. Chłopaki, na czele z Radkiem Mroczkowskim dają radę!
Przed dzisiejszym meczem zakładałem, że remis będzie ok. Punkt na wyjeździe z nienajgorszym rywalem, jak znalazł. To raz. Dwa - spodziewałem się gry raczej defensywnej, bronienia korzystnego 0:0. Tymczasem, od początku Widzew atakował. I nie były to bezpomysłowe ataki, byle dalej, ale widać było w tym jakąś koncepcję. Szczególnie dobre wrażenie zrobili Dudek i Broziu. Chłopaki pociągneli młodych do przodu! Byłem pod wrażeniem umiejętnego pressingu zakładanego przez Widzew, chociaż momentami brakowało sił. Tak czy siak z tego elementu egazmin również zdany! No i po przechwycie piłki próba ROZEGRANIA, a nie podania byle dalej do przodu. I tak nie wygląda to jakoś mega efektownie, ale jak na polską ligę - całkiem całkiem. Szkoda, że Rybicki i Stępiński nie wykorzystali okazji pod koniec, ale dobrze, niech się uczą i zdobywają doświadczenie w takich meczach, a nie w meczu z Legią... o mistrzostwo ;).
Bardzo jestem kontent z tego meczu i oby tak dalej!
A żeby nie było tak różowo, trochę z cyklu "Cierpień..." dorzucę ;).
Wczoraj i dziś biegałem troszkę z ojcem. Na rozruszanie go, bo chce się chłopak zabrać za triathlon w przyszłym roku. Może ja też się skuszę? No tak czy siak - wczorajsze sprinty załatwiły mi zakwasy, byłem zdecydowanie zbyt słabo rozgrzany, ale to troszkę kwestia pogody i silnego wiatru, które uniemożliwiały mi utrzymanie sensownej temperatury ciała. Za to dziś było super. Ogromną radochę mi daje bieganie przez godzinę, bez większego problemu. Czuję postęp i to jest dla mnie najważniejsze. To co już mówiłem wcześniej - liczy się dla mnie radocha i ta radocha jest. Daje mi ona siłę i motywację do biegania dalej!
I jeszcze pochwalę się - terminé el curso del espanol! Y, ademas, empiezé aprender italiano. I prawie nie użyłem podręcznika pisząc te dwa zdania! :) Mam nadzieję za jakieś pół roczku ogarniać ten hiszpański porównywalnie z angielskim (w mowie) i włoski podobnie, chociaż nie mam takiego ciśnienia jak na hiszpański.
Żeby jeszcze pracę dali... :)
Ciężki szok (14 września 2012)
Obejrzałem dzisiaj mecz. Cały. A potem jeszcze pół drugiego!
Szok, ciężki szok.
Do teraz mi się kręci w głowie.
Niesamowite. Mogę w końcu napisać o czymś co nie jest relacją mojej wersji "Cierpień młodego Wertera" w wydaniu Londyn 2012!
Obejrzałem Podbeskidzie - Śląsk. Zaiste, wielkie to widowisko nie było. Ale czego ja oczekuję od mistrza Polski ;). Bramka strzelona po ślicznej indywidualnej akcji, ale tak to kopanina w środku pola i strzały z dystansu. WKS jednocześnie zablokował skutecznie możliwość atakowania Podbeskidziu i swoją takowoż. Nadzieję przyniósł początek drugiej połowy. Troszku jakby poluzowane szyki po obu stronach i od razu ciekawiej. Podbeskidzie zasłużyło na brameczkę, remis moim zdaniem zasłużony. I brak ambicji aż wylewa się z piłkarzy Śląska, odniosłem wrażenie, że wcale nie chcieli tego meczu wygrać, ale że już padła bramka to może coś spróbujemy? Nie lubię takich drużyn. Charakter, ambicja i walka, chyba że jesteś maestro techniki, albo taktyki. W Polsce nie ma drużyn, które cechują dwie ostatnie, więc zostaje doceniać "walczaków".
I połowa drugiego meczu. Podobno w pierwszej Wisła cisła. Oglądając drugą jakoś nie mogłem w to uwierzyć. Kompletna nieporadność. Tak bezpomysłowo snującą się po boisku drużynę trenuje Probierz...? Znowu chyba problem z piłkarzami i chęciami do gry, tak sądzę. Ale niech zatrudnią Smudę, liga przynajmniej zyska dodatkowy smaczek komediowy ;). Nie no szacunek Franz, ale jeśli faktycznie ma przyjść do Wisły to... sorry ale chyba pora skończyć karierę i zamieszkać swoją hacjendę. A Pogoń fajnie, obie bramki zdobyli niezasłużenie, tzn po błędach sędziów (przerwa na hymn polskich kibiców) ale na wygraną zasłużyli. Myślę, że jak nie po tych sytuacjach to gole by padły po innych i efekt byłby ten sam. Jakoś mam symatię do tej drużyny ;).
Jutro powrót do rzeczywistości treningowej, a jeszcze chciałem na rower i basen. Trzeba było coś zrobić dzisiaj. Niestety, leń wygrał, chociaż mogę obiecać, że się naprawdę starałem!
Pojszłem na basen! (13 września 2012)
Cytuję "Na pewno nie będę wycieńczony.". Dzisiaj, nieco ponad 3 godziny temu.
Żesz kurczak pieczony, ale ja nie mam formy na basen!
Przepłynąłem 10, może 12 długości (25 m), fakt faktem dość mocnym tempem ale jednak.
Utrata czucia w rękach.
No przegiąłem teraz. Ale niewiele mi do tego brakuje. Czuję jakbym dzisiaj nic nie robił tylko używał rąk. JA! Takiż fanatyk basenu, który kurs instruktorski rekreacji bo rekreacji ale ukończył!
Dwa miesiące przerwy zrobiły swoje...
Nie zmienia to faktu, że satysfakcja i radocha - ogromne. Wydębiłem karnet od J, jutro zapitalam szlifować formę, bo tak być nie może, że ja nie mam siły po 15 minutach pływania!
Mówiłem już kiedyś, że jestem uzależniony od aktywności fizycznej?
Się dzieje (13 września 2012)
Oj działo się w ostatnich dniach, działo.
W niedzielę z mocnego postanowienia poprawy wyszły totalne nici, jeszcze gorzej niż w sobotę. Tragedia po prostu. Poziom mojego wkurzenia na siebie osiągnął chyba zenit. Nie lubię przegrywać ze sobą, bardzo nie lubię.
Więc w poniedziałek postawiłem na odpoczynek. Pierwszy dzień od dawna, bez jakiejkolwiek aktywności fizycznej, oprócz tej niezbędnej. Ciężko było, telepało mną strasznie żeby wyjść ale NIE.
Bo we wtorek wycieczka rowerowa. 120 kilometrów. Czyli trasa Łódź - Tresta Rządowa, nad Zalewem Sulejowskim. Idealnie wkomponowaliśmy się z ojcem w ostatni dzień dobrej pogody ;).
Było naprawdę nieźle. Zważywszy, że miałem w tym roku pół sezonu z baśki i wróciłem do jeżdżenia raptem 3 tygodnie temu. Mały kryzys na początku, a tak to grzaliśmy cały czas. W drodze powrotnej musieliśmy na siłę robić postój, żeby się nie spałować :). Jestem bardzo zadowolony, mam jeszcze jeden pomysł na dłuższą wycieczkę, ale to pewnie w przyszłym tygodniu i samemu.
I wygrali nasi w piłkę. Cuda na kiju. Chciałem obejrzeć chociaż jedną połowę, więc nie udało mi się. Z tego co czytałem, dobrze to zrobiło dla mojego zdrowia psychicznego.
I przyszła środa. Dzień sądu. Bieganie.
Miałem spory niepokój związany z ostatnimi przejściami. Na szczęście, poza drobną kolką na początku było super. No, poza tym, że zrobiłem się głodny, a oczywiście nie wziąłem nic do przegryzienia ani nawet popicia. Muszę obmyśleć jakiś patent na to, bo już nie będę raczej biegał mniej niż 40 minut, a raczej bliżej godziny. W każdym razie - forma spowrotem jest, psychicznie też się odbudowałem.
No i dzisiaj niusik. Łódzki Maraton 14 kwietnia. Zapisy od 1.10. Cel nr 1 na przyszły rok. Zapisuję się od razu, żeby nie wymięknąć ani zapomnieć :). Na początku listopada przeskakuję na plan treningowy pod maraton. I co ma być to będzie, myślę, że się uda :). Chciaż czuję, że będę wolał trenować 10 km, ale to jak wystartuję na obu dystansach to będę miał porównanie.
I idę zaraz na basen. Tak, wiem, że mówiłem, że chcę bardzo i w ogóle. Że mi brakuje. Ale, hm, baseny z J... powstrzymam się od porównania. Na pewno nie będę wycieńczony. Może mi się uda 15 minut popływać... Muszę się wybrać sam do cholery, a nie psioczyć!
Dno, dno, dno i kilometry mułu (8 września 2012)
I nie będzie o reprezentacji Polski w piłce.
Ostatnio samopoczucie dalo mi psztyczka w ucho, dając do zrozumienia, żebym lepiej zajął się dietą.
Dziś dostałem plombę w ryj.
Zachciało mi się pizzy. Zamówionej. I to o 16. Zanim dojechala 17.30. Zanim zjadlem 18.
2 godzinki przerwy, przeciez wystarczy.
Gówno, a nie wystarczy. Nie po tak ciężkim jedzeniu.
Totalna masakra. Przebiegnięcie 40 min spokojnie powinno być formalnością, a okazało się katorgą. Przebiegłem może ze 30, pozostałe 5 spacerowałem. Dostałem masakralnej kolki. W żołądku totalna klucha, która, miałem wrażenie, miała ochotę wydostać się spowrotem na powierzchnię. Może tak byłoby lepiej.
Jestem totalnie wściekły. Zawiodłem samego siebie, w zasadzie odpadł mi cały trening, przez moje widzimisię.
Nigdy więcej fast fooda w dniu treningu. Albo biegam, albo jem byle co.
Wybieram to pierwsze.
Jutro daję z siebie 150%, choćbym miał paść na twarz. Muszę nadrobić i odpokutować dzisiaj.
Rowerowo (7 września 2012)
Tylko niech ktoś mi powie, że w Łodzi i okolicach nie ma gdzie pojeździć na rowerze! To będę bił kijem, aż obrzęk wystąpi!
Ambitne plany wycieczki nad zalew Sulejowski okazały się być fantastycznymi ambitnymi planami. Pogoda miała być gorsza, ale szału nie ma, żeby ponad 100 kmów jechać w takim wietrze i popadującym od czasu do czasu deszczu... Co innego połowę tego dystansu ;).
Przejechaliśmy sobie z ojcem pętelkę przez południowe "zagłębie" rekreacyjne Łodzi. Najpierw Rzgów, potem Kalinko. Dalej zajrzeliśmy do stolicy polskiej mody, czyli Tuszyna (nawet przejechaliśmy przez targowisko, zapachniało Mediolanem! A może to w Mediolanie pachnie Tuszynem?). Następnie Tuszyn - Las, las koło Tuszyna - Lasu, Zofiówka, Rydzynki i prawie pod Pabianice. Plan zakładał skonsumowanie dobrej rybki w Osadzie Rybackiej Sereczyn. Smażony pstrąg obronił się niczym Częstochowa. I jak bliziutko ;). Okazało się, że mają także swoje wyroby, typu chlebek, kiełbasa wędzona czy sery, więc troszku nakupiliśmy i będziem testować.
Oczywiście trzeba było po takie rzeczy jeździć na drugi koniec Polski, po co spojrzeć w najbliższej okolicy ;).
Powrót do domu, na szczęście raptem 20 min, bo nóżki zaczęły pomału postulować wypowiedzenie mi umowy użytkowania. Dzisiaj tylko jeszcze dojechać do Love i łodpoczywam do jutra wieczorem :).
Wrażenia z wycieczki bardzo dobre, chociaż mam jeszcze kilka planów, dotyczących północnych i wschodnich obrzeży Łodzi. Chociaż póki co melodia przyszłości, chyba, że w przyszłym tygodniu pogoda się poprawi i siły oraz chęci będą. Będę informował na bieżąco.
Miałem jeszcze dziś podjąć się zrecenzowania literatury dla ambitnych, którą właśnie skończyłem, ale póki co najzwyczajniej w świecie mi się NIE CHCE.
Łożeszty nie mam siły (6 września 2012)
Daję sobie wycisk w tym tygodniu. Rower, bieganie, rower, znowu bieganie, załatwianie ogarnianie, spanie. Troszku już czuję zmęczenie, szczególnie, że biegam w tym tygodniu 4 razy. Najważniejsze, że forma rośnie, a podjęte postanowienia żywieniowe są realizowane i czuję, że w końcu mam paliwo odpowiednie :).
Jutro dzień trudny do określenia. Albo będzie totalnie leniwy, albo zrobię z ojcem 120 kmów na rowerze i będę znów padnięty z wieczora. O wszystkim zadecyduje pogoda jutro rano, ale znając nas to pojedziemy, bo czemu by nie...
Znowu się przemęczę, jak przed wakacjami, ale to mnie tak uzależnia, że nie jestem w stanie wysiedzieć w miejscu!
Meczu nie obejrzę, bo godzina nie odpowiada (nie mogą grać w soboty, kurde?). A szkoda bo aż się paliłem, żeby wydać 20 zł na ppv i dać zarobić paru szarlatanom ;).
A w Łodzi, Panie, cyrki. Jedni się rzucają na drugich, to zarząd Widzewa na miasto, to miasto na Widzew, to kibice na miasto, a najbardziej ucierpi na tym budowa stadionu i pewnie piłkarze. Szkoda, bo chyba zaczynało być normalnie i z pomysłem. I to całkiem sensownym, bo budowanie drużyny bez przepłacanych piłkarzy okazuje się naprawdę działać.
Tylko co z tego, jak Hania nie bardzo wie co ma zrobić, bo kasy ni mo, ale ŁKSowi stadion pierdyknęła i tym drugim też coś trzeba by zrobić. Cacek chce ugrać na dobrej postawie piłkarzy, ja mu się nie dziwię. Lepszej okazji nie będzie. Zresztą ma argument - drużyna w końcu gra, więc stadion by się przydał. Ja sam nie wybieram się na Widzew tylko dlatego, że jak mam bulić duże pieniądze za mało komfortowe warunki, to wolę posiedzieć w domu i tu obejrzeć mecz. Kibicowanie i przywiązanie do barw to jedno, ale rachunek ekonomiczny pozostaje nieubłagany.
A sytuacja pewnie pozostanie nierozwiązana, każdy się poobraża na każdego i g... z tego wszystkiego będzie. Albo płacz nad rozlanym mlekiem.
Zresztą, co by się nie działo i tak wygrają Niemcy.
Ach i zapomniałem dodać! Love dostała pracę, czego jej bardzo gratuluję. Na mnie to szczęście ciągle czeka. I ani ono ani ja nie wiemy kiedy dane nam będzie się spotkać ;).
Leniwa niedziela... (2 września 2012)
...ale nie dla mnie. W końcu znalazłem chwilę na dłuższą i bardziej rekreacyjną wycieczkę. Wybraliśmy się z moją Love do parku na Zdrowiu. Oboje szastamy kondycją rowerową na lewo i prawo :). Od czegoś trzeba zacząć!
Zaiste piękna ta nasza liga w tym roku, że Mistrz Polski wygrywa drugi mecz z rzędu, zdobywając bramki wyłącznie z karnych. Impressive.
Tymczasem Łódzki KS zmierza tam, gdzie uważam, że już dawno powinien wylądować czyli na dno. I nie żebym źle życzył drużynie "zza miedzy". Po prostu, chyba w tym wypadku lepszym rozwiązaniem byłby kompletny upadek i zbudowanie wszystkiego od nowa, niż ciągłe próby reanimowania trupa. Zresztą taka sytuacja przydałaby się całej polskiej piłce. Niestety, o ile w przypadku pojedynczego klubu jest to możlwie, o tyle raczej nie uda się to z całą zgrają zaszytą pod wdzięczną nazwą PZPN...
I bieganie, dziś znów bieganie! I to całą godzinę! Z przyspieszeniami, zwolnieniami i w ogóle tak szaleńczo. Forma rośnie, czuję to, bo najzwyczajniej mogę sobie pozwolić na więcej. Tempo pod koniec dzisiejszego treningu - malinka.
Na dodatek "wycięgłem" kolejne mądre wnioski. Po raz - ogarnij dietę człowieniu. Najwyraźniej jem po prostu za mało. Wizyta na wadze ukazała moim oczom znakomity wynik - 56 kg. Wszystko fajnie ale po przełożeniu tego na BMI wyszło, iż jestem bliski niedowagi. Zaczyna się owa niedowaga od 18,5. Ja mam 18,9 :). Także jemy więcej, choć nieco rzadziej i staramy się jeszcze więcej białek i węglowodanów! Przy okazji wyjaśniła się moja kwestia ostatniego bycia zmarźluchem. Nie ma mnie co grzać...
Po dwa - lepiej mi się biega kiedy biegam szybciej. W związku z tym powstaje pytanie - czy to dlatego, że mam większe możliwości niż mi się wydaje, czy to dlatego, że po prostu lepiej sprawdziłbym się na krótszym dystansie. W związku z tym plan na przyszły rok zakłada start na 10 km no i na 42 z haczykiem. Zobaczymy co da mi większą radochę.
Niespodziewajki (1 września 2012)
Sobota wieczór. Większość Polaków o tej porze baluje, tudzież korzysta z uroków wieczora przed wolną niedzielą. Gimbazy szaleją ze szczęścia bo mają szkołę od poniedziałku.
Ja biegam.
Takie są uroki piątkowych wypadów na działkę. Sobotnie bieganie wypada wtedy na wieczór bo, wcześniej się człowiek nie wyrobi, bo trzeba jeszcze milion rzeczy ogarnąć. Dodatkowo organizm pracuje na zdwojonych obrotach, po zalaniu do pełna baku paliwem C2H5OH i wszysko wychodzi jakoś tak lepiej.
I z tego wszystkiego robi się wieczór.
Jak się okazuje jest to pora na bieganie najlepsza. Byłem przygotowany dzisiaj na ciężkie wciry od organizmu za wczorajsze wygibasy. Tymczasem, akurat dzisiaj miałem bodaj najlepszy biegowy dzień od początku. Mógłbym biegać do teraz (a skończyłem po 21) i to w nienajgorszym tempie. No i dzisiaj miałem sprinty, coś co lubię chyba najbardziej. Dlatego nie trenuję sprintu tylko szykuję się pod maraton :). Generalnie obecność takiej formy dzisiaj to duuuuuża niespodzianka dla mnie.
No i mam w końcu rower! Jutro będzie okazja na pierwszą przejażdżkę dla przyjemności. Jak ja to lubię, mmmmmmm.
No i mamy lidera w Łodzi! Wiedziałem, że tę ekipę będzie stać na więcej niż się niektórym wydawało, ale tego to się w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałem. Oby tak dalej! I nawet udało mi się obejrzeć 20 minut tego meczu! Sukces goni sukces.
W ogóle ostatnio jakoś tak po mojemu. Wszyscy dookoła szczęśliwi chodzą, nie marudzą, ja też luźna guma. Jeszcze się praca sama by mogła znaleźć i już byłoby kompletnie miodzio...
Transformacja (29 sierpnia 2012)
Jutro w godzinach porannych planuję transformację. Będę się transformował z 22- letniego menszczyzny, w 7- letnią dziewczynkę. Dokładniej taką dziewczynkę, która dostaje prezent na gwiazdkę.
Jadę kupić, a w zasadzie to odebrać rower.
Nie mam roweru od dokładnie 3 miesięcy. Jakiś bardzo sympatyczny człowiek o to zadbał, zabierając mi go spod AZSu. Moja wdzięczność ku niemu jest tak ogromna, jak ogromna była pustka życiowa bez mojej największej bodajże pasji.
Jutro to ja będę wygranym. Odbiorę moje nowiutkie Haro, po bardzo okazyjnej cenie (znajomości, hłe hłe :)), a następnie zacznę najparawdopodobniej skakać, piszczeć, przytulać się do wszystkich w okolicy, histerycznie się śmiać.
A przede wszystkim zacznę zapitalać rowerem WSZĘDZIE. Na pocztę. Do warzywniaka. Do apteki. Do spożywczaka. Do pracy (jak mi ją ktoś uprzejmy da :)). Do dziewczyny. Nawet do okoła się przejadę, taki będę.
Ja pierdziu, jak ja wytrzymałem 3 miesiące bez tego?
Tak czy siak zacząłem wytrzymywać 3 tydzień biegania. Jest coraz lepiej, to czuję gołym samopoczuciem. Ponad 40 minut biegu, całkiem niezłym tempem (choć jeden kolega zweryfikował moją niezłość ;)) bez problemów.
No dobra bez problemów byłoby zbyt różowo.
Po pierwsze - znowu mam gulę w brzuchu, nie wiem jak się tego pozbyć ale coś wymyślę. Teraz już ani nie jem przed bieganiem, ani nie piję więcej niż dosłownie łyk wody. Pokonam ten dyskomfort, niczym wkładki discreet!
Po drugie - NIGDY więcej biegania wzdłuż drogi krajowej nr 1. Hałas jest nie do wytrzymania. Może powinienem zacząć biegać z mp3, ale wolę zmienić trasy, nawet licząc się z koniecznością hasania w kółko. Nie mam ochoty biegać w takim harmidrze (chyba tak się to pisało), zero szans na skupienie i wyciszenie po całym dniu. Nie na tym, dla mnie, ta zabawa ma polegać.
Tym optymistycznym akcentem kończę. Do zobaczenia jutro.
Pozdrawiam,
Marta, 7 lat
Jest dobrze... (26 sierpnia 2012)
...ale może być lepiej. Zastanawiam się czy kwestia ciężkiego weekendowego biegania wynika z: a) intensywności i formy treningu, b) wypitych dzień wcześniej piwek, w ilości niewielkiej, ale jednak, c) biegania rano, godzinę po śniadaniu. Pewnie wszystkie trzy elementy naraz :).
Generalnie na kolejne tygodnie mocne postanowienia. Pierwsze z nich - nie biegać wcześniej jak 1,5 godziny po jedzeniu. Godzina to za mało, znowu czułem kluchę w brzuchu, a to nic przyjemnego. Drugie - nie picie dzień przed treningiem. Postanowienie z góry skazane na porażkę, ze względu na dwa weekendowe treningi... ;) Ale postarać się ograniczyć alkohol do zera w ciągu tygodnia i chociaż jednego dnia weekendu. Szkoda po prostu marnować taki wysiłek.
Jednak, żeby nie było, że jest tak źle, to muszę przyznać, iż: w czasie treningu jest ciężko, czuję się spięty i ociężały, na co zapewne mają wpływ wymienione wcześniej czynniki. Mimo to PO treningu czuję się znakomicie. Jestem świeży, czuję jakbym miał więcej, a nie mniej energii. Myślę, że o to głównie chodzi, szczególnie teraz na początku. Abstrahując od jakiś tam celów i ambicji, zabawa polega na tym, żeby bieganie sprawiało przede wszystkim przyjemność!
A najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest obserwować efekty rozciągania. Może to dziwnie zabrzmi ale czuję się jakbym był wyższy. Nie czuję już takiego spięcia w nogach i lędźwiowej części kręgosłupa. Mam wrażenie jakby łatwiej mi się stało :). Chętnie dołożę do tego pływanie, żeby wzmocnić też górne partie ciała i dam odpocząć kręgosłupowi.
Aktywność fizyczna jest super :).
Dzisiaj miał być jeszcze rower, ale chyba przełożymy to na jutro. Popykam sobie z moją kobietą w BAGMINTONA, dla relaksu.
I daj Bóg obejrzeć w końcu jakiś mecz w całości...
Biednemu wiatr w oczy (25 sierpnia 2012)
Tytuł nieco przewrotny, ponieważ prawdziwy w związku z moim dzisiejszym bieganiem i ogólną sytuacją życiową ale nie o tym, będzie głównie.
Ale póki co o bieganiu - dzisiaj ciężko, ale generalnie od rana biega się trudniej, ale co poradzić, kiedy wieczorkiem w sobotę ochota na browarka przychodzi jakoś tak bardziej nachalnie niż zwykle... Generalnie to przyjemnie, szczególnie teraz się dobrze i lekko czuję, chociaż dane mi było biec większość czasu pod wiatr. Tłumaczę sobie, że na zawodach nie będzie można sobie dobrać pogody i znów czuję się jak Rocky w Rocky 2.
A Widzew wygrywa drugi mecz z rzędu. To nie zdarza się na codzień. Można tłumaczyć, że to kwestia dwóch przeciwników będących w dołku, ale i tak jest to imponujące. Ba, jestem w takim szoku, że chyba pójdę na stadion. Może w końcu uda mi się obejrzeć jakiś mecz Ekstraklasy, bo póki co udało mi się zobaczyć skróty meczów Widzewa i 15 min Podbeskidzia z Wisłą (dobrze, że akurat bramka była...).
Teraz temat dnia. Czyli kwestia, która mnie wczoraj dość mocno poruszyła. Lance Armstrong. Dla mnie jeden z najwybitniejszych sportowców ever i kropka. Nie wierzę w to, że brał doping, po prostu nie wierzę. Może to nieco naiwne, ale po lekturze jego biografii uważam, że to nie miało prawa mieć miejsca. Trafia do mnie argument, że facet po ciężkim raku, raczej nie faszerowałby się prochami, tylko po to żeby wygrać. Wątpię żeby ktokolwiek się odważył, prawdę mówiąc.
Nie podoba mi się sytuacja, w której sportowiec oceniany jest na podstawie zeznań innych, de facto, gorszych sportowców. Wiadomo co rywalizacja potrafi zrobić z człowiekiem. Nie każdy potrafi pogodzić się z porażką, w wielu gotuje się zazdrość i zawiść. Dla mnie to takich osób należą ludzie pokroju Floyda Llandisa, głównego oskarżyciela Lance'a. Szkoda, że imię tak wielkiego sportowca i człowieka, jest szargane na podstawie pomówień.
A jeśli dla kogoś fakt, iż Lance się poddał bez obrony, świadczy o jego winie, niech każdy zada sobie pytanie - czy mnie by się chciało bronić tyle razy. Należy pamiętać, że nie był to pierwszy proces przeciwko Armstrongowi i do tej pory nikomu nie udało się udowodnić brania dopingu. Ja się nie dziwię, że facet po 40 i wyleczeniu raka ma ochotę zająć się w życiu czymś innym niż bronieniem się przed niedorzecznymi argumentami.
Jest mi po prostu przykro.
Radocha (23 sierpnia 2012)
Dzisiaj za mną drugi trening drugiego tygodnia. O wczorajszym nie wspominam, bo generalnie został odbębniony, ale jak się przez dwa dni robi 660 kmów autem i załatwia milion różnych rzeczy, to ciężko mieć siłę i radość z biegania.
Ale dzisiaj radość przyszła. 40 min biegu. Pierwsze 25, normalnie, z lekkim kryzysem w środku. A dalej to, co jest sensem trenowania. Czuć, że organizm sam ciągnie nas do przodu, kiedy czujemy się mega lekko, po prostu niesiemy się dalej. Uczucie, że złapało się ten idealny rytm i możnaby tak biec i biec, bez końca. Znałem to z jazdy na rowerze, ale nie wiedziałem, że przy bieganiu też coś takiego występuje. I daje jeszcze większą satysfakcję!
Człowiek w takiej chwili rozumie co to znaczy "być w formie". Czasem mówi się o zwycięzcach, że grają/jadą/biegną/robią cokolwiek tak jakby nic ich nie mogło zatrzymać. Znaczy to, że trafili z formą, że czują się tak jak ja dzisiaj. Wszystko się udaje, wszystko wychodzi.
Oby tak jak najczęściej!
A Śląsk pokazuje, dokładną odwrotność tego, czyli jak ktoś nie ma formy to nie idzie kompletnie nic. Legia pewnie awansuje, mają za duże ciśnienie w klubie, żeby to mogło nie wyjść. Kasa musi się zgadzać ;).
Jutro miało być pływanie, ale chyba sobie odsapnę, bo tydzień mega ciężki, a to dopiero jego środek w zasadzie :).
Pierwszy tydzień zaliczony (19 sierpnia 2012)
No i pierwszy tydzień, pierwsze trzy treningi z głowy. Okazuje się, że generalnie to wszystko wygląda fajnie jak człowiek siedzi sobie z browarkiem przy laptopie i patrzy jakie to rzeczy prościutkie ma w tabelce do zrobienia. A potem idzie w teren.
Zabawa biegowa, he he he. 15x30 sekund i 2 min przerwy truchtem. Co to jest!
Ano daje w kość. Tzn. nie ma jakiejś wielkiej tragedii, ale tak przy 4 jest super, a potem się uświadamia, że to nawet połowa nie jest.
Ale z dnia na dzień coraz lepiej się czuję, szczególnie po bieganiu, a to chyba jest najważniejsze. I generalnie lepiej mi się biega od rana, jakoś tak fajnie na nogi stawia i nakręca na cały dzień.
I Widzew wygrał. I to podobno w niezłym stylu. I Pogoń 4:0, wow. I Ruch w plecy, też 4:0, wow. Generalnie szykuje się mega wyrównany i ciekawy sezon, podejrzewam, że dużo niespodzianek będzie miało miejsce.
Dwa dni przerwy od biegania. Poszedłbym na basen, ale klapek brak... Ale już niedługo :)
Zabawa biegowa, he he he. 15x30 sekund i 2 min przerwy truchtem. Co to jest!
Ano daje w kość. Tzn. nie ma jakiejś wielkiej tragedii, ale tak przy 4 jest super, a potem się uświadamia, że to nawet połowa nie jest.
Ale z dnia na dzień coraz lepiej się czuję, szczególnie po bieganiu, a to chyba jest najważniejsze. I generalnie lepiej mi się biega od rana, jakoś tak fajnie na nogi stawia i nakręca na cały dzień.
I Widzew wygrał. I to podobno w niezłym stylu. I Pogoń 4:0, wow. I Ruch w plecy, też 4:0, wow. Generalnie szykuje się mega wyrównany i ciekawy sezon, podejrzewam, że dużo niespodzianek będzie miało miejsce.
Dwa dni przerwy od biegania. Poszedłbym na basen, ale klapek brak... Ale już niedługo :)
Rusza Ekstraklasa! (17 sierpnia 2012)
Ciekawy to twór, który za 20 minut rozpocznie swój kolejny rok działalności. Zaczyna się to w drugiej połowie sierpnia, jakbyśmy mieli lata jak w Katarze czy innej Arabii. Kończy się toto w grudniu, jakbyśmy mieli zimy jak w Rosji. Potem przerwa do lutego, jakby zima była nie dość, że rosyjska, to jeszcze długa jak na biegunie.
I grajo.
Grajo grajkowie, którzy grać za bardzo nie umio. Ale grajo. I pieniądze bioro. Ale pieniędzy podobno nie ma, a tam gdzie można wziąć (Czempions Lig) to się bronio rencyma i nogyma, żeby tylko nie wejść. I działa to sobie tak już wiele wiele lat.
I ludzie się tym interesują. Dużo ludzi. Kupują dekodery, chodzą do pubów. Ci mający lepsze zdrowie na stadion się wybiorą. Bo to trzeba mieć stalowe nerwy żeby za kilkadziesiąt złotych wysiedzieć patrząc na te wygibasy.
I ja też się tym jaram. To boli. A jak się jeszcze jest kibicem Widzewa, to już w ogóle, gorzej tylko w Radzionkowie i na Al. Unii 2. Szkoda gadać.
W tym roku Legia pewnie przyciśnie, a reszta będzie się bronić z każdej strony byle tylko nie zająć jakiegoś wyższego miejsca. Szkoda, że już Cracovii nie ma, bo nie wiadomo kogo do spadku typować :(.
A jutro drugi dzień treningu. Ambitniejsze zadania przede mną. I nie ma że boli, w niedzielę znowu. Ciężkie jest życie biegacza amatorskiego.
Pierwszy dzień (15 sierpnia 2012)
Dzisiaj pierwszy dzień biegania według planu treningowego. I na dzień dobry konieczność heroicznego boju człowieka z jego słabościami. W tym przypadku chodzi o chroniczny nieżyt górnych dróg oddechowych, a dokładnie nosa.
Katar.
W moim przypadku pojawiający się znikąd, znikający znikąd, irytujący zewsząd. Od samego rana aż do teraz. Zanihilował około 40 chusteczek.
Nie dałem mu się.
Niemalże równo o 18 ruszyłem w pierwszy bój biegowy. Na początek rozbieganie 20 - 40 min. Czyli to samo co biegałem wcześniej, tak sobie dla funu, toteż problemu nie było.
Dowiedziałem się za to, żeby nie rozciągać się przed, rozgrzewać się od powolnego biegu i pomału zwiększać tempo, ale bez przesady, rozciąganie na koniec. Po treningu powinno czuć się zadowolenie i brak zmęczenia, co da się u mnie zaobserwować.
Teraz podołać tak przez 24 tygodnie, a potem kolejne, żeby wystartować w maratonie.
A za 40 min gramy pierwszy mecz po Euro. Jak się uda to obejrzę w necie, nawet nie wiem czy tvp to transmituje. Tak czy siak będzie pewnie śmiesznie. Ale trzymam kciuki za Waldka.
Katar.
W moim przypadku pojawiający się znikąd, znikający znikąd, irytujący zewsząd. Od samego rana aż do teraz. Zanihilował około 40 chusteczek.
Nie dałem mu się.
Niemalże równo o 18 ruszyłem w pierwszy bój biegowy. Na początek rozbieganie 20 - 40 min. Czyli to samo co biegałem wcześniej, tak sobie dla funu, toteż problemu nie było.
Dowiedziałem się za to, żeby nie rozciągać się przed, rozgrzewać się od powolnego biegu i pomału zwiększać tempo, ale bez przesady, rozciąganie na koniec. Po treningu powinno czuć się zadowolenie i brak zmęczenia, co da się u mnie zaobserwować.
Teraz podołać tak przez 24 tygodnie, a potem kolejne, żeby wystartować w maratonie.
A za 40 min gramy pierwszy mecz po Euro. Jak się uda to obejrzę w necie, nawet nie wiem czy tvp to transmituje. Tak czy siak będzie pewnie śmiesznie. Ale trzymam kciuki za Waldka.
Pierwsze impresje (14 sierpnia 2012)
Tytuł w pierwszym wpisie zawierający trudne słowo gwarantuje sukces bloga.
Podchwytliwy adres, tytuł i opis bloga takowoż. Generalnie jestem skazany na sukces.
Zaczynam parę dni po sukcesach polskich sportowców w Londynie, i jakiś miesiąc po Euro. Do trzech razy sztuka.
A jutro zaczynam znaleziony w necie program biegania, na początek poziom 1, dystans - 10 km. Na pewno miriardy osób będzie chętne czytać o człowieku, który postawił sobie ambitny cel i w pocie czoła do niego dąży, chociaż jest mu ciężko. Jak Rocky w Rocky'm.
Nie ma bata żeby nie wyszło.
Swoją drogą do dupy wygląda ten tytuł na górze. To też wróży dobrze. Rozlazł się, tak samo jak rozlezie się sława o mnie.
Podchwytliwy adres, tytuł i opis bloga takowoż. Generalnie jestem skazany na sukces.
Zaczynam parę dni po sukcesach polskich sportowców w Londynie, i jakiś miesiąc po Euro. Do trzech razy sztuka.
A jutro zaczynam znaleziony w necie program biegania, na początek poziom 1, dystans - 10 km. Na pewno miriardy osób będzie chętne czytać o człowieku, który postawił sobie ambitny cel i w pocie czoła do niego dąży, chociaż jest mu ciężko. Jak Rocky w Rocky'm.
Nie ma bata żeby nie wyszło.
Swoją drogą do dupy wygląda ten tytuł na górze. To też wróży dobrze. Rozlazł się, tak samo jak rozlezie się sława o mnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)