wtorek, 20 listopada 2012

Jest sponio (15 października 2012)



Piszę z coraz większą regularnością, hłe hłe.

Ale to przez pracę! I miliony obowiązków! I w ogóle!

No prawdę mówiąc, troszku zapomniałem o mojej twórczości. Pochłonął mnie weekend, zaczęty owocnymi trzema nadgodzinami. Potem było tylko lepiej.

Parapetówka.

Łomatko i córko, nie wiedziałem, że Love ma taką pojemność! Trzeba przyznać, że innego dnia taki melanż by nas poniósł gdzieś na ocean Indyjski. Ale to nie był inny dzień.

W związku z czym było bardzo sympatycznie i przyjemniacko.

Do niedzielnego biegania...

Dajta ludzie spokój, ale masakra. Najgorszy dzień do tej pory. Już pal licho te kolki i brak chęci. To co się działo w sprzężonym układzie - brzuch-głowa to jakieś istne mecyje. Tym bardziej jestem pełen skromnego podziwu dla samego siebie, że podołałem. No dobra, skróciłem trochę, ale tylko o 6 minut i tylko końcowe rozbieganie!

A w sobote było tak przyjemnie, hasając sobie pośród złotych liści Helenowa...

I generalnie okazało się, że praca nie je i nie przeżuwa, nie mówiąc o wypluwaniu w kawałkach. Jest sponio, chociaż jeszcze nie robiłem nic związanego z moim przyszłym stanowiskiem. Ale mnie sie podoba, niezależnie co będę miał do roboty. Trafiło mi się, za co dziękuję komu powinienem podziękować.

Wysypiam się też już fajnie, regularność snu jest magicznym narzędziem, które wbrew wszelkim pozorom zdaje egzamin! Polecam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz