niedziela, 25 listopada 2012

Ludzie, biegajcie!

Życie mnie regularnie zaskakuje. Szczególnie kiedy chodzi o bieganie, poważnie.

Zdążyłem już rano podzielic się informacjami o moim dobrym samopoczuciu w dniu dzisiejszym. Generalnie próby różnych zabiegów odkacujących spełzły na niczym. Jedzenie pomogło niewiele, ale od tego nie oczekiwałem za wiele. Wody wychlałem ponad 2 litry w ciągu całego dnia, ale od tego głowa nie przestaje bolec. Rower był pewną nadzieją, jednak okazał się nie zmienic kompletnie nic. Nawet przytulenie Love i zabawa z Jej kotem na niewiele się zdały. Oj, chyba dane mi będzie pójśc spac o 21, aby uniknąc dalszego cierpienia.

Niestety, trzeba biegac. Mamo, muszę? Godzinę? Nie można zamienic tego na 10 minut? Dobra nie ma co marudzic. Przed oczami mam notkę o wstawaniu przed Warszawą, nie ma odpuszczania. Przegryzłem kosteczkę nussbeisera i kawałek murzynka, tak na zachętkę. Wkasałem dresik, założyłem czapkę - żulówkę i jedziemy.

Tak, czułem się znakomicie od samego początku. Szczególnie, że nie ogarnąłem, że założyłem złe buty... Organizm rwał się do aktywności niczym dziki rumak pośród prerii. Po 15 minutach nie pojawiała się żadna iskierka nadziei. Powinienem byc rozgrzany i biec w miare na luzie. Nie byłem rozgrzany, bolały mnie nogi od złych butów, a zegarek nie chciał uznac, że 15 minut to w rzeczywistości 60.

Przebiegłem klasyczną trasę, zacząłem krążyc w orbicie okołodomowej. Zegarek niezbyt sympatycznie informował mnie, że jestem dopiero w połowie. Nie no kurczę, jak to? Tyle się już męczę, a tu drugie tyle? Bez jaj... Dobra pocisnę jeszcze kawałek i zawinę do domu i zaczniemy się martwic.

I co? Miało byc bez jaj, a tu jaja jak berety... Koło 45 minuty musiałem zdecydowac czy biegnę dalej czy jestem frajer pompka i spitalam do domu. Pobiegłem.

Złapałem falę.

Nie wiem czemu tak jest, ale znów koło 50 było zajebiście. Organizm jakby się odblokował, nawet głowa przestawała bolec. Znowu to wspaniałe uczucie, że ciągnie mnie samego do przodu. Prawdę mówiąc, gdyby mi kazali biec jeszcze 30 minut nie obraziłbym się ;).

Wesoło dobiegłem do domu. Jestem z siebie mega dumny, bo jestem coraz bliżej podłogi, ale o co chodzi powiem dopiero jak uda mi się dojśc do celu. Mam nadzieję, że nastąpi to już w przyszłym tygodniu :).

A co z kacem, zapytają dociekliwi. Nie ma, zniknął. Tzn. lekka zamułka została, główka gdzieś tam pobolewa, ale, Panie, nie porównuj Pan tego do tego co było przed bieganiem!

Także biegajcie, biegajcie, czy z kacem czy bez kaca, praca nie popłaca, tylko bieganie lepsze niż śniadanie!

I zapraszam na filozujac.blogspot.com. Tzn. dziś jeszcze niewiele tam jest, ale już niedługo będzie się działo... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz