Oglądam sobie spokojnie przerwę medyczną, a tu nagle w tenisa zaczynają grać...
Dobrze już dobrze, postaram się być tak mało złośliwy jak to jest tylko możliwe. Cóż jednak począć kiedy mój ostatni poranek z tegorocznym Australian Open okazał się być, cóż, kiepską kropką nad i.
Jak nakazuje odwieczne prawo - zacznijmy od początku. Zanim doszło do spotkania finałowego, mieliśmy półfinały. Co tam znaleźliśmy? Kontrowersje. Nie pierwszy raz zresztą tajemniczo powiązane z pewną Białorusinką. Trudno się zatem dziwić, że publiczność zebrana na Rod Laver Arena kibicowała przeciwniczce - Li Na z Chin. Dodatkowym argumentem był fakt, że patrząc na wcześniejsze dokonania w tym turnieju, to zawodniczka rozstawiona z 6. zdawała się być faworytką. Przynajmniej dla mnie ;).
Pierwszy set, kiedy już przekopaliśmy się przez stertę nerwów, okazał się potwierdzać tę tezę. Chinka grała w sposób do jakiego nas przyzwyczaiła na tegorocznym AO - prowadząc grę, atakując, starając się "wyjść na swoje", a nie czekając na to aż rywalka przegra mecz. Popełniała błędy, to fakt, ale można jej było to wybaczyć - w końcu to ona prowadziła w finale 1:0. Tym bardziej, że na tle Azarenki wyglądała jak bogini tenisa.
Jednak jak to bywa w kobiecym sporcie, na zmianę toku wydarzeń nie trzeba było czekać długo. Białorusinka wzięła się do roboty, skutkiem czego wygrała 3 pierwsze gemy w drugim secie. Potem zaczęły się fajerwerki (takie prawdziwe też). Chinka złapała kontuzję kostki i musiała skorzystać z pomocy medycznej. W kontekście półfinałowych wydarzeń nad stadionem zaczęła unosić się ogromna chmura niosąca tajemniczy związek chemiczny "ironię". Tym bardziej, że po przerwie Chinka wróciła do gry. Osobiście byłem pewien, że jest pozamiatane. Okazało się inaczej - ilość błędów popełnianych przez Li poszła w ciężki hurt i przegrała seta.
Podobnie jak trzeciego, przedzielonego jednak kolejnymi przerwami. Najpierw absurdalną sytuacją z pokazem fajerwerków. Czy nikt nie ogarniał tematu, że jednocześnie odbywał się finał jednego z najważniejszych turniejów tenisowych na świecie? Rozumiem święto narodowe, ale kurczę, nie można było przed meczem, albo po? Paranoja. Jak przerwa wpłynęła na zawodniczki okazało się już po chwili. Lekko ostudzona Li Na ratowała się przed przeciążeniem kontuzjowanej kostki i... ała. Swoją drogą nikt jej nie uczył, że jak się upada to się główkę do góry podnosi a nie daje swobodnie atakować grunt? ;) Tak czy siak kolejna przerwa. W końcu udało się dograć mecz w trakcie którego zapewne nie tylko ja modliłem się o koniec. Po cyrkach w trzecim secie przestałem specjalnie baczyć czy spotkanie wygra Wyjec czy jednak Chinka. Wygrała Jęcząca, stety czy niestety.
Nie można mieć pretensji do Chinki za kontuzje, ale generalny obraz meczu budzi we mnie duży niesmak. Poziom sportowy, no cóż, mizerny. Szkoda, szczególnie, że było nie było grały ze sobą rakieta nr. 1 i bardzo ładnie prezentująca się zawodniczka. Chyba nerwy zjadły obie panie, stąd taka ilość błędów (Li) i brak odwagi aby przejąć inicjatywę (Azarenka). Osobiście wolę zapamiętać półfinał Federera z Murray'em. Szkoda, że męskiego finału nie obejrzę, pewnie zatarłby całkowicie moje zniesmaczenie.
A najlepszą metodą na kiepski mecz jest oczywiście bieganie! Dzisiaj spokojniutko, bo jutro zawody, nawet w tym samym terminie kiedy mam to wyznaczone w planie ;). Toteż obszerniejsze sprawozdanie z moich cierpień jutro, a w zasadzie to dziś, bacząc na zegarek.
I niech wygra Djok... lepszy!
niedziela, 27 stycznia 2013
piątek, 25 stycznia 2013
Coś się zaczyna, coś się kończy
Na przykład poranki z Australian Open. Dla mnie jutrzejszy będzie ostatnim, niestety. Ja, jak to ja, lubię obejrzeć co się da w całym turnieju, a potem darować sobie finał ;). Przynajmniej mam porządne wytłumaczenie - startuję w zawodach. Uznałem, że moja kariera jako wielce utalentowanego biegacza jest ważniejsza od jakiegoś tam finału jakiegoś tam Wielkiego Szlema... No dobra, cały czas mi szkoda, ale nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.
Toteż dzisiejszy mecz Federera z Murray'em smakował mi podwójnie. Trzeba przyznać, że panowie postarali się by było się czym raczyć. Kawał fajnego meczu, pełnego zwrotów akcji i ciekawych zagrań mogłem obejrzeć na prawie koniec mojej przygody z AO.
Od początku stawiałem na szkocką kratę, bardziej niż na szwajcarską precyzję. Pomijając moje osobiste sympatie już po meczu z Jo Wilfredem Tsongą dało się zauważyć, że chociaż Roger prezentuje wciąż wysoki poziom, to już nie jest to co pokazał 24 godziny później niejaki pan Djoković.
Mnie brakowało takiego szaleńczego błysku w grze Szwajcara, który potrzebny jest chyba każdemu tenisiście chcącego osiągnąć sukces. Jak z dobrym bramkarzem piłkarskim - tu trzeba być troszkę ekscentrykiem. Oczywiście może to przyjmować różne formy - od szaleńczej walki o każdą piłkę po niekoniecznie konwencjonalne zagrania, na które nikt inny by nie wpadł. Tego właśnie nie widziałem w grze Federera w środę i wiele się do dzisiaj nie zmieniło. To był ciągle wysoki poziom, zbyt wysoki dla kogoś spoza Wielkiej Czwórki, ale patrząc na Rogera nie widziałem szaleństwa, jedynie rzemiosło.
Miałem bardzo silne przeczucie, że w półfinale właśnie tego "czegoś" Federerowi zabraknie. Nie myliłem się zbytnio.
Szkot przejął inicjatywę od samego początku. Znakomicie serwował, walczył i zagrywał wbrew przewidywaniom. Jednocześnie trzymał nerwy na wodzy. Po pierwszym secie byłem gotów pogodzić się z szybkim rozstrzygnięciem na korzyść Murray'a, bo jego dominacja na korcie była widoczna gołym okiem.
Roger Federer zbyt wielkim zawodnikiem jest jednak, żeby przegrać ot tak, bez historii. Nie przejął inicjatywy, ale konsekwentnie robił swoje. Doprowadził do tie-breaka. W nim okazał się lepszy głównie dzięki chłodniejszej głowie. Murray pokazał swoje niespokojne "ja" grając fatalnego smecza z wyskoku. Sam skazał się na porażkę.
Najlepszym rozwiązaniem na przegranie seta jest wygranie kolejnego, co oczywiście Szkot poczynił. "Teraz to już na pewno już po Federerze" pomyślałem, lekko śmiejąc się w duszy. Wydawało się, że 2 set był w wykonaniu Murray'a jeno wypadkiem przy pracy.
Przyszła pora na 4 set. Andy musiał jedynie postawić kropkę nad i. Po szalonej rozgrywce miał w końcu szansę - wyciągnął wynik na 6:5 i pozostało mu wygrać gem serwisowy. Nie podołał. Dał Szwajcarowi szansę o jakiej tamten mógł tylko pomarzyć. Federer postanowił spełnić marzenie i wygrał tie-breaka (jak zresztą wszystkie pozostałe w turnieju) i został w grze.
Ostatni set zapowiadał się smakowicie. Niesiony powrotem do gry Federer powinien był doprowadzić chociaż do kolejnego tie-breaka, grając "swoje" przy własnym podaniu. W tym momencie Murray postanowił skończyć zabawę. Dwukrotnie przełamał Szwajcara i awansował do finału po równo czterech godzinach gry.
Stało się to co przewidywałem, ze sportowego punktu widzenia. Bo z "człowieczego" chyba coś drgnęło. Mam wrażenie, że oto pomału zaczyna następować koniec złotej ery Federera. Nie będę specjalnie zaskoczony, jeśli okaże się, że coraz częściej zacznie przegrywać w półfinałach, albo być może wcześniej. Czy to źle? Cóż, ma facet swój wiek, coraz ciężej będzie mu dorównać młodym, wydolniejszym. Mnie pozostało trzymać kciuki za moich rówieśników, żeby kiedyś dosięgli poziomu wielkiego Szwajcara.
Mój typ na finał? Djoko wydaje się być do nie ruszenia, szczególnie po horrorze z Wawrinką. Murray na pewno postawi poprzeczkę wysoko, ale stawiam na zemstę za US Open 2012 i zwycięstwo Serba po pięciu emocjonujących setach.
Chociaż nie obraziłbym się gdyby grali krótko - łatwiej mi będzie obejrzeć retransmisję ;).
A u Pań? Li Naucz Białorusinkę jak się wygrywa umiejętnościami, a nie kunktatorstwem, ok?
Toteż dzisiejszy mecz Federera z Murray'em smakował mi podwójnie. Trzeba przyznać, że panowie postarali się by było się czym raczyć. Kawał fajnego meczu, pełnego zwrotów akcji i ciekawych zagrań mogłem obejrzeć na prawie koniec mojej przygody z AO.
Od początku stawiałem na szkocką kratę, bardziej niż na szwajcarską precyzję. Pomijając moje osobiste sympatie już po meczu z Jo Wilfredem Tsongą dało się zauważyć, że chociaż Roger prezentuje wciąż wysoki poziom, to już nie jest to co pokazał 24 godziny później niejaki pan Djoković.
Mnie brakowało takiego szaleńczego błysku w grze Szwajcara, który potrzebny jest chyba każdemu tenisiście chcącego osiągnąć sukces. Jak z dobrym bramkarzem piłkarskim - tu trzeba być troszkę ekscentrykiem. Oczywiście może to przyjmować różne formy - od szaleńczej walki o każdą piłkę po niekoniecznie konwencjonalne zagrania, na które nikt inny by nie wpadł. Tego właśnie nie widziałem w grze Federera w środę i wiele się do dzisiaj nie zmieniło. To był ciągle wysoki poziom, zbyt wysoki dla kogoś spoza Wielkiej Czwórki, ale patrząc na Rogera nie widziałem szaleństwa, jedynie rzemiosło.
Miałem bardzo silne przeczucie, że w półfinale właśnie tego "czegoś" Federerowi zabraknie. Nie myliłem się zbytnio.
Szkot przejął inicjatywę od samego początku. Znakomicie serwował, walczył i zagrywał wbrew przewidywaniom. Jednocześnie trzymał nerwy na wodzy. Po pierwszym secie byłem gotów pogodzić się z szybkim rozstrzygnięciem na korzyść Murray'a, bo jego dominacja na korcie była widoczna gołym okiem.
Roger Federer zbyt wielkim zawodnikiem jest jednak, żeby przegrać ot tak, bez historii. Nie przejął inicjatywy, ale konsekwentnie robił swoje. Doprowadził do tie-breaka. W nim okazał się lepszy głównie dzięki chłodniejszej głowie. Murray pokazał swoje niespokojne "ja" grając fatalnego smecza z wyskoku. Sam skazał się na porażkę.
Najlepszym rozwiązaniem na przegranie seta jest wygranie kolejnego, co oczywiście Szkot poczynił. "Teraz to już na pewno już po Federerze" pomyślałem, lekko śmiejąc się w duszy. Wydawało się, że 2 set był w wykonaniu Murray'a jeno wypadkiem przy pracy.
Przyszła pora na 4 set. Andy musiał jedynie postawić kropkę nad i. Po szalonej rozgrywce miał w końcu szansę - wyciągnął wynik na 6:5 i pozostało mu wygrać gem serwisowy. Nie podołał. Dał Szwajcarowi szansę o jakiej tamten mógł tylko pomarzyć. Federer postanowił spełnić marzenie i wygrał tie-breaka (jak zresztą wszystkie pozostałe w turnieju) i został w grze.
Ostatni set zapowiadał się smakowicie. Niesiony powrotem do gry Federer powinien był doprowadzić chociaż do kolejnego tie-breaka, grając "swoje" przy własnym podaniu. W tym momencie Murray postanowił skończyć zabawę. Dwukrotnie przełamał Szwajcara i awansował do finału po równo czterech godzinach gry.
Stało się to co przewidywałem, ze sportowego punktu widzenia. Bo z "człowieczego" chyba coś drgnęło. Mam wrażenie, że oto pomału zaczyna następować koniec złotej ery Federera. Nie będę specjalnie zaskoczony, jeśli okaże się, że coraz częściej zacznie przegrywać w półfinałach, albo być może wcześniej. Czy to źle? Cóż, ma facet swój wiek, coraz ciężej będzie mu dorównać młodym, wydolniejszym. Mnie pozostało trzymać kciuki za moich rówieśników, żeby kiedyś dosięgli poziomu wielkiego Szwajcara.
Mój typ na finał? Djoko wydaje się być do nie ruszenia, szczególnie po horrorze z Wawrinką. Murray na pewno postawi poprzeczkę wysoko, ale stawiam na zemstę za US Open 2012 i zwycięstwo Serba po pięciu emocjonujących setach.
Chociaż nie obraziłbym się gdyby grali krótko - łatwiej mi będzie obejrzeć retransmisję ;).
A u Pań? Li Naucz Białorusinkę jak się wygrywa umiejętnościami, a nie kunktatorstwem, ok?
czwartek, 24 stycznia 2013
Wysyp
Tylko właśnie wysyp czego? Śnieg jedynie pozostał, gdyż emocje sportowe pomału udają się na ciąg dalszy swoich zimowych ferii. Ręcznych już nie ma w grze, chociaż Szaranowicz jeszcze o nich mówi w klipie TVP, tenisistom (i -tkom) zostały do zagrania trzy mecze, szkoda, oj wielka szkoda.
Nie zmienia to faktu, że bardzo się cieszę, że jednak obejrzałem wczorajszy mecz Tsongi z Federerem. Wynik może nie okazał się być najbardziej zadowalającym dla mnie, ale nie mam prawa narzekać. Kilka godzin tenisa na najwyższym poziomie, a do tego rozstrzygnięcie pozostające zagadką do samego końca. To nawet w kinie bym nie miał takich atrakcji!
W przeciwieństwie do tego co obejrzałem dzisiaj, a w zasadzie resztek tego co mi się udało jeszcze załapać. Spodziewałem się, że skoro na kort wyjdzie Ferrer to mecz potrwa dłuuuugo i może nie będzie tak emocjonujący, ale chociaż obfitujący w długie akcje. No cóż. Novak chyba stwierdził, że on już się nabiegał na tym turnieju i teraz będzie tylko skromnie miażdżył rywali. Z Hiszpanem mu się udało, aż żal było patrzeć na biedaka, ciekawe co pokaże w finale (nie zmieniam zdania, że jego rywalem będzie Murray)? No cóż, widać jednak, że różnica między czołową trójką (póki co trójką ;)), a resztą jest gigantyczna.
Jednak nie samym tenisem człowiek żyje w styczniu. Jest jeszcze bieganie! Wczorajszy dzień okazał się być jednym z najtrudniejszych do tej pory. Zasługa oczywiście pogody, ale wbrew pozorom nie mrozu czy śniegu, a cholernej wilgotności. Łomatko, wszechogarniająca para wodna/woda tak skutecznie blokowała mi drogi oddechowe, że aż mostek mnie robolał! Paskudne uczucie! W związku z tym zrezygnowałem 5 minut wcześniej niż powinienem - mam nadzieję, że będę pamiętał, żeby odrobić to przy lepszej pogodzie ;).
To by było na tyle na dzisiaj, zobaczymy co przyniesie weekend, bo zapowiada się może nie elektryzująco, ale co najmniej ciekawie.
środa, 23 stycznia 2013
Święty spokój
Bardzo ładnie zachowują się w ostatnim czasie nasi sportowcy. Wiedzą, że potrzebuję luzik w środę wieczorem i w nocy, więc kulturalnie odpadają z zawodów i mogę z czystym sumieniem robić co do mnie należy.
O ręcznych już pisałem, o Rawdańskiej jeszcze nie. Generalnie to nie wiem czy chcę o tym pisać, no ale już. Niech stracę.
Zły po meczu ręcznych Bajas postanowił wysiedzieć do 1 i poprawić sobie humor dawką dobrego tenisa. Wysiedział, ba, dostał to co chciał. Trzeba przyznać, że Li Na pokazała kawał dobrej gry w tym spotkaniu. Była regularna, dokładna, grała z zimną głową, a przede wszystkim nie bała się zaatakować. W przeciwieństwie do naszej krajanki, która z uporem maniaka trzymała się taktyki "gram swoje, a Chinka w końcu będzie chrzanić wszystko". No niestety nie chrzaniła. Zabrakło zęba i agresji. Ja w pewnym momencie widziałem na korcie Radwańską sprzed mniej więcej dwóch lat. Marudzącą, krzywiącą się, potrafiącą zagrać fantastycznie, ale tak jakby bojącą się przeciwniczki. Iśka przegrała ten mecz w głowie, kolejny Szlem się oddalił, a szkoda, bo potencjał ciągle ma.
W związku z odpadnięciem naszej reprezentantki pozostało mi trzymanie kciuki za Novaka Djokovicia. Szykuje się bardzo ciekawy półfinał z Ferrerem, szkoda, że go nie obejrzę ;). Tymczasem spoglądam na bardzo wyrównany pojedynek Tsongi z Federerem. Nie żebym kogoś nie lubił, ale półfinał Murray - Tsonga byłby świetną sprawą na czwartkową noc/poranek! Póki co Federer prowadzi, ale Jo-Wilfred jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, tak sądzę ;).
O, właśnie, przełamanie w drugim secie!
Chociaż i tak przewiduję finał Murray - Djoković.
Także ogromne brawa dla Sloane Stephens! Jakże miło, że chociaż jedna duża niespodzianka nam się w tym roku przytrafiła! Chociaż wyczuwam, że to koniec niespodzianek i po bardzo głośnym finale Szarapowa - Azarenka wygra ta pierwsza. Mówiłem kiedyś, że czasami lubię się mylić?
Jak wspaniale, że dzisiaj tylko 60 minut rozbiegania, wybitnie nie chce mi się wystawiać nosa z domu ;).
O ręcznych już pisałem, o Rawdańskiej jeszcze nie. Generalnie to nie wiem czy chcę o tym pisać, no ale już. Niech stracę.
Zły po meczu ręcznych Bajas postanowił wysiedzieć do 1 i poprawić sobie humor dawką dobrego tenisa. Wysiedział, ba, dostał to co chciał. Trzeba przyznać, że Li Na pokazała kawał dobrej gry w tym spotkaniu. Była regularna, dokładna, grała z zimną głową, a przede wszystkim nie bała się zaatakować. W przeciwieństwie do naszej krajanki, która z uporem maniaka trzymała się taktyki "gram swoje, a Chinka w końcu będzie chrzanić wszystko". No niestety nie chrzaniła. Zabrakło zęba i agresji. Ja w pewnym momencie widziałem na korcie Radwańską sprzed mniej więcej dwóch lat. Marudzącą, krzywiącą się, potrafiącą zagrać fantastycznie, ale tak jakby bojącą się przeciwniczki. Iśka przegrała ten mecz w głowie, kolejny Szlem się oddalił, a szkoda, bo potencjał ciągle ma.
W związku z odpadnięciem naszej reprezentantki pozostało mi trzymanie kciuki za Novaka Djokovicia. Szykuje się bardzo ciekawy półfinał z Ferrerem, szkoda, że go nie obejrzę ;). Tymczasem spoglądam na bardzo wyrównany pojedynek Tsongi z Federerem. Nie żebym kogoś nie lubił, ale półfinał Murray - Tsonga byłby świetną sprawą na czwartkową noc/poranek! Póki co Federer prowadzi, ale Jo-Wilfred jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, tak sądzę ;).
O, właśnie, przełamanie w drugim secie!
Chociaż i tak przewiduję finał Murray - Djoković.
Także ogromne brawa dla Sloane Stephens! Jakże miło, że chociaż jedna duża niespodzianka nam się w tym roku przytrafiła! Chociaż wyczuwam, że to koniec niespodzianek i po bardzo głośnym finale Szarapowa - Azarenka wygra ta pierwsza. Mówiłem kiedyś, że czasami lubię się mylić?
Jak wspaniale, że dzisiaj tylko 60 minut rozbiegania, wybitnie nie chce mi się wystawiać nosa z domu ;).
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Balonik
Taki to już z nas strasznie pompujący naród. Lubimy dużo oczekiwać, aby móc się po czasie we wspaniały sposób rozczarować. Nie będę ukrywał, że często dam się temu ponieść. Skutkiem tego efektu jest oczywiście nie dostrzeganie oczywistości jaką niesie za sobą rzeczywistość.
Przegraliśmy z Węgrami.
Zasłużenie. Niestety, z taką grą nie mielibyśmy czego szukać w meczu chociażby z Duńczykami. Nie ten level. Toteż dobrze, że stało się jak się stało. Trzeba przestać żyć sukcesami sprzed X lat i spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy. Potęgą nie jesteśmy i koniec. Tak czy siak wielkie dzięki dla chłopaków za kolejne kilka przyjemnych chwil przy ich zmaganiach!
Tymczasem, po drugiej stronie globu, tam gdzie nawet kangury mają ostatnio jaskrawożółty kolor dzieje się coraz więcej. Dzisiaj pozwoliłem sobie na odrobinę nonszalancji i wstałem o 6.30, dzięki czemu popatrzyłem na Tsongę sympatycznie, acz skutecznie udowadniającego swoją wyższość nad Richardem Gasquetem. Mecz w sam raz na pobudkę - bez jakiś gigantycznych emocji i szaleńczej walki, ale też nie na tyle nudny, żeby zasnąć z powrotem.
Chociaż w zasadzie kolejny poranny mecz dużo ciekawszy wcale nie był. W zasadzie to w ogóle nie był ciekawy. Od początku było wiadomo, że Murray wygra gładko, że Simon będzie robił wszystko, żeby się godnie pożegnać z turniejem, a nie z Murray'em i że zbliża się pora na śniadanie. Cenię sobie bardzo takich sportowców jak Gilles Simon, takich dla których ważne jest to żeby, nawet gdy jest nie najlepiej, dać z siebie wszystko. To jest sport!
Natomiast panowie Raonić oraz Federer mają pełne prawo czuć się przegranymi. Przegrali z nie byle kim, mianowicie z niejakim J.R.R. Tolkien'em. W końcu przełamałem barierę językową, która skutecznie ograniczała moje czytanie Jego największego dzieła i gnam ku Mordorowi, po drodze pijąc herbatkę at 5 o'clock.
Słowa spisane w oczekiwaniu na mecz Radwańskiej. Nic nie pompuję, wszystkie baloniki ze złości popękałem po meczu ręcznych.
Iśka, sorry, pompuj sama - ja tylko popatrzę.
Przegraliśmy z Węgrami.
Zasłużenie. Niestety, z taką grą nie mielibyśmy czego szukać w meczu chociażby z Duńczykami. Nie ten level. Toteż dobrze, że stało się jak się stało. Trzeba przestać żyć sukcesami sprzed X lat i spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy. Potęgą nie jesteśmy i koniec. Tak czy siak wielkie dzięki dla chłopaków za kolejne kilka przyjemnych chwil przy ich zmaganiach!
Tymczasem, po drugiej stronie globu, tam gdzie nawet kangury mają ostatnio jaskrawożółty kolor dzieje się coraz więcej. Dzisiaj pozwoliłem sobie na odrobinę nonszalancji i wstałem o 6.30, dzięki czemu popatrzyłem na Tsongę sympatycznie, acz skutecznie udowadniającego swoją wyższość nad Richardem Gasquetem. Mecz w sam raz na pobudkę - bez jakiś gigantycznych emocji i szaleńczej walki, ale też nie na tyle nudny, żeby zasnąć z powrotem.
Chociaż w zasadzie kolejny poranny mecz dużo ciekawszy wcale nie był. W zasadzie to w ogóle nie był ciekawy. Od początku było wiadomo, że Murray wygra gładko, że Simon będzie robił wszystko, żeby się godnie pożegnać z turniejem, a nie z Murray'em i że zbliża się pora na śniadanie. Cenię sobie bardzo takich sportowców jak Gilles Simon, takich dla których ważne jest to żeby, nawet gdy jest nie najlepiej, dać z siebie wszystko. To jest sport!
Natomiast panowie Raonić oraz Federer mają pełne prawo czuć się przegranymi. Przegrali z nie byle kim, mianowicie z niejakim J.R.R. Tolkien'em. W końcu przełamałem barierę językową, która skutecznie ograniczała moje czytanie Jego największego dzieła i gnam ku Mordorowi, po drodze pijąc herbatkę at 5 o'clock.
Słowa spisane w oczekiwaniu na mecz Radwańskiej. Nic nie pompuję, wszystkie baloniki ze złości popękałem po meczu ręcznych.
Iśka, sorry, pompuj sama - ja tylko popatrzę.
niedziela, 20 stycznia 2013
Ani poranek, ani z Australian Open
Łojoj, ładnie się porobiło! Od środy nic, nawet podwieczorku z Australian Open, ani nawet z Bajas Running Team, ani NAWET z Tłumaczę Się Czemu Mnie Nie Było.
Pusto.
Toteż dziś klasyczne, niedzielne nadrabianko.
We czwartek biegawszy. Byłoby fajnie, bo pogoda nie doskwierała, chęci też były i czas nawet bez problemu znaleziony. Tylko sił zabrakło. Okazało się, że 70 minut rozbiegania to jednak kawałek ciężkiego chleba, gdy biega się po sypkim śniegu. Zupełnie inny wysiłek. Prawdę powiedziawszy troszku już bym pobiegał po suchym gruncie i w słoneczku, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi biegać zimą.
Wieczorem się ukulturalniałem w teatrze. Najprawdopodobniej oszczędziło mi to około 15 lat życia, ponieważ alternatywą był mecz Polaków z Serbią. Taki horror plus moje nerwy to bankowo trzęsące się łapy, głośne przekleństwa i dużo skakania po mieszkaniu. Sztuka była znakomita i na tym poprzestańmy.
Obejrzałem za to wczorajsze spotkanie z Koreą. Takie mecze są dla mnie - generalnie spokojne, pod kontrolą, bez niespodziewanych wypadków. Fajnie byłoby gdyby tak zostało do końca. Czy tak będzie? Podejrzewam, że już jutro mecz z Węgrami odpowie mi kulturalnie wykrzyczanym w twarz NIE.
Justyny nie oglądałem bo nie mogłem. Kolejne kilka lat mojego życia na plus. Co ja się będę stresował? Na Mistrzostwach wygra wszystko w cuglach i nie będzie żadnego stresu, ani nic takiego. Prawda?
Za to biegałem sobie. Rozbieganko 60 min w tym 20 minut szybciej. Sympatycznie, relaksująco, jakby nie łażące... może bez epitetu z psami to byłoby fajnie. Czy ciężko jest zrozumieć, że jak biegnę i widzę Twojego ogromnego psiura spuszczonego ze smyczy hasającego wesoło po okolicy, to nie wiem, że Reksio jest spokojny, nie gryzie nikogo, a to że za Tobą biegnie i szczeka to tylko dlatego, że za głośno tupiesz. Że się piesio musi wybiegać? No musi. Tylko po co w takim razie kupiłeś sobie do domu buldoga pokaźnych rozmiarów?
Tenisa nie oglądałem w zasadzie od środy. Tzn miałem krótkie epizody z Ferrerem i Azarenką, ale poza tym kaszanka. Iśka mi wycięła numer i jak mogłem na luzie posiedzeć w nocy to zagrała rano, a dzisiaj walczę ze samym sobą. Zostać w nocy czy wstać wcześniej? Najlepiej byłoby albo nie spać w ogóle, albo wstać koło 5-6. Zobaczymy co mój szczwany móżdżek wymyśli ;).
Na deserek dzisiejsze bieganie, czyli kolejny interwał. Uwielbiam ten trening, żaden inny nie daje mi tak dobrego samopoczucia po, a przede wszystkim ogromnej radochy w trakcie. Lubię czuć, że jestem bliski granicy przy wysiłku, a tu mam możliwość się wykazania. Gdyby jeszcze nie ten obiadek u babci i troszkę "ciężki" początek...
Tymczasem - połowa treningu za mną!
Oby druga połowa zleciała równie szybko i przyjemnie!
środa, 16 stycznia 2013
Poranek, ale inny niż wszystkie, z Australian Open
Czemu inny niż wszystkie? Gdyż po pierwsze, jak na poranek to zaczął się dość wcześnie, mianowicie troszkę po 1. Później natomiast, gdy poranek stał się porankiem w pełnym tego słowa znaczeniu Australian Open stanowiło tło do pozostałych czynności, a nie na odwrót. Zaskakująca, prawdę powiedziawszy, sytuacja.
Przesuńmy się w czasie do momentu gdy poranek jeszcze był ponockiem, a ja myślałem, że się wyśpię. Grała Iśka i grał Jerzyk. Podołałem obejrzeć Iśkę, zresztą nie wiedziałem czy doczekam się gdzieś transmisji z Jerzyka, a jakoś nie miałem ochoty ryzykować.
Obejrzałem Iśkę i co? I nico, hłe hłe. Nie chciało jej się grać za bardzo, czego nawet specjalnie nie ukrywała, uznała, że mecz sam się wygra. W większości przypadków w tym momencie powinna nastąpić opowieść o tym jak to sport jest wspaniały, że maluczki umie wykorzystać słabość większego i awansuje do III rundy. Ku zdziwieniu gawiedzi mecz jednak wygrał się sam. Agnieszka skupiła się na odbijaniu piłek, resztę zostawiając przeciwniczce. Ta skwapliwie korzystała z okazji i sama kreowała dramaturgię spotkania. Kiedy było dobrze - zadziwiała wspaniałymi uderzeniami, kiedy miała ochotę jednak nieco poprzegrywać - psuła co się dało. Przedziwny to mecz był, ja podziwiam Rumunkę, że jednak zdecydowała się tak poprowadzić spotkanie żeby przegrać 3:6, 3:6. Osobiście wolałbym wygrać ;).
O zwycięstwie Jerzyka dowiedziałem się już rano, poszedłem spać tuż po tym jak przegrał pierwszego seta. Gratulacje za waleczność i charakter! Almagro jest do ogrania, po cichu liczę na niespodziankę.
Niespodziankę, której nie było w porannych oglądanych przeze mnie meczach. Chociaż raczej podglądanych, bo musiałem się bardziej skupiać na cebuli i papryce niż na grze. Conieco jednak wyłuskałem a mianowicie:
- Venus Williams to nie Serena Williams
- Poważnie, zorientowałem się dopiero po jakimś czasie, gdy przez głowę przeleciała mi myśl "jakaś dziwna ta Williamsówa".
- Innym też się nie chce grać tak samo bardzo jak Agnieszce Radwańskiej
- Jednakże trzeba przyznać, że jest to grono dość elitarne, bo leniem jest także, jak się okazało, Novak Djoković.
- Serb, nawet jak mu się nie chce, potrafi zmasakrować przeciwnika
- To by było na tyle.
Po tenisie przyszedł czas na coś przyjemniejszego - na bieganie! Oj nie chciało mi się bardzo dzisiaj, szczególnie, że to aż 70 minut. Jednak doceniłem - w końcu nie na codzień mam okazję biegać przy świetle słonecznym. W związku z tym było mi całkiem przyjemnie i zleciało mi całkiem szybko. Gdyby nie mój śliczny ślizg na kolanach po upadku, byłby to bieg bez historii ;).
Jutro - detoks! Nie będę miał niestety jak i kiedy oglądać AO, ale spoko spoko przed nami jeszcze dużo okazji, żeby się nie wyspać albo zerwać z samego rana!
Przesuńmy się w czasie do momentu gdy poranek jeszcze był ponockiem, a ja myślałem, że się wyśpię. Grała Iśka i grał Jerzyk. Podołałem obejrzeć Iśkę, zresztą nie wiedziałem czy doczekam się gdzieś transmisji z Jerzyka, a jakoś nie miałem ochoty ryzykować.
Obejrzałem Iśkę i co? I nico, hłe hłe. Nie chciało jej się grać za bardzo, czego nawet specjalnie nie ukrywała, uznała, że mecz sam się wygra. W większości przypadków w tym momencie powinna nastąpić opowieść o tym jak to sport jest wspaniały, że maluczki umie wykorzystać słabość większego i awansuje do III rundy. Ku zdziwieniu gawiedzi mecz jednak wygrał się sam. Agnieszka skupiła się na odbijaniu piłek, resztę zostawiając przeciwniczce. Ta skwapliwie korzystała z okazji i sama kreowała dramaturgię spotkania. Kiedy było dobrze - zadziwiała wspaniałymi uderzeniami, kiedy miała ochotę jednak nieco poprzegrywać - psuła co się dało. Przedziwny to mecz był, ja podziwiam Rumunkę, że jednak zdecydowała się tak poprowadzić spotkanie żeby przegrać 3:6, 3:6. Osobiście wolałbym wygrać ;).
O zwycięstwie Jerzyka dowiedziałem się już rano, poszedłem spać tuż po tym jak przegrał pierwszego seta. Gratulacje za waleczność i charakter! Almagro jest do ogrania, po cichu liczę na niespodziankę.
Niespodziankę, której nie było w porannych oglądanych przeze mnie meczach. Chociaż raczej podglądanych, bo musiałem się bardziej skupiać na cebuli i papryce niż na grze. Conieco jednak wyłuskałem a mianowicie:
- Venus Williams to nie Serena Williams
- Poważnie, zorientowałem się dopiero po jakimś czasie, gdy przez głowę przeleciała mi myśl "jakaś dziwna ta Williamsówa".
- Innym też się nie chce grać tak samo bardzo jak Agnieszce Radwańskiej
- Jednakże trzeba przyznać, że jest to grono dość elitarne, bo leniem jest także, jak się okazało, Novak Djoković.
- Serb, nawet jak mu się nie chce, potrafi zmasakrować przeciwnika
- To by było na tyle.
Po tenisie przyszedł czas na coś przyjemniejszego - na bieganie! Oj nie chciało mi się bardzo dzisiaj, szczególnie, że to aż 70 minut. Jednak doceniłem - w końcu nie na codzień mam okazję biegać przy świetle słonecznym. W związku z tym było mi całkiem przyjemnie i zleciało mi całkiem szybko. Gdyby nie mój śliczny ślizg na kolanach po upadku, byłby to bieg bez historii ;).
Jutro - detoks! Nie będę miał niestety jak i kiedy oglądać AO, ale spoko spoko przed nami jeszcze dużo okazji, żeby się nie wyspać albo zerwać z samego rana!
Wdech - wydech
Tak najlepiej ze sto razy, albo i dwieście dla pewności. Teraz już ochłonąłem, ale nie było lekko. W końcu to Mistrzostwa Świata w ręczną, a nie jakieś tam pierdzielenie o Jedynym Takim Euro Ever. Tu są emocje od pierwszej do ostatniej minuty, zawsze. Dobrze, że to tylko tak raz do roku, bo jakby grali częściej, to taki poziom nerwów w końcu wprawiłby mnie w jakąś psychozę.
Może i dobrze, że jednak nie obejrzę meczu z Serbią? Zawsze jeden mecz stresu mniej...
Przegraliśmy. Jak to my, Polacy. Jedną bramką, po nerwowej końcówce, ale jednak. Jedną, kurczę, bramką! Niestety, sami sobie jesteśmy winni...
Pierwsza połowa była obiecująca. Kompletnie kontrolowaliśmy grę, spisywaliśmy się w obronie, w ataku robiliśmy swoje. Nawet nieskuteczność Lijewskiego była do przyjęcia z pobłażliwym uśmiechem "w końcu się odblokujesz i tak mamy przewagę". Byłem pod wrażeniem, sprawdzaliśmy się z mocnym przeciwnikiem.
Pierwsza łyżeczka dziegciu wpadła do beczki naszej słodkiej gry pod koniec pierwszej połowy. Nie straciliśmy przewagi, ale jakoś tak coś przestało grać. Oczywiście nie da się ukryć, że rezerwowy bramkarz Słoweńców Primoz Prost miał przysłowiowy dzień konia. Z lekkim niesmakiem, ale mimo to zadowolony jadłem szybką kolację w przerwie. Nie wiedziałem, że to ostatnia smaczna rzecz jaka mnie spotka.
Bardzo gorzko zrobiło się w zasadzie momentalnie. Nie dość, że straciliśmy całą przewagę, to jeszcze daliśmy Słoweńcom odskoczyć na kilka punktów. Pocieszałem się, że będzie spoko, nasi lubią takie opcje. Jednak moja wiara w końcowy sukces byłaby większa gdybym nie widział czemu wynik tak drastycznie się zmieniał. Nie byla to zasługa wybitnego progresu w grze Słowaków. To my zaczęliśmy im pozwalać na więcej. Czar prysł, w beczce z miodu nie zostało prawie nic. Gorzką wisienką na torcie była nasza okrutna nieskuteczność. Gdyby sam Krzysiek Lijewski wykorzystał chociaż dwie (z 10!) akcji więcej, pisałbym o sukcesie naszej reprezentacji.
Walczyliśmy do końca, ale niestety, przegraliśmy ten mecz na własne życzenie. Te poprzeczki na koniec stanowiły gorzką pointę. Tym razem zabrakło nam czasu na cudowne odrobienie strat, niestety. Z drugiej strony, lepiej teraz niż w fazie pucharowej...
Jestem rozczarowany, chociaż nie tracę wiary. Pierwsze połowa meczu pokazała, że ciągle dajemy radę. Ja w chłopaków wierzę bardzo mocno i liczę na jeszcze kilka słodszych chwil na tym turnieju!
Tymczasem - długi wdech - liczę, że Iśka i Jerzyk poprawią mi nastrój przed snem - długi wydech.
Może i dobrze, że jednak nie obejrzę meczu z Serbią? Zawsze jeden mecz stresu mniej...
Przegraliśmy. Jak to my, Polacy. Jedną bramką, po nerwowej końcówce, ale jednak. Jedną, kurczę, bramką! Niestety, sami sobie jesteśmy winni...
Pierwsza połowa była obiecująca. Kompletnie kontrolowaliśmy grę, spisywaliśmy się w obronie, w ataku robiliśmy swoje. Nawet nieskuteczność Lijewskiego była do przyjęcia z pobłażliwym uśmiechem "w końcu się odblokujesz i tak mamy przewagę". Byłem pod wrażeniem, sprawdzaliśmy się z mocnym przeciwnikiem.
Pierwsza łyżeczka dziegciu wpadła do beczki naszej słodkiej gry pod koniec pierwszej połowy. Nie straciliśmy przewagi, ale jakoś tak coś przestało grać. Oczywiście nie da się ukryć, że rezerwowy bramkarz Słoweńców Primoz Prost miał przysłowiowy dzień konia. Z lekkim niesmakiem, ale mimo to zadowolony jadłem szybką kolację w przerwie. Nie wiedziałem, że to ostatnia smaczna rzecz jaka mnie spotka.
Bardzo gorzko zrobiło się w zasadzie momentalnie. Nie dość, że straciliśmy całą przewagę, to jeszcze daliśmy Słoweńcom odskoczyć na kilka punktów. Pocieszałem się, że będzie spoko, nasi lubią takie opcje. Jednak moja wiara w końcowy sukces byłaby większa gdybym nie widział czemu wynik tak drastycznie się zmieniał. Nie byla to zasługa wybitnego progresu w grze Słowaków. To my zaczęliśmy im pozwalać na więcej. Czar prysł, w beczce z miodu nie zostało prawie nic. Gorzką wisienką na torcie była nasza okrutna nieskuteczność. Gdyby sam Krzysiek Lijewski wykorzystał chociaż dwie (z 10!) akcji więcej, pisałbym o sukcesie naszej reprezentacji.
Walczyliśmy do końca, ale niestety, przegraliśmy ten mecz na własne życzenie. Te poprzeczki na koniec stanowiły gorzką pointę. Tym razem zabrakło nam czasu na cudowne odrobienie strat, niestety. Z drugiej strony, lepiej teraz niż w fazie pucharowej...
Jestem rozczarowany, chociaż nie tracę wiary. Pierwsze połowa meczu pokazała, że ciągle dajemy radę. Ja w chłopaków wierzę bardzo mocno i liczę na jeszcze kilka słodszych chwil na tym turnieju!
Tymczasem - długi wdech - liczę, że Iśka i Jerzyk poprawią mi nastrój przed snem - długi wydech.
wtorek, 15 stycznia 2013
Poranek z Australian Open cz. 2
...i tak jeszcze przez prawie dwa tygodnie <mniam>.
Dzisiaj śniadanie dwudaniowe. Miałem co prawda drobną ochotę na tenisową kolację wczoraj, ale uznałem, że jednak wolę wstać wcześniej rano niż siedzieć po nocy.
W zasadzie to nie oglądałbym pewnie nic od 7.45 gdybym się nie przebudził na tzw. porannego sika. Mówię sobie - a, jak już wstałem, to mogę sobie spojrzeć co tam Panie w Eurosporcie. Zaspane me oczęta dostrzegły wynik na ekranie - zaczynał się drugi set. Kto gra? Haas z Nieminenem. Łeee, to idę spać, tylko doglądnę do końca gema.
Jak się okazało trafiłem na jeden z najciekawszych fragmentów tego meczu, a mianowicie przełamianie Nieminena (znaczy się on przełamał Haasa ;)). Noooo, to co ten pan wyprawiał sprawiło, że senność opuściła mnie i udała się na urlop. Zdążyłem się wciągnąć zanim się zorientowałem. Trzeba przyznać, że mecz był bardzo nierówny, ale to dodawało dodatkowego smaczku spotkaniu. Grający panowie raczej starszej sportowej daty, toteż gra nie była może zbyt finezyjna, za to emocji, zwrotów akcji i długich wymian nie zabrakło. Wygrał spokojniejnszy Fin, Niemiec jest sam sobie winien skrócenia pobytu w słonecznej Australii. Jedna z ostatnich akcji tego meczu - dająca szansę na meczbola dla Niemca - to wizytówka dla hasła "w sporcie gra głowa, a nie ciało".
Po rozwiązaniu się sytuacji pomiędzy Niemieckim, a Fińskim tenisem, przyszedł czas na konflikt Francusko - Ukraiński. Co to oznacza? Kompletne przeciwieństwo poprzedniego spotkania. Dwóch zawodników grających, nazwijmy to, bajerancki tenis, szybki i efektowny. O ile w poprzednim meczu było miejsce na dużą ilość tenisowego rzemiosła tutaj nie brakowało fajerwerków. Jednak czego innego spodziewać się po meczu w którym gra Gael Monflis? Wracając do hasła pod koniec ostatniego akapitu - tutaj to dopiero główki pograły. Zabawne było patrzeć jak często chęć efekciarskiego wykończenia akcji kończyła się totalnym klopsem. Jednak tym bardziej wartościowe było doglądanie akcji, w których wariactwo okazywało się skuteczną receptą na sukces. Trzymam kciuki za Gaela w dalszych rozgrywkach!
Na dzisiaj to w zasadzie tyle, większe smaczki czekają już w drugiej rundzie, podczas jutrzejszej nocy. Można by jeszcze wspomnieć o porażce młodszej Radwańskiej, ale jakoś mnie nie zdziwił ten wynik. Wolę zostawić trzymanie kciuków za Iśkę i Jerzyka! I Djoko gra jutro w sesji popołudniowej, co tym bardziej mnie cieszy, bo jak dobrze się ogarnę to obejrzę i Radwańską i Serba!
Dzisiaj śniadanie dwudaniowe. Miałem co prawda drobną ochotę na tenisową kolację wczoraj, ale uznałem, że jednak wolę wstać wcześniej rano niż siedzieć po nocy.
W zasadzie to nie oglądałbym pewnie nic od 7.45 gdybym się nie przebudził na tzw. porannego sika. Mówię sobie - a, jak już wstałem, to mogę sobie spojrzeć co tam Panie w Eurosporcie. Zaspane me oczęta dostrzegły wynik na ekranie - zaczynał się drugi set. Kto gra? Haas z Nieminenem. Łeee, to idę spać, tylko doglądnę do końca gema.
Jak się okazało trafiłem na jeden z najciekawszych fragmentów tego meczu, a mianowicie przełamianie Nieminena (znaczy się on przełamał Haasa ;)). Noooo, to co ten pan wyprawiał sprawiło, że senność opuściła mnie i udała się na urlop. Zdążyłem się wciągnąć zanim się zorientowałem. Trzeba przyznać, że mecz był bardzo nierówny, ale to dodawało dodatkowego smaczku spotkaniu. Grający panowie raczej starszej sportowej daty, toteż gra nie była może zbyt finezyjna, za to emocji, zwrotów akcji i długich wymian nie zabrakło. Wygrał spokojniejnszy Fin, Niemiec jest sam sobie winien skrócenia pobytu w słonecznej Australii. Jedna z ostatnich akcji tego meczu - dająca szansę na meczbola dla Niemca - to wizytówka dla hasła "w sporcie gra głowa, a nie ciało".
Po rozwiązaniu się sytuacji pomiędzy Niemieckim, a Fińskim tenisem, przyszedł czas na konflikt Francusko - Ukraiński. Co to oznacza? Kompletne przeciwieństwo poprzedniego spotkania. Dwóch zawodników grających, nazwijmy to, bajerancki tenis, szybki i efektowny. O ile w poprzednim meczu było miejsce na dużą ilość tenisowego rzemiosła tutaj nie brakowało fajerwerków. Jednak czego innego spodziewać się po meczu w którym gra Gael Monflis? Wracając do hasła pod koniec ostatniego akapitu - tutaj to dopiero główki pograły. Zabawne było patrzeć jak często chęć efekciarskiego wykończenia akcji kończyła się totalnym klopsem. Jednak tym bardziej wartościowe było doglądanie akcji, w których wariactwo okazywało się skuteczną receptą na sukces. Trzymam kciuki za Gaela w dalszych rozgrywkach!
Na dzisiaj to w zasadzie tyle, większe smaczki czekają już w drugiej rundzie, podczas jutrzejszej nocy. Można by jeszcze wspomnieć o porażce młodszej Radwańskiej, ale jakoś mnie nie zdziwił ten wynik. Wolę zostawić trzymanie kciuków za Iśkę i Jerzyka! I Djoko gra jutro w sesji popołudniowej, co tym bardziej mnie cieszy, bo jak dobrze się ogarnę to obejrzę i Radwańską i Serba!
niedziela, 13 stycznia 2013
Się działo
Zbieżność z dzisiejszym finałem WOŚP niezamierzona. Poważnie, działo się od ostatniego wpisu, a jak wiadomo panuje prosta zasada - mało się dzieje - dużo piszę, dużo się dzieje - mało piszę. W związku z tym kolejny elaborat z gatunku nadrabiam to czego nie ogarnąłem wcześniej.
Nie wiem od czego zacząć ;).
Może najpierw o bieganiu, ponieważ o tym najmniej mam w sumie do powiedzenia. Prę systematycznie ku przodowi, niejeden komunista byłby dumny z realizacji planu! Bieganie w śniegu jest urocze, a dodatkowo wyciąga z ulic zbędne ogniwa jakimi są piesi oraz samochody, a także, co należy wyróżnić, najmniej ulubiony przeze mnie rodzaj pieszych - tych z psami. Tym razem mogę gnać sobie swobodnie gdzie tylko dusza zapragnie, co skwapliwie czynię.
Dalej - Justyna Kowalczyk (chociaż już nie on tour). Niesamowite, że udało mi się ją obejrzeć w jakiś zawodach w sprincie częściej niż raz - w ćwierćfinale ;). Nie żebym miał jej za złe w tym się akurat nie specjalizuje, więc jestem spokojny. Co nie zmienia faktu, że na MŚ w sprincie klasykiem mogą dziać się bardzo różne i bardzo przyjemne rzeczy. Ja już się nie mogę doczekać, tak po prawdzie mówiąc. Jednak czekać łatwiej gdy...
...rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej! Przyznaję się bez bicia - poza wielkimi imprezami nie śledzę poczynań naszych zawodników. Nie odczuwam takiej potrzeby. Co nie zmienia faktu, że fanatyzm z jakim oglądam naszych na przeróżnych rozgrywkach dużo bardziej przekracza poziom bliski mi z siatkówki czy (tfu!) piłki nożnej. Uwielbiam oglądać naszą reprezentację w ręczną i basta! Czy grają znakomicie, czy niekoniecznie, realizują wszystkie moje postulaty sportowca idealnego. Zostawiają na boisku mnóstwo zdrowia, serca i zaangażowania. Każdy, każdy ich mecz to gwarancja ogromnej dawki emocji, jakiej nie ma nigdzie indziej. Tu nie ma miejsca na oddech jak w siatkówce, tu trzeba być skoncentrowanym non stop. Czy uda nam się coś osiągnąć tym razem? Oby. Chociaż, prawdę mówiąc, co by się nie działo stoję murem za ręcznymi i basta. Zresztą zapytajcie Love, jak dobrze się ze mną umawia kiedy wiem, że wieczorem grają ręczni ;).
Póki co mamy prawo być zadowoleni - wygraliśmy i to się liczy. Przestój był, trochę nerwów było, ale to dobrze, dodaje to tylko pikanterii całej sprawie. Najciekawsze jeszcze się szykuje przed nami, ja osobiście czekam na mecz z Serbami, może być ładny kociołek ;).
Na koniec wisienka na torcie, którą mam nadzieję skonsumować w jak największej ilości. Australian Open. To jest turniej tenisowy. Nie wiem co jest w nim takiego, ale żaden inny nie budzi we mnie takich pozytywnych emocji jak ten. Zamierzam nie przespać kilku nocy, jeśli siła woli pozwoli oczywiście, a co się uda - spisać na kartach tych oto owych. Może już dzisiaj cosik uda mi się zobaczyć, chociaż po takim dniu liczę się z ryzykiem odpłynięcia w objęcia Morfeusza, zanim chociaż ćwierć tenisisty pojawi się na korcie. Jednak spoko - od czego sesja popołudniowa, będąca dla nas poranną? ;)
Działo się do tej pory? Oj nie - dopiero będzie się działo!
Na koniec małe post scriptum. Miło wiedzieć, że komuś podoba się to co tu tworzę, a jeszcze milej kiedy słyszy się to od najbliższych, których, prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tutaj "spotkać". Motywacja jest, trzeba się jeszcze mocniej brać do roboty!
Nie wiem od czego zacząć ;).
Może najpierw o bieganiu, ponieważ o tym najmniej mam w sumie do powiedzenia. Prę systematycznie ku przodowi, niejeden komunista byłby dumny z realizacji planu! Bieganie w śniegu jest urocze, a dodatkowo wyciąga z ulic zbędne ogniwa jakimi są piesi oraz samochody, a także, co należy wyróżnić, najmniej ulubiony przeze mnie rodzaj pieszych - tych z psami. Tym razem mogę gnać sobie swobodnie gdzie tylko dusza zapragnie, co skwapliwie czynię.
Dalej - Justyna Kowalczyk (chociaż już nie on tour). Niesamowite, że udało mi się ją obejrzeć w jakiś zawodach w sprincie częściej niż raz - w ćwierćfinale ;). Nie żebym miał jej za złe w tym się akurat nie specjalizuje, więc jestem spokojny. Co nie zmienia faktu, że na MŚ w sprincie klasykiem mogą dziać się bardzo różne i bardzo przyjemne rzeczy. Ja już się nie mogę doczekać, tak po prawdzie mówiąc. Jednak czekać łatwiej gdy...
...rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej! Przyznaję się bez bicia - poza wielkimi imprezami nie śledzę poczynań naszych zawodników. Nie odczuwam takiej potrzeby. Co nie zmienia faktu, że fanatyzm z jakim oglądam naszych na przeróżnych rozgrywkach dużo bardziej przekracza poziom bliski mi z siatkówki czy (tfu!) piłki nożnej. Uwielbiam oglądać naszą reprezentację w ręczną i basta! Czy grają znakomicie, czy niekoniecznie, realizują wszystkie moje postulaty sportowca idealnego. Zostawiają na boisku mnóstwo zdrowia, serca i zaangażowania. Każdy, każdy ich mecz to gwarancja ogromnej dawki emocji, jakiej nie ma nigdzie indziej. Tu nie ma miejsca na oddech jak w siatkówce, tu trzeba być skoncentrowanym non stop. Czy uda nam się coś osiągnąć tym razem? Oby. Chociaż, prawdę mówiąc, co by się nie działo stoję murem za ręcznymi i basta. Zresztą zapytajcie Love, jak dobrze się ze mną umawia kiedy wiem, że wieczorem grają ręczni ;).
Póki co mamy prawo być zadowoleni - wygraliśmy i to się liczy. Przestój był, trochę nerwów było, ale to dobrze, dodaje to tylko pikanterii całej sprawie. Najciekawsze jeszcze się szykuje przed nami, ja osobiście czekam na mecz z Serbami, może być ładny kociołek ;).
Na koniec wisienka na torcie, którą mam nadzieję skonsumować w jak największej ilości. Australian Open. To jest turniej tenisowy. Nie wiem co jest w nim takiego, ale żaden inny nie budzi we mnie takich pozytywnych emocji jak ten. Zamierzam nie przespać kilku nocy, jeśli siła woli pozwoli oczywiście, a co się uda - spisać na kartach tych oto owych. Może już dzisiaj cosik uda mi się zobaczyć, chociaż po takim dniu liczę się z ryzykiem odpłynięcia w objęcia Morfeusza, zanim chociaż ćwierć tenisisty pojawi się na korcie. Jednak spoko - od czego sesja popołudniowa, będąca dla nas poranną? ;)
Działo się do tej pory? Oj nie - dopiero będzie się działo!
Na koniec małe post scriptum. Miło wiedzieć, że komuś podoba się to co tu tworzę, a jeszcze milej kiedy słyszy się to od najbliższych, których, prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tutaj "spotkać". Motywacja jest, trzeba się jeszcze mocniej brać do roboty!
środa, 9 stycznia 2013
2x45 min
Czy dziś coś o futbolu? Pewnie, że nie. No dobrze, jak starczy mi zapału to może skomentuję to i owo. Sedno sprawy leży gdzieś indziej.
Chociaż bardziej pasowałoby określenie "bieży gdzieś indziej". Dzisiaj bieżyło rekordowo długo. 90 minut. Tyle co mecz piłkarski. Tyle co, eeee, tyle co film który trwa 90 minut. Tyle ile powinno się piec ciasto (jakie? takie do pieczenia przez 90 minut). W każdym razie dużo. W końcu to 1,5 godziny. To przecież tyle co wykład na uczelni.
No właśnie. Długo i ciężko wysiedzieć tyle. Ja dzisiaj biegłem. Mam pełne prawo być z siebie kontentym. Czy jestem? Średnio. Tzn. z tego, że biegłem i przebiegłem i dobiegłem to pewnie jak najbardziej i generalnie git. Biegło się całkiem sympatycznie, na tyle ile da się biec w śniegu tudzież lekko przymrożonej chlapie. Bez specjalnie wielkich uniesień, ale dzięki temu bez kryzysów. To taki bieg z gatunku "odnajdź swoje zen i wewnętrzny spokój". Ja odnalazłem harmonię tempa, co nieco trąciło monotonią, ale zdało egzamin.
Strasznie dziś dziwne rzeczy wypisuję.
"Toteż dlaczegoż średnio kontentyś jest?". Bo mnie boli. Trochę sobie ponaciągałem mięśnie, a na lewej stopie zrobiłem coś dziwnego, co dziwnie boli, tak od środka i nie przyjemnie i mam nadzieję, że to przejdzie z czasem. Uroki biegania po odśnieżonych chodnikach (pozdrawiam ZDiT!). Zresztą ja tam wolę, jak już kiedyś wspominałem, strukturyzowany trening, a nie długie jednostajne rozbiegania. No ale już, nie będę marudził za bardzo, bo jeszcze mnie jakaś kara spotka.
Tak jak kara spotyka Łódzki KS. Kara lat nieudolnych rządów gadających farmazony właścicieli i prób reanimowania trupa przez miasto. Po cóż im wszystkim to było - nie wiem. Zamiast budowanej na spokojnie drużyny, walczącej co prawda o chwalebny awans do 3. ligi, jest szopka i pośmiewisko. Nie wiedziałem, że jestem skłonny do takich uczuć, ale sąsiedzi zza miedzy są już w takiej sytuacji, że wręcz im współczuję. Szkoda patrzeć na kolejne absurdalne scenki z gatunku "kto odejdzie następny?" lub "kto ucieknie w ostatniej chwili od zostania trenerem?". I tak polecą i tak polecą, tylko zamiast dać im spokojnie powoli upaść na miękkie, jesteśmy świadkami przykrego lecenia prosto na beton. Twarzą w dół. Szkoda.
Chciałem napisać na koniec coś wesołego, na poprawę nastroju, ale skoczkowie też zawiedli, a Justyna sobie spokojnie odpoczywa trenując ciężko (jakiż śliczny oksymoron milordzie). Wszystkie zawody ostatnimi i najbliższymi czasy odbywają się w porach kiedy ja nie mogę ich obejrzeć. Siedzę w domu całymi dniami i wychodzę na 2 godzinki. Tak, akurat te 2 godzinki kiedy coś się dzieje...
O, już wiem! Szczypiornistów obejrzę!
Mogę spać spokojnie.
Chociaż bardziej pasowałoby określenie "bieży gdzieś indziej". Dzisiaj bieżyło rekordowo długo. 90 minut. Tyle co mecz piłkarski. Tyle co, eeee, tyle co film który trwa 90 minut. Tyle ile powinno się piec ciasto (jakie? takie do pieczenia przez 90 minut). W każdym razie dużo. W końcu to 1,5 godziny. To przecież tyle co wykład na uczelni.
No właśnie. Długo i ciężko wysiedzieć tyle. Ja dzisiaj biegłem. Mam pełne prawo być z siebie kontentym. Czy jestem? Średnio. Tzn. z tego, że biegłem i przebiegłem i dobiegłem to pewnie jak najbardziej i generalnie git. Biegło się całkiem sympatycznie, na tyle ile da się biec w śniegu tudzież lekko przymrożonej chlapie. Bez specjalnie wielkich uniesień, ale dzięki temu bez kryzysów. To taki bieg z gatunku "odnajdź swoje zen i wewnętrzny spokój". Ja odnalazłem harmonię tempa, co nieco trąciło monotonią, ale zdało egzamin.
Strasznie dziś dziwne rzeczy wypisuję.
"Toteż dlaczegoż średnio kontentyś jest?". Bo mnie boli. Trochę sobie ponaciągałem mięśnie, a na lewej stopie zrobiłem coś dziwnego, co dziwnie boli, tak od środka i nie przyjemnie i mam nadzieję, że to przejdzie z czasem. Uroki biegania po odśnieżonych chodnikach (pozdrawiam ZDiT!). Zresztą ja tam wolę, jak już kiedyś wspominałem, strukturyzowany trening, a nie długie jednostajne rozbiegania. No ale już, nie będę marudził za bardzo, bo jeszcze mnie jakaś kara spotka.
Tak jak kara spotyka Łódzki KS. Kara lat nieudolnych rządów gadających farmazony właścicieli i prób reanimowania trupa przez miasto. Po cóż im wszystkim to było - nie wiem. Zamiast budowanej na spokojnie drużyny, walczącej co prawda o chwalebny awans do 3. ligi, jest szopka i pośmiewisko. Nie wiedziałem, że jestem skłonny do takich uczuć, ale sąsiedzi zza miedzy są już w takiej sytuacji, że wręcz im współczuję. Szkoda patrzeć na kolejne absurdalne scenki z gatunku "kto odejdzie następny?" lub "kto ucieknie w ostatniej chwili od zostania trenerem?". I tak polecą i tak polecą, tylko zamiast dać im spokojnie powoli upaść na miękkie, jesteśmy świadkami przykrego lecenia prosto na beton. Twarzą w dół. Szkoda.
Chciałem napisać na koniec coś wesołego, na poprawę nastroju, ale skoczkowie też zawiedli, a Justyna sobie spokojnie odpoczywa trenując ciężko (jakiż śliczny oksymoron milordzie). Wszystkie zawody ostatnimi i najbliższymi czasy odbywają się w porach kiedy ja nie mogę ich obejrzeć. Siedzę w domu całymi dniami i wychodzę na 2 godzinki. Tak, akurat te 2 godzinki kiedy coś się dzieje...
O, już wiem! Szczypiornistów obejrzę!
Mogę spać spokojnie.
wtorek, 8 stycznia 2013
Podsumowując... cz. 2 i ostatnia
Dawno nie wykazywałem się niekompetencją i kąśliwym subiektywizmem, a że obiecałem sobie, że w końcu wytworzę także podsumowanie rundy w wykonaniu Widzewa to... nadszedł czas! Postaram się nie rozpisać przesadnie, pojadę dość ogólnie - pozycjami, a następnie ogólną impresją. Chociaż pewnie za chwilkę wszystko pomieszam i wyjdzie klasyczne niewiadomoocomuchodzialejestfajnie. Jedziemy.
Bramkarze - piszę w liczbie mnogiej, chociaż pewnie gdyby nie pech Maćka Mielcarza pisałbym w liczbie pojedynczej. Bo jest naszym nr 1 i basta. Nie jest może bramkarzem wyjątkowym, nie ratuje nam życia tak często i z takim kunsztem jak dajmy na to Kuciak w Legii, ale jest pewny i to w zupełności wystarcza. Owszem zdarzają mu się ciekawe pomysły, z których wychodzą mniej lub bardziej ciekawe zagrożenia, ale zazwyczaj chwilkę później wykonuje interwencję, że ja Cię pierdziu. No i potrafi krzyknąć i poustawiać, a chyba trochę tego chłopakom w obronie zabrakło po jego kontuzji.
Zastąpił go utalentowany i mający predyspozycje Milos Dragojevic. Siłą rzeczy wrzucony do pierwszego składu i co? I nie zawiódł. Co miał wybronić to wybronił, co miał wpuścić - wpuścił. Z jednej strony widać brak doświadczenia i zgrania z drużyną, przez co nie błyszczy jakoś wybitnie. Jednak mnie się podoba to jak się porusza i reaguje. Będą z niego ludzie, za jakiś czas.
Obrona - nooo, tu jest miejsce na popisanie się. Nie, nie dla mnie. Dla piłkarzy. No i się popisywali, całą rundę. Czasy żelaznej i niezniszczalnej obrony odeszły razem z Jarkiem Bieniukiem i Ugo Ukahem - wtedy to był monolit. Widać było kilka sezonów współpracy i duże doświadczenie, szczególnie tego pierwszego. W tej rudzie kompletne przebudowanie środka obrony oznaczało duże ryzyko niepowodzenia. Okazało się, że nie ma tragedii o dziwo. Szczególnie zaskoczył mnie Phibel, który, moim zdaniem, co najmniej dorównuje umiejętnościami swojemu także czarnoskóremu poprzednikowi. Widoczny był brak zgrania z resztą drużyny, ale to przyjdzie z czasem. Francuz imponował spokojem, czego na pewno nie można zarzucić jego koledze ze środa defensywy. Hachem, potrafisz grać w piłkę, odebrać ją twardo, ładnie rozegrać. Tylko powiedz mi - musisz odwalić w każdym meczu jakieś bajabongo? Teraz śmiać mi się chce z jego pomysłów, ale co się nerwów najadłem w trakcie rudny, to moje.
Boki obrony w Widzewie funkcjonują wyjątkowo dobrze. Szkoda, że Łukasz Broź już jest myślami w innym klubie, bo gdyby grał na 100% swoich możliwości w każdym meczu, to myślę, że jeszcze kilka punkcików byśmy uciułali. Z drugiej strony, nawet nie grając na 100% jest czołowym polskim prawym obrońcą i gdyby nie Piszczek w kadrze, to kto go wie... Z drugiej strony wesoło hasał Kuba Bartkowski, jedno z największych odkryć trenera Mroczkowskiego. Młode to, młodsze ode mnie (niewiele ale zawsze ;)), a gra tak pewnie, jakby to był jego 15 sezon w ekstraklasie. Do tego świetnie współpracuje z Marcinem Kaczmarkiem, aż miło popatrzeć. Nasza przyszłość na tej pozycji, trzymać go za wszelką cenę bo to skarb!
Oczywiście nie byłoby zbyt pięknie, gdyby tak 4 dobrych obrońców grało całą rundę? No byłoby. I nie grało niestety. Nie grało przez kartki głównie i wyszło dlaczego Pan Mroczkowski grzmiał, że trzeba wzmocnić środek obrony. Miał chyba wizję tego co się przytrafi. O ile w najlepszym zestawieniu obrona spisywała się miodzio, o tyle przy roszadach robiło się fajnie. Młodzi Duda i Banasiak zawiedli na całej linii, szczególnie ten drugi popisał się wyjątkowo żenującym poziomem. Jeśli zostanie na drugą rundę, to ja bym na jego miejscu zostawał po każdym treningu i dziękował trenerowi, za otrzymaną szansę. I tym razem bym jej nie zmarnował. Duda też się nie popisał zbytnio, ale mam nadzieję, że wraz ze zbieraniem doświadczenia, on zbierze się do kupy i będzie grał na poziomie. Bo dało się zaobserwować przebiśniegi dobrej gry, szkoda, że szybko przysypane błędami i niepewnością...
Już się rozpisałem hłe hłe.
Pomocnicy - zacznijmy od środka. Nawet powiem, że od tylnego środka. Defensywni pomocnicy na przystawkę. Zacna to będzie przystawka, zaiste. Radek Bartoszewicz - udanie zastąpił Migdała, dla mnie kwintesencja defensywnego pomocnika. Niby go nie ma na boisku, nie pokazuje nic specjalnego, ale jakby go wyjąć z tej układanki, to by się cała posypała. Lubię takich piłkarzy na tej pozycji. Zresztą, co on miał pokazać jak obok biega odkrycie wszechczasów. Jeśli Princewill utrzyma taką dyspozycję dalej, to Pan Mroczkowski będzie mógł się chwalić jednym z największych sukcesów piłkarskiego nosa w historii polskiej piłki nożnej. Jeśli ktoś przychodzi z II ligi maltańskiej jako napastnik, a trener wymyśla mu pozycję defensywnego pomocnika, to już coś nie gra. Jeśli jednak ten oto zawodnik zaczyna grać na nowej pozycji jak wybitny profesor futbolu to świadczy, że trener ma naprawdę duży potencjał jako wróżka. To co pokazał Okachi w tej rundzie przerosło najśmielsze oczekiwania. Odbiera, podaje, uspokaja, zwalnia, przyspiesza. Król środka pola. To samo co przy Kubie Bartkowskim - trzymać go, bo jak jeszcze się ogra to osiągnie wyżyny absolutne, szczególnie jak na polskie warunki.
Boki pomocy - tutaj nr 1, mój (i nie tylko mój) faworyt - Marcin Kaczmarek. Tyle ile on zostawia zdrowia na boisku, to obdzieliłby ze dwie inne drużyny i jeszcze by zostało. Fakt, czasem z tego jego biegania wychodzi trochę chaosu, ale kurczę nikt tak u nas nie potrafi szarpnąć do przodu jak on. Kwintesencja tego jak w moich marzeniach powinien grać Widzew - szybko, agresywnie, z zębem i ogromną ilością ambicji. Z drugiej strony pomocy już nie jest tak jednoznacznie. No bo tak - Alex Bruno - objawienie początku sezonu, ale potem chyba trochę "efektu Dzalamidze". Zamiast grać zaczał bardziej kombinować i gwiazdorzyć, musi się wziąć do roboty, bo za darmo nic nie dostanie. Jakuba Kowalskiego nie komentuję, bo nie mam nastroju na pastwienie się nad ludźmi. Zresztą, można zmienić nazwisko przy Banasiaku i opinia będzie podobna. Jego przynajmniej tłumaczy ciężka kontuzja... Na deser - mój faworyt, nie do końca związany z tylko tą pozycją, ale mnie tutaj pasuje najbardziej. Zresztą on jest wszędzie tam gdzie go trzeba w atatku. Mariusz Rybicki. Kolejne odkrycie i kolejny strzał w 10. Technika - super, szybkość - super, ambicja - super, brak kompleksów, mimo warunków fizycznych - już w ogóle super. Kolejny z grupy - obwiązać łańcuchami i trzymać za wszelką cenę! Gdyby nie jego przebojowość, bylibyśmy kilka oczek niżej w tabeli.
Ofensywna pomoc - to boli. Przynajmniej póki co bo jaskółki na niebie się pomału pojawiają, ale to melodia przyszłości chyba. Bo, kurczę, Sebastianie Dudku. Jak Ci się nie chce grać to nie graj, tylko trochę szkoda, bo w Lubinie pokazałeś, że można i efekty są sympatyczne. Człapiący po boisku, często bez pomysłu, dla mnie mimo wszystko do odstrzału (ale to brzmi humanitarnie ;)). No, chyba że się weźmie do roboty, bo jak mu się chce, to potrafi pięknie dyrygować naszą ofensywą. Dla mnie największą zagadką jest to, że grał aż tyle minut. Może już pora na innego z młodych - Krystiana Nowaka? Wchodził na końcówki, robił co mógł, zbierał doświadczenie. W końcu pokazał na co go stać w Bielsku. Jeśli będzie dalej rozwijał się w ten sposób, może dołączyć do grupy łańcuchowej. Ja trzymam kciuki, widać w chłopaku potencjał.
Atak - to samo co przy poprzedniej pozycji. Ja już stracłem cierpliwość do Ben Difallaha. Zamiast grać wymusza faule (w przykry sposób dodajmy), gwiazdorzy, mizdrzy się i sprawia wrażenie ogólnego niesmaku. Ratują go warunki fizyczne i to, że pokazał, że grać potrafi w poprzednim sezonie. Może zima mu wymrozi z głowy te wszystkie dziwne pomysły? Tym bardziej, że za plecami już się czai Mariusz Stępiński. Z meczu na mecz coraz pewniejszy, a bramka w meczu z Koroną pokazała, że już jest napastnikiem kompletnym. Potrafi odegrać, ustawić się, wywalczyć pozycję, przyjąć piłkę DO NOGI (i to do swojej, a to w Polszy jest raczej rzadkie zjawisko), wyczekać, celnie uderzyć. Skarb porównywalny z Arkiem Milikiem, a kto wie czy nie lepszy, to już rozstrzygną między sobą ;). Gdyby tak i jego udało się zatrzymać na kilka lat, oj...
Podsumowując - jest potencjał. Jest pomysł, widać, że po latach posuchy, mamy trenera z wizją, realizującego tę wizję spokojnie, bez większych nacisków. Tym bardziej, że właścicielowi w to graj, bo wizja jest najtańsza z możliwych, a jednocześnie najskuteczniejsza. Czego zabrakło w tej rundzie? Doświadczenia i zgrania. Kiedy przyszły cięższe momenty, widać było brak pomysłu i lidera (Dudek zawalił robotę). Za to kiedy szło - patrzy się na tę drużynę z ogromną przyjemnością, a z czasem stają się na pewno coraz lepsi. Jest szansa, że po kilku uzupełnieniach (środek obrony, ofensywna pomoc, a jak Broziu odejdzie to i bok obrony) i wyrównaniu nieco kadry będziemy bić się o górną połówkę tabeli, może jeszcze nie puchary, ale 5-6 miejsce jest jak najbardziej w zasięgu.
Trzymam kciuki, bo dawno nie było takiej sytuacji, żeby można było być takim optymistą jak teraz!
Bramkarze - piszę w liczbie mnogiej, chociaż pewnie gdyby nie pech Maćka Mielcarza pisałbym w liczbie pojedynczej. Bo jest naszym nr 1 i basta. Nie jest może bramkarzem wyjątkowym, nie ratuje nam życia tak często i z takim kunsztem jak dajmy na to Kuciak w Legii, ale jest pewny i to w zupełności wystarcza. Owszem zdarzają mu się ciekawe pomysły, z których wychodzą mniej lub bardziej ciekawe zagrożenia, ale zazwyczaj chwilkę później wykonuje interwencję, że ja Cię pierdziu. No i potrafi krzyknąć i poustawiać, a chyba trochę tego chłopakom w obronie zabrakło po jego kontuzji.
Zastąpił go utalentowany i mający predyspozycje Milos Dragojevic. Siłą rzeczy wrzucony do pierwszego składu i co? I nie zawiódł. Co miał wybronić to wybronił, co miał wpuścić - wpuścił. Z jednej strony widać brak doświadczenia i zgrania z drużyną, przez co nie błyszczy jakoś wybitnie. Jednak mnie się podoba to jak się porusza i reaguje. Będą z niego ludzie, za jakiś czas.
Obrona - nooo, tu jest miejsce na popisanie się. Nie, nie dla mnie. Dla piłkarzy. No i się popisywali, całą rundę. Czasy żelaznej i niezniszczalnej obrony odeszły razem z Jarkiem Bieniukiem i Ugo Ukahem - wtedy to był monolit. Widać było kilka sezonów współpracy i duże doświadczenie, szczególnie tego pierwszego. W tej rudzie kompletne przebudowanie środka obrony oznaczało duże ryzyko niepowodzenia. Okazało się, że nie ma tragedii o dziwo. Szczególnie zaskoczył mnie Phibel, który, moim zdaniem, co najmniej dorównuje umiejętnościami swojemu także czarnoskóremu poprzednikowi. Widoczny był brak zgrania z resztą drużyny, ale to przyjdzie z czasem. Francuz imponował spokojem, czego na pewno nie można zarzucić jego koledze ze środa defensywy. Hachem, potrafisz grać w piłkę, odebrać ją twardo, ładnie rozegrać. Tylko powiedz mi - musisz odwalić w każdym meczu jakieś bajabongo? Teraz śmiać mi się chce z jego pomysłów, ale co się nerwów najadłem w trakcie rudny, to moje.
Boki obrony w Widzewie funkcjonują wyjątkowo dobrze. Szkoda, że Łukasz Broź już jest myślami w innym klubie, bo gdyby grał na 100% swoich możliwości w każdym meczu, to myślę, że jeszcze kilka punkcików byśmy uciułali. Z drugiej strony, nawet nie grając na 100% jest czołowym polskim prawym obrońcą i gdyby nie Piszczek w kadrze, to kto go wie... Z drugiej strony wesoło hasał Kuba Bartkowski, jedno z największych odkryć trenera Mroczkowskiego. Młode to, młodsze ode mnie (niewiele ale zawsze ;)), a gra tak pewnie, jakby to był jego 15 sezon w ekstraklasie. Do tego świetnie współpracuje z Marcinem Kaczmarkiem, aż miło popatrzeć. Nasza przyszłość na tej pozycji, trzymać go za wszelką cenę bo to skarb!
Oczywiście nie byłoby zbyt pięknie, gdyby tak 4 dobrych obrońców grało całą rundę? No byłoby. I nie grało niestety. Nie grało przez kartki głównie i wyszło dlaczego Pan Mroczkowski grzmiał, że trzeba wzmocnić środek obrony. Miał chyba wizję tego co się przytrafi. O ile w najlepszym zestawieniu obrona spisywała się miodzio, o tyle przy roszadach robiło się fajnie. Młodzi Duda i Banasiak zawiedli na całej linii, szczególnie ten drugi popisał się wyjątkowo żenującym poziomem. Jeśli zostanie na drugą rundę, to ja bym na jego miejscu zostawał po każdym treningu i dziękował trenerowi, za otrzymaną szansę. I tym razem bym jej nie zmarnował. Duda też się nie popisał zbytnio, ale mam nadzieję, że wraz ze zbieraniem doświadczenia, on zbierze się do kupy i będzie grał na poziomie. Bo dało się zaobserwować przebiśniegi dobrej gry, szkoda, że szybko przysypane błędami i niepewnością...
Już się rozpisałem hłe hłe.
Pomocnicy - zacznijmy od środka. Nawet powiem, że od tylnego środka. Defensywni pomocnicy na przystawkę. Zacna to będzie przystawka, zaiste. Radek Bartoszewicz - udanie zastąpił Migdała, dla mnie kwintesencja defensywnego pomocnika. Niby go nie ma na boisku, nie pokazuje nic specjalnego, ale jakby go wyjąć z tej układanki, to by się cała posypała. Lubię takich piłkarzy na tej pozycji. Zresztą, co on miał pokazać jak obok biega odkrycie wszechczasów. Jeśli Princewill utrzyma taką dyspozycję dalej, to Pan Mroczkowski będzie mógł się chwalić jednym z największych sukcesów piłkarskiego nosa w historii polskiej piłki nożnej. Jeśli ktoś przychodzi z II ligi maltańskiej jako napastnik, a trener wymyśla mu pozycję defensywnego pomocnika, to już coś nie gra. Jeśli jednak ten oto zawodnik zaczyna grać na nowej pozycji jak wybitny profesor futbolu to świadczy, że trener ma naprawdę duży potencjał jako wróżka. To co pokazał Okachi w tej rundzie przerosło najśmielsze oczekiwania. Odbiera, podaje, uspokaja, zwalnia, przyspiesza. Król środka pola. To samo co przy Kubie Bartkowskim - trzymać go, bo jak jeszcze się ogra to osiągnie wyżyny absolutne, szczególnie jak na polskie warunki.
Boki pomocy - tutaj nr 1, mój (i nie tylko mój) faworyt - Marcin Kaczmarek. Tyle ile on zostawia zdrowia na boisku, to obdzieliłby ze dwie inne drużyny i jeszcze by zostało. Fakt, czasem z tego jego biegania wychodzi trochę chaosu, ale kurczę nikt tak u nas nie potrafi szarpnąć do przodu jak on. Kwintesencja tego jak w moich marzeniach powinien grać Widzew - szybko, agresywnie, z zębem i ogromną ilością ambicji. Z drugiej strony pomocy już nie jest tak jednoznacznie. No bo tak - Alex Bruno - objawienie początku sezonu, ale potem chyba trochę "efektu Dzalamidze". Zamiast grać zaczał bardziej kombinować i gwiazdorzyć, musi się wziąć do roboty, bo za darmo nic nie dostanie. Jakuba Kowalskiego nie komentuję, bo nie mam nastroju na pastwienie się nad ludźmi. Zresztą, można zmienić nazwisko przy Banasiaku i opinia będzie podobna. Jego przynajmniej tłumaczy ciężka kontuzja... Na deser - mój faworyt, nie do końca związany z tylko tą pozycją, ale mnie tutaj pasuje najbardziej. Zresztą on jest wszędzie tam gdzie go trzeba w atatku. Mariusz Rybicki. Kolejne odkrycie i kolejny strzał w 10. Technika - super, szybkość - super, ambicja - super, brak kompleksów, mimo warunków fizycznych - już w ogóle super. Kolejny z grupy - obwiązać łańcuchami i trzymać za wszelką cenę! Gdyby nie jego przebojowość, bylibyśmy kilka oczek niżej w tabeli.
Ofensywna pomoc - to boli. Przynajmniej póki co bo jaskółki na niebie się pomału pojawiają, ale to melodia przyszłości chyba. Bo, kurczę, Sebastianie Dudku. Jak Ci się nie chce grać to nie graj, tylko trochę szkoda, bo w Lubinie pokazałeś, że można i efekty są sympatyczne. Człapiący po boisku, często bez pomysłu, dla mnie mimo wszystko do odstrzału (ale to brzmi humanitarnie ;)). No, chyba że się weźmie do roboty, bo jak mu się chce, to potrafi pięknie dyrygować naszą ofensywą. Dla mnie największą zagadką jest to, że grał aż tyle minut. Może już pora na innego z młodych - Krystiana Nowaka? Wchodził na końcówki, robił co mógł, zbierał doświadczenie. W końcu pokazał na co go stać w Bielsku. Jeśli będzie dalej rozwijał się w ten sposób, może dołączyć do grupy łańcuchowej. Ja trzymam kciuki, widać w chłopaku potencjał.
Atak - to samo co przy poprzedniej pozycji. Ja już stracłem cierpliwość do Ben Difallaha. Zamiast grać wymusza faule (w przykry sposób dodajmy), gwiazdorzy, mizdrzy się i sprawia wrażenie ogólnego niesmaku. Ratują go warunki fizyczne i to, że pokazał, że grać potrafi w poprzednim sezonie. Może zima mu wymrozi z głowy te wszystkie dziwne pomysły? Tym bardziej, że za plecami już się czai Mariusz Stępiński. Z meczu na mecz coraz pewniejszy, a bramka w meczu z Koroną pokazała, że już jest napastnikiem kompletnym. Potrafi odegrać, ustawić się, wywalczyć pozycję, przyjąć piłkę DO NOGI (i to do swojej, a to w Polszy jest raczej rzadkie zjawisko), wyczekać, celnie uderzyć. Skarb porównywalny z Arkiem Milikiem, a kto wie czy nie lepszy, to już rozstrzygną między sobą ;). Gdyby tak i jego udało się zatrzymać na kilka lat, oj...
Podsumowując - jest potencjał. Jest pomysł, widać, że po latach posuchy, mamy trenera z wizją, realizującego tę wizję spokojnie, bez większych nacisków. Tym bardziej, że właścicielowi w to graj, bo wizja jest najtańsza z możliwych, a jednocześnie najskuteczniejsza. Czego zabrakło w tej rundzie? Doświadczenia i zgrania. Kiedy przyszły cięższe momenty, widać było brak pomysłu i lidera (Dudek zawalił robotę). Za to kiedy szło - patrzy się na tę drużynę z ogromną przyjemnością, a z czasem stają się na pewno coraz lepsi. Jest szansa, że po kilku uzupełnieniach (środek obrony, ofensywna pomoc, a jak Broziu odejdzie to i bok obrony) i wyrównaniu nieco kadry będziemy bić się o górną połówkę tabeli, może jeszcze nie puchary, ale 5-6 miejsce jest jak najbardziej w zasięgu.
Trzymam kciuki, bo dawno nie było takiej sytuacji, żeby można było być takim optymistą jak teraz!
niedziela, 6 stycznia 2013
Duma
Dziś był bardzo przyjemny dzień. Ciężki, ale przyjemny. Takie są, moim zdaniem, najlepsze.
Pobudka. Bardzo wczesna jak na niedzielny poranek, dodając do tego jeszcze brak obowiązkowych zajęć. Dzisiaj nie w tym rzecz. Dzisiaj mój debiut. Zawody z cyklu GP Łodzi, na 5 kilometrów, w parku 3. maja. Śniadanko w półśnie, szybki refresh, ubranie się i lecimy za autobus. Zimno, ale miał sypać śnieg - póki co nie sypie. Czasem wystarczy przejechać się autobusem i się dzieją czary. Zaczęło padać. Na szczęście sympatycznie, poczciwie sypać leniwymi płatkami, a nie nawalać burzą śniegową. Zimowa sielanka.
Przed wszystkim oczywiście panika. Na pewno coś pójdzie nie tak, nie będzie mnie na liście, nie ogarnę czegoś na czas. Ach, ten mój optymizm organizacyjny. Wszystko poszło jak z, nomen omen, płatka. Przebieranie, wkasanie numeru startowego i chipa do mierzenia czasu. Pozostało czekać. Przespacerowaliśmy się z Love nieco i jakoś zleciało chociaż chłód doskwierał. Poszedłem na rozgrzewkę. Do startu coraz mniej. Nerwy? Raczej podniecenie, że to już, że to w końcu i w ogóle. Kilka zdanek z Love i ustawienie na starcie.
Dużo ludzi wokół. Troszkę stresu, bo chaos, a ja sam pośród tego. W końcu słyszę odliczanie. Szykujemy się.
Strzał. Start.
Poleciałem do przodu, ale dałem się mocno powyprzedzać na dzień dobry. Chciałem nie forsować się, bo nie miałem pojęcia na co mnie stać. Niepotrzebnie. Żałuję trochę tego odpuszczonego początku, bo podejrzewam, że miałbym jeszcze lepszy wynik. Tak czy siak, po odmuleniu się zacząłem wyprzedzać i troszkę bardziej cisnąć. Było całkiem ładnie, na półmetku dobiegłem jako bodajże 45 albo 47. Całkiem sympatycznie.
Drugie kółko. Tu już nie dostałem wyboru, ci biegnący przede mną po prostu zaczęli puchnąć. Ja się ciągle trzymałem świetnie, chociaż czułem już w nogach cały tydzień i poprzednie kilka kilometrów. Tak czy siak systematycznie przesuwałem się do przodu. Na ostatnim kilometrze przycisnąłem i zarobiłem jeszcze kilka pozycji. Finisz pocisnąłem ostro, jednak okazało się, że inni potrafią do lepiej i dałem się wyprzedzić o sekundkę. Wynik? 34. miejsce i czas 21.28. Moja pierwsza życiówka w życiu ;).
Całkiem sympatycznie jak na debiut, chociaż uważam, że mogło być jeszcze troszkę lepiej. Skaszaniłem początek, ale to wina braku doświadczenia. Początkowo byłem nie do końca zadowolony z siebie, chociaż Love mi powtarzała, że jest ze mnie dumna i ja także powinienem być z siebie dumny.
I już myśląc na chłodno - jestem. Kurczę przyjemny wynik, przyjemny bieg, a przede wszystkim to co się mieści w ramach "idei olimpijskiej". Nie, nie chodzi mi o zarabianie pieniędzy ;). Cieszę się, że w ogóle wystartowałem. Zebrałem się w sobie, przełamałem i wziąłem udział w zawodach. Wrażenia? Superowe! Mega sympatyczna atmosfera, wspaniali ludzie, których łączy pasja, zdrowa, sportowa rywalizacja. Jestem dumny z siebie i wszystkich pozostałych obecnych - zawodników, kibiców, organizatorów. Dzieje się i o to chodzi!
Rozpisałem się o sobie, ale jest ktoś z kogo powinniśmy być dumni najbardziej. Justyna Kowalczyk. Będę się powtarzał, ale pokazała co znaczy twarda, ciężka praca, ból i pot na treningu, a potem wspaniałe efekty. Nie potrzeba bajecznej techniki, super warunków, żeby zwyciężać na najwyższym poziomie. Wierzę, że na MŚ pokaże jeszcze raz, że zasługuje na miano najlepszej biegaczki świata (powiedzane przez Norweżkę!). Jestem ogromnie dumny, jedynie żałuję, że nie udało mi się obejrzeć wszyskich zawodów. Może na Mistrzostwach będzie lepiej :).
Jeszcze raz gratuluję!
Pobudka. Bardzo wczesna jak na niedzielny poranek, dodając do tego jeszcze brak obowiązkowych zajęć. Dzisiaj nie w tym rzecz. Dzisiaj mój debiut. Zawody z cyklu GP Łodzi, na 5 kilometrów, w parku 3. maja. Śniadanko w półśnie, szybki refresh, ubranie się i lecimy za autobus. Zimno, ale miał sypać śnieg - póki co nie sypie. Czasem wystarczy przejechać się autobusem i się dzieją czary. Zaczęło padać. Na szczęście sympatycznie, poczciwie sypać leniwymi płatkami, a nie nawalać burzą śniegową. Zimowa sielanka.
Przed wszystkim oczywiście panika. Na pewno coś pójdzie nie tak, nie będzie mnie na liście, nie ogarnę czegoś na czas. Ach, ten mój optymizm organizacyjny. Wszystko poszło jak z, nomen omen, płatka. Przebieranie, wkasanie numeru startowego i chipa do mierzenia czasu. Pozostało czekać. Przespacerowaliśmy się z Love nieco i jakoś zleciało chociaż chłód doskwierał. Poszedłem na rozgrzewkę. Do startu coraz mniej. Nerwy? Raczej podniecenie, że to już, że to w końcu i w ogóle. Kilka zdanek z Love i ustawienie na starcie.
Dużo ludzi wokół. Troszkę stresu, bo chaos, a ja sam pośród tego. W końcu słyszę odliczanie. Szykujemy się.
Strzał. Start.
Poleciałem do przodu, ale dałem się mocno powyprzedzać na dzień dobry. Chciałem nie forsować się, bo nie miałem pojęcia na co mnie stać. Niepotrzebnie. Żałuję trochę tego odpuszczonego początku, bo podejrzewam, że miałbym jeszcze lepszy wynik. Tak czy siak, po odmuleniu się zacząłem wyprzedzać i troszkę bardziej cisnąć. Było całkiem ładnie, na półmetku dobiegłem jako bodajże 45 albo 47. Całkiem sympatycznie.
Drugie kółko. Tu już nie dostałem wyboru, ci biegnący przede mną po prostu zaczęli puchnąć. Ja się ciągle trzymałem świetnie, chociaż czułem już w nogach cały tydzień i poprzednie kilka kilometrów. Tak czy siak systematycznie przesuwałem się do przodu. Na ostatnim kilometrze przycisnąłem i zarobiłem jeszcze kilka pozycji. Finisz pocisnąłem ostro, jednak okazało się, że inni potrafią do lepiej i dałem się wyprzedzić o sekundkę. Wynik? 34. miejsce i czas 21.28. Moja pierwsza życiówka w życiu ;).
Całkiem sympatycznie jak na debiut, chociaż uważam, że mogło być jeszcze troszkę lepiej. Skaszaniłem początek, ale to wina braku doświadczenia. Początkowo byłem nie do końca zadowolony z siebie, chociaż Love mi powtarzała, że jest ze mnie dumna i ja także powinienem być z siebie dumny.
I już myśląc na chłodno - jestem. Kurczę przyjemny wynik, przyjemny bieg, a przede wszystkim to co się mieści w ramach "idei olimpijskiej". Nie, nie chodzi mi o zarabianie pieniędzy ;). Cieszę się, że w ogóle wystartowałem. Zebrałem się w sobie, przełamałem i wziąłem udział w zawodach. Wrażenia? Superowe! Mega sympatyczna atmosfera, wspaniali ludzie, których łączy pasja, zdrowa, sportowa rywalizacja. Jestem dumny z siebie i wszystkich pozostałych obecnych - zawodników, kibiców, organizatorów. Dzieje się i o to chodzi!
Rozpisałem się o sobie, ale jest ktoś z kogo powinniśmy być dumni najbardziej. Justyna Kowalczyk. Będę się powtarzał, ale pokazała co znaczy twarda, ciężka praca, ból i pot na treningu, a potem wspaniałe efekty. Nie potrzeba bajecznej techniki, super warunków, żeby zwyciężać na najwyższym poziomie. Wierzę, że na MŚ pokaże jeszcze raz, że zasługuje na miano najlepszej biegaczki świata (powiedzane przez Norweżkę!). Jestem ogromnie dumny, jedynie żałuję, że nie udało mi się obejrzeć wszyskich zawodów. Może na Mistrzostwach będzie lepiej :).
Jeszcze raz gratuluję!
piątek, 4 stycznia 2013
Kurzyć śniegiem
To jednak trzeba umieć. Co tu dużo mówić - Justyśka zmiażdżyła. Może i wczoraj straciła część przewagi, ale chyba ewidentnie zachowała dużo więcej sił. Dzisiaj wyszło na wierzch jakie miało to znaczenie. Zarobić prawie 17 sekund przewagi, na trzykilometrowej trasie... nonono, można tylko cmokać z uznaniem i patrzeć jak pomału na trasie opada kurz po starcie Polki.
Jutro "dyszka", której nie wierzę, że nie wygra z dużą przewagą, chyba że, odpukać, wydarzy się cosik niespodziewanego. Jednak limit pecha chyba został wyczerpany w zeszłym roku, gdzie co zawody coś się naszej biegowej jedynaczce przydarzało.
Szkoda tylko, że nie mamy na zawodach Marit. Rywalizacji brakuje baaaardzo dużego smaczku i w zasadzie oglądamy teatr jednej aktorki. A przecież solą sportu jest ostra i emocjonująca rywalizacja. Tym bardziej czekam na Mistrzostwa Świata, które będą, podejrzewam, kulminacją tego sezonu i przyniosą nam emocji w jeszcze większej dawce, bo skumulowanej przez większość sezonu!
Ciekawe co pokażą skoczkowie, których niestety nie dane mi będzie obejrzeć, więc będę trzymał kciuki wirtualnie, podobnie zresztą jak za Justynę jutro i w niedzielę!
Jutro "dyszka", której nie wierzę, że nie wygra z dużą przewagą, chyba że, odpukać, wydarzy się cosik niespodziewanego. Jednak limit pecha chyba został wyczerpany w zeszłym roku, gdzie co zawody coś się naszej biegowej jedynaczce przydarzało.
Szkoda tylko, że nie mamy na zawodach Marit. Rywalizacji brakuje baaaardzo dużego smaczku i w zasadzie oglądamy teatr jednej aktorki. A przecież solą sportu jest ostra i emocjonująca rywalizacja. Tym bardziej czekam na Mistrzostwa Świata, które będą, podejrzewam, kulminacją tego sezonu i przyniosą nam emocji w jeszcze większej dawce, bo skumulowanej przez większość sezonu!
Ciekawe co pokażą skoczkowie, których niestety nie dane mi będzie obejrzeć, więc będę trzymał kciuki wirtualnie, podobnie zresztą jak za Justynę jutro i w niedzielę!
czwartek, 3 stycznia 2013
Bez rękawiczek i czapki
Podtytuł powinien brzmieć "czyli styczniowe łot de fak?". Bo któż to widział coby na początku roku, w sercu polskiej, mroźnej zimy, gdzie powinny niedźwiedzie polarne do domów na wódkę się wpraszać, biegać bez czapki i rękawiczek. Dzięki Bogu za wiatr i deszcz, to chociaż mi trochę pomarzły dłonie i przedramiona, i na sekunkę nawet poczułem wodę przez buty. Ach, te globalne ocieplenia i inne paradoksy meteorologiczne...
Ale ja nie o tym miałem. Najpierw część tłumacząco - marudząca. No bo postanowienie noworoczne padło. Że nowy rok idzie, to wiecej postów, częściej, możliwie na codzień, a tu klops. Od soboty nic nie było. Toteż zapodaję szybki skrót ostatnich wydarzeń.
Niedziela - znowu obejrzałem uśmiechniętą Justynę na mecie, a gnałem przez miasto autem jak poparzony. Wniosek - nie warto się spieszyć i tak prawo Murphy'ego o ciebie zadba. Bieganie super, zwłaszcza, że najedzony byłem jak nie wiem co, zmęczony takowoż, a jeszcze mi wisiało, że mam pracę domową z hiszpańskiego do zrobienia. Takie życie.
Poniedziałek - Sylwester. Wiadomo. Mało sportowy dzień. Wspomnę więc tylko o ślicznym pokazie światło - dźwięk - szampan w Manufakturze. Szkoda, że jak chce się zobaczyć coś tak wspaniałego, trzeba się udać na teren prywatnego przedsiębiorstwa, bo miasto podobno znów się nie spisało. Nie byłem, nie wypowiem się. Nawet jakby było super to bym się nie pochwalił, że oglądałem sztuczne ognie znad wyrzeźbionej waginy ;).
Wtorek - Nowy Rok. Wiadomo podwójne. Przynajmniej sprint Justyśki obejrzałem. Cały! W związku z tym nie zobaczyłem jej uśmiechniętej na mecie. Albo rybki albo akwarium.
Środa - bieganko. Bardzo, bardzo mi się nie chciało. Początkowo triumfowałem, że miałem racje. Pierwsze 15 minut ciężkuteńko. Za to później złapałem flow i płynąłem po chodnikach niczym osada Cambridge po Tamizie. Bardzo przyjemne rozbieganko, szczególnie, że mam już ten swój rytm, który pozwala mi biec i biec i biec i biec i końca nie widzieć...
Dziś - Justyśka biegła. Ładnie biegła jak na samotny rajd i do tego jeszcze łyżwą. Założę się, że gdyby miała biec od startu z Johaug i Kallą, to miała by dużo lepszy bezwzględny czas. Tylko po co? I tak da popalić reszcie jutro i w sobotę, a na Alpe Cermis jest bezkonkurencyjna. Oczywiście nie obejrzę żadnego z weekendowych biegów, więc jestem bardzo szczęśliwy ;). Takie życie kursanta przewodnickiego...
I jeszcze bieg dzisiejszy. Bez większej historii w zasadzie. Sympatyczne rozbieganko i przebieżki, z radością stwierdzam, że z treningu na trening czuję coraz większą lekkość w bieganiu, a co za tym idzie także przyjemność. Oby tak dalej, w końcu jeszcze tylko 100 dni! Oczywiście nie mogę nie nadmienić, że zaliczyłem jedną z dwóch największych ulew dnia dzisiejszego. Jak kraść to miliony!
W niedzielę szykuje się mój debiut na zawodach, więcej napiszę już po.
I chyba jutro skleję to podsumowanie rundy by Widzew. Bo już bym napisał conieco o spojrzeniu w przyszłość, ale tak mi głupio bez zamknięcia jakoś przeszłości.
Jutro pracowity dzień! Więc niech będzie miły :).
Ale ja nie o tym miałem. Najpierw część tłumacząco - marudząca. No bo postanowienie noworoczne padło. Że nowy rok idzie, to wiecej postów, częściej, możliwie na codzień, a tu klops. Od soboty nic nie było. Toteż zapodaję szybki skrót ostatnich wydarzeń.
Niedziela - znowu obejrzałem uśmiechniętą Justynę na mecie, a gnałem przez miasto autem jak poparzony. Wniosek - nie warto się spieszyć i tak prawo Murphy'ego o ciebie zadba. Bieganie super, zwłaszcza, że najedzony byłem jak nie wiem co, zmęczony takowoż, a jeszcze mi wisiało, że mam pracę domową z hiszpańskiego do zrobienia. Takie życie.
Poniedziałek - Sylwester. Wiadomo. Mało sportowy dzień. Wspomnę więc tylko o ślicznym pokazie światło - dźwięk - szampan w Manufakturze. Szkoda, że jak chce się zobaczyć coś tak wspaniałego, trzeba się udać na teren prywatnego przedsiębiorstwa, bo miasto podobno znów się nie spisało. Nie byłem, nie wypowiem się. Nawet jakby było super to bym się nie pochwalił, że oglądałem sztuczne ognie znad wyrzeźbionej waginy ;).
Wtorek - Nowy Rok. Wiadomo podwójne. Przynajmniej sprint Justyśki obejrzałem. Cały! W związku z tym nie zobaczyłem jej uśmiechniętej na mecie. Albo rybki albo akwarium.
Środa - bieganko. Bardzo, bardzo mi się nie chciało. Początkowo triumfowałem, że miałem racje. Pierwsze 15 minut ciężkuteńko. Za to później złapałem flow i płynąłem po chodnikach niczym osada Cambridge po Tamizie. Bardzo przyjemne rozbieganko, szczególnie, że mam już ten swój rytm, który pozwala mi biec i biec i biec i biec i końca nie widzieć...
Dziś - Justyśka biegła. Ładnie biegła jak na samotny rajd i do tego jeszcze łyżwą. Założę się, że gdyby miała biec od startu z Johaug i Kallą, to miała by dużo lepszy bezwzględny czas. Tylko po co? I tak da popalić reszcie jutro i w sobotę, a na Alpe Cermis jest bezkonkurencyjna. Oczywiście nie obejrzę żadnego z weekendowych biegów, więc jestem bardzo szczęśliwy ;). Takie życie kursanta przewodnickiego...
I jeszcze bieg dzisiejszy. Bez większej historii w zasadzie. Sympatyczne rozbieganko i przebieżki, z radością stwierdzam, że z treningu na trening czuję coraz większą lekkość w bieganiu, a co za tym idzie także przyjemność. Oby tak dalej, w końcu jeszcze tylko 100 dni! Oczywiście nie mogę nie nadmienić, że zaliczyłem jedną z dwóch największych ulew dnia dzisiejszego. Jak kraść to miliony!
W niedzielę szykuje się mój debiut na zawodach, więcej napiszę już po.
I chyba jutro skleję to podsumowanie rundy by Widzew. Bo już bym napisał conieco o spojrzeniu w przyszłość, ale tak mi głupio bez zamknięcia jakoś przeszłości.
Jutro pracowity dzień! Więc niech będzie miły :).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)