Na przykład poranki z Australian Open. Dla mnie jutrzejszy będzie ostatnim, niestety. Ja, jak to ja, lubię obejrzeć co się da w całym turnieju, a potem darować sobie finał ;). Przynajmniej mam porządne wytłumaczenie - startuję w zawodach. Uznałem, że moja kariera jako wielce utalentowanego biegacza jest ważniejsza od jakiegoś tam finału jakiegoś tam Wielkiego Szlema... No dobra, cały czas mi szkoda, ale nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.
Toteż dzisiejszy mecz Federera z Murray'em smakował mi podwójnie. Trzeba przyznać, że panowie postarali się by było się czym raczyć. Kawał fajnego meczu, pełnego zwrotów akcji i ciekawych zagrań mogłem obejrzeć na prawie koniec mojej przygody z AO.
Od początku stawiałem na szkocką kratę, bardziej niż na szwajcarską precyzję. Pomijając moje osobiste sympatie już po meczu z Jo Wilfredem Tsongą dało się zauważyć, że chociaż Roger prezentuje wciąż wysoki poziom, to już nie jest to co pokazał 24 godziny później niejaki pan Djoković.
Mnie brakowało takiego szaleńczego błysku w grze Szwajcara, który potrzebny jest chyba każdemu tenisiście chcącego osiągnąć sukces. Jak z dobrym bramkarzem piłkarskim - tu trzeba być troszkę ekscentrykiem. Oczywiście może to przyjmować różne formy - od szaleńczej walki o każdą piłkę po niekoniecznie konwencjonalne zagrania, na które nikt inny by nie wpadł. Tego właśnie nie widziałem w grze Federera w środę i wiele się do dzisiaj nie zmieniło. To był ciągle wysoki poziom, zbyt wysoki dla kogoś spoza Wielkiej Czwórki, ale patrząc na Rogera nie widziałem szaleństwa, jedynie rzemiosło.
Miałem bardzo silne przeczucie, że w półfinale właśnie tego "czegoś" Federerowi zabraknie. Nie myliłem się zbytnio.
Szkot przejął inicjatywę od samego początku. Znakomicie serwował, walczył i zagrywał wbrew przewidywaniom. Jednocześnie trzymał nerwy na wodzy. Po pierwszym secie byłem gotów pogodzić się z szybkim rozstrzygnięciem na korzyść Murray'a, bo jego dominacja na korcie była widoczna gołym okiem.
Roger Federer zbyt wielkim zawodnikiem jest jednak, żeby przegrać ot tak, bez historii. Nie przejął inicjatywy, ale konsekwentnie robił swoje. Doprowadził do tie-breaka. W nim okazał się lepszy głównie dzięki chłodniejszej głowie. Murray pokazał swoje niespokojne "ja" grając fatalnego smecza z wyskoku. Sam skazał się na porażkę.
Najlepszym rozwiązaniem na przegranie seta jest wygranie kolejnego, co oczywiście Szkot poczynił. "Teraz to już na pewno już po Federerze" pomyślałem, lekko śmiejąc się w duszy. Wydawało się, że 2 set był w wykonaniu Murray'a jeno wypadkiem przy pracy.
Przyszła pora na 4 set. Andy musiał jedynie postawić kropkę nad i. Po szalonej rozgrywce miał w końcu szansę - wyciągnął wynik na 6:5 i pozostało mu wygrać gem serwisowy. Nie podołał. Dał Szwajcarowi szansę o jakiej tamten mógł tylko pomarzyć. Federer postanowił spełnić marzenie i wygrał tie-breaka (jak zresztą wszystkie pozostałe w turnieju) i został w grze.
Ostatni set zapowiadał się smakowicie. Niesiony powrotem do gry Federer powinien był doprowadzić chociaż do kolejnego tie-breaka, grając "swoje" przy własnym podaniu. W tym momencie Murray postanowił skończyć zabawę. Dwukrotnie przełamał Szwajcara i awansował do finału po równo czterech godzinach gry.
Stało się to co przewidywałem, ze sportowego punktu widzenia. Bo z "człowieczego" chyba coś drgnęło. Mam wrażenie, że oto pomału zaczyna następować koniec złotej ery Federera. Nie będę specjalnie zaskoczony, jeśli okaże się, że coraz częściej zacznie przegrywać w półfinałach, albo być może wcześniej. Czy to źle? Cóż, ma facet swój wiek, coraz ciężej będzie mu dorównać młodym, wydolniejszym. Mnie pozostało trzymać kciuki za moich rówieśników, żeby kiedyś dosięgli poziomu wielkiego Szwajcara.
Mój typ na finał? Djoko wydaje się być do nie ruszenia, szczególnie po horrorze z Wawrinką. Murray na pewno postawi poprzeczkę wysoko, ale stawiam na zemstę za US Open 2012 i zwycięstwo Serba po pięciu emocjonujących setach.
Chociaż nie obraziłbym się gdyby grali krótko - łatwiej mi będzie obejrzeć retransmisję ;).
A u Pań? Li Naucz Białorusinkę jak się wygrywa umiejętnościami, a nie kunktatorstwem, ok?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz