niedziela, 27 stycznia 2013

Ostatni taki poranek (w tym roku)

Oglądam sobie spokojnie przerwę medyczną, a tu nagle w tenisa zaczynają grać...

Dobrze już dobrze, postaram się być tak mało złośliwy jak to jest tylko możliwe. Cóż jednak począć kiedy mój ostatni poranek z tegorocznym Australian Open okazał się być, cóż, kiepską kropką nad i.

Jak nakazuje odwieczne prawo - zacznijmy od początku. Zanim doszło do spotkania finałowego, mieliśmy półfinały. Co tam znaleźliśmy? Kontrowersje. Nie pierwszy raz zresztą tajemniczo powiązane z pewną Białorusinką. Trudno się zatem dziwić, że publiczność zebrana na Rod Laver Arena kibicowała przeciwniczce - Li Na z Chin. Dodatkowym argumentem był fakt, że patrząc na wcześniejsze dokonania w tym turnieju, to zawodniczka rozstawiona z 6. zdawała się być faworytką. Przynajmniej dla mnie ;).

Pierwszy set, kiedy już przekopaliśmy się przez stertę nerwów, okazał się potwierdzać tę tezę. Chinka grała w sposób do jakiego nas przyzwyczaiła na tegorocznym AO - prowadząc grę, atakując, starając się "wyjść na swoje", a nie czekając na to aż rywalka przegra mecz. Popełniała błędy, to fakt, ale można jej było to wybaczyć - w końcu to ona prowadziła w finale 1:0. Tym bardziej, że na tle Azarenki wyglądała jak bogini tenisa.

Jednak jak to bywa w kobiecym sporcie, na zmianę toku wydarzeń nie trzeba było czekać długo. Białorusinka wzięła się do roboty, skutkiem czego wygrała 3 pierwsze gemy w drugim secie. Potem zaczęły się fajerwerki (takie prawdziwe też). Chinka złapała kontuzję kostki i musiała skorzystać z pomocy medycznej. W kontekście półfinałowych wydarzeń nad stadionem zaczęła unosić się ogromna chmura niosąca tajemniczy związek chemiczny "ironię". Tym bardziej, że po przerwie Chinka wróciła do gry. Osobiście byłem pewien, że jest pozamiatane. Okazało się inaczej - ilość błędów popełnianych przez Li poszła w ciężki hurt i przegrała seta.

Podobnie jak trzeciego, przedzielonego jednak kolejnymi przerwami. Najpierw absurdalną sytuacją z pokazem fajerwerków. Czy nikt nie ogarniał tematu, że jednocześnie odbywał się finał jednego z najważniejszych turniejów tenisowych na świecie? Rozumiem święto narodowe, ale kurczę, nie można było przed meczem, albo po? Paranoja. Jak przerwa wpłynęła na zawodniczki okazało się już po chwili. Lekko ostudzona Li Na ratowała się przed przeciążeniem kontuzjowanej kostki i... ała. Swoją drogą nikt jej nie uczył, że jak się upada to się główkę do góry podnosi a nie daje swobodnie atakować grunt? ;) Tak czy siak kolejna przerwa. W końcu udało się dograć mecz w trakcie którego zapewne nie tylko ja modliłem się o koniec. Po cyrkach w trzecim secie przestałem specjalnie baczyć czy spotkanie wygra Wyjec czy jednak Chinka. Wygrała Jęcząca, stety czy niestety.

Nie można mieć pretensji do Chinki za kontuzje, ale generalny obraz meczu budzi we mnie duży niesmak. Poziom sportowy, no cóż, mizerny. Szkoda, szczególnie, że było nie było grały ze sobą rakieta nr. 1 i bardzo ładnie prezentująca się zawodniczka. Chyba nerwy zjadły obie panie, stąd taka ilość błędów (Li) i brak odwagi aby przejąć inicjatywę (Azarenka). Osobiście wolę zapamiętać półfinał Federera z Murray'em. Szkoda, że męskiego finału nie obejrzę, pewnie zatarłby całkowicie moje zniesmaczenie.

A najlepszą metodą na kiepski mecz jest oczywiście bieganie! Dzisiaj spokojniutko, bo jutro zawody, nawet w tym samym terminie kiedy mam to wyznaczone w planie ;). Toteż obszerniejsze sprawozdanie z moich cierpień jutro, a w zasadzie to dziś, bacząc na zegarek.

I niech wygra Djok... lepszy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz