Czemu inny niż wszystkie? Gdyż po pierwsze, jak na poranek to zaczął się dość wcześnie, mianowicie troszkę po 1. Później natomiast, gdy poranek stał się porankiem w pełnym tego słowa znaczeniu Australian Open stanowiło tło do pozostałych czynności, a nie na odwrót. Zaskakująca, prawdę powiedziawszy, sytuacja.
Przesuńmy się w czasie do momentu gdy poranek jeszcze był ponockiem, a ja myślałem, że się wyśpię. Grała Iśka i grał Jerzyk. Podołałem obejrzeć Iśkę, zresztą nie wiedziałem czy doczekam się gdzieś transmisji z Jerzyka, a jakoś nie miałem ochoty ryzykować.
Obejrzałem Iśkę i co? I nico, hłe hłe. Nie chciało jej się grać za bardzo, czego nawet specjalnie nie ukrywała, uznała, że mecz sam się wygra. W większości przypadków w tym momencie powinna nastąpić opowieść o tym jak to sport jest wspaniały, że maluczki umie wykorzystać słabość większego i awansuje do III rundy. Ku zdziwieniu gawiedzi mecz jednak wygrał się sam. Agnieszka skupiła się na odbijaniu piłek, resztę zostawiając przeciwniczce. Ta skwapliwie korzystała z okazji i sama kreowała dramaturgię spotkania. Kiedy było dobrze - zadziwiała wspaniałymi uderzeniami, kiedy miała ochotę jednak nieco poprzegrywać - psuła co się dało. Przedziwny to mecz był, ja podziwiam Rumunkę, że jednak zdecydowała się tak poprowadzić spotkanie żeby przegrać 3:6, 3:6. Osobiście wolałbym wygrać ;).
O zwycięstwie Jerzyka dowiedziałem się już rano, poszedłem spać tuż po tym jak przegrał pierwszego seta. Gratulacje za waleczność i charakter! Almagro jest do ogrania, po cichu liczę na niespodziankę.
Niespodziankę, której nie było w porannych oglądanych przeze mnie meczach. Chociaż raczej podglądanych, bo musiałem się bardziej skupiać na cebuli i papryce niż na grze. Conieco jednak wyłuskałem a mianowicie:
- Venus Williams to nie Serena Williams
- Poważnie, zorientowałem się dopiero po jakimś czasie, gdy przez głowę przeleciała mi myśl "jakaś dziwna ta Williamsówa".
- Innym też się nie chce grać tak samo bardzo jak Agnieszce Radwańskiej
- Jednakże trzeba przyznać, że jest to grono dość elitarne, bo leniem jest także, jak się okazało, Novak Djoković.
- Serb, nawet jak mu się nie chce, potrafi zmasakrować przeciwnika
- To by było na tyle.
Po tenisie przyszedł czas na coś przyjemniejszego - na bieganie! Oj nie chciało mi się bardzo dzisiaj, szczególnie, że to aż 70 minut. Jednak doceniłem - w końcu nie na codzień mam okazję biegać przy świetle słonecznym. W związku z tym było mi całkiem przyjemnie i zleciało mi całkiem szybko. Gdyby nie mój śliczny ślizg na kolanach po upadku, byłby to bieg bez historii ;).
Jutro - detoks! Nie będę miał niestety jak i kiedy oglądać AO, ale spoko spoko przed nami jeszcze dużo okazji, żeby się nie wyspać albo zerwać z samego rana!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz