środa, 16 stycznia 2013

Wdech - wydech

Tak najlepiej ze sto razy, albo i dwieście dla pewności. Teraz już ochłonąłem, ale nie było lekko. W końcu to Mistrzostwa Świata w ręczną, a nie jakieś tam pierdzielenie o Jedynym Takim Euro Ever. Tu są emocje od pierwszej do ostatniej minuty, zawsze. Dobrze, że to tylko tak raz do roku, bo jakby grali częściej, to taki poziom nerwów w końcu wprawiłby mnie w jakąś psychozę.

Może i dobrze, że jednak nie obejrzę meczu z Serbią? Zawsze jeden mecz stresu mniej...

Przegraliśmy. Jak to my, Polacy. Jedną bramką, po nerwowej końcówce, ale jednak. Jedną, kurczę, bramką! Niestety, sami sobie jesteśmy winni...

Pierwsza połowa była obiecująca. Kompletnie kontrolowaliśmy grę, spisywaliśmy się w obronie, w ataku robiliśmy swoje. Nawet nieskuteczność Lijewskiego była do przyjęcia z pobłażliwym uśmiechem "w końcu się odblokujesz i tak mamy przewagę". Byłem pod wrażeniem, sprawdzaliśmy się z mocnym przeciwnikiem.

Pierwsza łyżeczka dziegciu wpadła do beczki naszej słodkiej gry pod koniec pierwszej połowy. Nie straciliśmy przewagi, ale jakoś tak coś przestało grać. Oczywiście nie da się ukryć, że rezerwowy bramkarz Słoweńców Primoz Prost miał przysłowiowy dzień konia. Z lekkim niesmakiem, ale mimo to zadowolony jadłem szybką kolację w przerwie. Nie wiedziałem, że to ostatnia smaczna rzecz jaka mnie spotka.

Bardzo gorzko zrobiło się w zasadzie momentalnie. Nie dość, że straciliśmy całą przewagę, to jeszcze daliśmy Słoweńcom odskoczyć na kilka punktów. Pocieszałem się, że będzie spoko, nasi lubią takie opcje. Jednak moja wiara w końcowy sukces byłaby większa gdybym nie widział czemu wynik tak drastycznie się zmieniał. Nie byla to zasługa wybitnego progresu w grze Słowaków. To my zaczęliśmy im pozwalać na więcej. Czar prysł, w beczce z miodu nie zostało prawie nic. Gorzką wisienką na torcie była nasza okrutna nieskuteczność. Gdyby sam Krzysiek Lijewski wykorzystał chociaż dwie (z 10!) akcji więcej, pisałbym o sukcesie naszej reprezentacji.

Walczyliśmy do końca, ale niestety, przegraliśmy ten mecz na własne życzenie. Te poprzeczki na koniec stanowiły gorzką pointę. Tym razem zabrakło nam czasu na cudowne odrobienie strat, niestety. Z drugiej strony, lepiej teraz niż w fazie pucharowej...

Jestem rozczarowany, chociaż nie tracę wiary. Pierwsze połowa meczu pokazała, że ciągle dajemy radę. Ja w chłopaków wierzę bardzo mocno i liczę na jeszcze kilka słodszych chwil na tym turnieju!

Tymczasem - długi wdech - liczę, że Iśka i Jerzyk poprawią mi nastrój przed snem - długi wydech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz