czwartek, 3 stycznia 2013

Bez rękawiczek i czapki

Podtytuł powinien brzmieć "czyli styczniowe łot de fak?". Bo któż to widział coby na początku roku, w sercu polskiej, mroźnej zimy, gdzie powinny niedźwiedzie polarne do domów na wódkę się wpraszać, biegać bez czapki i rękawiczek. Dzięki Bogu za wiatr i deszcz, to chociaż mi trochę pomarzły dłonie i przedramiona, i na sekunkę nawet poczułem wodę przez buty. Ach, te globalne ocieplenia i inne paradoksy meteorologiczne...

Ale ja nie o tym miałem. Najpierw część tłumacząco - marudząca. No bo postanowienie noworoczne padło. Że nowy rok idzie, to wiecej postów, częściej, możliwie na codzień, a tu klops. Od soboty nic nie było. Toteż zapodaję szybki skrót ostatnich wydarzeń.

Niedziela - znowu obejrzałem uśmiechniętą Justynę na mecie, a gnałem przez miasto autem jak poparzony. Wniosek - nie warto się spieszyć i tak prawo Murphy'ego o ciebie zadba. Bieganie super, zwłaszcza, że najedzony byłem jak nie wiem co, zmęczony takowoż, a jeszcze mi wisiało, że mam pracę domową z hiszpańskiego do zrobienia. Takie życie.

Poniedziałek - Sylwester. Wiadomo. Mało sportowy dzień. Wspomnę więc tylko o ślicznym pokazie światło - dźwięk - szampan w Manufakturze. Szkoda, że jak chce się zobaczyć coś tak wspaniałego, trzeba się udać na teren prywatnego przedsiębiorstwa, bo miasto podobno znów się nie spisało. Nie byłem, nie wypowiem się. Nawet jakby było super to bym się nie pochwalił, że oglądałem sztuczne ognie znad wyrzeźbionej waginy ;).

Wtorek - Nowy Rok. Wiadomo podwójne. Przynajmniej sprint Justyśki obejrzałem. Cały! W związku z tym nie zobaczyłem jej uśmiechniętej na mecie. Albo rybki albo akwarium.

Środa - bieganko. Bardzo, bardzo mi się nie chciało. Początkowo triumfowałem, że miałem racje. Pierwsze 15 minut ciężkuteńko. Za to później złapałem flow i płynąłem po chodnikach niczym osada Cambridge po Tamizie. Bardzo przyjemne rozbieganko, szczególnie, że mam już ten swój rytm, który pozwala mi biec i biec i biec i biec i końca nie widzieć...

Dziś - Justyśka biegła. Ładnie biegła jak na samotny rajd i do tego jeszcze łyżwą. Założę się, że gdyby miała biec od startu z Johaug i Kallą, to miała by dużo lepszy bezwzględny czas. Tylko po co? I tak da popalić reszcie jutro i w sobotę, a na Alpe Cermis jest bezkonkurencyjna. Oczywiście nie obejrzę żadnego z weekendowych biegów, więc jestem bardzo szczęśliwy ;). Takie życie kursanta przewodnickiego...

I jeszcze bieg dzisiejszy. Bez większej historii w zasadzie. Sympatyczne rozbieganko i przebieżki, z radością stwierdzam, że z treningu na trening czuję coraz większą lekkość w bieganiu, a co za tym idzie także przyjemność. Oby tak dalej, w końcu jeszcze tylko 100 dni! Oczywiście nie mogę nie nadmienić, że zaliczyłem jedną z dwóch największych ulew dnia dzisiejszego. Jak kraść to miliony!

W niedzielę szykuje się mój debiut na zawodach, więcej napiszę już po.

I chyba jutro skleję to podsumowanie rundy by Widzew. Bo już bym napisał conieco o spojrzeniu w przyszłość, ale tak mi głupio bez zamknięcia jakoś przeszłości.

Jutro pracowity dzień! Więc niech będzie miły :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz