sobota, 29 grudnia 2012

Jak się nie przewrócisz...

...to się nie nauczysz. Jednak zanim do tego dojdziemy, to pare słów o tak zwanym "tajmingu".

Otóż siedzisz człecze sobie cały tydzień w domu. Mniej lub bardziej masz co do roboty - wiadomo, święta, te sprawy. Jednak czujesz, że brakuje Ci czegoś. Sportu. Dałbyś wiele za jakąkolwiek dostępną do obejrzenia relacyjkę w tv. Chociaż pół meczyku, albo finisz zawodów. Niestety - ten świat rządzi się innymi prawami. Chcesz sportu - czekaj cierpliwie aż weekend nastąpi.

Chyba, że w weekend masz kurs i generalnie to właśnie się naoglądałeś. Tour de Ski nie ma kiedy wystartować, tylko akurat w sobotę, kiedy jesteś na zajęciach. Cóż począć.

Tymczasem nagły zwrot sytuacji sprawia, że zajęć nie masz. Nieświadomy tego jaka szansa przed Tobą się jawi, decydujesz się na pójście z Love na zakupy. Marna to decyzja, ale czego się nie zrobi z miłości. Szczególnie kiedy nie pamiętasz, że chwilkę po 13 zawody.

Wszystko kupione, można jechać do domu. Wsiadasz w tramwaj. O dziwo przyjechał punktualnie i po chwili. Śmiga w stronę Twojego domku. Nagle uświadamiasz sobie, patrząc na zegarek - ZAWODY. JUSTYNA. Co ja robię tu, a nie przed telewizorem? Ogarnia Cię uczucie gigantycznej porażki. KappAhl zamiast Tour de Ski? Głupcze...

Zrezygnowany przesiadasz się w autobus. Nie zauważasz, że podjechał podejrzanie od razu, co nie zdarza mu się często. Człapiesz do domu. Gdy już dotrzesz, zdejmujesz leniwie buty. Bez nadziei włączasz TV.

Szok.

JESZCZE NIE BIEGŁA. Wszystko staje się nieważne. Siadasz przed ekranem, pełen uczucia spełnienia. Mając chwilkę czasu, przynosisz Love laptopa (żeby się nie nudziła i nie marudziła). Akurat wystartowała. Biegną "każda sobie", więc generalnie masz szansę zobaczyć tylko start, połowę i metę. Jak na imprezie.

Start widziałeś. Szczęście. Połowę - na tyle na ile pozwolił realizator. Jednak cóż z tego, skoro najważniejszy jest finisz!

I tu następuje Twoja klęska. Love prosi, żebyś jej myszkę do laptopa przyniósł. Otępiały euforią idziesz. Gdy wracasz, widzisz jedynie uśmiechniętą Justynę, już za metą.

Ale jak to? To już? Przegapiłem największą szansę dzisiejszego dnia? Tak grzmocie, przegapiłeś, teraz płacz i zgrzytaj zębami...

<płacze i zgrzyta zębami>

KONIEC.

I na koniec, w zasadzie na dodatek do tej miernej anegdotki. Bieganie spoczko. 20 minutek rozgrzewki, sprinty, potem 20 minutek. Lajcik. Taki był. Niewiele do wspominania, poza tym, że sprinty już "wchodzą" coraz fajniej. Nawet jak jest ich 9 ;).

Jednak nie byłoby tak fajnie w życiu, jakbyśmy mieli treningi bez historii. Do historii przeszły już moje biegi w mrozie, śniegu, na lodzie i gołoledzi. Generalnie totalny turbomelanż. Dziw bierze, że obyło się bez atrakcji glebotwórczych. Nie no byłoby za prosto wywalić się na totalnej szklance ogarniającej 90% terenu. Trzeba było to zrobić w takim miejscu gdzie lód występuje incydentalnie, za to w formie zabójczej niczym broń w Zabójczej Broni. Wystarczyła mała koleinka, lekko wklęśnięty asfalt. Właśnie tam zebrała się ta śliczna woda i ślicznie zamarzła na kość. Płaska jak, kurczę, tafla na, kurczę, lodowisku.

Wywinąłem orła. Pierwszy raz. Do tej pory potykałem się na krzywym bruku, ślizgałem na śliskiej śliskości, łapałem zadyszki i miałem kaca. Jednak, żeby się wywalić potrzebowałem kawałka lodu o powierzchni 30 cm2. To się nazywa talent.

Na szczęście skończyło się chyba na zdartym kolanie, bez większych perypetii. Dobrze, że byłem rozgrzany i asfalt był całkiem miękki ;).

Lekcja na dziś: bądź czujny zawsze, wróg nie śpi nigdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz