Dzisiejsze bieganie, ze względu na swoją specyfikę, bardzo mocno nakierowało mnie na rozważania dotyczące czekającego mnie maratonu. Miałem dzisiaj rekordowo (jak do tej pory oczywiście) długie rozbieganie - 80 minut. Było nie było, kawał czasu i kawał potencjalnego kilometrażu. Co za tym idzie - coraz bardziej w tle zaczyna być widoczny kontur góry '14 kwietnia'. Największego biegowego szczytu jaki póki co zamierzam osiągnąć.
Jednak, żeby tego dokonać trzeba najpierw dłuuuugiej drogi. Drogi usłanej zupełnie mniejszymi, ale jednak liczniejszymi szczytami. Bardzo motywująca forma myślenia o treningu. Za każdym razem, kiedy wiążę buty i wychodzę pobiegać zdobywam kolejny, mniejszy lub większy szczyt. Pomału, pomału wspinam się coraz wyżej. Prawda jest taka, że bez tych mniejszych szczytów, na największy nigdy bym nie dał rady się wdrapać.
Toteż postanowiłem każdy trening traktować jako mój sukcesik. Zresztą, często łapę się na tym, że kiedy dobiegam do "mety", czuję ogromną radość i satysfakcję. Czuję się jak zwycięzca, mimo, że z nikim się nie ścigałem, a sam też tego nie traktuję jakoś wybitnie ambicjonalnie. Jednak ta radość bardzo umiejętnie nakręca mnie do dalszego trenowania i stawiania kroków na coraz większych szczytach.
Dzisiaj wdrapałem się na 80 minutowiec. Jestem z siebie mega dumny i dziś pójdę spać ze świadomością bycia zwycięzcą. W końcu zdobyłem własny Mont Blanc!
Nawiązując jeszcze do bardziej przyziemnych kwestii. Mam nowe buty - wreszcie takie przeznaczone do biegania. Nie jakieś cudeńka wypasione, ale zwyklaczki, jednak dedykowane dla biegających. Jak wrażenia? Miodzio :). Fajnie, mięciutko, komfortowo. Czuć co prawda brak "wyrobienia się" buta i przyzwyczajenia nogi, ale tego się spodziewałem. Tak czy siak jest bardzo przyjemnie i jestem tym bardziej zmotywowany do dalszych treningów :).
Gdybym jeszcze nie zjadł tyle przez te ostatnie 3 dni, cholera jasna, to bym chyba mógł powiedzieć, że to jeden z najlepszych biegowych dni do tej pory. Jednak moje dzisiejsze samopoczucie mógłbym określić bawiąc się nieco słowem - "nie ma lekko"...
W związku z powyższym idę relaksować się po dzisiejszym sukcesie, a jednocześnie cieszyć się, znów to ja będę decydował o swojej diecie, a nie ten demon, który uaktywnia się we mnie na święta i mówi tylko "a tamto już próbowałeś? Musi być bardzo smakowite!"...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz