czwartek, 8 maja 2014

Uzależnieni od emocji

Dzisiejsza praca dziennikarzy/analityków sportowych jest, trzeba przyznać, wyjątkowo ułatwiona. Superdokładne statystyki, oddające najdrobniejsze i najtrudniejsze do wychwycenia detale umożliwiają tworzenie barwnych opisów w zasadzie bez potrzeby oglądania rozgrywek. Piję tutaj głównie do piłki nożnej i przyznaję się bez bicia do zamykania się w europejskim sposobie myślenia (Amerykanie ze swoimi tomiszczami statystyk NBA, NHL czy baseballu zjadają nas, maluczkich na śniadanie ;)). 

Dzisiaj nie da się stworzyć zapowiedzi spotkania bez odwoływania się do historii wszystkich spotkań w rozbiciu na mecze u siebie, na wyjeździe, na pojedynki z przeciwnikami z danego kraju i szczegółowych analiz ilości podań i oddawanych strzałów po ziemi każdej z drużyn. Po meczu to samo tylko na podstawie świeżych danych. No i fajnie, nie mam nic przeciwko, wręcz przeciwnie. Na pewno ułatwia to zrozumienie tego co się będzie oglądać czy oglądało, czasem pomaga w utwierdzeniu się we własnych poglądach czy przekonaniach.

Jednak cały czas jest coś co sprawia, że, mimo wszystko, futbolem nie interesują się głównie członkowie kół matematycznych i wykładowcy przedmiotów z gatunku "Statystyka w...". Jest coś co sprawia, że w godzinie trwania finału Mistrzostw Świata ulice stają się opustoszałe i ciche. Tylko co jakiś czas słychać dzikie odgłosy, niczym w dżungli. 

Tym czymś są emocje. Emocje najwyższego rzędu, od których jesteśmy uzależnieni wszyscy. Jesteśmy uzależnieni od hormonów, które buzując w naszych organizmach powodują przyspieszone ciśnienie, stany euforyczne czy niewytłumaczalne niczym racjonalnym frustracje. Uwielbiamy to podniecenie, a już mniejsze znaczenie ma to czy odczuwamy je z powodu strzelonej bramki czy odkrycia nowej teorii matematycznej.

No dobra, ale skąd takie gigantyczne nagromadzenie emocji akurat w sporcie? Przecież widzieliśmy to już tyle razy, wszelkie możliwe scenariusze, od nudnego 0:0 do pasjonującego 8:7 w karnych. Co sprawia, że wytrawni spece od futbolu, którzy godzinami analizują geniusz ustawienia taktycznego drużyn prowadzonych przez Mourinho prują się tak samo głośno, jeśli nie głośniej, jak ci "zwyczajni", którzy siadają przed telewizorami od wielkiego dzwonu?

Bo nigdy nie wiemy co nas czeka przez te, dajmy na to, 90 minut.

Skąd u mnie takie filozoficzne natchnienie? Stąd, że ostatnio ilość niespodzianek jakie się wydarzają jest wręcz niewiarygodna. Pewniacy przegrywają, "Kopciuszki" triumfują, sprawdzone metody zawodzą, pękają niezniszczalne jednostki. 

Całe to zamieszanie chyba rozpoczął Real Madryt, wygrywając u siebie 1:0 z Bayernem. Nie sam wynik, a styl gry w tym meczu okazał się być zaskakujący. Monachijski walec rozjeżdżający wszystkich możliwych rywali już drugi sezon z rzędu okazał się być bezproduktywny wobec drużyny, która zagrała po prostu odważniej. I nie mam na myśli tutaj tyle odkrycia się i hurraofensywy, co bardziej odwagi w wyprowadzaniu ciosów. Jeden skuteczny "gong" w zęby okazał się skuteczniejszy niż powolne oklepywanie korpusu rywala. Mający gigapotencjał w ataku Bayern wyglądał, jakby bał się zaatakować, kosztem naruszenia wąskich taktycznych ram.

Dobra, tego wystarczy. Atletico - Chelsea przewidywalne jak cholera dobijanie się do zabarykadowanej bramki Anglików. W Lidze Hiszpańskiej w zasadzie pozamiatane - czołowa trójka ogrywa innych jak leci, więc w zasadzie pozostało czekać do ostatniej kolejki na radość Atletico z mistrzostwa. 

W Angielskiej tymczasem kolejny zgrzyt. Mourinho już dawno mówił, że stracili szansę na mistrzostwo, więc wystawia rezerwę na Liverpool, aby oszczędzać siły na LM. Grają na Anfield, więc sprawa wydaje się jasna. Bum, bęc - dwa gongi i robi się ciekawie. Gdzie dwóch się bije tam City korzysta, robiąc spokojnie swoje.

Pora na rozstrzygnięcia w Lidze Mistrzów. Bayern zapowiada ogień, no i w sumie słusznie, tylko nie z tej strony co trzeba. 4:0 Realu, które przeszłoby pewnie do historii na najwyższej półce, gdyby nie zeszłoroczne 4:0 Lewandowskiego ;). No cóż, ktoś odpaść musiał, Real pokazał, że w piłce się strzela bramki, a nie kopie futbolówkę między sobą. Spoko.

Chelsea na Stamford wydaje się być w idealnej sytuacji. Prowadzą 1:0, stawiają swój słynny autobus (albo i dwa) i można się pakować do Lizbony. I tu wydarza się coś, co ja zapamiętam jako jeden z najważniejszych momentów w historii futbolu. Dośrodkowanie, które leci do nikogo i Juanfran, który leci do piłki. W zasadzie niemożliwym wydawało się, że ją dosięgnie, a już na pewno nie zagra dokładnego podania. Dosięgnął, zagrał. Adrian strzelił bramkę. Ilu graczy by odpuściło to dośrodkowanie? Atletico wygrywa 3:1, awansuje, Simeone wygłasza swoją słynną przemowę o "jajach piłkarzy".

Złośliwy ten los bywa, bo jaja to się dopiero zaczynają robić. Bach - Barca remisuje z Getafe i chyba odpada z gry o mistrzostwo. Bum - Atletico dostaje 2:0 od Levante, Simeone jest wściekły, szansa ucieka im z rąk. Bęc - Real cudem nie przegrywa z Valencią (zdruzgotaną po odpadnięciu z LE z Sevillą!). Dosłownie cudem, bo inaczej bramki Ronaldo nazwać nie można... Robi się ostro, a miało być z górki.

W Anglii City udaje się wypunktować Everton i wydaje się, że rozpoczynamy korespondencyjny pojedynek na stosunek bramek z Liverpoolem. Co zaczyna się spełniać - The Reds prowadzą 3:0 z Crystal Palace i zdają się dociskać City do samego końca. No i w tym momencie wybucha gigantyczna bomba, a w zasadzie trzy. CP strzela trzy gole Lpoolowi, robi im odwrotny Stambuł, ale tutaj już nie będzie karnych na ratunek. Cała nadzieja w Aston Villi, inaczej o mistrzostwie można zapomnieć.

City ograło wczoraj Aston Villę 4:0 i może być prawie pewne mistrzostwa. Grają u siebie, z WHU, wystarczy im skromny remisik. Napisałbym, że pozamiatane, ale ja już nie wierzę w żaden scenariusz, bo wydarzyć się może jeszcze wszystko. Podobnie zresztą jak w Hiszpanii. 

A tu jeszcze w drodze finały Pucharów i Mundial. 

Oj nie oszczędzam w tym roku dawkowania emocji. Ładuję w organizm pełne dawki. Ja i inni uzależnieni. Ale to jest nałóg, z którego nie zamierzam się leczyć.