Zbieżność z dzisiejszym finałem WOŚP niezamierzona. Poważnie, działo się od ostatniego wpisu, a jak wiadomo panuje prosta zasada - mało się dzieje - dużo piszę, dużo się dzieje - mało piszę. W związku z tym kolejny elaborat z gatunku nadrabiam to czego nie ogarnąłem wcześniej.
Nie wiem od czego zacząć ;).
Może najpierw o bieganiu, ponieważ o tym najmniej mam w sumie do powiedzenia. Prę systematycznie ku przodowi, niejeden komunista byłby dumny z realizacji planu! Bieganie w śniegu jest urocze, a dodatkowo wyciąga z ulic zbędne ogniwa jakimi są piesi oraz samochody, a także, co należy wyróżnić, najmniej ulubiony przeze mnie rodzaj pieszych - tych z psami. Tym razem mogę gnać sobie swobodnie gdzie tylko dusza zapragnie, co skwapliwie czynię.
Dalej - Justyna Kowalczyk (chociaż już nie on tour). Niesamowite, że udało mi się ją obejrzeć w jakiś zawodach w sprincie częściej niż raz - w ćwierćfinale ;). Nie żebym miał jej za złe w tym się akurat nie specjalizuje, więc jestem spokojny. Co nie zmienia faktu, że na MŚ w sprincie klasykiem mogą dziać się bardzo różne i bardzo przyjemne rzeczy. Ja już się nie mogę doczekać, tak po prawdzie mówiąc. Jednak czekać łatwiej gdy...
...rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w piłce ręcznej! Przyznaję się bez bicia - poza wielkimi imprezami nie śledzę poczynań naszych zawodników. Nie odczuwam takiej potrzeby. Co nie zmienia faktu, że fanatyzm z jakim oglądam naszych na przeróżnych rozgrywkach dużo bardziej przekracza poziom bliski mi z siatkówki czy (tfu!) piłki nożnej. Uwielbiam oglądać naszą reprezentację w ręczną i basta! Czy grają znakomicie, czy niekoniecznie, realizują wszystkie moje postulaty sportowca idealnego. Zostawiają na boisku mnóstwo zdrowia, serca i zaangażowania. Każdy, każdy ich mecz to gwarancja ogromnej dawki emocji, jakiej nie ma nigdzie indziej. Tu nie ma miejsca na oddech jak w siatkówce, tu trzeba być skoncentrowanym non stop. Czy uda nam się coś osiągnąć tym razem? Oby. Chociaż, prawdę mówiąc, co by się nie działo stoję murem za ręcznymi i basta. Zresztą zapytajcie Love, jak dobrze się ze mną umawia kiedy wiem, że wieczorem grają ręczni ;).
Póki co mamy prawo być zadowoleni - wygraliśmy i to się liczy. Przestój był, trochę nerwów było, ale to dobrze, dodaje to tylko pikanterii całej sprawie. Najciekawsze jeszcze się szykuje przed nami, ja osobiście czekam na mecz z Serbami, może być ładny kociołek ;).
Na koniec wisienka na torcie, którą mam nadzieję skonsumować w jak największej ilości. Australian Open. To jest turniej tenisowy. Nie wiem co jest w nim takiego, ale żaden inny nie budzi we mnie takich pozytywnych emocji jak ten. Zamierzam nie przespać kilku nocy, jeśli siła woli pozwoli oczywiście, a co się uda - spisać na kartach tych oto owych. Może już dzisiaj cosik uda mi się zobaczyć, chociaż po takim dniu liczę się z ryzykiem odpłynięcia w objęcia Morfeusza, zanim chociaż ćwierć tenisisty pojawi się na korcie. Jednak spoko - od czego sesja popołudniowa, będąca dla nas poranną? ;)
Działo się do tej pory? Oj nie - dopiero będzie się działo!
Na koniec małe post scriptum. Miło wiedzieć, że komuś podoba się to co tu tworzę, a jeszcze milej kiedy słyszy się to od najbliższych, których, prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tutaj "spotkać". Motywacja jest, trzeba się jeszcze mocniej brać do roboty!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz