czwartek, 22 listopada 2012

O wrogu trzeba pamiętac

Leniwe czwartkowe popołudnie bezrobotnego bloggera - biegacza. Walnął se człek wpisa, łyknął minerałki i poszedł trenowac. Ubrał się jak na -20, a okazało się, że jest tak gdzieś +7. Będziemy gotowac (się)! Zaczął sobie biec, pomalusieńku, jak zwykle na starcie. Lepiej się rozkręcac powoli, niż pierdyknąc na facjatę po 18 minutach biegu niczym szalony szaleniec.

Myśli też płyną leniwie. "Ale cieplutko", "fajna ta nowa płyta Zeusa", "nie lubię śledzi", "oh, jaki śliczny kotek", "dawno nie miałem kolki", "dobrze byłoby skończyc tę książkę dzisiaj", "jaki jest sens...?" Zaraz zaraz! Właśnie. Co się stało z moją kolką? Już nie boli mnie brzusio? Tak po prostu przestało? Fajnie, to pewnie dlatego, że już jestem biegowym kozakiem i mam większe problemy przy bieganiu niż kolka!

Jednak wróg nigdy nie śpi.

A na pewno kolka nie zasypia. Czekała w półcieniu moich żeber. Poruszała się bezszelestnie, była niczym tasiemiec albo polska Ekstraklasa. Długa i niebezpieczna dla zdrowia. Kiedy najmniej się tego spodziewałem zaatakowała.

Zgiąłem się w pół w bolesnym uścisku. Krzycząc głośno padłem na kolana. Próbowałem odgonic ją przeklinaniem i rytmicznym masowaniem. Liczyłem chyba, że relaks w postaci masażu ją uspokoi. Na niewiele się to zdało, ona cały czas atakowała okolice moich żeber, z lewej strony. Łupała aż po kręgosłup. Próbowałem wstac, jednak nie pozwoliła. Rzucała mną o beton, niczym doświadczony judoka. Spróbowałem wziąc głęboki oddech. Krzyknąłem "ZOSTAW" i z trudem się podniosłem. Najpierw wolnym truchtem, prawie marszem, zacząłem iśc. Łzy lały się po mojej skroni, łzy bólu. Zaciskając zęby na wargach, do krwi, biegłem. Coraz szybciej i szybciej. W końcu złapałem swoje normalne tempo. Z chwili na chwilę kolka odpuszczała. W końcu pogroziła mi palcem "jeszcze tu wrócę!" wołając. Poszła sobie. Mogłem kontynuowac trening...

No dobra, prawdę mówiąc nie było tak źle. Złapała mnie, menda, na samym początku i trzymała jakieś 20 minut. Na szczęscie dzisiaj czułem wyraźnie, że przyczyną było przesadne najedzenie się. Tzn. nawet nie to, tylko po prostu poszedłem biegac za wcześnie po obiedzie.

Poza tym wszystko fajnie, forma jest, przede wszystkim psychiczna. W końcu mam swoją fajną trasę, to raz, a dwa, w końcu nie myślę o bieganiu jako przykrym obowiązku, tylko jako fajnej części dnia. Mam mega satysfakcję, oby tak dalej!

Jutro ważny dzień, a potem ciekawy weekend sportowo się szykuje. Będzie o czym pisac, oj będzie ;)...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz