czwartek, 22 listopada 2012

Zaciśnięte zęby

Wczorajszy dzień poświęcony został na wojaż do Warszawy. Tak w zasadzie pierwsza moja wizyta w tym mieście, żeby cośkolwiek zobaczyc, a nie tylko przeleciec przez nie załatwiając coś/odbierając z lotniska kogoś/jadąc na koncert, którego nie ma ;). Jednak żeby tego dokonac trzeba było najpierw wstac. Wcześniej. Tak bardzo dużo wcześniej, jak na wolny dzień.

O 6.30.

Tak, wiem, żaden wyczyn, cienko to by było wstac o 4. Tylko nie na co dzień człowiek się zrywa o 6.30 wyłącznie po to, żeby pójśc biegac i to przez godzinę. Ostatni taki raz przypominam sobie jakieś 10 lat temu, kiedy jeszcze śmigałem do podstawówki. Nie oszukujmy się, ból egzystencjonalny 12-latka o 6.30 jest dużo mniejszy niż 22 letniego zioma, który już poznał uroki kładzenia się spac dużo później, niż po zakończeniu pierwszej połowy meczu Ligi Mistrzów.

Pierwsza myśl po usłyszeniu mojego zajebistego dźwięku budzika, to "co ja, kurczę, robię?". Mogłem spac co najmniej 1,5 godziny dłużej, ale wolałem iśc biegac (wspaniała fraza swoją drogą) rano, żeby nie robic tego wieczorem po całym dniu zwiedzania. Mogłem odpuścic trening, skrócic go, przełożyc na inny dzień.

Sorry, ale nie, albo będę trzymał dyscyplinę, albo 14 kwietnia będę mógł przeczytac, że dzisiaj odbył się łódzki maraton. Bo jedna kombinacja zachęca do następnej i spiralka pomału się nakręca. Każde 5 minut skróconego treningu, pomnożone przez 20 tygodni po 3-4 treningi, to kilka treningów w plecy. Nie wiem czy nie zabraknie mi potem sił, bo 21 mi się nie chciało zwlec z łóżka.

Zaciskam zęby i biegnę. Wcześniej zjadłem pół nie do końca świeżego już banana, popiłem nie do końca smakującym mi soczkiem, przegryzłem nie do końca zjedzoną czekoladą i poleciałem. Na szczęście nie było aż tak zimno jak myślałem, że jest.

Oczywiście szału kondycyjnego nie było, przez pierwsze 20 minut mój organizm nie ogarniał chyba jeszcze, że to już po pobudce. Jak już ogarnął, prawie usnąłem na biegnąco. Nie wiedziałem, że się da ;). Oczywiście, jak zywkle, najlepiej zaczęło mi się biegac po 50 minucie, czyli na sam koniec.

Szybkie rozciąganie i hop do domu. Pośpieszne mycie, jedzenie, ogarnianie przed wyjazdem. Szybko na autobus i na pociąg. Udało się.

Dlaczego by tak nie biegac codziennie? Co stoi na przeszkodzie wstawaniu godzinę wcześniej i pójściu biegac? Zresztą bieganie można zamienic na każdą inną czynnośc. Konstruktywną oczywiście. Zamiast spac do 12 lepiej chyba wstac chwilkę wcześnie, poczytac książkę chwilę dłużej, pobiegac, czy, nie wiem, pouczyc się języka troszkę dłużej niż zwykle. Trzeba zacisnąc zęby, przemilczec ból, wygrac z wygodnictwem.

Po wczoraj mam mega satysfakcję. Nie chcę wiedziec co będzie 14 kwietnia, chyba pęknę z dumy z samego siebie (skromniacha ;)). Fajnie będzie przebiec te 42 kilometry. Chociaż chyba jeszcze fajniej będzie wspomniec te wszystkie dni, kiedy nie odpuściłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz