wtorek, 20 listopada 2012

Dno, dno, dno i kilometry mułu (8 września 2012)


I nie będzie o reprezentacji Polski w piłce.

Ostatnio samopoczucie dalo mi psztyczka w ucho, dając do zrozumienia, żebym lepiej zajął się dietą.

Dziś dostałem plombę w ryj.

Zachciało mi się pizzy. Zamówionej. I to o 16. Zanim dojechala 17.30. Zanim zjadlem 18.
2 godzinki przerwy, przeciez wystarczy.

Gówno, a nie wystarczy. Nie po tak ciężkim jedzeniu.

Totalna masakra. Przebiegnięcie 40 min spokojnie powinno być formalnością, a okazało się katorgą. Przebiegłem może ze 30, pozostałe 5 spacerowałem. Dostałem masakralnej kolki. W żołądku totalna klucha, która, miałem wrażenie, miała ochotę wydostać się spowrotem na powierzchnię. Może tak byłoby lepiej.

Jestem totalnie wściekły. Zawiodłem samego siebie, w zasadzie odpadł mi cały trening, przez moje widzimisię.

Nigdy więcej fast fooda w dniu treningu. Albo biegam, albo jem byle co.

Wybieram to pierwsze.

Jutro daję z siebie 150%, choćbym miał paść na twarz. Muszę nadrobić i odpokutować dzisiaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz