Wiedza bywa bolesna. Zarówno jej, nazwijmy to, treść, jak i sposoby jej zdobywania. Jak to bywa w moich cierpiętniczych przeżyciach dziś doświadczyłem połączenia obu wersji. Było ciekawie...
120 minut. Drugi pod względem długości trwania trening w moim planie. Zadziwiająco korzystny układ wydarzeń spowodował, że wylądowałem dzisiaj w drugim końcu miasta i mogłem sobie wesoło dohasać do domku. Niestety, okazało się to być moim przekleństwem. Kłopoty zaczęły się na etapie planowania dnia. Zanim dotarłem na wymieniony już drugi koniec miasta, musiałem doczłapać się na zajęcia, na godzinkę 10 i przez następne 8 godzin przebywać we wrogim środowisku świata poza domem. Zaliczał się do tego także obiad. Wybraliśmy się z siostrą na pizzę...
Tak, gdyby ktoś poczytał moje wcześniejsze wspominki, dowiedziałby się, że postanowiłem nie jeść pizzy przed treningiem. Fakt faktem, ta była zjedzona w dobrej knajpce i nie taka napompowana, ale to cały czas pizza. Pal sześć gdybym zjadł jej w miarę. Nie, ja musiałem się tradycyjnie nawtykać... Troszkę liczyłem, że przetrawię swoje kłopoty, w końcu 3 godzinki, z czego większość spacerując.
Nie umiem liczyć... Generalnie pierwsze pół godzinki było bardzo przyjemne, chociaż czułem zamulenie całym tygodniem. Kłopoty zaczęły się około 50 minuty. Miałem kryzys woli, a ciężki brzuch zaczął dawać o sobie znać. Walczyłem, udało mi się rozbiegać kryzysowy moment. Było nieźle, chociaż czułem się coraz bardziej ciężko w nogach. Kolejny kryzys przyszedł w okolicach domu. Po pierwsze - zostało mi jeszcze pół godziny biegania, a podświadomość była już myślami na klatce schodowej. Po drugie - moja wieś nie jest odśnieżana i w najtrudniejszym momencie miałem najtrudniejsze warunki. Po trzecie - brzuch bolał coraz mocniej. Zacząłem człapać zamiast biec. Chciałem już tylko dotrzeć do mojej dzisiejszej mety.
Ostatnie 15 minut to już walka o każdy krok, chociaż im bliżej końca udawało mi się nieco rozluźniać i sama końcówka nie była specjalnie tragiczna. Koniec! Podołałem. Krokomierz wskazuje - ponad 24 kilometry. Znaczy się jeszcze 18 będę miał przed sobą 14.04. Miło ;). Chociaż na pewno nie będę wtedy tak bardzo najedzony, będę mógł się posilić (dzisiaj, chociaż chciałem, nie chciałem jeszcze dokładać wysiłku żołądkowi), a przede wszystkim będę dużo świeższy.
Teraz dwa tygodnie względnego luzu - po 3 treningi i to takie niezbyt ambitne. W niedzielę zawody, a potem już z górki do maratonu. Już chyba wiem jakie cierpienie na mnie czeka. Czy mnie to zniechęca? Wręcz przeciwnie. Nie mogę się już doczekać!
Wczorajszy dzień w kwestiach sportowych pozwolę jedynie wspomnieć. Przewidziałem porażki polskich "zimowców" (nie pamiętam czy tu, czy w rozmowie z kimś, nie chce mi się sprawdzać ;)), porażka Widzewa zabolała tym bardziej, że na porażkę nijak nie zasłużyliśmy, patrząc na poziom gry. Moją "kibolską" część połechtało przynajmniej zwycięstwo Korony z Legią. Jednak marne to pocieszenie...
Za tydzień będzie lepiej :).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz