niedziela, 10 lutego 2013

Masz babo placek

Lubię się mylić. Tzn. lubię jak nie mam racji, kiedy tego oczekuję, tudzież się tego spodziewam. W poprzednim poście napisałem, ze pewnie napiszę na następny dzień, na złość sobie. Nie napisałem. Mogę być z siebie dumny ;).

Czemu nie pisałem tyle czasu? Nie kciało mnie się po prostu. Pochłonęły mnie inne czynności, na które miałem zdecydowanie większą ochotę. Płodność twórcza zanikła na pewien czas i nie zamierzam jej nigdy wskrzeszać na siłę. Póki co chyba wróciła, a przynajmniej wróciła ochota na napisanie paru słówek o moich katorgach. I siły umysłowe wróciły, gdyż pochłaniało je całkowicie wybitne dzieło literatury fantasy, czytane przeze mnie w oryginale. Przeczytałem, jestem wolny ;).

Co się wydarzyło od ostatniego czasu? Przebiegłem półmaraton. W ramach treningu, więc na pełnym luzie. Mimo to pod koniec ratowałem się kosteczkami czekolady przemyślanie zabranej do mojej kieszeni. Generalnie, mimo ogólnego uczucia, że wcale nie jest tak lekko jakbym chciał, żeby było to odczuwam regularny postęp.

Muszę się jednak przyznać, że wczoraj oszukałem nieco plan treningowy i odpuściłem sprinty. Sądzę jednak, że trening siłowy po bieganiu w śniegu po kostki, a miejscami po kolana, nie jest aż tak konieczny. Poza tym byłem nieco, hm, niedysponowany po piątku, a poza tym dzisiaj startowałem w zawodach.

GP Łodzi - IV edycja, chociaż dla mnie III. Pogoda - niezła, choć było ślisko. Forma? No cóż... Czułem się fatalnie, na co podejrzewam ogromny wpływ miały piątkowe szaleństwa. Miałem kolki, po raz pierwszy od bardzo dawna, a do tego czułem się paskudnie zatkany. Jednak, mimo tego udało mi się osiągnąć taką samą pozycją jak 2 tygodnie temu. Jako bonus - nowa życiówka na 5 km - 20.17. Jestem zadowolony, ale ciągle czuję, że stać mnie na więcej. Jak po maratonie przerzucę się na treningi nieco bardziej mi odpowiadające - szybsze, ale krótsze - to będę mógł się pobawić w jakąś rywalizację na 5 i 10.

Tyle w temacie moich katorg ;). Coś jeszcze w kwestiach sportowych, co warto wspomnieć? Oglądałem naszych piłkarskich orłów z Irlandią! Jakież to było fascynujące widowisko. Porównałbym je do National Geographic, albo celniej do Animal Planet. I sceny walki bezbronnej antylopy z lwem czy innym pożeraczem antylop. Dodajmy, że antylopa starała się udawać groźną, natomiast lew był raczej wychudły. Antylopa rzucała się, miotała, próbowała czasami nawet zaatakować, ale w ogólnym wymiarze motała się bez ładu i składu. Lew, nie angażując zbytnio swoich wątłych sił, dwukrotnie potraktował antylopę celnym ciosem z pazura i mógł ją z pełną satysfakcją konsumować.

Koniec przedstawienia. Nie chcę do tego więcej wracać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz