Wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie. Tej wspaniałej ligi nie da się ot tak rozgryźć. Pozory mogą się schować, tutaj rządzą zasady, których sensu nawet najstarsi Indianie nie są w stanie odkryć.
Wolny wieczór, wszystko cacy, obejrzę sobie Lechię z Polonią, a co mi szkodzi. Spodziewałem się nudy i troszkę zawodów kurczaków z obciętymi głowami, że użyję takiej subtelnej paraboli. Obie drużyny kulturalnie pozbyły się kluczowych piłkarzy i obie ewidentnie nie miały pomysłu co z tym fantem począć. Brak pomysłu to jedno, ale brak chęci i umiejętności to już coś innego. Obserwując pierwszą połowę i większą część drugiej nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że obie drużyny najchętniej schowałyby się za sukienką mamy wołając "ja nie chcę, ja nie wiem jak, nie umiem!". Kiedy się nie próbuje to i efektów nie ma się co spodziewać.
W związku z tym postanowiłem przenieść swoje zainteresowanie na komentarze Kazia Węgrzyna - niekwestionowanego króla kabin komentatorskich w tym kraju. Nie mogę więc powiedzieć, że brakowało mi dziś wieczorem rozrywki.
Tymczasem, kiedy już co mniej wytrwali kibice poszli do domu (nie dziwię im się) zadziało się coś, co chyba tylko w naszej lidze mogłoby się wydarzyć. Bo nie chodzi o to, że się ruszyło. Nie chodzi o to, że padły dwie bramki, że pojawiły się emocje. Najbardziej szokujący był sposób zdobycia obu goli. Przez osiemdziesiąt-kilka minut dało się zaobserwować pokazy polskiej myśli szkolenia technicznego - te poetycko nietrafione podania, zabawne fikołki na piłce, przyjęcia do nogi, tylko że nie mojej itepe itede. I wtem! Lechia strzela bramkę po przewybornej akcji. Majstersztyk klasy najwyższej, kompletne zaprzeczenie wszystkiego co działo się do tej pory. Miód, malinka, bez nawet odrobinki dziegciu.
Co za dużo to niezdrowo, pomyślałem i zabrałem się do zastanawiania, czym w sumie zasłużyła sobie Polonia, żeby przegrać ten mecz. Ano niczym. W związku z tak ogromną niesprawiedliwością Kiełb postanowił w przepiękny sposób obsłużyć (uwielbiam to określenie!) Przybeckiego, a temu nie zostało zbyt wiele możliwości do wyboru. W końcu nie ma na nazwisko Ślusarski ;).
W ten oto sposób zrobił się remis, sprawiedliwy, zasłużony, szkoda tylko tych 80 minut czekania... Taka to już jest ta nasza liga i za to ją wszyscy kochamy.
Nie kochamy za to porażek. Kowalczyk przegrała szansę na medal przez kompletny pech, jaki omijał ją całkowicie przez calusieńki sezon. To było podejrzane, więc w najlepszym momencie wszystko wróciło do normy. Szkoda, ale co poradzić?
Agnieszka Radwańska postanowiła pójść w ślady koleżanki i również przegrała. Szczególnie dominującym elementem jej gry w spotkaniu z Kvitową był gen "łojezu jak mi się nie chce, nic mi nie idzie, a ona tak mocno odbija". Grymas niezadowolenia i maska marudy z każdą sekundą rysowały się głębiej na twarzy Iśki. Z drugiej strony - mogła odpuścić jak Azarenka i Williams. Przynajmniej wyjdzie finansowo na plus po turnieju ;).
Dzisiaj odpadł też Janowicz, specjalista od tie-breaków do 0 jak się okazuje. Widziałem tylko fragment meczu z Berdychem. Bardziej od tego kto wygra zaczęło mnie zastanawiać odwieczne tenisowe pytanie - czy wolimy tenis szybki, siłowy z milionem asów i winnerów, czy też może lepsze jest długotrwałe "pykanie", taktyczne zawiłości i wielogodzinne bitwy pełne emocjonujących wymian? Bezpośrednio nie odpowiem, ale chyba nie trudno zgadnąć, którą wersję wolę?
Na koniec smaczek biegający, czyli powrót yeti. Niechże ten śnieg się w końcu rozpuści, bo przecież kurczę blade. Po oczach mnie smaga, za kurtkę wpada, męczy jak sto pięćdziesiąt, a do tego najpewniej przez tę białą cholerę naciągnąłem sobie plecy. Trochę zaczynam mieć już kryzys z gatunku "to nie mogłoby być już?". Na szczęście zostało troszkę ponad 1,5 miesiąca. Wytrzymam. Pomarudzę, ale wytrzymam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz