sobota, 12 kwietnia 2014

Na dzień przed 2: Nie warto planować

Zacznę może od tego, że dzisiejszy wpis miałem już od tygodnia ułożony w głowie. Wystarczało dotrwać do dziś, spisać to, co zaplanowałem i skupić się na jutrzejszym starcie w drugim moim maratonie. No cóż, zostawię tamten wpis gdzieś w głowie i wrzucę go może kiedyś, przy innej okazji.

Dlaczego? Bo dzisiaj jest dzień, który pokazuje, że nie warto planować niczego. I od razu ostrzegam - nie uważam tego za negatywne zjawisko! Po prostu czasem życie gra inne tony niż te, które chcielibyśmy usłyszeć i zbyt wielkiego wpływu na te niespodzianki zwyczajnie nie mamy. Najgorsze co można zrobić to frustrować się, że z planów wyszła jedna wielka, dorodna figa...

Siedzę sobie przed komputerem w ciepłym dresiku i bluzie, chociaż na dworze wiosna zachęca do długiego spaceru. Niestety zamiast spacerować spokojnie po okolicy dzisiejszy dzień spędzam w domu, bo najzwyczajniej rozchorowało mi się gardło. Gdzieś tak koło wtorku zaczęło mnie drapać, ale oczywiście niewiele sobie z tego zrobiłem. Tymczasem jakieś dziadostwo wygodnie mościło sobie miejscóweczkę w moim gardle. 

Nie żeby mnie jakoś rozłożyło totalnie, ani żeby bolało tak, że śliny nie daję rady przełknąć. Co to to nie - taka drobna infekcja, których w życiu setki. Problem w tym, że na maratonie wypadałoby być całkowicie zdrowym. Po co dokładać organizmowi dodatkowy wysiłek? Dlatego właśnie kuruję się w domu i mam wielką nadzieję, że jutro będzie wszystko w porządku. 

No i właśnie. Co mi po tym całym planowaniu ostatnim? Co mi po misternym układaniu terminów i intensywności ostatnich treningów? Co mi po poprawieniu diety, szczególnie przez ostatnie 10 dni? Co mi po zastanawianiu się nad tym jak się ubiorę? Zaplanowana taktyka w obecnej sytuacji też stanowi ogromny znak zapytania. Jeśli mi się poszczęści to przelecę jutro te 42,195 tak jak to sobie wymyśliłem, ale może się okazać, że gardziołko jednak nie pozwoli mi dać z siebie stu procent. Nawet pewnie nie dowiem się na czym stoję przed startem, bo przecież problem może wypłynąć w środku biegu. Nomen omen - choroba wie.

W takim razie - co ja na to? No cóż... nic ;). Jestem kompletnie wyluzowany. Generalnie zamierzam trzymać się wcześniejszych postanowień i cisnąć tak długo jak mi się uda. Może dzięki temu, że dzisiaj się lenię, paradoksalnie uda mi się osiągnąć 3:15? Liczę się z tym, że będę na mecie w granicach ubiegłorocznego wyniku (3:35:18). Powiem więcej - jestem już mentalnie przygotowany na to, że jeśli okaże się to niezbędne to zwolnię tempo na tyle, żeby do mety dotrzeć razem z tatą (między 4:05, a 4:30). 

Co by się nie działo - nie zamierzam czuć się zawiedziony czy rozczarowany. Wiem, ze na treningach dałem z siebie maksimum, nad umysłem pracowałem chyba nawet jeszcze bardziej intensywnie, poprawiłem dietę. Jeśli się okaże, że jutro zda mi się to na nic, to mam doskonałą bazę na kolejny start. Do kosza moich ostatnich sukcesów przecież nie wyrzucam. 

Życie, sukces, szczęście - wszystko to składa się zawsze z drobnych kroczków, detali, które dopiero jako całość stanowią coś pięknego i potężnego. Dlatego właśnie jutrzejszy start traktuję jak kolejny z moich kroczków. Czy będzie duży i efektowny jak 3:15 czy malutki i poniżej możliwości jak 4:30 - nie ma dla mnie znaczenia. Ważne, że mogę biec, startować, bawić i radować się.

Jestem szczęśliwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz