czwartek, 3 kwietnia 2014

Do zobaczenia w Atlas Arenie

Może będzie jeszcze okazja coś napisać, oprócz przedmaratońskiego wpisu, ale przyszła pora na zakończenie najważniejszej części moich przygotowań do 42,195. W związku z tym, że jutro wyjeżdżam na tydzień nad morze nie będę już trenował w Łodzi. Na ten ostatni tydzień zostały 4 skromne treningi, a potem już tylko ogień!

Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa to - czy w tym roku jest lepiej czy gorzej niż w zeszłym? I lepiej i gorzej, chociaż zdecydowanie przeważa w tym wszystkim lepiej. Przede wszystkim - porównywać ten rok i ubiegły jest zwyczajnie niemożliwe, pod jakimkolwiek względem. Dwa światy.

W zeszłym roku byłem nowicjuszem pod każdym możliwym względem. Pierwszy raz trenowałem bieganie, pierwszy raz startowałem na zawodach, można powiedzieć, że zaliczałem pierwsze dni w pierwszej poważnej (? ;)) pracy. Nie miałem zielonego pojęcia o tym co i jak mam robić, jak powinienem reagować na różne okoliczności, jak zmieniać treningi (przez to w ogóle ich nie zmieniałem), czy mam dawać z siebie maksa czy trenować lekko i realizować plan, a słowo dieta stanowiło czarną magię.

Ten rok był dużo łatwiejszy dzięki temu, że miałem coś czego nawet najlepszy trening sam w sobie nie zagwarantuje - doświadczenie. Nie wystarczy biegać i zaliczać poprawę na poziomie fizjologicznym, aby być lepszym trzeba także, a może nawet - przede wszystkim, rozwijać się mentalnie. To głowa rządzi tym wszystkim i to ona musi być w najwyższej formie. Jeśli tak jest to jesteśmy w stanie zatuszować nasze niedoskonałości.

Mimo osiągnięcia sukcesu jakim było przebiegnięcie maratonu w roku ubiegłym wcale nie zacząłem mieć z górki. Wręcz przeciwnie. Zacznijmy od tego, że przez pięć miesięcy nie biegałem w ogóle, ponieważ sądziłem, że nie jestem w stanie pogodzić treningów z pracą. Trudno powiedzieć czy na szczęście czy niestety - dojeżdżałem do roboty rowerem. Na szczęście - bo utrzymywałem organizm w ruchu i na pewno bardzo mocno ograniczyłem spadek wydolności. Niestety - bo nie miałem siły na żadną inną aktywność. Ostatecznie podjąłem decyzję, że przesiadam się do autobusu i stawiam na bieganie.

Obawiałem się, że będę cierpiał na każdym treningu tak jak cierpiałem w marcu i kwietniu 2013, kiedy zaczynałem pracę. Ciągle czułem się zamulony i przemęczony. Mięśnie chyba nie były gotowe na połączenie obu wysiłków. Jednak we wrześniu, kiedy zdecydowałem się zacisnąć zęby i biegać mimo wszystko, okazało się, że nie jest tak źle! Organizm najwyraźniej przyzwyczaił się do dwunastogodzinnych "treningów" stania.

Zaczynałem leciutko - po pół godzinki, 40 minut. Szybko okazało się, że powrót do formy nie będzie tak problematyczny jak mi się wydawało i wskoczyłem na godzinki. Tak sobie pomału rozkręcałem organizm, wiedząc, że na początku listopada startuję z programem maratońskim. Do planu przystąpiłem przygotowany jak należy, nawet nieco obawiałem się, że obciążenia okażą się dla mnie zbyt małe (optymista). Kłopot czaił się gdzie indziej. Szybko okazało się, że jednoczesna praca, studia i treningi są bardzo trudne do pogodzenia. Trzeba było zacząć szukać kompromisów i modyfikować plan. 

Jakie to było trudne i frustrujące! Jestem osobą, która podchodzi do zadań na zasadzie - albo sto procent albo nic. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak mógłbym nie zrealizować całości planu. Przekładałem treningi, kombinowałem, ale w końcu musiałem się poddać i zacząć opuszczać mniej istotne jednostki. Dzisiaj śmieję się z tego paradoksu, bo okazało się to drogą do sukcesu.

Forma, mimo okrajania planu, o dziwo rosła. W tak zwanym międzyczasie zrezygnowałem ze studiów, więc czasu i sił znalazło się więcej. Pogoda tej zimy okazała się niewiarygodnie łaskawa (w zeszłym roku to był na bank jeden z powodów dla których byłem tak przemęczony). W zasadzie idylla trwała. Nie zliczę momentów, kiedy czułem, że jestem w formie i bałem się, że nie "dowiozę" jej do maratonu. "A jeśli to już? Może teraz będzie już tylko gorzej? Żeby nie było, że teraz jest super, a w kwietniu będzie kicha...". Bałem się, chociaż było niemal idealnie.

Po drodze pojawił się kolejny, hm, kłopot. Czasu było mało, więc często dni treningu "zgrywały się" z dniami ogólnie pojętych spotkań towarzyskich. Oczywiście z nieskromnym udziałem alkoholu. Chociaż już wtedy wiedziałem, że to nienajlepszy pomysł, piłem w dni, w które miałem treningi. Starałem się trenować od rana, żeby wieczorem być już w miarę zregenerowanym, ale tak się nie da. No i drugi aspekt - kace. Bieganie na kacu czasami jest nawet fajne, ale mając porównanie formy "z" i "bez" wybieram to drugie. 

Traf chciał, że w tym samym czasie dostałem od mamy książkę na temat żywienia w sporcie (Żywienie w sporcie Anity Bean). Zacząłem zagłębiać się w węglowodany, tłuszcze, białka, płyny czy witaminy i testować na żywym organizmie. Efekt okazał się piorunujący. Dodam, że nie zacząłem siedzieć z karteczką i liczyć kalorii i gramów, ale dość mocno zracjonalizowałem swoje żywienie. 5 posiłków dziennie, dużo nawadniania, dużo węglowodanów itp. No i uzupełnianie węgli i płynów podczas długich treningów.

Regeneracja przyspieszyła kosmicznie, dzięki temu na kolejnych treningach mogłem dawać z siebie więcej i więcej. A skoro wziąłem się za dietę, to wziąłem się za alkohol. Po kolejnym przegiętym wieczorze trzeba było się na coś zdecydować. No i skończyło się picie po treningach, a od tamtej pory nie łykam więcej niż dwa piwka w "wolne" dni. Kolejny milowy krok, chociaż tutaj akurat efekt był dla mnie dobrze znany, tylko ta siła woli jakoś nie pozwalała... 

W ten sposób udało mi się dotrzeć w zasadzie do dzisiaj. Cały czas czując, że forma jest i ciągle się poprawia. Ostatnio miałem jeszcze troszkę nerwów w związku z koniecznością odpuszczenia najdłuższego rozbiegania, ale dzisiaj już wiem, że były to nerwy kompletnie niepotrzebne. Taki charakter, co poradzić ;).

Na 10 dni przed startem czuję się znakomicie. W tym roku wziąłem urlop, więc nie będę startował w zasadzie tuż po pracy (rok temu miałem wolne raptem od piątku, od 17). Pogoda rozpieszcza, kupiłem sobie ułatwiające życie ciuszki (coolmax rządzi!), nawet udało mi się polubić buty, których baaardzo długo nie mogłem oswoić. 

To był kolejny ciężki i pełen pracy i wyrzeczeń rok. Nic nie przychodzi za darmo i ja swoją cenę też musiałem zapłacić. Czy było warto - ostatecznie okaże się 13. Chociaż odnosząc się do słów mojego taty - swój torcik już zjadłem, czuję się najedzony i usatysfakcjonowany. Została mi tylko wisienka, więc przeżyję jeśli będzie gorzka i niesmaczna. 

I jeszcze jedno. Przeszedłem przez ten rok tyle życiowych zawirowań, że musiałbym kolejny tak długi post napisać, żeby to wszystko opisać. Jest tylko jedne wspólny mianownik tego czasu - bieganie. Odwołując się teraz do Krzyśka "Poresa" Borkusza - "miej pasję, ona enklawą". Nie wiem czy podołałbym udźwignąć to wszystko gdyby nie ten mój filar. Uwiercie mi - jeśli robicie coś co kochacie, to nieważne jest wszystko inne dookoła. Ja biegam i mam w sumie w nosie gdzie pracuję, gdzie mieszkam i jaka jest pogoda. Mogę biegać? To jestem szczęśliwy. Życzę wszystkim tego samego.

I do zobaczenia w Atlas Arenie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz