wtorek, 15 kwietnia 2014

Krajobraz po maratonie

Dwa dni już minęły, w końcu jestem w stanie coś więcej napisać, już na chłodno. Zmęczenie już coraz mniejsze, kolana nie bolą aż tak bardzo, nawet zakwasy na tyłku przestają przypominać, że zostały mocno skopane.

A mentalnie? Troszkę jest mi smutno. Jak to zwykle bywa - tyle czasu przygotowań, nastawiania się, nerwów, hop, siup i po wszystkim. I pusto. Nie ma jeszcze konkretnych planów na przyszłość, a te które się pomału rysują są jeszcze zbyt odległe żeby można było nimi tę pustkę wypełnić. Czuję się trochę jak 31 sierpnia - niby jeszcze żywe wspomnienia wakacji w głowie, ale już po wszystkim, a zajęcia szkolne jeszcze nie zdążyły zawładnąć mózgownicą. 

A jak się odnoszę do samego maratonu po złapaniu oddechu? W końcu czuję się maratończykiem. Jakoś tak ubiegłoroczny bieg zdaje mi się łatwiejszy i mniej, hm... satysfakcjonujący? Nie wiem jak to konkretnie określić słowami. W każdym razie w tym roku dostałem na tyle mocno w kość, że chyba dopiero teraz poczułem co to znaczy maraton.

Co za tym przemawia? Po pierwsze - ogromna walka z samym sobą. Z bólem, nie takim jakiego się spodziewałem - kolan i mięśni. Kolka, którą przeszedłem na tym biegu jeszcze wczoraj przypominała mi się podczas jedzenia, skutecznie ograniczając mój apetyt. Mimo tego udało mi się jakoś z nią wygrać i pobiec dalej. Podobnie odnoszę się do tej całej lawiny następstw tego bólu - hipoglikemii, która zaowocowała baaardzo wyraźną ścianą i kolejnych gigantycznych wątpliwości. No i ten gorszy o 6 minut wynik - najlepsza możliwa lekcja pokory jaką mogłem od maratonu otrzymać. 

A nie przestanę podkreślać, że jest to wynik, z którego jestem zadowolony, a wręcz dumny. To chyba najlepsza odpowiedź jakiej mogę udzielić maratonowi na rzuconą w moją stronę rękawicę. Ja się bez walki nie poddaję i, kto wie, może kiedyś, po 50 przebiegniętych maratonach, uznam że to był ten najlepszy - bo było więcej kwestii na nie niż na tak, a mimo tego udało się osiągnąć bardzo przyzwoity wynik.

No dobrze, skoro wiem już jak było i jak się do tego odnoszę, to pora pomyśleć o planach na przyszłość. Ten ostatni start wywołał we mnie gigantyczną sportową złość. W związku z tym zamierzam do kolejnego przygotować się jeszcze lepiej i już całkiem poważnie zaatakować magiczne 3:30. Do trzech razy sztuka? Mam nadzieję, tym bardziej, że chcę dorzucić sobie dużo, dużo więcej długich wybiegań, których chyba jednak się nie da w całości zastąpić, nawet najbardziej wyszukanymi interwałami. Oby tylko starczyło mi na to sił i czasu, bo praca mi się póki co nie zmienia, a więc możliwości będę miał takie same, a już do tej pory bywało ciężko. No ale zobaczymy, dla chcącego nic trudnego!

Zamierzam, jeśli tylko to będzie możliwe, startować na 5, 10 i 21 km, bo starty dają mi gigantyczną frajdę. No i póki co trzymam się wersji, że drugi tegoroczny maraton pobiegnę w Poznaniu, w październiku. Jednak to jest jeszcze kwestia do doprecyzowania. Pewne jest jedynie to, że w przyszłym roku, 19 kwietnia, startuję w moim "domowym" maratonie. Jeśli nawet pobiję to 3:30 w Poznaniu, czy gdziekolwiek indziej się wybiorę, to i tak będę chciał powtórzyć ten wyczyn tutaj. 

No i zamierzam bieganie postawić na najwyższym stopniu priorytetów. Na chwilę obecną nic nie daje mi tak wielkiego poczucia wolności i szczęścia. Inne rzeczy muszą się pogodzić z tym, że będę je dostosowywał do biegania, a nie na odwrót.

Maraton zaczyna się po 30 (kilometrze póki co ;)), a bieganie na poważnie zaczyna się po drugim maratonie? Na to wychodzi!

I na koniec - gdyby czytał to ktoś, kto chciałby wystartować kiedyś w maratonie - rok temu mój tata, zachęcony moim startem, rozpoczął treningi biegania. Przedwczoraj udało mu się przebiec 42,195 w zadowalającym go czasie. Sukcesu nie wypracujesz z dnia na dzień, ale jeśli zaczniesz jutro - zostanie ci na to bardzo dużo czasu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz