czwartek, 10 kwietnia 2014

I po treningu...

Obaj z tatą zakończyliśmy w dniu dzisiejszym nasze przygotowania do maratonu. Obaj zamknęliśmy ten rozdział ciekawymi klamerkami. Ja zakończyłem długością treningu bliską tej od której zaczynałem mój powrót do treningów - pół godzinki lajtowego biegu. Tata zakończył przygotowania w zasadzie w tym samym miejscu, w którym je rozpoczął - w Jastrzębiej Górze. Trochę to naciągane ideologie, ale jakoś trzeba sobie urozmaicic te godziny, które zostały nam do startu.

Przyznam się szczerze, że w zeszły piątek, kiedy dotarliśmy nad Bałtyk miałem konkretnego stresa. Nie wiem czy to wina artykułu, który przeczytałem (o tym dlaczego maraton nas przerasta) czy ogólnego samopoczucia (dużo pracy i nerwów ostatnimi czasy). Fakt jest faktem - denerwowałem się strasznie. Pierwsze dwie noce śniły mi się paskudne bzdury, nie mogłem przestac myślec o niedzielnym starcie, wgapiałem się w trasę, jakby to miało w czymś pomóc...

Od czego mamy jednak ten urlop - przecież chyba nie od tego, żeby się bardziej stresowac niż w domu? Stąd też z dnia na dzień udawało mi się łapac coraz większy luzik. Miałem jeszcze chwilowego doła we wtorek, bo miałem problem z rozkręceniem się podczas półgodzinnego treningu, ale kiedy policzyłem sobie, że w niedzielę będę miał górkę (zakładając, że kryzys przychodzi co trzeci dzień) uspokoiłem się i oddałem całkowicie urokom przyrody.

Dzisiejszy trening był już w zasadzie formalnością. Niespecjalnie przywiązywaliśmy się do tempa i długości treningu, ważne było, żeby już to po prostu miec za sobą. Ciekawa sprawa - rozgadani zazwyczaj na wspólnych treningach, dzisiaj milczeliśmy jak zaklęci. Każdy skupiony już tylko na jednym celu, wsłuchujący się w swój organizm, planujący jak to będzie wyglądac trzynastego. Odfajkowaliśmy, możemy skupic się już tylko i wyłącznie na starcie.

Już bez nerwów, z dobrą wiarą, ale też pokorą i szacunkiem dla dystansu. Postanowiliśmy, że będziemy biec swoim tempem, olewac innych i pacemakerów, traktowac to jak dłuższy trening. I najważniejsze - traktowac to jako przyjemnośc, a nie przymusową katorgę. Myślę, że to może byc recepta na sukces, pomagająca w gorszej chwili zamaskowac niedoskonałości organizmu.

Prawdę mówiąc już nie mogę się doczekac startu. Najchętniej przespałbym jutro i sobotę i stac już chwilę przed dziewiątą na Alei Unii Lubelskiej i brac ostatnie, uspokajające wdechy i wydechy przed ruszeniem w bój.

Tak się jednak nie da, więc trzeba spędzic ten czas jak najbardziej przyjemnie, nie przemęczając się, zbierając siły fizyczne i mentalne. Dac organizmowi odpocząc po długich miesiącach trudnej i męczącej pracy.

Tort już jest gotowy, z całą pewnością wyszedł bardzo smaczny. Zostało tylko udekorowac go wisienką, z uśmiechem na ustach, chociaż z potem spływającym po plecach. Bo jeśli nie daje ci to szczęścia i satysfakcji i czujesz, że biegniesz na siłę, to lepiej nie startuj. Szkoda życia na nieprzyjemności!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz