Troszkę później niż planowałem, ale brak czasu robi swoje.
Dokładnie tydzień temu wróciłem z wyjazdu, który stanowił prezent urodzinowy dla mojej mamy. Tato sprytnie wykombinował, że skoro mamie się najbardziej marzy pojechać gdzieś z dziećmi, to taki prezent będzie najsensowniejszy. Okazało się to być strzałem w dychę, ale ja dziś nie o tym.
Ja dziś o tym gdzie byliśmy. Otóż byliśmy niemalże nad samym brzegiem rzeki Biebrzy, w miejscowości Dolistowo Duże, jakieś 60 kilometrów na północny zachód od Białegostoku. To była moja druga wizyta w tamtych rejonach - pierwszy raz byłem w Ełku, na trzytygodniowych praktykach studenckich.
Nie będę się rozpisywał o urokach przyrodniczych tamtych rejonów, bo one bronią się same za siebie. Za to rozpiszę się nieco o rzekomej "Polsce B", którą jest nazywana nasza dzisiejsza ściana wschodnia.
Skąd takie mało pochlebne określenie? Pewnie stąd, że dla rozpieszczonego mieszczucha z centralnej czy zachodniej Polski pobieżne spojrzenie na tamte ziemie zdaje się mówić: "widzisz te rozwalające się chałupy? Matko, i jeszcze te wszechogarniające lasy czy łąki. Wiochy jak są, to wyglądają biednie, a jak ich nie ma to się człowiek czuje jak na kompletnym odludziu. Bida z nyndzą.". Rzeczywiście tak tam jest. Jednak czy to wystarczające powody, żeby nazywać te rejony Polską B?
Po tym co zobaczyłem i usłyszałem, zaczynam się zastanawiać czy to nie my powinniśmy nazywać się "Polską B", a nawet wybiegając troszkę dalej - czy w ogóle powinniśmy nazywać się "Polską"?
Skąd takie, rewolucyjne wręcz, wnioski pojawiły się w mojej główce? Po pierwsze - dzięki ludziom. Żeby zrozumieć dany region, jego specyfikę, nie wystarczy popatrzeć na to jak on wygląda, zerknąć w jakieś puste statystyki. Trzeba przede wszystkim poznać i spróbować zrozumieć jego mieszkańców.
Nam, dajmy na to Łodziakom, ciężko jest zrozumieć jak można w ogóle "dać się poznać" komuś z zewnątrz. Zamykamy się w swoich światach i raczej nie lubimy opowiadać wszystkim dookoła jacy jesteśmy. Naszą barierę intymności stanowi duży, betonowy mur, w którym ciężko jest znaleźć furtkę.
Właśnie to uderzyło mnie najbardziej już podczas wizyty w Ełku, a teraz tylko potwierdziłem swoje obserwacje. Polacy ze wschodu zdają się być dużo cieplejsi i bardziej otwarci od nas. Bardzo chętnie otwierają dla nas całą bramę i wpuszczają do siebie mówiąc "chodź, poznaj jacy jesteśmy i jak żyjemy." Przykład? Proszę bardzo - w trakcie moich praktyk zadaniem było zinwentaryzowanie gospodarstw agroturystycznych w gminie. W związku z tym musieliśmy jeździć i pukać od domu do domu, zadając dużo różniastych pytań, choć w ogromnej mierze branżowych. Normą było to, że nie dość, że dowiadywaliśmy się wszystkiego co nam było trzeba, to często poznawaliśmy całą historię rodziny i tego jak to się stało, że teraz mają agroturystykę. Jedno gospodarstwo wyróżniło się negatywnie w stosunku do reszty - pana nie stamtąd, a z Warszawy...
Podczas ostatniego wyjazdu podobnie. Od samego przyjazdu, rodzina która nas gościła, nie dość, że robiła to w wyjątkowo sympatyczny sposób, to jeszcze sama otwierała się przed nami ze swoim życiem i problemami. Robili to z urzekającą naturalnością i swobodą. Podobnie przewodnicy, którzy nami się opiekowali - pasjonaci, dumni ze swoich miejsc, dużo chętniej współpracujący z taką grupą jak nasza skromna rodzinka, niż z większą, ale zostawiającą też większą kasę, zorganizowaną wycieczką.
Gościnność i ciepło to raz, dwa - styl życia. Uzależniony od zawsze (i, daj Bóg, na zawsze) od przyrody. A skoro tak, to pełen pokory i uczący wytrwałości przy pokonywaniu trudności. Tamtejsi nie mieli nigdy podanego na tacy ułatwienia, tak jak my miastowi. My marudzimy, że zimą stoimy w korkach, oni często mają problem, żeby w ogóle wyjechać z domów. Jednak mimo tego radzą sobie z tymi problemami doskonale. Nie marudzą, że rzeka podmyła im drogę, tylko budują ją od nowa. Cieszą się tym co dobre i nie trwonią energii na frustrowanie się na to na co wpływu nie mają.
Stąd pewnie też ichnie poglądy. Zdawać by się mogło - ściana wschodnia = fanatyczny katolicyzm, mocno prawicowe poglądy i szeroko pojęta zaściankowość. Błąd. To my jesteśmy fanatyczni, mamy ostre poglądy i jesteśmy zaściankowi. Mamy klapki na oczach. W Łodzi nigdy nie usłyszałem takich zdań jakie tam padły trzykrotnie (więc to już chyba nie przypadek?). Trzykrotnie usłyszałem, że wiara jest sprawą każdego z nas, a i tak Bóg nas rozlicza, a nie Kościół czy inna instytucja (w tym raz od wiekowej już muzułmanki!). Trzykrotnie usłyszałem, że patriotyzm, to miłość do kraju i jego godne reprezentowanie, a nie politykowanie i podziały na "prawo i lewo". Trzykrotnie usłyszałem, że każdy niech ma swoje poglądy, niech je nawet głośno wyraża, niech dyskutuje na ich temat, bo dzięki temu idziemy do przodu. Warunek był tylko jeden - czy to w kwestii wiary czy światopoglądu - niech nikt nie wmawia nam, że jego zdanie jest jedynym słusznym i my musimy myśleć dokładnie tak samo.
I dlatego uważam, że tam jest "bardziej" Polska" niż tu. To tam spotkałem Polaków, takich jakich chciałbym ich widzieć zawsze. Bo gdyby zebrać, przez wszystkie lata historii, cechy idealnego Polaka, to ja wymieniłbym - skromność, pokora, patriotyzm i ogromne przywiązanie do Ojczyzny, tolerancja (!), otwartość, ciepło, gościnność. Dla mnie Polak powinien być "poćciwy", żyjący bez pośpiechu, w zgodzie z naturą i z innymi ludźmi. Przez to wartościowy i ceniony przez innych.
No i właśnie gdzie więcej takich cech znajdziemy - w Polsce A czy B? Oj mamy tendencję do megalomanii, hipokryzji i burzliwości - my mieszczuchy szczególnie. Posypmy czasem głowę popiołem i zapytajmy sami siebie - czy od 966 roku o take Polskę walczylim?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz