Dzisiaj zrobiłem coś, czego nie robię w zasadzie nigdy, ponieważ ostatni raz gdy to zrobiłem, skończyło się to dwutygodniową przerwą w bieganiu. Fakt faktem, było to na początku mojej zacnej kariery biegacza, ale jednak. Co to takiego? Zmiana treningu na intensywniejszy.
Zdarza mi się przedłużyć czy skrócić rozbieganie z różnych przyczyn. W zasadzie nie było jeszcze takiego przypadku, żeby te dodatkowe kilka minut biegu źle wpłynęło na moją formę. Natomiast z przykręcaniem śrubki z napisem "tempo" bywało różnie. W czasie kiedy jeszcze robiłem plan treningowy na 10 kmów, raz pozwoliłem sobie na przyciśnięcie rozbiegania niemalże na maksa. Biegło mi się super, dlatego z okrążenia na okrążenie rozkręcałem się coraz bardziej. Po treningu czułem się znakomicie, żyć nie umierać! Niestety podczas późniejszych treningów okazało się, że wypałowałem się tak mocno, że nie jestem w stanie poradzić sobie z najlżejszym obciążeniem. Do tego doszły inne czynniki (praca, dieta) i odpadłem z treningu na dwa tygodnie. Od wtedy nie zmieniałem nic w planie, raczej równałem w dół niż w górę, nie chcąc przegiąć.
Dzisiaj postanowiłem sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Głód biegania mam gigantyczny, treningów trochę odpuściłem, więc czemu nie? Zdecydowałem, że zmieniam zabawę biegową (czyli lekki wzrost tempa, ale bez ciśnięcia, chyba że samopoczucie pozwoli) na interwał. Ambitnie, tym bardziej, że ostatnio pracuję dość dużo i czasu na regenerację zostaje niewiele (ale za to od poniedziałku... hihihi).
No i co? No i zrobiłem dwie pierwsze jednostki 3x3 min i okazało się, że szału nie ma. Poczułem się nawet przez chwilę jakbym oglądał "M jak miłość", bo przed oczami mroczki (ha ha ha!). Nie było szans, żebym całość tak wytrzymał, chociaż istniała ku temu szansa, bo rozgrzany organizm potrafi zadziwić. Mimo to, zdecydowałem się go nie sprawdzać.
Co w takiej sytuacji? Wielka Improwizacja! Skoro zabawę biegową można robić od tempa minimalnie szybszego, aż pod interwał, to czemu nie zrobić na odwrót? Tak też uczyniłem, co okazało się bardzo fajnym pomysłem. Ostatecznie udało mi się dojść do siebie na tyle, że pod koniec mogłem znów nieco przykręcić śrubkę. Całokształt wyszedł bardzo przyzwoicie, chociaż cały czas mam ochotę wycisnąć z siebie ostatnie kropelki sił jak ze smakowitej pomarańczy. Jednak budujące jest to, że podczas biegu normalnym tempem rozbiegania w zasadzie czuję się totalnie wyluzowany, nawet troszkę zbyt mało rozgrzany. Znaczy się, że pewnie tempo maratońskie jest obecnie dla mnie, w obecnej formie, bardzo sprzyjające. Nic tylko startować (a tu jeszcze miesiąc :()!
Forma najwyraźniej jest, pogoda się robi bardzo sympatyczna, towarzystwo biegające rozrasta się z dnia na dzień, same powody do optymizmu! Dobrze się zapowiada ten kwietniowy weekend w tym roku, oj bardzo dobrze!
Jak tu tylko jakoś przetrwać ten miesiąc, skoro chciałoby się już?
No dobra, to jest taki problem, z którym chętnie się pozmagam :).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz