Tak, tak, może to być zastanawiające - czemu wrzucam notatkę na temat zawodów, które odbyły się tydzień temu. Z braku czasu? No nie bardzo, jakoś miałem czas wrzucić kilka innych wpisów. Z braku chęci? No już nie przesadzajmy z moim lenistwem. Otóż wrzucam ten wpis dzisiaj, bo chociaż właściwy Bieg Powstańca odbył się w ubiegłą niedzielę, to ja swój bieg powstańca zaliczyłem dzisiaj.
Zacznijmy od początku (matko, jakie bezsensowne zdanie...). W zeszłą niedzielę w Dobrej koło Strykowa odbyły się zawody na dystansie 10 kilometrów. Mój debiut na "dyszkę", a mojego taty debiut w ogóle. Zresztą o tym już akurat wspominałem. Zawody w urokliwej, niewielkiej miejscowości (urokliwej pod wieloma względami, hihi). Udział brało prawie 400 osób, ale to akurat nie dziwota, bo wpisowe śmieszne (15 zł!), a innych biegów na tym dystansie nie ma w tym czasie. Było warto, bo trasa bardzo wymagająca (przełajowa, to raz, a dwa - z mega ostrymi, choć raczej krótkimi podbiegami), a i pogoda dopisała znakomicie. Widoczki miejscami też niczego sobie, człowiek się mógł poczuć jak w górach, a to "tylko" Wzniesienia Łódzkie! Ogólnie rzecz biorąc - rewelacja. Do tego dostałem medal i wygrałem parasol!
Moja dyspozycja nie pozostawiła nic do życzenia. Założyłem sobie 45 minut, pobiegłem 43:01, na podbiegach wyprzedzałem kogo się da jak Justyna Kowalczyk. Trochę od pewnego czasu pobolewa mnie kostka i mam nadzieję, że uda mi się chociaż trochę ją ogarnąć przed maratonem. Poza tym - brakuje mi zawodów, adrenaliny i otoczki związanej z nimi! Po maratonie będę ostro startować, więc mam nadzieję zaspokoić mój głód.
No dobrze, to teraz pora wyjaśnić o co chodzi z biegiem powstańca dziś. Otóż moja Love rozchorowała się w ubiegłym tygodniu. Cierpiała na gardziołko, nawet musiała jeden dzień odpuścić tak ważną rzecz jak pracę! Ja, oczywiście, byłem superhero i wiedziałem, że mnie nic nie grozi! Niestety, superhero nie jestem i już po zawodach zacząłem czuć branie (i nie chodzi niestety o autografy na biustach ;)). Żeby było ciekawiej, zamiast odpocząć jak trzeba, poleciałem do pracy na nocną inwentaryzację. Musiałem się urwać o 3 zanim urwał mi się film. Wyspałem się i było po japońsku lepiej - yako tako. We wtorek znów do pracy i... cóż, dobrze, że wyszedłem wcześniej bo już wiedziałem, że jest po ptokach. Gardło bolało, osłabienie było konkretne. Planowane dwa rozbiegania - środowe i czwartkowe, mające wdrożyć mnie pod sobotnią 120 minutówkę wydawały się zagrożone.
Ostatecznie poległem. Dwa dni musiałem spędzić w domu... Ja! Człowiek, który wirusom się nie kłania, w domu nie usiedzi, a treningu nie odpuści jeśli nie wymaga tego jakakolwiek wyższa konieczność. Dwa dni nie wyściubiałem nosa z domu, cierpiąc katiusze głównie ze względu na odpuszczane treningi. Jedyny plus - regeneracja.
Okazało się, że było warto, choróbsko poszło w diabły. W związku z tym dzisiaj mogłem wstać wcześniej rano i... powstać! Przy pięknej, marcowej już, pogodzie przeleciałem 18 kilometrów w czasie 90 minut, co uważam za wynik zadowalający. Nie chciałem przesadnie dokręcać śrubki, bo w poniedziałek czeka na mnie jedna z wisienek na torcie. Tu będę chciał sprawdzić siebie w warunkach bojowych. Ważne, że forma jest, może bez fajerwerków, ale luzik, te mam nadzieję, że pojawią się po tych kilku ostrych tygodniach jakie mnie czekają, a potem dwa tygodnie rozluźniania się i łapania świeżości i witaj znów maratonie.
W tym roku wiem, że nie będę tak dobrze przygotowany jak w zeszłym, bo przebiegłem może 2/3 planu. Za to świeżości, czyli tego czego nie miałem w debiucie, na pewno mi nie zabraknie! Może to będzie metoda na przekroczenie 3:30 z tej dobrej strony?
Tak czy siak. Wiem, że niezależnie od tego ile razy jeszcze zdarzy mi się upaść, w różny sposób, za każdym razem będę gotów stanąć na starcie mojego biegu powstańca. Bo tylko biegnąc, prowadząc tą moją walkę jak powstańcy w 1863, czuję że żyję na sto procent i że mam po co żyć.
I jeszcze jedno - nie warto żałować tego co się nie zrobiło albo nie udało się zrobić. Warto spiąć poślady i dalej zrobić jeszcze więcej, jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Życie nie daje drugich szans, ale my sobie możemy je dać!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz