czwartek, 27 lutego 2014

Jak przestać biegać?

Skoro napisałem jak zacząć biegać, to chyba wypadałoby skrobnąć coś dla przeciwwagi? Przestać biegać wbrew pozorom nie jest łatwo, a już na pewno nie jest łatwo znaleźć później wytłumaczenie - dlaczego? Mam nadzieję, że mój poradnik pomoże czytelnikowi rozwikłać te wcale niełatwe problemy!

Zakładam, że biegamy już jakiś czas, przyjmijmy że miesiąc. To chyba idealny moment, żeby przestać biegać - na tyle krótko żeby spokojnie uznać "wystarczy" i na tyle długo żeby powiedzieć "a, biegałem trochę czasu, ale... (i tu jedno z wytłumaczeń)".

1. Odpuść po nieudanym treningu. Pierwszy sposób, zdecydowanie najłatwiejszy, choć wymaga nieco cierpliwości, bo organizm lubi spłatać figla. Biegamy sobie spokojnie przez jakiś czas, po czym trafia nam się nieudany trening. Bolą nas wszystkie mięśnie, stawy, jesteśmy znudzeni, rozładowała nam się mp3, potknęliśmy się trzy razy, padał deszcz i było zimno. Oczywiście, żeby trening można było uznać za nieudany nie muszą wystąpić wszystkie powyższe czynniki. W zasadzie wystarczy jeden z nich. Po takim treningu wystarczy wrócić do domu, z furią zrzuć z siebie buty i wrzasnąć "nie no k***a, ja nie rozumiem jak można biegać, przecież to droga przez mękę. Bez sensu to, trzeba być po***anym żeby biegać. Idę na piwo.".

2. Biegaj za szybko/za długo/za często. Tu do przerwania ciągłości może wystarczyć w sumie jeden trening, ale efekty potrafią być ukryte, w zależności od tego, którą opcję wybierzemy.

Przy pierwszej może i nawet uda nam się dotrwać do końca treningu, co prawda przy tętnie 120% maksymalnego, ale jednak. Pewnie nawet przyjdziemy do domu szczęśliwi i pełni entuzjazmu, zadowoleni, że daliśmy z siebie wszystko, "wypałowaliśmy się" tak jak planowaliśmy. Nie został w nas nawet gram negatywnej energii. Za to wstajemy rano i... nie jesteśmy w stanie się ruszyć o centymetr. Swoje samopoczucie możemy określić zdaniem "gdyby położyć mi na głowie bułkę, będzie chleb na zakwasie". I o to chodziło! Teraz pora na wykrzyknięcie (na tyle na ile zakwasy nam pomogą) "No żesz "k***a, co jest?! Przecież Bajas pisał w Necie, że po bieganiu nie ma szans na zakwasy! Przecież to jakiś absurd! Poszedłbym na piwo, ale nie dojdę do sklepu...".

Przy drugiej nie trzeba czekać na następny dzień. Wystarczy biec na tyle długo, żeby poczuć się gorzej. Na początku opadamy z sił, po chwili zaczyna nam się kręcić w głowie, przy odrobinie szczęścia zbiera się nawet na wymioty. W ostatniej chwili ratujemy się przed omdleniem, padamy na chodnik/bieżnię/trawę i po jako takim dojściu do siebie wracamy do domu. Nie mamy sił na zdejmowanie butów z furią, ani krzyk, więc ledwo słyszalnym szeptem mówimy "Nie no, nigdy więcej nie biegam. Co to w ogóle było?! (hipoglikemia) Jak mam się czuć tak za każdym razem, to wolę iść na piwo.".

Przy trzeciej potrzeba trochę więcej samozaparcia, bo efekt pojawi się minimum po trzech dniach. Biegamy sobie spokojnie i nie za długo, ale za to koniecznie codziennie. Wersja hard - dwa razy dziennie. Tak przecież szybciej dojdziemy do formy. Trzeciego (lub dowolnego innego dnia później, pewnie maksimum do szóstego) dnia obudzimy się rano z tak odrętwiałym ciałem, bez jakiejkolwiek energii do życia, a co dopiero do biegania. Wypłukani z sił, leżąc półprzytomnie na łóżku możemy szepnąć (bo znów nie mamy sił na krzyk) "No nie wierzę. Przecież miałem mieć tyle energii i werwy do wszystkiego! Miałem się lepiej wysypiać, czuć się świeżo i leciuteńko. Oszukali mnie! Przecież nawet palcem kiwnąć nie mogę... To już po piwie mam więcej energii".

3. Biegaj z pełnym żołądkiem/na kacu/z kontuzją/będąc chorym. Świetny sposób, chociaż może mieć dużo niepożądanych skutków ubocznych. Na kacu musimy wypatrywać momentu, w którym zawroty głowy i chęć zwymiotowania osiągają zenit - to najlepsza chwila na zaprzestanie biegania. Z pełnym żołądkiem wystarczy jak poczekamy na tę najsilniejszą z silnych kolkę. Po czym ją poznamy? Oj poznamy bez problemów... Z kontuzją warto pójść na dłuższy trening, a jeszcze lepiej w jakiś trudniejszy teren. Nawet jak boli już tak, że płaczemy, biegnijmy dalej - w końcu uda nam się rozgrzać bolące miejsce! Nic nie robi tak dobrze podkręconej kostce, jak dodatkowe podkręcenie (polskie, równe chodniki nadają się do tego idealnie), a na kolana dobre jest ciężkie stąpanie po betonie. Jeśli sam ból nie jest dla nas wystarczający, zawsze można próbować do skutku - poważnego skręcenia, złamania czy zerwania więzadła. Wtedy w szpitalu możemy z mądrą miną mówić "Biegałem, twardy byłem, no ale niestety, to jest sport dla idiotów, skoro ląduje się później w szpitalu. Gdybym zamiast biegać chodził na piwo, teraz cieszyłbym się wiosenną pogodą, a nie twardymi kotletami made by NFZ...".

4. Idź na zawody po miesiącu i zajmij jedno z ostatnich miejsc. Nawet jeśli biega ci się nieźle, to zawsze można podejść temat od drugiej strony. Zawodów na różnych dystansach odbywa się zawsze i wszędzie dużo, część jest nawet darmowa. Wystarczy zapisać się, wystartować, dobiec w ogonku i już można śmiało powiedzieć "No tak, biegałem, nawet nieźle było, ale kurde, poszedłem na zawody, nie dość, że w porównaniu do innych byłem ubrany jak ogór, to jeszcze za mną były tylko dwie panie, rocznik 48. To jak to tak ma wyglądać, to ja wolę skoczyć na piwo. Mniej wstydu.".

5. (mój faworyt) Biegaj dla kogoś. Wymyśl sobie osobę lub grupę osób. Może to być mama, dziewczyna, kolega, grupa znajomych czy ogólnie pojęte społeczeństwo. To jest w zasadzie mało istotne. Ważne żeby robić to nie ze względu na siebie, tylko bo ktoś nam każe/oczekuje/chcemy się popisać. Zmuszanie się do treningu to przeżycie jakiego nie warto odpuścić w życiu. Gwarantuję, że namacalnie będziesz obserwował kumulację nerwów w swoim organizmie, razem ze wszelkimi możliwymi objawami somatycznymi. Kiedy poziom frustracji osiągnie szczyt możemy zastosować metodę i tekst z pierwszego punktu. Po wszystkim możemy jeszcze napotkać się na pytania z gatunku "Magda mówiła, że zacząłeś dla niej biegać, ale już skończyłeś, po miesiącu, dlaczego?". Wtedy możesz zrobić minę "na Clinta Eastwooda", otworzyć trzymane w ręku piwo zapalniczką, wziąć sowity łyk i stwierdzić "Ty byś dla swojej nawet jednego treningu nie wytrzymał". Po wszystkim spluń.

Metod jest pewnie więcej, mnie te które opisałem wydają się najsensowniejsze. Oczywiście metody można modyfikować, mieszać i robić z nimi co się żywnie podoba.

I pamiętajcie o jednej jedynej wspólnej dla wszystkich regule - wymówkę zawsze się znajdzie, sztuką jest znaleźć motywację...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz