Jak zwykło się mawiać: nadejszła wiekopomna chwila! W końcu spisuję tekst, który planowałem od dawna. Sugeruję czytanie go z przymrużeniem oka i zachowaniem zdrowego rozsądku.
Moje rady postanowiłem przekazać w kilku punktach. Kolejność w zasadzie nie ma znaczenia, chociaż nie będę ukrywał, że raczej piszę od najważniejszego do mniej ważnego. Chociaż z drugiej strony, niektóre z nich nie wystąpią bez obecności wcześniejszych, itp. Generalnie - mimo wszystko traktować dowolnie.
1. Samoświadomość. Coś o czym pisałem jakiś czas temu. Nawet nie myśl o tym żeby zacząć (zakładając, że zamierzasz biegać więcej niż tydzień) zanim nie odpowiesz sobie na te wszystkie pozornie głupie pytania. Dla przykładu, na końcu postaram się taką swoją krótką laurkę wystawić.
Po pierwsze - po co w ogóle to robię? Różnie z tym bywa - jedni biegają dla formy, inni żeby schudnąć, jeszcze inni w ramach przygotowań do zawodów, a są tacy, którzy to robią żeby odpocząć chwilę od pracy. Każdemu według potrzeb. Pamiętaj, że dobrze sformułowany cel motywuje, nawet jeśli wydaje się trywialny.
Potem zastanów się - jak? To znaczy: jak często, czy z planem czy nie, czy samemu czy nie, czy z muzyką czy bez, czy w kółko czy przed siebie, po parku czy po chodniku, a może w terenie.
Zapytaj siebie o wszystko co ci przyjdzie do głowy, tak jakbyś pytał inną osobę. Wtedy uzyskasz odpowiedzi szczere i będziesz wiedział jak się do tego wszystkiego zabrać. Pamiętaj też, żeby zadawać sobie te pytania co jakiś czas, żeby rozwijać siebie, swoją pasję i osiągać efekty. To jednak dopiero po czasie, w końcu jeszcze nie zacząłeś...
2. Wiesz już po co i w jaki sposób chcesz biegać. Teraz jest chwila, żeby wpoić sobie bardzo, bardzo ważną rzecz. Pamiętaj, że to co robisz robisz tylko i wyłącznie dla siebie. Może się wydawać złudne, że biegacze często decydują się zadedykować swój wysiłek komuś lub czemuś, więc biegają dla innych. Nie jest tak. W biegu jesteś zawsze sam ze sobą. Kryzysy przezwyciężasz samemu. Dietę, trening dobierasz i przeżywasz samemu. Cierpisz z bólu i zniechęcenia samemu.
Dlatego właśnie najpierw skup się na sobie. Kiedy pomyślisz "biegam dla mamy", to w tej gorszej chwili uznasz, że to jej wina, bo to przez nią biegasz, wrócisz wściekły do domu i to będzie twój ostatni raz. Sobie samemu takiej scenki nie urządzisz, jestem pewien. Każdy z nas musi być egoistą i egocentrykiem. Dopiero kiedy okiełznasz samego siebie, będziesz mógł powiedzieć "ten maraton dedykuję mamie". Twoje samolubne grzechy zostaną odpuszczone.
3. Ustal priorytety. Coś nad czym sam ostatnio pracuję bardzo, bardzo mocno. Zacznijmy od tyłu. Kiedy masz ochotę na czekoladę - zjadasz ją. Czasem jednak widzisz rosnący tyłek i stwierdzasz "nie jem czekolady". Tymczasem za chwilę mówisz sobie "hej, odmawiam sobie przyjemności, co jest? Żyje się raz, trzeba się radować!"... a dupa rośnie dalej.
Proste pytanie - czemu nie potraktować tak samo biegania. Czemu, kiedy darujesz sobie trening, nie powiesz "odmawiam sobie przyjemności, co jest?!", tylko czujesz ulgę odpuszczonego obowiązku. To nie jest kara! To ma być fajne i przyjemne! Nawet jeśli czasem boli, to uwierz mi, że jest! Jednak nie uświadomisz sobie tego, jeśli z góry założysz, że się zmęczysz, będzie ci zimno i się krzywo będą patrzeć...
Dlatego od dziś "Piwo? Nie, dziękuję. Nie odmówię sobie przyjemności, jaką jest wieczorny trening, mam dziś taki fajny interwał w planie!".
4. Olej innych. Ludzie sobie zawsze myślą, tym się różnimy od innych zwierząt. Tylko my odczuwamy wstyd i krępację. Dlatego daruj sobie rozważania "co ta starsza i sympatycznie wyglądająca pani sobie myślała kiedy przebiegałem obok? Pewnie się śmiała w duchu, że jest sobota, 20, a jakiś kretyn zamiast pić z kolegami to biega. Bez sensu to". To co robisz jest ważne dla ciebie i cała reszta niech sobie myśli co chce. Najbardziej i tak się zdziwisz, jak po roku biegania policzysz osoby, które cię głośno skrytykowały (ja naliczyłem zero, póki co) i te, które pochwaliły (5 przychodzi mi do głowy z marszu, więc stawiam, że kolo 10, chociaż części mogłem nie słyszeć przez słuchawki).
Dlatego: pstrokate buty są super (tylko takie teraz robią). Brzydki szary dres jest super (mega wygodny). Sobota spędzona inaczej niż na imprezie - szacun. Bieg w strugach deszczu ma swój urok (mokną tak samo jak ty). Wymalowana paniusia patrzy z pogardą? Do mnie uśmiechają się fajne dziewczyny, nie zaliczasz się do nich. Wyżelowany cwaniaczek przy kolegach nie ustępuje ci miejsca na chodniku? Miniesz go, a on będzie myślał "fak, też miałem zacząć, ale co inni powiedzą?". Jesteś fajny/fajna kiedy biegasz!
5. Nie szukaj wymówek. Bo jest tak zimno. Bo pada. Bo zawsze biegam z Magdą, ale ona dziś nie idzie bo ma nie umyte zęby. Bo rozładowała się mp3. Bo mam ochotę na piwo. Bo wczoraj było średnio. Bo wolę w środy.
Itepe, itede, et cetera i inne.
Najbardziej żałujemy tego czego nie zrobimy. Dlaczego się usprawiedliwiasz jeszcze zanim zaczniesz? Okej, są sytuacje, kiedy rzeczywiście lepiej odpuścić, ale ile? 5 czy 10%? Wkasaj obuwie, zarzuć kurteczkę i śmigaj. W 95% sytuacji stwierdzisz już po wyjściu z domu, że to był dobry pomysł. W pozostałych 5 dotrze to do ciebie z czasem. Ja nie żałuję treningów, które były dla mnie mordęgą. Trzeba przetrwać i takie. Żałuję tych, które mnie ominęły. Bo co? Obiadu też nie zjesz, bo pada?
6. Nie przeginaj na początku! Kardynalny błąd, zmora wszystkich początkujących. 20 minut ci w zupełności wystarczy na pierwszy raz. Na drugi, trzeci, czwarty, a pewnie i dziesiąty. Zwiększaj wysiłek pomału, a jeśli tylko czujesz, że cie poniosło - wyluzuj. To samo z intensywnością. Gdzie tak zapierniczasz, jakby cię stado dzikich kozłów goniło? To żaden wstyd zacząć od marszobiegów. Może nawet lepiej zacząć od szybszych spacerów, a dopiero z czasem zacząć truchtać i potem biegać normalnym tempem. Nikt cię nie pogania, pamiętaj, że doskonałość to zbiór małych elementów, złożonych w całość. Cierpliwość to jedna z głównych cnót biegacza. Formę możesz wyrobić nawet za rok, cierpliwości musisz się nauczyć od startu.
Pokory też.
7. Nie słuchaj doświadczonych. To znaczy słuchaj, ale bierz baaaardzo dużą poprawkę. Tak, tego tekstu i mnie też się to tyczy. Zaczynasz. Nie masz bladego pojęcia jak to się robi, z czym to się je i o co, nomen omen, biega. Tymczasem ten mądry ktoś, kto ci tyyyyyyle ma do powiedzenia już dawno ma to za sobą. Zapomniał wół jak cielęciem był. Już nie pamięta jak to jest powstrzymać się na początku od gnaniem przed siebie "bo czuję się super!". Już nie pamięta jak to jest mieć fatalny dzień (bo u niego fatalny, to jak u ciebie, póki co, topowy). Ma miliony metod, które u niego się sprawdziły. Nic tylko skopiować mistrza!
Każdy z nas jest inny. Każdy ma swoje metody, swoje drogi osiągania celów i najczęściej sam musi do nich dojść. Pewnie, czasem trafna uwaga może otworzyć klapki na oczach i rzeczywiście pomóc. Jednak częściej to jest fajna opowiastka, która akurat z naszą rzeczywistością ma tyle wspólnego, co nic.
Dodatkowo pamiętaj - ten mądry ktoś to często specjalista, czasem nawet profesjonalista. Potrzebuje rozwiązań dobrych dla siebie. Tobie mogą one nie pomóc, a czasem wręcz zaszkodzić. Możesz włożyć do malucha silnik z ferrari, tylko czy dach nie odpadnie przy 150?
8. Sprzęt jest środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Łączy się ten punkt z 5. i 7. Brak odpowiednich butów to super wymówka, tym bardziej jeśli jeszcze przeczytamy w necie, że przy bieganiu to podstawa. Pewnie, że tak. Tylko, że jak walniesz 20 minut truchtu, to twoje kolana mają gdzieś czy masz wygodne zwykłe "adidaski" czy najnowsze asicsy z pełną amortyzacją. Co może ewentualnie ucierpieć, to twój portfel, bo ktoś wykorzysta twoją niewiedzę i wciśnie ci coś, co jest ci kompletnie niepotrzebne.
Pozwolę sobie wtrącić swoje bardzo osobiste 5 groszy przy okazji. Odzież termoaktywna jest fajna, ale nie jest cudownym lekiem na pocenie się i utrzymywanie komfortu termicznego. Dresy nie są wcieleniem szatana, z którymi walczy dzielny bohater - sportowe legginsy. Jeśli jest komfortowo i wygodnie, to jak dla mnie możesz biegać we włosienicy. Nie dajmy się ogłupić kryptomarketingowi.
9. Przeczytałeś? Jak tak to podziwiam. Tylko przejrzałeś "bo ciekawe co jest na końcu"? Też tak robię.
Tylko wiesz co?
Idź biegać. Już. Tak, teraz zaraz.
Jeśli nie zaczniesz od razu, nie zaczniesz wcale.
Jeśli nie zaczniesz nie pójdziesz drugi raz.
Jeśli nie pójdziesz drugi, trzeci, czwarty raz, nie złapiesz fajnej formy.
Jeśli nie złapiesz fajnej formy, nie zrozumiesz jak można to tak bardzo kochać.
To jak, założyłeś już buty, czy mam cię wygonić boso?
PS Na koniec obiecana laurka.
Po co? Na początku, żeby przebiec maraton, dziś też, ale coraz bardziej dla samej przyjemności jaką daje mi bieganie. Jak? Według planu, ale zaczynałem od 20-30 minut co drugi dzień przez jakieś 3 tygodnie. Potem trzymałem się planu jak głupi, dziś wiem, że to nie ma sensu, więc traktuję plan jako pewien wyznacznik. Dalej - jak? Samemu, chyba że dam się namówić tacie. Nie wyobrażam sobie bez muzyki. Biegnę gdzie mnie poniesie, chociaż mam ulubione trasy. Pora dnia i pogoda nie mają znaczenia. Biegam w zwykłym bawełnianym dresie, albo krótkich spodenkach (tak od 7-8 stopni "na krótko"), zimą w ocieplanym dresie, ale akurat z tego jestem średnio zadowolony. Na górze w koszulce termo (prezent, fajna jest, ale wcześniej przeżyłem bez niej półtora roku ;)) i najchętniej w innej, przewiewnej koszulce, jednak często w bluzie (kiedyś w cienkiej kurtce, ale zaginęła w akcji ;)). Biegając obserwuję wszystko i wszystkich. Oglądam budynki, zaglądam ludziom w oczy, poluję na uśmiechy, czasem macham do ludzi czy coś zagaduję - tak zabijam monotonię. Lubię starty na zawodach, ale praca mi pozwala na to stosunkowo rzadko, więc traktuję to na luzie. Uwielbiam interwały, ale ostatnio coraz chętniej sięgam po dłuższe rozbiegania.
Życzę zdrowia, powodzenia i wytrwałości!
Ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz