czwartek, 6 lutego 2014

Psy i sarny

Boję się psów. Jeśli jest coś co napawa mnie tak ogromnym przerażeniem, którego w zasadzie nie jestem w stanie przezwyciężyć, to są to właśnie psy. Nawiązując do wczorajszego (wrzuconego za dwie dwunasta, he he) tekstu - zapytałem siebie "dlaczego?" i "co mogę z tym zrobić?".

Dlaczego? W sumie trudno powiedzieć jednoznacznie i konkretnie. Na pewno dlatego, że zostałem parę razy zaatakowany, chociaż w zasadzie tylko raz lekko ugryziony. Z drugiej strony - z tego co pamiętam bałem się psów zanim nastąpił najwcześniejszy atak jaki sobie przypominam. Wygląda na to, że urodziłem się z tą fobią, a potem życie ją ładnie pielęgnowało.

Żeby było ciekawe byłem zaatakowany po raz za małolata, jakieś pewnie 14 lat temu. Od tego czasu, poza kilkoma szczeknięciami w zasadzie nic mi nie zagrażało z ich strony.

Co w związku z tym zrobiłem? Przede wszystkim udało mi się przestać reagować paniką. Swego czasu mój mózg bezpośrednio tłumaczył "hau" na "spierdalaj". Wątpię, że w słowniku psio-ludzkim znalazłbym akurat takie tłumaczenie. Już nie wieję, nie wykonuję innych dziwnych czynności, generalnie staram się być spokojny. W środku adrenalina wali po żyłach, włos jeży się gdzie tylko może, czuję się napuszony jak mój kot, ale nic więcej. Zdarza mi się nawet zaufać psom, które znam. Wydaje mi się, że to i tak sporo, na chwilę obecną, jestem zadowolony ze swoich postępów.

Po co to właściwie piszę? W ramach wstępu. Od pewnego czasu miałem ochotę pójść biegać gdzieś indziej niż w śmierdzącym i głośnym mieście. Ciągnęła mnie wieś, ewentualnie teren. Niestety zarówno pogoda jak i brak mobilności zniechęcały. Pogoda się poprawiła, pozostawało pytanie mobilności. Kwestia rozwiązała się sama, chociaż nieco przypadkiem. Jak? Hm, po prostu zamiast pobiec w prawo, jak zwykle, poleciałem w lewo. Kurczakami byle do przodu, a potem to się okaże, bo okolica dla mnie kompletnie nieznana.

Okazało się, że nieświadomie wylądowałem na wsi, tak jak chciałem. Dosłownie dwa kilometry od domu, cały czas w Łodzi, ale jednak na wsi. Za wiele tego nie było, ale troszkę tej spokojniejszej przestrzeni mogłem poobserwować. W końcu. Dla mnie to oddech, jak zostałem kiedyś podsumowany "ty nie pasujesz do życia w mieście". Trzeba sobie jakoś radzić.

A co mają do tego psy? Ano prawda jest taka, że głównym powodem dla którego tak rzadko zapuszczam się na wieś, pole, las, cokolwiek co miastem nie jest są psy. Za każdym zaułkiem widzę latające luźno bestie, tylko czychające na to żeby zjeść mnie na dwa gryzy. Pora to do cholery zmienić!

Tym bardziej jestem z siebie zadowolony, że nawet miałem okazję porozmawiać z jednym burkiem. Twardziel obszczekiwał mnie ze dwieście metrów! Postanowiłem zrobić swoje i po prostu biec dalej, co jakiś czas tylko komentując jego zachowanie "spadaj" oraz "daj se spokój". Dobra, miałem ciarki na plecach, adrenalina dodała mi troszkę tempa, ale poza tym nic. I co? Odpuścił. Źle było? No nie.

No dobra, a co z tymi sarnami? Ano dostałem chyba nagrodę za wytrwałość w postanowieniu i miałem okazję zaobserwować sarny w Łodzi. Jaram się strasznie takimi obrazkami, a kiedy widzę trzy sarny szukające pożywienia na polu 200 metrów od DK1... człowiek z naturą nigdy nie wygra, a ja w tej rozgrywce kibicuję wyłącznie tej drugiej.

Czyli co, warto było zaryzykować, bo mam już nową trasę do biegania i motywację, żeby szukać takich miejsc w Łodzi i bliższej okolicy więcej (a jest ich bardzo dużo). Psiury z każdym takim spotkaniem chyba przerażają mnie coraz mniej, może kiedyś się w końcu dogadamy?  Czuję się rewelacyjnie, jakbym wrócił z wycieczki, a to było tylko jakieś dwadzieścia minut!

Jeszcze dodam, że po skręcie z Bieszczadzkiej w Józefów widok jest rewelacyjny. Przez chwilę poczułem się jak w... Bieszczadach. Nie mogę iść do gór teraz? Znajdę sobie namiastkę u siebie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz